Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 60
Dzisiaj w pracowni: 4
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

IV.Rzym- Pokaz siły- Rozdział IIikonka kopiowania

Autor: Apostoł twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rozdział II
Najniżej w życiu
Wielodzietna rodzina Tunnen, spod numeru Zil1/F8/3585, samotny sklepikarz Santen mieszkający trzy korytarze dalej, starszy weteran wojenny Hensen z przeciwnej klatki czy inni z okolicy. Wszyscy razem tworzyli wspólnotę sąsiedzką, choć były to raczej puste słowa nie zobowiązujące jej członków do jakiegokolwiek jednoczenia się. Ciężko się dziwić. Jeszcze kiedyś było inaczej, ale czasy zjednoczonej grupy zamieszkującej ten sam rejon zaczęły się rozkładać już na początku XXI wieku. Powodem stał się z pewnością nowy styl życia klasy średniej oraz coraz większe upakowanie coraz większej liczby ludzi w coraz bardziej ograniczonej przestrzeni. Z roku na rok przybywało ludzi na mniejszych obszarach. Oprócz tego metropolie rozrastały się coraz szybciej i nic nie mogło zatrzymać tego procesu. Nawet gdy zaczęło brakować miejsca by rozrastać się w poziomie nie zatrzymało to ekspansji wielkich miast. Trzeba było zwiększać zagęszczenie mieszkańców oraz pomyśleć nad ekspansją w pionie. Najpierw próbowano ujarzmić to co nad głowami. Co prawda ludzie już dotarli do granic swoich możliwości, jednak wciąż

1




próbowali. Średnia ilość mieszkańców na kilometr kwadratowy rosła i rosła. Przyparci do muru politycy naciskali na urbanistów. Cały czas kazali stworzyć plan, dzięki któremu zwiększyło by się miejsce na nowe mieszkania spełniające zarazem standardy komfortu godne rodziny z wciąż bogacącej się klasy średniej. Większość nie dostrzegało jak bardzo nierealne było to zadanie. Znalazła się grupa naukowców i polityków, którzy zrezygnowali tego wyzwania dla innej idei. Zamiast stawiać na wzrost miast i zamożności ich mieszkańców dali ludzkości inną propozycję, a mianowicie wielopoziomowe miasto schodzące coraz bardziej w dół. Zakładali większe upakowanie ludzi i obniżenie się warunków życia do poziomu po prostu przyzwoitego. Wszystko po to by zrobić coś co uchroniło by ludzkość przed nieuchronną katastrofą wynikającą z degradacji środowiska. Niestety nikt nie dostrzegał tego problemu. Głównego twórcę planu “Hope” Adama Voga wykluczono z środowisk elit. Mówiono, że chce ziścić wizje Orwella, a jego miasto było by utożsamieniem słynnego “Metropolis” Fritza Langa. Wpływowi ludzie przekonali się do jego

2




pomysłu, dopiero gdy społeczeństwa różnych krajów z całego globu przestały prawidłowo funkcjonować. Wtedy jednak było już za późno. Z kolejnymi latami coraz więcej osób zapisywało się do projektu Hope. Stopniowe zmiany klimatyczne zachodziły coraz szybciej i wyrządzały gigantyczne szkody, które doprowadziły ludzkość na skraj upadku. Tylko dzięki uporze Voga oraz rosnącej liczby sympatyków jego planu powstało miasto, które okazało się najlepiej przygotowanym na nadchodzące kataklizmy. To miast powstało w na syberyjskich równinach nad Jenisejem. Nazwę metropolia odziedziczyła po znajdującym się nieopodal Krasnojarsku. Wszystkich zaskoczyło jak wielu ludzi mogło pomieścić miasto wzniesione w ciągu dwudziestu lat. Tak jak zakładał plan Voga miasto szybko się rozrastało w szybkim tępię, a jego mieszkańcy mieli do dyspozycji coraz mniejszą przestrzeń. W ten sposób w roku 2089 każdy skrawek miasta był labiryntem korytarzy. Nie było już określenia, że ktoś żyje pod ziemią. Żył po prostu na danym poziomie miasta, idąc co osiem pięter w górę. Umownie ludzie za “parter” określili sobie najniżej położony poziom

3




miasta, na którym stojąc na chodniku można było ujrzeć niebo. Prawie w całym mieście był to poziom E, a „linia 0” znajdowało się w jego samym środku, czyli na 4. Piętrze poziomu E. Wracając do kwestii ulubionego baru pana Tunnen, znajdował się on na 6. piętrze, ale poziomu F, które matematycznie licząc było -6. Całego miasta. Sześć kondygnacji niżej znów znajdowało się piętro 8. niższego poziomu. I tak od jedynki do ósemki, przez wszystkie warstwy wzwyż.
Około godziny trzeciej w nocy Erik przysnął. Ostatnie na co spojrzał nim zamknął oczy to widok ojca cały czas siedzącego na fotelu. Obudziły go dopiero czyjeś kroki. Ledwie otwierając zaspane oczy zauważył swego ojca ubranego w swój stary płaszcz. Na ramieniu miał przewieszoną torbę, a na nogach miał swoje górskie buty. Co prawda Erik w momencie, gdy się wybudził był na widoku, ale ojciec stał nad metalową ławą. Chłopak miał chwilę czasu, żeby wrócić do cienia. Tuż po tym jak to zrobił mężczyzna ostatni raz obrócił się w stronę pokoi sypialnych, a następnie pośpiesznie ruszył do wyjścia. Kiedy znikł za drzwiami Erik odczekał jeszcze chwilę i ruszył

4




za nim. Zatrzymał się tylko przy ławie, na której leżała karteczka z informacją napisaną od ojca w celu wyjaśnień. Szybko wyciągnął swój podręczny ołówek i podpisał się tuż pod jego parafką. Nawet nie przeczytał co było napisane na skrawku papieru, ponieważ nie chciał zgubić ojca w korytarzach. Gdy wyszedł z mieszkania, ojciec już gdzieś znikł. Nie zniechęciło to chłopaka, który dobrze znał te labirynt (przynajmniej w przedziale 6.). Poza tym światła w korytarzach dostarczały energooszczędne jarzeniówki, które zapalały się na fotokomórkę. W ten sposób ścieżka jasności powstała przez świecące dłuższą chwilę światła stanowiła ślad, który pozostawiał po sobie mężczyzna. Chłopak przemierzając ten labirynt, zatrzymywał się przy każdym zakręcie i ostrożnie wyglądał czy za rogiem nie czeka na niego ojciec. Ten jednak nie zorientował się, że ktoś go śledzi. Erik idąc drogą utworzoną przez światła cały czas schodził na dół. Po siedmiu minutach był na poziomie G, a chwilę później znalazł się już na H. Kiedy dotarł na I poczuł przeszywający go zimny dreszcz. Zorientował się, że nigdy wcześniej

5




nie znajdował się tak nisko. Co prawda słowo “zorientował” jest nie na miejscu, ponieważ chłopak w ogóle nie wiedział, gdzie się znajduje. Teoretycznie powinien był być cały czas w przedziale 6., ale po godzinie bezmyślnej pogoni za ojcem z pewnością odszedł już daleko. Nie znał tej okolicy, a jedyne co mu pozostało to świecąca ścieżka prowadząca przez kolejne, obskurne korytarze. Mimo wszystkich przeciwności chłopak nie zamierzał wracać. Było by to zresztą nie rozsądne, ponieważ raczej zgubił by się po drodze. W pewnym momencie zauważył przed sobą drzwi ze zbitą szybą, za którą panowała ciemność. Ten widok zmroził mu krew w żyłach. Czyżby ojciec zdążył go zgubić? A może znajdujące się tam lampy już dawno przestały świecić?
Chłopak przyspieszył kroku. Kilkanaście metrów korytarza dłużyło mu się w nieskończoność. Nerwowo podniósł wzrok na brudną jarzeniówkę nad głowa, która powoli gasła. Przekręcił szyję i spojrzał za siebie. Mrok zachłannie pożerał kolejne części korytarza. To znów obrócił się do przodu. Dystans, dzielący go od drzwi wydawał się ciągle taki sam, a nawet jakby się

6




wydłużał. Ponownie przyspieszył krok, spojrzał nad, za, a potem przed siebie. Poruszał się coraz szybciej, aż w końcu zaczął biec. Mimo to wciąż nie mógł dotrzeć do wyjścia, jakby to złośliwie uciekało przed poddenerwowanym chłopakiem. Sam też uciekał przed ciemnością. Co prawda wiedział, wystarczy ruszyć w drugą stronę, a lampy prędko się zapalą. Nie chciał jednak zostać w mroku ani na krótką chwilę. Znowu spojrzał w głębie czarnego korytarza, po czym ostatni raz obrócił się do przodu. Wolał nie patrzeć już za siebie. Skupił się na, bawiącym się z nim, drzwiach i wyciągnął ręce. Starał się do nich dosięgnąć. Pochylał się coraz bardziej w ich kierunku, prostując długie palce, aby chociaż musnąć klamkę, by poczuć jej chłód. Chłód, który wróciłby Erikowi zimną krew i panowanie nad sobą. Wtedy jakby pojawiła się szansa. Jakby złośliwa rzecz zmęczyła się oraz zwolniła kroku. Tak, wtedy mogło się udać. Wyciągnął się jeszcze bardziej. Jeszcze nie. Za daleko, za daleko. Lecz nie zniechęcił się. Nie rezygnował. Nienawiść rozgrzewała go do czerwoności. Strach wyleciał z niego po drodze i

7




został gdzieś w korytarzu. Tylko złość, złość zagłuszyła jego myśli. Dlaczego wyjście przed nim ucieka? Jak martwa rzecz się przemieszczała? Jakim prawem? Przecież to nierealne! Nielogiczne! Zresztą, to było już bez znaczenia. Liczyło się jedynie, by dopaść cel, czymkolwiek by się nie okazał. Erik rozpędził się jeszcze bardziej i skoczył wyciągając ręce i wgapiając się ze wściekłością w wybitą szybę.
Drzwi bez oporu otworzyły się i chłopak przeleciał na drugą stronę. Następnie z głuchym hukiem uderzył o podłogę, której właściwie nie zauważył. Nie wiedział co właściwie się stało. Od razu nieco się uspokoił. Moment później panującą dookoła cisze, przestało zakłócać jego dyszenie. Serce również biło mu coraz wolniej, dzięki czemu mógł pozbierać myśli i skupić się. Wziął głęboki oddech oraz obrócił się. Jego uwagę zwróciły lampy, których nie mógł dostrzec. Pewnie zepsuły się kilka lat temu i nikt już nie myślał ich naprawić. Jedynym źródłem światła była ostatnia jarzeniówka z bocznego korytarza. Wpadało ono do pomieszczenia przez wybita szybę, przez co tworzył na podłodze

8




wyraźny kształt. Jasny prostokąt przesuwał się lekko, ponieważ drzwi wciąż bujały się po uderzeniu Erika. Ten zastygł w miejscu i wodził wzrokiem za konturem. Stał w bezruchu nawet wtedy, gdy granicę cienia zacierały się i kształt powoli znikał. Świetlisty prostokąt rozmywał się atakowany przez czerń z każdej strony. Krawędzie stopniowo poddawały się ciemności, która w końcu wdarła się do środka i zalała ostatni oświetlony punkt. Lampa zgasła i wszystko stało się czarne. Mrok był wszędzie i chłopak nie mógł dostrzec własnych rąk. Nerwowo ruszył w stronę, gdzie ostatni raz widział światło. To jednak nic nie dało, gdyż trafił w ścianę. Nie tracąc nadziei, ruszył wzdłuż niej, licząc, iż trafi po chwili na jakieś drzwi. Zamiast tego wpadł do rogu, gdzie przewrócił się. Ponownie znalazł się gdzieś na podłodze, nie mogąc dosięgnąć rękami ścian. Machał nimi na prawo i lewo, zaczął się czołgać, lecz wciąż dookoła była pustka. Dopiero po jakimś czasie trafiła do rogu pomieszczenia. Wtulił się w ściany i siedział skulony. Liczył, że tam ułoży sobie dalszy plan działania, ale nic to nie dało.

9




Moment później cały się trząsł. Szybki oddech wrócił, atakowały go dreszcze, a serce biło tak, jakby próbowało wyłamać mostek oraz wyskoczyć na zewnątrz. Wciąż jeszcze próbował zebrać się do kupy, lecz opanowało go przerażenie. Zrozumiał wtedy, że strach, jaki odczuwał wcześniej nie wyszedł z niego. Schował się w głąb, ustąpił miejsca niestabilnej wściekłości i czekał cierpliwie na swoją kolej. Gdy ta nadeszła, uderzył o wiele silniej, całkowicie paraliżując zgubionego Erika. Otoczony przez mrok w akcie desperacji wystrzelił w górę i wydał z siebie głośny wrzask.
Pięć sekund później skończył. Od razu usłyszał podobny wrzask. Ta odpowiedź zmroziła mu krew w żyłach. Bez opamiętania ruszył w stronę, skąd docierały niepokojące dźwięki. Dłuższy czas wędrował w ciemności, idąc przed siebie. Krzyk już dawno zamilkł, lecz on nie zamierzał zatrzymywać się. Przedzierał się przez kolejne korytarze oraz przejścia między nimi. W pewnym momencie stracił swój plecak z dobytkiem. Ku jego zdziwieniu nigdzie nie działało światło, aż w końcu zapaliła się nad nim jedna z lamp. Od razu zasłonił oczy,

10




porażony jasnymi promieniami. Otaczająca go pustka ponownie stała się obskurnym korytarzem.
Chłopak zaczął rozglądać się na boki. Jego uwagę zwrócił coś ciekawego we wnęce po lewej stronie. Podszedł bliżej, aby przyjrzeć się dokładniej. W cieniu leżał oparty o ścianę trup. Na jego widok Erik odskoczył oraz zamknął oczy. Potrzebowało chwili, by nieco się uspokoić, po czym zbliżył się do ciała. Na starych kościach wisiały zniszczone ubrania i stara torba przewieszona przez gołe ramię. Ostrożnie otworzył ją, wciąż obawiając się nieco jej właściciela. Pogrzebał w środku, po czym wyciągnął z jej głębi broń oraz dwa zapasowe magazynki. Później wyciągnął jedną rękę z torby i oparł się nią o podłogę. Wtedy też jego dłoń natrafiła na twardy, podłużny przedmiot. Odruchowo cofnął ją, prawie się przy tym przewracając. Następnie jeszcze raz złapał tajemniczą rzecz oraz przyciągnął do siebie. To była latarka. To znalezisko nieco rozweseliło zgubionego, lecz kilka sekund później jego optymizm okazał się być tak samo wyczerpany, jak wyczerpane były baterie w urządzeniu. Stwierdził, iż jest ono

11




bezużyteczne. Nawet zamierzał je zostawić, lecz gdy próbował odłożyć rzezc do torby, skurzany pasek pękł i spadła na podłogę. Zaskoczony chłopak odskoczył, jak spłoszony kot. Sekundę później wrócił oraz niepewnie podniósł ją. W świetle ujrzał na niej naszywkę z czerwoną literą „Z” na tle czarnej gwiazdy. Materiał już dawno stracił swój kolor i wypłowiał, ale to mniej zaniepokoiło Erika.
Nie raz słuchał opowieści o Strefie Zil i o tym, jak powstawała. Jej budowę zainicjował Aleksy Iwanowicz Zil. To od niego się wszystko zaczęło. Razem z ludźmi postawił te trzy wielkie dzielnice, a jak trzeba było także bronił.
W każdym razie takie naszywki nosili pierwsi mieszkańcy Zilu, więc znalezienie jednej na trupi gdzieś w tunelach nie jest dobrym omenem. Pewnie tak samo, jak Erik, zgubił się i został na dole w niezamieszkanej części dzielnicy. Nie pozostawił przy sobie żadnych oznak swojej tożsamości. Gdzieś na górze mieszka jego rodzina i uważa go za zaginionego. Pewnego dnia zszedł na dół i już nie wrócił. Po prostu.
Te przemyślenia wbiły się chłopakowi w głowę bardzo mocno. Nagle poczuł, że

12




prawdopodobnie skończy tak samo. Zapomniany, straci rachubę czasu i będzie błąkał się po tych korytarzach, aż do śmierci. W tamtym momencie uświadomił sobie brutalną prawdę, iż nie słyszał niczyich wrzasków. To było echo. Echo jego własnego zawołania o pomoc, które niosło się przez korytarze. Oczywiście mógł krzyczeć dalej, ale i tak nikt by nie przyszedł. Na myśl o tym całkowicie stracił motywację. Ruszył w stronę najbliższych drzwi.
Kiedy już znalazł się w opuszczonym mieszkaniu znowu wszędzie była ciemność. Na jego szczęście, na stolę leżały baterie. Wziął je do ręki i usiadł na krześle. Z trudem wymacał odpowiednią część latarki i załadował ją. Potem znów nacisnął włącznik i przedmiot wypuścił słabą strugę światła. Nie wstając, chłopak rozglądał się po mieszkaniu. Przesuwał wiązkę na kolejne ściany, dokładnie wpatrując się w każdy ich skrawek. W następnym momencie opuścił nieco latarkę, tak, że oświetlała róg pokoju. Tam chłopak ujrzał starą klatkę dla ptaków, w środku której znajdował się martwa wrona. Zwłoki były niepokojąco świeże, lecz nie to było najdziwniejsze.

13




Dopiero po paru sekundach Erik zorientował się, iż klatka wisi w powietrzu. Zaniepokojony przesunął strumień światła w prawo. To co zobaczył całkowicie przeszło ludzkie pojęcie. W ułamku sekundy chłopka zamarzł w miejscu i puścił latarkę na ziemię. Ta jednak wciąż oświetlała tą samą część mieszkania. Przed oczami jakąś zjawę. Ludzka sylwetka odziana w postrzępiony, brązowy płaszcz, przez który nie udało się określić więcej cech ów istoty. To coś miało na głowie kaptur, spod którego widać było dość duże, świecące na zielonkawo ślepia. Nie przypominał co prawda oczu jakiegoś zwierzęcia, ale to właśnie ludzkich oczu chłopak bał się bardziej.
-To nie jest miejsce dla ciebie. -głosem bestii odezwała się tajemnicza postać. -Idź w dół! Nie w górę! Iść w górę już za późno. Wycofać się już za późno. Zostało tylko wypełnić zadanie. Za wszelką cenę. W dół! Gaz! Gaz!
Po drugim krzyku „Gaz” znowu zapadł zmrok. Zdezorientowany Erik chwycił do ręki, leżącą na ziemi latarkę oraz bez zwłoki włączył ją. W mieszkaniu nie było nikogo oprócz niego. Znikła dziwna zjawa, jak i klatka ze zwłokami

14




ptaka.
-To musiał być sen. -powiedział sam do siebie, po czym zaczął wstawać. Ledwie podniósł się, a już poleciał na ścianę przy drzwiach. Nogi miął, jak z waty i czuł się otumaniony. -Gaz. Gaz… Gaz!
Wreszcie zdał sobie sprawę co jest z tym poziomem nie tak. Błyskawicznie zebrał resztki sił i wyskoczył na korytarz. Posuwając się przy ścienię dotarł do wnęki, gdzie wpadł na poznanego wcześniej trupa. Poświecił latarką dookoła. Oglądał obrazki na ścianach, starając się wyłapać ich sens. W końcu zorientował się gdzie jest. Przesunął stare zwłoki, pod którymi znajdował się właz do przejścia ewakuacyjnego. Z trudem, podniósł go oraz wszedł na znajdującą się pod nim drabinę. Jak najszybciej ześlizgnął się po niej.
Kiedy wydostał się z szybu awaryjnego, był już na poziomie K. Po wyjściu wziął głęboki wdech. Powietrze co prawda nadal nie było świeże, lecz i tak lepsze niż na poziomie I. Następnie rozejrzał się. Ku jego szczęściu ujrzał, że ktoś wchodzi do pobliskiej windy towarowej. Poziom K był najniżej położonym (przynajmniej na Zilu). Przypominał bardziej kopalnie niż podziemna osiedle. W

15




związku z tym było tam nieco więcej miejsca, ponieważ piętra nie zostały jeszcze zabudowane i było dużo wind towarowych. Gdy ta, do której ktoś wsiadał zaczęła zjeżdżać, chłopak skoczył do prowizorycznego szybu i złapał się liny.

Erik był świetny w gimnastyce i wspinaczce. Miał wątłą posturę przez co był lekki, a ignorowanie siły jego rąk przez starszych kolegów w szkole było wielkim błędem. Tak więc chłopak bez problemu ześlizgnął się po linie i zeskoczył za windę nim ta dotarła na dół. Kiedy w końcu to się stało wyszedł z niej ojciec Erika. Chłopak poczuł ulgę. Wtedy pierwszy raz zobaczył rodzica od wyjścia z domu. Zaczekał, aż mężczyzna oddali się i ruszył za nim po stalowym rusztowaniu. Następnie spojrzał na dół, gdzie znajdowali się ludzie rozdający sobie broń. Gdy to zobaczył wiedział, że musi skończyć ze śledzeniem. Podszedł bliżej i odezwał się:
-Tato! -odruchowo ojciec obrócił się. W oczach miał strach spowodowany czyimś głosem zza pleców. Nawet nie zwrócił uwagi na treść przekazu, ponieważ bał się, iż ktoś go nakrył. Po chwili zorientował się kto go śledzi i wtedy

16




strach zamienił się w zdenerwowanie.
-Co ty tu robisz?! -odezwał się cicho oraz podszedł do chłopaka, po czym szeptał dalej- Kazałem ci zostać w domu! Nie powinieneś tu przychodzić.
-W sumie ty też nie powinieneś tu przychodzić, a poza tym nic mi nie mówiłeś, żebym został, ponieważ prawie w ogóle nic mi nie powiedziałeś. - Erik odpowiedział z charakterystycznym dla siebie stoickim spokojem.
-Może nie powiedziałem, ale napisałem. Kartka, którą zostawiłem była głównie dla ciebie. Chciałem, żebyś razem z Olem wyprowadził rodzinę w stronę centrum nim zacznie świtać. Widziałem, że nie śpisz, więc liczyłem, że obudzisz wszystkich i ruszycie w drogę. -ojciec dalej był zdenerwowany na syna, który z każdym słowem tracił pewność siebie. Spróbował mu przerwać, ale mężczyzna nie dał mu dojść do słowa. -Skoro przeczytałeś co napisałem to, dlaczego raz w życiu nie mogłeś mnie wysłuchać? - przerwał, gdy zauważył niepewność w oczach Erika. Z tego powodu spytał:
-Przeczytałeś, prawda?
-Nooo w sumie to nie. Tylko się podpisałem, żeby wyglądało to tak jakbym poszedł z tobą. -chłopak odpowiedział nieśmiało.

17




Te słowa jeszcze bardziej zdenerwowały jego ojca.
-I ty twierdzisz, że jesteś od wszystkich mądrzejszy. Nauczyłbyś pokory to może byś bardziej słuchał co mówią inni. -kiedy mężczyzna mówił do chłopaka dał też znak ręką, aby ten ruszył zanim na dół. Wtedy Erik trochę się rozweselił i skomentował słowa ojca:
-Dla mnie właśnie takie sytuacje to lekcje pokory.
-W takim razie za mało takich sytuacji spotyka cię w życiu. Teraz już chodź! Będę musiał jakoś wytłumaczyć, że wziąłem syna ze sobą.
Gdy dotarli na dół ludzie zaczęli witać ojca Erika. Do niego posyłali chłodne i podejrzliwe spojrzenie. Wszyscy byli mu nieznajomi. Dopiero, kiedy dotarli do miejsca, w którym znajdował się jakby stół dowodzenia, zauważył znajomą twarz. Był to pan Hensen. W sumie nie zdziwiło go to, ponieważ był jednym z niewielu wojskowych w okolicy.
-O! Widzę, że zabrałeś syna ze sobą. Nie wiem czy to dobry pomysł. -weteran na dzień dobry wyraził swoją dezaprobatę.
-Też mi się tak wydaję. -odezwał się pochylony nad stołem mężczyzna. Był to dowódca tej kryjówki. Po jego słowach chłopak poczuł się trochę przygaszony.

18





-Wiem, wiem. -odezwał się ojciec Erika, a następnie mówił dalej. -Na froncie byłby raczej bezużyteczny, ale na tyłach. Jest dość mądry. -kiedy skończył mówić, dowódca podniósł głowę. Miał pociągłą twarz, na dole której znajdowała się starannie przycięta bródka, natomiast na górze znajdował się cienki pas kruczo czarnych włosów i tatuaże ukazujące błyskawicę po obu stronach głowy. Jego ostre rysy twarzy i przenikliwe spojrzenie pełne podejrzeń jeszcze bardzie przestraszyło chłopaka.
-Nie potrzebujemy tu logistyków. -powiedział ze śmiechem w głosie. Jeszcze raz spojrzał na Erika i dodał -A poza tym, skoro uważasz, iż poradził by sobie w powstaniu to mogłeś go zostawić, aby pilnował rodziny.
-Naprawdę nie wiem czemu tego nie zrobiłem. -zdenerwowany pan Tunnen spojrzał na syna. W tym czasie podszedł pewien niski i krępy facet, którego twarz zakrywały gęsta broda i brązowe, kręcone włosy.
-Może się przydać. Choćby do noszenia tych pieruńsko ciężkich skrzynek. -odezwał się nieznajomy, po czym postawił drewnianą skrzynie wypełnioną amunicją na innej, większej skrzyni, i wyciągnął dłoń do chłopaka.

19





-Wiktor.
-Erik. -nowy sojusznik w dyskusji podniósł chłopaka na duchu. I to nie byle jaki sojusznik. Dopiero po chwili zrozumiał, że rozmawia z samym Wiktorem Wansenem. Był on o cztery lata starszy od Erika. Ten słyszał o nim już w wieku jedenastu lat, kiedy będący jeszcze nastolatkiem, Wiktor wyciągał swoich znajomych oraz kuzynów na Bagr, gdzie trwały walki klanów o wpływy. Każdy nastolatek z rodzinnej strefy chciał być jego przyjacielem i wstąpić do klanu Wansen. Szczególnie, ze względu na ich kontakty w innych sektorach. Poprzez swoje znajomości (między innymi Czarszwila) gangsterzy mogli załatwić wszystko, dla przyjaciół rodziny. Mały klan rozwinął się właściwie dzięki młodemu członkowi i jego poświęceniu dla wspólnoty. Sterująca wszystkim starszyzna wykorzystała zapał chłopaka, by podporządkować sobie inne klany i poszerzyć władzę o Sibr. Wiktor wykonywał każde polecenie, a im więcej zrobił tym więcej mógł załatwić u, kierującego gangsterką, wuja. Automatycznie zwiększała się liczba jego kolegów, z którymi jeździł za Synaj. Ci skuszeni chęcią sławy i wpływów wstępowali w szeregi grupy, co było jej

20




na rękę.
-Niech będzie, jak już tu jest to może się do czegoś przydać. -dowódca zgodził się z obojętnością, wyrywając tym samym Erika z zamyślenia. Następnie znów pochylił głowę nad stołem. Miał dużo rzeczy na głowie, a dyskusja na temat jakiegoś nastolatka, który poczuł ducha walki, były dla niego całkowicie zbędne. W gruncie rzeczy nie zaszkodzi, jeżeli będzie komu przenosić skrzynki z amunicją.
Gdy głównodowodzący wrócił do planowania, pan Tunnen zaczął rozmawiać z Hensenem. Wszyscy znaleźli sobie jakieś zajęcie. Tylko Erik stał jak słup soli w odległości trzech metrów od stołu. Jego plan zakładał bowiem, że będzie dłużej kłócił się z upartym przełożonym. Skoro zdrowy rozsądek zwyciężył chłopak nie musiał sięgać po swojego asa w rękawie, a raczej w kieszeni, ponieważ w ostateczności chciał wyciągnąć na broń, która wskazywała by, iż może walczyć. Po tym nie wiedział co ze sobą zrobić. Jedynie Wiktor pamiętał o nowym znajomym i zawołał go do znajdującego się niedaleko stosu skrzynek.
-Decyzja zapadła. Teraz już nie ma odwrotu. -powiedział krępy mężczyzna z dziwną ironią w

21




głosie. Erik uznał to za małą próbę przestraszenia go, więc podniósł jedną ze skrzyń i powiedział śmiertelnie poważnie:
-Skoro tak to pora przestać się obijać. -cały czas przyglądał się przenikliwie mężczyźnie. Wyobrażał go sobie całkowicie inaczej. Zarost dodawał mu lat, przez co nie wyglądał na dwudziestolatka.
-No dobrze. -Wiktor skomentował jego słowa śmiejąc się pod nosem. Dalej jego głos przepełniała dziwna ironia, której młody chłopak nie umiał zrozumieć.
Niedługo później Erik pierwszy raz w życiu przekonał się co to znaczy ciężka praca. Cały czas trzeba było biegać z jakimś żelastwem. Mimo, że miał po prostu pomóc Wiktorowi to szybko okazało się, iż jest on pod rozkazami każdego kto był w pobliżu. “Przynieś to”; “Zanieś tamto”; “Podejdź do tamtego”; “Powiedz tamtemu” i tak w kółko. Mimo zmęczenia chłopak nie zamierzał się poddać, a motywacji dodawał mu śmiech pod nosem Wiktora i wielu innych. Szybko stracił rachubę czasu. Nie wiedział czy to już dzień, czy jeszcze noc. W gruncie rzeczy nie robiło mu to większej różnicy. Żeby od “parteru” dzielił go ponad sto

22




pięćdziesiąt metrów odległości. Jedynym co sprawiało, że chciał przestać pracować była nuda. W końcu, ile można nosić skrzynie tam i z powrotem. Po dłuższym czasie razem z nowym znajomym zrobili sobie chwile przerwy.
-I co ciężko? -zapytał sympatycznie Wiktor.
-Nie ma dramatu. Czyli to ty jesteś Wiktor Wansen? -Erik próbował dowiedzieć się czegoś więcej o nowym znajomym.
-We własnej osobie. -odparł tamten.
-Czy my jesteśmy w jakiejś bazie waszego klanu?
-A gdzie indziej moglibyśmy się znajdować? To my organizujemy całe powstanie. -kończąc urwał gwałtownie, jakby nagle zorientował się, że za dużo mówi.
Właśnie. Jak to jest z tym całym powstaniem…
-To ty nic nie wiesz? -mężczyzna spojrzał na chłopaka dziwnie, marszcząc przy tym czoło oraz wykrzywiając twarz w nienaturalnym grymasie.
-No tak, głupi pytanie. -chłopak przyznał się do słabej taktyki i przeszedł do sedna. -Wiesz jaki jest plan? -nastała cisza. Wiktor nie odzywał się, tylko zmierzył towarzysza podejrzliwie od góry do dołu. Ten nieco się wystraszył, lecz nie dał po sobie tego poznać. Cały czas wbijał w rozmówcę pytające spojrzenie

23




niewinnego dziecka. Źrenice Wiktora opadały i podskakiwały, aż w końcu zatrzymały się na oczach chłopaka. Spojrzeli prosto na siebie. Jedne złowrogo przymrużone, drugie szeroko otwarte pełne pytań. W obu przypadkach głęboko w środku znajdował się strach. Kiedy Erik dostrzegł go w oczach nowego znajomego ten wybuchł śmiechem.
-Ja nic nie wiem. -odpowiedział ocierając łzę, po czym dodał. -Jestem tylko prostym żołnierzem, więc nie bierz mnie za jakiegoś informatora.
-Przynajmniej wiesz, kiedy zacznie się cała akcja. -chłopak próbował go podejść. Mimo że próbował zamaskować swoją niepewność, nic to nie dało. Wystraszył się, iż za dużo powiedział nowicjuszowi.
-Co ci za różnica. I tak nie będziesz brał udziału w działaniach wojennych. -wypełniony ironią głos nie zadrżał niespokojnie ani na moment
-Nie zamierzam tu siedzieć. Skoro mój ojciec idzie walczyć to będę mu towarzyszył. -mówiąc to chłopak wstał z ławki, ponieważ skończyła się przerwa. Wznowienie prac nie zakończyło jednak rozmowy. O ile wcześniej relacja między pracującymi ograniczała się do kilku gestów i prosty poleceń, później

24




rozmowa trwała w najlepsze.
-Zrozum, że zostałeś przydzielony do tyłów, a nie na front. -Wiktor próbował przekonać chłopaka. Sam jednak nie był przekonany do tego co mówił. Czuł, się jakby mówił słowami swojego dowódcy. Mimo to wolał dalej odwodzić chłopaka od aktów niepotrzebnego heroizmu.
-Za dużo nasłuchałeś się swojego przełożonego. Jaki front? Jakie tyły? Rozumiem o podstawach organizacji, ale to nie jest regularna wojna totalna, żeby tak o tym mówić. Zaraz może jeszcze powiecie, że stworzymy grupę armii. -Erik prześmiewczo potraktował powagę dowódcy. Nie usłyszał odpowiedzi na te słowa, więc kontynuował. -Czyli będziemy tu tak siedzieć, aż przyjdą nas spacyfikować?
-Możliwe, ale nie my tylko ty. -do mężczyzny wrócił humor. Chłopak natomiast zamilkł po tych słowach na dłuższą chwilę. Wyraźnie było widać, że próbuje odnaleźć nowe argumenty do dyskusji. Moment później znów jego oczach zabłysnęła iskra.
-Tak nosimy te skrzynie, ale nie wciskaj mi kitu, że wszystkie są pełne amunicji i broni. Ilu tak naprawdę ludzi będzie miało broń? -pytanie Erika było ciężkie dla Wiktora, który próbował

25




wybrnąć swoją odpowiedzią:
-Nie bój się o to I tak nie nic nie dostaniesz. Poza tym to nie twoja sprawa
-Zapewne jakieś trzydzieści pięć, no może czterdzieści pięć procent. Pytanie jest inne czy ty zmieścisz się w tych czterdziestu pięciu procentach? Czy może ruszysz przed siebie z butelką pełną benzyny, a może nawet cegłą? -Chłopak bawił się starszym znajomym. Ten jednak mimo irytacji nie zamierzał przerwać rozmowy, która tak urozmaicała pracę.
-Widzisz ja, jak i moi znajomi o pełne uzbrojenie nie muszą się martwić. Bardziej zastanowiłbym się na twoim miejscy, jak ty poradzisz sobie w swoim położeniu? -Wiktor spytał się, niby nie czekając na odpowiedź, ale jednak chciał usłyszeć co chłopak ma mu do powiedzenia.
-Widzisz, ja na szczęście nie muszę się o to martwić, ponieważ zostaje “na tyłach”, a poza tym moje położenie wcale nie jest takie złe. -Erik zakończył zdanie i wyciągnął z kieszeni świecący, czarny pistolet. Ten widok zaskoczył mężczyznę do tego stopnia, że upuścił sobie na stopę skrzynkę. Gdy rozległ się huk chłopak pośpiesznie schował broń z powrotem do kieszeni.
-Skąd to masz?

26




-powiedział przez ból Wiktor i złapał się za stopę, którą zaczął masować.
-Nie patrz się tak na mnie! Nie ukradłem z waszego arsenału. Znalazłem przy jakimś trupie, kiedy tutaj szedłem. -Erik powiedział to tak jakby widok trupa był dla niego codziennością. Dało się mimo to zauważyć, że zadrżała mu powieka.
-Powinieneś to oddać. -wymamrotał zdenerwowany mężczyzna. Nie chciał wierzyć w słowa chłopaka. Był pewien, iż pistolet pochodził z magazynu.
-No mówię ci, że sam znalazłem. Pożyczyłem tylko trochę amunicji z jednej ze skrzynek. -Erik próbował przekonać starszego znajomego. Zadziałało, ponieważ ten uspokoił się po tych słowach.
Rozmowa trwałaby dalej, a chłopak wyciągnąłby jeszcze więcej informacji od kolegi, jednak niedługo później do Wiktora podszedł dowódca i wziął go na bok. Erik próbował cokolwiek usłyszeć, ale mówili bardzo cicho. Po chwili skończyli rozmawiać, a chłopak zauważył, że wracający w jego stronę znajomy całkiem zbladł.
-Co się stało? -zapytał zniecierpliwiony chłopak.
-Mam wziąć kilku chłopaków i pójść zanieść broń do ziomków z G2. -straszy odpowiedział bez

27




zastanowienia. Był nieco podekscytowany, co zwróciło uwagę Erika.
-I co z tego? -zadał kolejne pytanie udając, że jeszcze nie wie co się dzieje. -Pójdziesz i wrócisz.
-Wydaje mi się, że się zaczyna. -Wiktor wstał, a jego głos przepełniała duma. Jego rozmówca zamarł w miejscu, ale trwało to naprawdę krótko. Działo się tak tylko w momentach, gdy czegoś się bał. Zatrzymywał się na chwile i wyciągał wnioski z zaistniałej sytuacji. W ten sposób mógł myśleć trzeźwo w trudniejszych sytuacjach. Same słowa “restartowanie systemu” dawały mu pewien spokój.
-Dobrze. -odezwał się i od razu dodał. -To idziemy ja ty i weź kilku innych zaufanych ludzi.
-Nie bądź taki cwaniak. Chyba nie wiesz z kim masz do czynienia. Ty nigdzie nie idziesz. Nie zrobił bym tego twemu ojcu, a poza tym nie jesteś moim „zaufanym człowiekiem”. -powiedział Wiktor z stanowczością w głosie. Nie robiła ona, jednak wrażenia na młodym chłopaku. Jeżeli kiedyś wyobrażał sobie spotkanie z legendą dzielnicy, jak z dobrym przyjacielem, to nie był w nich tak śmiał, jak przy tym pierwszym spotkaniu. Całkiem stracił dystans do rozmówcy. Patrząc się na

28




jego sympatyczną i okrągłą twarz, zapomniał o autorytecie młodego gangstera.
-Dzięki mnie możemy zdobyć więcej broni, a ta na pewno się przyda.
-Chyba wiem jaki miałbyś plan na zdobycie broni, więc już ci mówię, że nic by z tego nie było. -mężczyzna spojrzał chłopakowi prosto w oczy. Ten mimo to był nie wzruszony.
-Jesteś pewien? -mimo przewidywań Wiktora, jego znajomemu nie drgnęła nawet powieka.
-Choćbym chciał nie mogę cię wziąć ze sobą. Nie odważyłbym się tego zrobić. -mężczyzna nie był już tak pewny siebie jak na początku rozmowy. Erik natomiast czuł, że zdobył inicjatywę i był jak diabełek na ramieniu.
-Pytanie nie brzmi, czy odważysz się mnie wziąć, tylko czy odważysz się mnie zostawić? -po tych słowach mężczyzna całkowicie wpadł w sidła nowego znajomego.
-Dobra zrobimy, jak chcesz. -powiedział zrezygnowany, a następnie dodał. -idę ogarnąć kogoś, a ty zacznij szykować skrzynie. -po tych słowach odszedł gdzieś, pozostawiając zdziwionego chłopaka samego. Ten jeszcze chwile w skupieniu analizował jego ostatnie słowa.
-Łatwo poszło. -powiedział podejrzliwie sam do siebie, po czym

29




podniósł, leżący obok, ciężki przedmiot.
Wiktora nie było dłuższą chwilę i chłopak zaczął się niecierpliwić. Wszystko naszykował i czekał. Z nudów obserwował co dzieje się dookoła. To musiał być prawda, że coś zaczyna się dziać, ponieważ wszędzie panował wielki ruch. Erik nawet nie zauważył, że część ludzi uformowanych w oddziały zdążyła już wyjść. Zwrócił uwagę na stojącego w jednym z rzędów swojego ojca. Stał przed nimi pewien z pod dowódców. Po krótkiej przemowie mieli jeszcze chwile czasu zanim zbiorą się do wyjścia. Wtedy Erik podszedł bliżej. Ojciec od razu go zauważył. Podszedł i zapytał syna co będzie robił. Chłopak wytłumaczył mu, jakie stoi przed nim zadanie i zapytał o to samo ojca. Dowiedział się, że oddział, w którym jest pan Tunnen rusza do F1, ponieważ razem z chłopakami z Sibru zamierzają przejąć Nowobelgradzką. Na te słowa Erik poczuł przechodzący go dreszcz. Wyobrażał jak ciężkie będą tam walki, ponieważ Bagr był jedną z najbardziej strzeżonych stref w tym sektorze. W związku z tym życzył ojcu szczęścia i zwycięstwa. Nawet nie poczuł jak bardzo drżał mu głos,

30




gdy to mówił. Mężczyzna wyczuł zmartwienie syna, więc położył rękę na jego ramieniu. Następnie chwile się zastanawiał co powiedzieć.
-Bądź dzielny i pilnuj rodziny. -co prawda pan Tunnen nie był poetą, lecz te proste słowa wystarczyły, aby dodać chłopakowi otuchy i motywacji. To było wszystko czego potrzebował Erik by podnieść się z porządnego dołka, który już nie raz go spotkał. Twierdził, bowiem że wszystko to właśnie zadnia, które musimy zrealizować, cele, które chcemy osiągnąć stanowią sens naszego życia. Kiedy musimy podołać jakimś przeciwnością rodzą się problemy, które codziennie stopniowo rozwiązujemy. Dzięki tym problemom bardziej cenimy odpoczynek i mocniej odczuwamy zadowolenie z prostych czynności, co poprawia nasze samopoczucie. Dlatego też przez całe swoje życie Erik wiedział, że najgorsza kara to pozostawić człowieka, bez celów i bez zadowolenia. Wtedy człowiek traci chęć życia, a jego śmierć nie da mu żadnej ulgi, ponieważ umiera niespełniony. Wiedząc, że nie zrobił niczego, aby poprawić komuś życie.
Erik utonął w swoich przemyśleniach. Wpatrywał się w podłogę i całkiem

31




zapomniał o całej otaczającej go sytuacji. W czasie, gdy myślał ojciec zdążył poklepać go w ramię, a następnie odejść. Ustawił się w szeregu. Oddział był gotowy. Wtedy dopiero chłopak wrócił do rzeczywistości. Popatrzył na ustawiający się dwuszereg.
-Wszyscy się już zebrali, więc rusz dupę! -niespodziewanie odezwał się stojący z tyłu Wiktor. Starał się być groźnym, ale Erik szybko zapomniał o chwili słabości.
-Co od razu tak wulgarnie? To, że jesteśmy na “wojnie” nie oznacz, że musimy zmieniać się w dzikusów. - chłopak wyśmiewał się ze znajomego przechodząc koło niego. W momencie, kiedy go spytał się:
-Gdzie masz swoich ludzi?
-Tam stoją. -mężczyzna wskazał na stojącą 2 metry dalej grupę. Nie opuszczała go ta dziwna ironia, która powodowała, iż Erik wyczulał zmysły. Co prawda trochę się wystraszył na widok młodych osiłków śmiejących się z nowicjusza. Mimo to nie dal po sobie poznać niepewności. Razem z Wiktorem stanęli tuż przed nimi. Wtedy starszy znajomy zaczął przedstawiać po kolei swoich kolegów:
-To jest Adam, brunet, który przedawkował brylantynę to Vito, ten stojący obok

32




mięśniak to Otis, to jest Greg, a zaczytany w jakimś podręczniku okularnik to Vog. -kolejni przedstawieni podnosili rękę lub kiwali głową w jakiś charakterystyczny dla siebie sposób, oprócz ostatniego, który nie odrywając wzroku od książki odparł:
-Jak możesz tak stwierdzić, skoro nigdy w życiu nie widziałeś ani jednego.
-Ha! Śmieszne. Wracając do rzeczy, stojący obok mnie wieszak to Erik. -Wiktor był kolejną osobom ignorującą siłę chłopaka sugerując się jego postawą. Ten, gdy usłyszał swoje imię uderzył się dwa razy pięścią w pierś. Był to typowy sposób powitania dla osób z Zilu. Właśnie na ten gest zwracał uwagę podczas przedstawiania się nowych znajomych. Wywnioskował, że wielki, ścięty na zero Otis także jest z tej okolicy (czego zresztą mógł się domyślić. Miał do czynienia z nikim innym, jak z mocarnym żołnierzem klanu Hans), natomiast Greg wykonał ruch ręką przypominający salutowanie. W ten sposób witano się na Asanie, gdzie mieszkali głównie ludzie związani z armią. Wyglądem przypominał Wiktora, z tą różnicą, iż on był blondynem i miał dłuższą brodę. Poza tym w ogóle wyglądał na

33




starszego, lecz to pewnie za sprawą zarostu. Vito (jak zresztą można było się spodziewać) wykonał gest oznaczający “ciao”. Trudno byłoby opisać go bardziej szczegółowo, ale z grubsza przystojniak o dużych, piwnych oczach wywinął dziwnie w powietrzu długimi palcami. Tak witali się mieszkańcy w sektorze Roma. Również ciemnowłosy Adam o pociągłej twarzy i wielkim nosie w nietypowy sposób pstryknął palcami, a następnie wskazał palcem na Erika. Chłopak nie znał dobrze tego powitania, ale chyba pochodziło z Vasy, co wydało mu się podejrzane. Co w końcu mieszkaniec centrum robiłby w powstaniu na slumsach. Z kolei Vog z pewnością pochodził z śródmieścia, ponieważ nawet nie podniósł głowy. Wysoki chudzielec ani trochę nie przejął się Erikiem. Ten po swojej analizie wiedział już coś o stojących przed nim mężczyznach. Mógł nawet ogólnie określić ich charakter, ponieważ po mieście krążyły bardzo trafne stereotypy, mieszkańców każdej strefy, a czasami nawet dzielnicy.
Po przedstawieniu się, zaczęli pakować amunicję. Erik trochę się przeraził na myśl, że będzie musiał targać je na samą górę. Dopiero Wiktor

34




wytłumaczył mu, iż inaczej będzie wyglądał transport. Ludzie z G2 zostali powiadomieni o dostawie broni, więc pomogą, ale dopiero na poziomie G. Wcześniej musieli sobie poradzić sami. W pewnym momencie, gdy szykowali skrzynie Wiktor przywołał ich do siebie. Jak, że był dowódcą tego małego oddziału to do niego należało utworzenie planu.
-Słuchajcie! Mamy niewiele czasu, a trzeba przetransportować dużą ilość broni. Mamy podwieźć skrzynie windą do G3. O ile na dole nie musimy się bać, trzeba przeprowadzić całą akcję sprawnie. W związku z tym każdy będzie miał swoją pozycję. -nie przerywając, wziął do ręki uproszczoną mapę poziomów od E do J. -Będziemy chodzić parami. Adam i Greg pójdziecie pierwsi. Przejedziecie windą z K5 do I5, a następnie przejdziecie do I3. Stamtąd ruszycie kolejną windą do G3. Tam będą już na was czekać. Powiecie im tylko by przysłali kogoś do pilnowania wind i wrócicie na I. Nie schodźcie tutaj, ponieważ na dole będę kursował ja z Vogiem oraz Erik i Vito. Ty Otis pójdziesz razem z nimi na I. Tylko uważajcie tam na I, a ty Otis szczególnie. Spędzisz tam najwięcej czasu. -tymi słowami

35




zakończył i ruszył dalej do pracy. Nie było już czasu na pytania, więc pierwsza dwójka ruszyła ociężale podnosząc do góry pudło sporych rozmiarów. To samo zrobił wielki siłacz. Be trudu uniósł swoją skrzynię i ruszył za towarzyszami. Tymczasem Wiktor powiedział, aby reszta zaczekała chwilę nim oni zdążą wrócić do windy.
-Nie widzę sensu czekać. -odezwał się chłopak zamykając jedną ze skrzyń. -Wydaje mi się, że winda pomieści więcej niż dwie skrzynię. Szybciej się uporamy z tym co mamy i będziemy mogli pomóc na górze.
-W sumie. -mężczyzna zgodził się bez entuzjazmu. Mimo niechęci do pomysłów Erika wiedział, że ma słuszność.
-Nie wiem tylko czy liny wytrzymają. -chłopak wyraził swoją jedyną niepewność z zastanowieniem w głosie.
-Spokojnie na pewno wytrzyma. -odezwał się radośnie Vito. -Co jak co, ale windy w mieście są wytrzymałe na naprawdę duże obciążenia. Prawda Vog? -po tych słowach mieszkaniec włoskiej dzielnicy obrócił się w stronę przyjaciela. Ten nie powiedział ani słowa, jedynie pokiwał głową licząc granaty w jednym z pudeł.
-No! Jeżeli Vog coś potwierdza to tak jest. -radość

36




biła z każdego słowa mężczyzny. -A poza tym, jak myślisz, dlaczego mówimy na naszego olbrzymiego kolegę Otis. -kiedy Erik usłyszał te słowa pokiwał głową. Zawsze dziwił go ten przydomek członka klanu Hansen. W tamtym momencie poczuł się żałośnie, że nie domyślił się tego wczesniej.
Po tych ustaleniach zmienili plan. Tak więc wzięli skrzynie i ruszyli do góry. Kiedy donieśli cztery skrzynie, wysłali je na górę, a następnie wrócili po następne. Gdy wrócili winda już czekała. Przy wejściu stał Otis. Panujący w korytarzu mrok nie pozwalał dostrzec z daleka szczegółów twarzy, ale tak jakby rozlewała się. Erika przeszedł dreszzc na ten widok. W gruncie rzeczy nie był pewien, czy to na pewno nowy znajomy. Przypomniał sobie postać, którą spotkał, błąkając się po poziomie I. Gdy Wiktor znalazł się bliżej. Wielkolud powiedział coś do niego zniekształconym głosem, co jeszcze bardziej przestraszyło chłopaka. Zamrugał oczami, lecz nic się nie zmieniło. Dopiero, gdy znalazł się bliżej mógł lepiej przyjrzeć się mężczyźnie. Miał on na twarzy kawałek szmaty, która zasłaniał mu usta oraz nos. Niegdyś biały

37




materiał, z biegiem lat strasznie pożółkł. Widocznie musiał być czymś nasączony, ponieważ w pobliżu Otisa czuć było świeżą, mentolową woń. Patrząc na to wszystko Erik przestraszył się, wspominając swoją wędrówkę ciemnymi korytarzami niezamieszkanych pięter poziomu I. Powoli zaczął rozumieć, dlaczego było tam pusto. Słyszał co prawda kiedyś o takich miejscach, choćby od Fortena, ale nie spodziewał się, że takie miejsca są także na Zilu. Następnie starał się już o tym nie myśleć. Nie było sensu rozmyślać co by było, gdyby doszło do jakiegoś ogromnego wybuchu dwa poziomy pod jego domem.
Po chwili zwiększyli tempo, aby szybciej poszło. Mimo, że najpierw chodzili razem, po chwili każda para mijała się tylko w połowie drogi. Chłopak, aby umilić czas wdał się w pogawędkę z towarzyszem. Ten palił się do rozmowy zdecydowanie bardziej niż Wiktor.
-Zapewne jesteś z Romy. -chłopak zaczął w bardzo pospolity sposób.
-Tak. Dokładnie z Romy 4. - odpowiedział ochoczo mężczyzna.
-Skąd się tu wziąłeś? Roma jest w całkiem innej okręgu.
-Przybyłem tu po tym jak Adam powiedział mi, że w Zilu będzie powstanie, a

38




ja i tak jestem już uznany za wroga publicznego. -jego słowa trochę zdziwiły Erika, który odrzekł:
-W takim razie ta akcja musiał być planowana od dłuższego czasu.
-Chyba nie. Słyszałem, że ogniskiem zapalnym był przedwczorajszy atak na placówkę nie istniejącego już MBIS-u. -Vito mówił głosem, który coraz bardziej przepełniała wątpliwość. Również jego towarzysz był zdumiony. Chłopak nie podejrzewał, że tan incydent wywołał tak gwałtowną reakcję łańcuchową. Z drugiej strony przypomniał sobie o historii Zilu, pełnej gwałtownych i silnych, ale zarazem rzadkich zamieszek. Tą chwilę zastanowienia przerwał Włoch kontynuując swoją wypowiedź:
-To musiał być widok. -znów zamilkł na krótką chwilę. -tłum ludzi rzucił się do walki o wolność i prawa.
-Raczej o pieniądze. -skomentował Erik, po czym dodał. -byłem tam.
-Tak? To musiało zapaść ci w pamięć. -stwierdził mężczyzna patrząc się w dal, jakby szukał tego wściekłego tabunu ludzi gdzieś w głębi ciemnego korytarza.
-Powiem ci szczerze, że kiedy zaczęła się rozróba raczej nie napawałem się tym widokiem, tylko starłem się oddalić na bezpieczną

39




odległość. -chłopak w typowy dl siebie sposób atakował znajomego, wierzącego w ten propagandowy bełkot Edwarda Grbicza i jego Ruch Odnowy Ludu.
-Może i masz racje, ale nawet jeżeli to nie był znaczący incydent wywołał lawinę zdarzeń. Teraz wszyscy są gotowi na wielki zryw. -powiedział uroczyście Vito. Chłopak szukał w jego słowach sarkazmu. Gdy go nie znalazł zrozumiał, że facet naprawdę musi być działaczem ROL-u.
-Mówiąc “wszyscy” chodzi ci oczywiście co najwyżej o tą sekcje. - Erik czekał na potwierdzenie swoich słów, lecz spotkał się z zaprzeczeniem:
-Skąd! Pomijając wasz sektor zbierze się jeszcze 2 razy tyle. - po tych słowach chłopak wybuchł śmiechem. O ile wcześniej starał się zachować powagę, tak wtedy nie mógł już wytrzymać. Szybko zakończył, ponieważ nie chciał denerwować nowego kolegi.
-Śmiej się, śmiej! Oprócz mnie z samej Romy przyjechało dwie setki gotowych do walki chłopaków. -mężczyzna spoważniał. Starał się przekonać niedowiarka, ale nie było to zbyt łatwe.
-No jasne, a z Asany kolejne dwieście lub w ogóle czterysta. -Erik kpił sobie ze znajomego, lecz on się nie denerwował.

40




Próbował zalać chłopaka kolejnymi liczbami i informacjami dotyczącymi ruchów opozycyjnych i miejskiego podziemia, ale ten nie dał mu dojść do słowa. Wiedział, że lepiej uciąć temat niż ciągnąć w nieskończoność dyskusje. Wszyscy działacze i zwolennicy ROL-u i Grbicza mogli bez końcaX argumentować swoje racje, sypiąc jakimiś urojonymi liczbami o mieście i jego mieszkańcach.
-Mam nadzieje, że szybko sobie uporamy z tym żelastwem. -zagadnął chłopak próbując przeciągnąć rozmowę na inne tory. Znów słaba kondycja zaczęła dawać mu się we znaki.
-Nie jest tego tak dużo. -odrzekł ochoczo Włoch, po czym dodał. -Po za tym im szybciej będziemy chodzić tym szybciej skończymy. Później będziemy mogli iść pomóc gdzie indziej.
-Może dadzą nam trochę odetchnąć. -Erik powiedział z bólem w głosie i oparł ciężką skrzynię o kolano, gdy ta zaczęła mu się wyślizgiwać z rąk.
-Nie wydaje mi się. Pewnie trzeba będzie ruszać do boju. -Vito odparł z uśmiechem na twarzy, który lekko zirytował chłopaka. Zachowanie nowego znajomego przypomniało mu tylko, dlaczego nie lubił mieszkającego dwa korytarze dalej Olafa Felsena

41




będącego przewodniczącym okręgowego biura ROL-u. Tak samo ten nieszczęsny mieszkaniec Romy z każdym słowem coraz bardziej go denerwował.
-Spokojnie, będziemy mieli chwilę przerwy, a za nas wskoczą ochotnicy z Asany… -w wypowiedzi chłopaka rozbrzmiewał sarkazm, który był coraz bardziej wyczuwalny z każdym słowem. -...a może nawet z Vasy. -tej zaczepki mężczyzna nie mógł zignorować. Nie mógł jednak zrobić nic więcej jak nieudolnie bronić swoich racji. Dyskusja po krótkiej przerwie wznowiła się, a Erik zmienił taktykę. Zdobył inicjatywę tak samo jak w rozmowie z Wiktorem. Także Vito, mimo dzielnej postawy poirytował się rozmową tak jak poprzedni towarzysz chłopaka. Ten udowodnił sobie tylko przed samym sobą smutną prawdę, iż nie jest w stanie podyskutować z osobą, która się z nim nie zgadza.
Do połowy wyznaczonej im drogi dotarli w ciszy. Tam spotkali Wiktora i Voga. Mężczyźni stali w bezruchu oraz czekali na drugą parę. Kiedy dowódca ich zobaczył ożył. Na jego twarzy pojawił się podejrzany uśmiech.
-Co tak długo? Pewnie zagadaliście się. -odezwał się z tą swoją ironią. Sprowokowała ona chłopaka do myślenia.

42




Zaczął się zastanawiać nad podziałem na pary. Prawdopodobnie specjalnie miał chodzić razem z Włochem. Nie wiedział tylko, czy to Vito miął być utrapieniem dla niego, czy on dla Vita.
-No ruszcie się! Nie mamy całego dnia. -dowódca małego oddziału zmienił ton, przez co zakończył chwilę na odpoczynek i żarty, nim chłopak zdążył cokolwiek powiedzieć. Kiedy dotarli do mężczyzny, zatarasował im drogę.
-Co jest? -wystrzelił Włoch. Do starego kolegi mówił całkiem innym tonem niż do młodego nowicjusza.
-Zmieniliśmy plan. Okazało się, że chłopaki z G2 nam pomogą. Przyjdą na sam dół dzięki czemu pójdzie zdecydowanie szybciej.
-I co w związku z tym? -do rozmowy włączył się Erik, wcinając się mężczyźnie w pół zdania.
-Daj dokończyć! -wykrzyknął surowo. -dowódcy się nie przerywa! Powinieneś stać na baczność jak do ciebie mówię! -pokiwał głową, a następnie spojrzał na Vita. -ty też makaroniarzu.
-Wal się! -Włoch nie zamierzał dać się ugłaskać. -przestań lepiej, bo z ciebie taki dowódca jak z koziej dupy trąba.
-Nie słyszałeś co powiedziałem? -w Wiktorze kotłowało się, więc wciąż nieudolnie

43




próbował udawać twardego.
-Taki jesteś mądry to sobie potrzymaj tą skrzynię! -wykrzyknął chłopak. Bardzo spodobała mu się możliwość wydzierania się na innych. Po jego słowach zaczęli w trójkę się kłócić. Jedynie Vog niewzruszenie stał z boku i znowu coś czytał. Dopiero po chwili się odezwał:
-Spokój! -ta komenda naprawdę wszystkich uciszyła. Wtedy kontynuował. -po pierwsze przestańcie się wydzierać! Myślał by kto, że wielcy żołnierze, a to zwykły plebs, jak przy każdych zamieszkach. Po drugie dokończę to co chciał wam powiedzieć Wiktor. Chodzi o to, że teraz podzielimy się na mniejsze dystanse. W związku z tym, zamiast wszyscy nosić aż do windy, będziemy odbierać od was broń już tutaj. Zaraz przyjdą jeszcze chłopaki z G2 i będziemy nosić po dwie pary na każdym z dystansów. -przerwał na chwilę, aby nabrać powietrza w płuca. W tym czasie nikt nie odważył się nic powiedzieć. Wziął głęboki oddech i mówił dalej:
-A przez was marnujemy czas i tu stoimy, więc możecie już zostawić tą skrzynię i ruszyć tyłki po kolejną. A ty Wiktor jesteś beznadziejnym dowódcą. Kto cię wybrał?
-Właśnie sam się

44




nad tym zastanawiam. -Erik skomentował ironicznie.
-Zamknij się i zabieraj dupę w troki do puki ma jeszcze cierpliwość! -wytrącony z równowagi Vog mocno onieśmielił chłopaka. Ten zrozumiał wreszcie jak to jest, gdy ktoś zyskuje nad tobą inicjatywę w rozmowie “siłą”. Nie był wstanie na to odpowiedzieć. Jedyne co zrobił to odwrócił się na pięcie i ruszył w drogę powrotną. Vito także nie zwlekał i szybo dogonił towarzysza.
W tamtym momencie skrzynię przejęli Wiktor z Vogiem. Dwóch mężczyzn szybko ruszyło do przodu. Na początku myśleli, że dzięki temu usprawnią proces, ale szybko zmienili zdanie. Po co końcu się męczyć, skoro reszta nie nadąża.
-Gdy następnym razem ich spotkamy trzeba będzie powiedzieć, aby nabrali tępa. -Wiktor przerwał ciszę.
-Spokojnie, do tego czasu powinni dotrzeć ci z G2, a wtedy pójdzie sprawniej.
-Miejmy taką nadzieje. -w głosie Wiktora słychać było zmartwienie, które zaniepokoiło jego przyjaciela.
-O co chodzi?
-Herz powiedział mi, żebyśmy się sprężyli z tą dostawą, ponieważ doszło do nagłej zmiany w planach. Mówi się, że najbliższe dzielnice weźmiemy praktycznie bez walki.

45




Problem może być tylko na Bagrze, gdzie na pewno będzie zacięty opór. Jeżeli nie uda nam się przejąć go od razu miejscy przystąpią do ofensywy, a G2 leży stosunkowo blisko. Tamta baza jest szczególnie ważna, ponieważ jest pierwszą linią obrony nim dotrą do Bazy na K7, a tam znajduje się dowodzenie na całą jedynkę i połowę dwójki.
-A bez Zilu1 i Zilu2 jest cienko. -dopowiedział Vog.
-Dokładnie. Jeżeli atak zawiedzie G2 będzie musiało wytrzymać.
-Nadal nie rozumiem. Skoro dowództwo wiedziało, że jest tak sytuacja, to dlaczego nie pomyśleli wcześniej o odpowiednim zaopatrzeniu? -mężczyzna starał się wyjaśnić swoje wątpliwości.
-Z tą bronią to jest nieszczęście w szczęściu. -odparł Wiktor w sposób bardzo enigmatyczny, który raczej nie rozwiał wątpliwości przyjaciela. Ten podniósł tylko prawą brew w geście niezrozumienia.
-Chodzi o to, że wyznaczony oddział dostał broń. Problem polega na tym, że główne dowodzenie nie zaplanowało mas ochotników z różnych zakątków miasta. Sytuacja w każdej dzielnicy jest dziwna. Kobiety, starsi i ci, których najbardziej pilnują zostali w domach. Czekają, aż wojna przeniesie

46




się na ich ogródek. Duża cześć z mężczyzn przybyła do nas razem z podejrzanymi za działanie przeciw władzą w stopniu średnim. Reszta schodzi do głębokiego podziemia i czeka na sygnał do ataku. Tak więc, kiedy ochotnicy dotarli, trafili na stacje główne i gdzieś trzeba było ich ulokować, a dobrze wiesz, że jeden z głównych dworców na Zilu1 leży na...
-F2! No tak. Nie ma problemu z małą ilością broni, tylko z nadmiarem ludzi.
-Właśnie, a im więcej broni uda nam się przenieść, tym lepsza będzie nasza obrona. -zwieńczył uroczyście Wiktor. Cieszył się widząc czekającą na odpowiedź, twarz Voga. Był to bardzo rzadki widok, szczególnie dlatego że to zawsze przemądrzały chudzielec zaskakiwał innych, a nie inni jego.
Niedługo później dotarli do windy. Były już tam trzy inne skrzynię, więc stwierdzili, że można wysłać je na górę. W drodze powrotnej nie rozmawiali, tylko jak najprędzej ruszyli po kolejny transport. Nim tam dotarli minęła chwila. Nie spotkali Erika i Vita, ponieważ zmobilizowali się, aby zwiększyć tempo. Na ustalonym miejscu na dwójkę mężczyzn czekała tylko skrzynia. Bez większej zwłoki ruszyli

47




dalej. Jakieś pół godziny później dotarli ludzie z G2. Było ich więcej niż Wiktor przypuszczał. W ten sposób przydzieloną broń udało im się przetransportować w ciągu niespełna 2 godzin. Tak przynajmniej im się wydawało. Dokładny czas wyliczali na podstawie przeczuć, informacji od chłopaków z G2 i starego zegarka kieszonkowego, należącego do Adama. Wykorzystali jeszcze chwilę, aby porozmawiać z nowymi znajomymi. Każdego z małego oddziału zadziwiło, z jak daleka przybyli niektórzy ochotnicy. Oczywiście najbardziej zdziwiony był Erik. Nagle okazało się, że Vito miał rację. Po chwili odezwał się dowódca przybyłych na pomoc:
-Dobra panowie, zbieramy się!
Nie minęła minuta, a wszyscy jego podwładni ruszyli w drogę powrotną. Podobną komendę wydał Wiktor. Jego oddział nie był, jednak tak posłuszni. W przeciwieństwie do tamtych musieli pokonać o wiele dłuższą drogę. Mimo narzekania nie trzeba było długo czekać. Mężczyźni ruszyli w drogę powrotną. Do pierwszej windy dotarli wszyscy razem. Dopiero, kiedy zjechali na poziom I Wiktor wyprzedził ich, aby jak najszybciej poznać nowe rozkazy. Kiedy grupka jego podwładnych

48




dowlekła się do kolejnej windy on dotarł już do dowodzenia. W wielkiej hali było zdecydowanie mniej ludzi niż wcześniej. Ci co zostali krzątali się przy głównym stole. Był tam też Herz. Stał oparty o mapę z planem Zilu. Kawałek papieru był cały pokreślony. Znajdowały się na nim strzałki symbolizujące ruchy poszczególnych oddziałów oraz ich oznaczenia. Zamyślony dowódca był tak zamyślony, że nie zauważył zbliżającego się Wiktora. Ten bał się przeszkodzić w rozmyślaniu, więc nerwowo stał czekając, aż mężczyzna zwróci na niego swoją uwagę.
-Sir? -w końcu odezwał się niepewnie.
-Słucham. -odpowiedział poważnie Herz nie odrywając wzroku od planu.
-Chciałem oznajmić, że skończyliśmy i jesteśmy gotowi na kolejny rozkaz.
-Wróciliście tutaj? Jesteście potrzebni na górze. -dowódca mówił dalej z tą samą powagą, tylko był trochę bardziej zdenerwowany.
-Nie. Moi ludzie czekają na górze, a ja zszedłem zapytać się co dalej. -tłumaczył się Wiktor. Od tego momentu chciał jak najszybciej skończyć tą rozmowę nim reszta jego oddziału dotrze na miejsce, dlatego też od razu dodał. -Co mamy robić, sir?

49





-Ruszcie w stronę Bagru! Już kilka razy dostawaliśmy wiadomość, że potrzebują tam pomocy. -Herz wydał rozkaz. Też nie zamierzał przeciągać. Wiktorowi natomiast ta informacja zmroziła krew w żyłach. Wiedział, że idzie walczyć, ale żeby od razu wysyłać go na pierwszą linie. Poruszony tymi przemyśleniami zapytał:
-Czyli już się zaczęło?
-Tak. -usłyszał odpowiedź. Chciał jeszcze spytać o broń, której brakowało jemu i jego ludziom. Jednak, gdy tylko zaczął, dowódca przerwał jego wypowiedź:
-Na co jeszcze czekasz? Rusz dupę!
-Tak jest. -mężczyzna zakończył nienaturalnym głosem, którym posługiwał się przez całą rozmowę. Odszedł zastanawiając się czy Herz na pewno go rozpoznał. Lecz to było już nie ważne. Dostał istotne zadanie, z samej góry można powiedzieć. Poczuł przypływ dumy i pewności siebie. Zapomniał o braku broni i ruszył do swoich przyjaciół. Stwierdził, że jakoś to będzie. Niedługo po tym jak znikł w drzwiach Herz pierwszy raz podniósł głowę w górę. Następnie rozciągnął kark i zamrugał kilka razy, aby przyzwyczaić oczy do innej ilości światła. Dopiero wtedy zaczął rejestrować co

50




dzieje się wokół niego. Najprawdopodobniej nie wiedział z kim właściwie rozmawiał przed chwilą, ponieważ wszystkie komendy wydawał automatyczni bez zastanowienia. Obrócił się w jedną i w drugą stronę, jakby szukając kogoś wzrokiem i myśląc na głos powiedział:
-Gdzie jest ten Wiktor? Już tu powinien przyjść po broń. -na jego słowa zareagował jeden z podoficerów:
-O co chodzi sir?
-Wiktor jeszcze nie przyszedł. Mam nadzieje, że nie ruszył na góre.
Kiedy wychodził na korytarz myślał, iż był to ostatni moment, żeby wyjść nim reszta oddziału dotrze do dowództwa. Trochę się zdziwił, gdy okazało się, że spotkał ich dopiero na I5. Nie chciał im się nawet zjechać windą na jego poziom. Mimo tego pierwotnego nieposłuszeństwa nie zamierzał ich denerwować. Ostatecznie raz ich lenistwo się a coś przydało. Siedzieli przy jednej z drabin ewakuacyjnych i rozmawiali. Wszyscy pozawiązywali sobie na twarzach porozrywane kawałki szmat. Pierwszy nadchodzącego mężczyznę zauważył Greg.
-Jest i nasz dowódca. -odezwał się sarkastycznie po czym kontynuował. -Jakie rozkazy?
-Idziemy na Bagr. -odpowiedział jakby nigdy nic. Wszyscy

51




osłupieli po jego słowach, jedyny Erik spokojnie wstał i ruszył w stronę windy. Wydawał się nawet trochę zadowolony. Na jego zachowanie zwrócił uwagę Adam, który zresztą pierwszy wydusił z siebie jakieś słowo:
-Na Bagr? Kto tak zadecydował? -i nie dając czasu na odpowiedź dodał. -A ty się tak nie ciesz młody.
-Niby czemu? -chłopak spytał się poddenerwowany. Wyczuł, że mężczyzna wątpi w to, żeby sobie poradził w trudnej sytuacji.
-To jest Bagr, a nie jakieś twoje wygwizdowie, gdzie nic się nie dzieje. Zabiją cię w ciągu pierwszych pięciu minut.
-Równie dobrze ciebie mogą zabić. Pewnie też nigdy nie uczestniczyłeś w takim powstaniu. -Adam nie chciał nawet kontynuować tej rozmowy, więc zwrócił się w stronę Wiktora:
-Powiedz mi, że to nie prawda!
-Tak to prawda. -powiedział lekko zdenerwowany.
-I niby jak mamy to zrobić bez broni? -spytał bezradnie Adam.
-Już mamy świetny plan. -odpowiedział Erik.
-Siedź cicho, kiedy starsi rozmawiają! -odezwał się poirytowany Adam. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Wiktor nagle wystrzelił z krzykiem:
-Już bym wam dziesięć razy wytłumaczył, jakbyście mi nie przerywali.

52




Słuchać mnie teraz! I żeby nikt mi się nie odezwał. Idziemy do G2. Powinni nam dać trochę broni i stamtąd ruszymy do celu. Zabierzemy się z kimś od nich. Pewnie też kogoś wyślą jako wsparcie.
-Dlaczego tak? -odezwał się piskliwym głosem Erik. -Mieliśmy inny plan.
-Plan uległ zmianie. -odrzekł mężczyzna nie zwracając uwagi na chłopka, który nie chciał dać za wygraną:
-Mój plan był lepszy.
-Zamknij się wreszcie, albo prosto z Bagru wrócisz do domu w foliowym worku! Na litość boską, zrozum, że nikogo nie obchodzi co mówisz. -mężczyzna zakończył tą zupełnie niepotrzebną dyskusję. Następnie odwrócił się w stronę reszty kolegów i dopowiedział. -Zbieramy się.
Mężczyźni już nie zwlekali. Wstali i ruszyli po drabinie do góry. Ostatni ruszył Erik. Miał cały czas kwaśną minę, spowodowaną twardymi słowami Wiktora. Aby sobie ulżyć powiedział pod nosem:
-Jeszcze zobaczymy.
W ten sposób znów szli w stronę G2, ale tym razem miał to trwać dłużej. Wszystko miał zacząć się od serii wstrząsów, która wprawiła w ruch cały Zil. Z każdym kolejnym uderzeniem było coraz ciężej ustać na nogach. Po ośmiu minutach

53




i trzydziestu siedmiu sekundach od pierwszej eksplozji nastąpiła największa, ostania już eksplozja. Po niej Wiktor, Greg i Adam wywrócili się na ziemie. W ten sposób dołączyli do Voga, Vita i Erika, którzy leżeli już na podłodze od poprzedniego uderzenia. Jedynie Otis utrzymał się na nogach, ale to nikogo nie powinno dziwić. Oprócz tego w cały korytarzu zgasło światło. Zrobiło się całkowicie ciemno. Erik nie umiał dostrzec towarzyszy. Miał nawet problemy, żeby wstać.
-Ej, co jest? -odezwał się ze strachem w głosie. Nigdy nie bał się ciemności, ale to była inna sytuacja. Jak każdy dzieciak za oszczędzone pieniądze chodził do kina. Zawsze robił to razem z kolegami. Wszyscy zapraszali jakieś dziewczyny, więc najlepszym pomysłem był jakiś horror albo wyciskacz łez, ale one bardziej nudziły chłopaków, więc najczęściej wybierali pierwszą opcję. Podczas seansu dziewczyny wtulały się w chłopaków, a im straszniejszy był film tym lepiej. Oczywiście mało kto chodził na kino ciężkiego kalibru. W tym przypadku brylował właśnie Erik, którego nie ruszały ani kontrola biletowa, ani najostrzejsze sceny. Po jakimś czasie

54




dziewczyn prosiły go, aby zabierał je na coś innego. Niektóre nawet z tego powodu kończył z nim znajomość. Chłopkowi najbardziej zapadła jednak w pamięci zapadła mu jedna sytuacja. Kiedy wracał z jednego seansu okazało się, że dziewczyna, którą zaprosił tak wystraszyła się, że nie chciał zostawać sama. Problem był taki, że mieszkała w jednym z internatów w jednej z centralnej dzielnicy w tej sekcji. Pochodziła z drugiej części miasta, a tam nie zamierzał jechać. Zdecydował się, że wróci do domu razem z nią. Myślał, że wszyscy będą już spać, ale nie przewidział faktu, że akurat jest u nich jego dziadek. Pewnie tudzież ostrożnie wszedł do mieszkania. Dopiero po chwili okazało się, że na fotelu wygodnie siedzi staruszek i patrzy na wnuka z dziewczyną na karku. Wystarczyło, aby chłopak przypomniał sobie jego wzrok i przeszył go dreszcz.
-Otis, zapal latarkę! -słowa Voga przerwały retrospekcje Erika. Czuł on, że w tym momencie płaci on cenę za straszenie koleżanek. W momencie, kiedy wielki mężczyzna zapalał latarkę przymknął na chwilę oczy. Nagle światło przeszyło ciemność pozostawiając mały obszar, w

55




obrębie którego można było cokolwiek zauważyć.
-No nareszcie! Już myślałem, że nigdy jej nie odpalisz. -odezwał się poirytowany Vog. Otis słysząc jego głos obrócił się i zaczął świecić w jego stronę.
-Dobra już nas znalazłeś, nie musisz się nam przyglądać. -mówiąc to Wiktor zasłonił ręką oczy przed oślepiającym światłem. Kiedy jego przyjaciel obrócił latarkę w inną stronę kontynuował. -Nie możemy się zatrzymywać! Im szybciej dotrzemy tym lepiej.
-Ale co to do jasnej cholery było? -krzyknął Adam. -Huk jakby na górze atomówkę zdetonowali.
-Miejmy nadzieje, że nic poważnego się nie stało. -odezwał się zmartwiony Vito.
-Nie wydaje mi się, żeby wszystko było a należytym porządku. -odrzekł Erik. -Przyznam szczerze, że jakoś niezbyt chce wychodzić na zewnątrz.
-Chyba już przed chwilą rozmawialiśmy o twoich komentarzach. -przypomniał mu Wiktor ruszając do przodu razem z Otisem. Za nimi ruszyli także Vog i Greg.
-Jak raz zgadzam się z młodym. -dodał Adam przechodząc obok chłopaka. Ten pospiesznie ruszył, aby nie zostać na końcu. Ostatecznie wszyscy poruszali się razem w ciasno zbitej kupie.
Idąc

56




po omacku poruszali się wolniej. Mała latarka dawała niewielką ilość światła. Żeby tego było mało poddenerwowany Otis śledził każdy ruch i dźwięk, przez co machał nią to w jedną to w drugą stronę. Po chwili Wiktor zabrał latarkę i sam oświetlał towarzyszą drogę. Mężczyzna cały czas nerwowo kręcił głową to w jedną, to w drugą stronę. Kiedy zauważył, że inni niecierpliwią się z jego powodu oddał latarkę najbliższemu ze stojących. Los trafił na Erika, który rozpromienił się z przydzielonego sprzętu. Nie chciał dać po sobie poznać, że cieszy się jak dziecko, a z drugiej strony nie mógł wystrzelić z jakimś tekstem w stylu Rambo, ponieważ koledzy w końcu stracili by do niego resztki cierpliwości. Dlatego też pewnie przejął urządzenie i jedynie zrobił poważną minę, jakby Wiktor oddał mu dowództwo, a nie głupią latarkę. Ten natomiast poważnie się zaniepokoił. Powinni już dojść do windy, mimo wszystkich przeszkód, a tymczasem błąkali się gdzieś po korytarzach poziomu I. Nie zważając na swoją niepewność wydał oddziałowi rozkaz do dalszego marszu. Powinien wyciągnąć prymitywny plan Zilu1, ale nie

57




chciał niepokoić innych.
-Coś za długo idziemy do tej windy. -rzekł Adam, po tym jak potknął się o pozostawioną na środku korytarza skrzynkę po piwie.
- Też mi coś nie pasuje. -odpowiedział Wiktor, słysząc, że ktoś podziela jego wątpliwości. Zmotywowany tym faktem wyciągnął kawałek wspomniany wcześniej kawałek papieru z rozrysowanymi poszczególnymi poziomami.
-I co sir? Gdzie jesteśmy? -znów odezwał się Adam używając wymuszonego sarkazmu.
-Powinniśmy być gdzieś tutaj. -mężczyzna wskazał palcem miejsce na mało czytelnym planie. Niewiele to, to jednak dało Adamowi, który mocno lekko przymrużył oczy, aby łatwiej rozpoznać dziwne szlaczki. Patrząc się na to Wiktor lekko się poirytował i podniesionym głosem zwrócił się do rozkojarzonego Erika:
-Poświeć bardziej młody! Patrzcie jesteśmy tutaj, więc idziemy tam.
-Jesteś pewien? -odrzekł Vito, ponieważ dalej nie wiedział, gdzie jest, a tłumaczenia dowódcy wydawały mu się nieczytelne. Lecz ten już schował pogiętą kartkę i jedynie pokiwał głową, aby zapewnić kolegów, że ma rację.
Ruszyli dalej w poszukiwaniu windy. Szybko okazało się, iż nie jest ona

58




tak blisko, jak zapewniał Wiktor. Bez owocnie krążyli w kółko wyszarpując sobie kolejno latarkę z rąk. Po tym jak dowódca znów wyciągnął niedokładny plan, też zaczęli go sobie nawzajem wyrywać.
-Jak tak dalej pójdzie, to będzie po powstaniu nim stąd wyjdziemy. -powiedział Vog. Jego pesymizm okazał się zaraźliwy, ponieważ następnie zaczęli narzekać Adam i Erik. O ile tego pierwszego Wiktor mógł wytrzymać, to chłopak doprowadzał go do szału.
-Trzeba było mnie posłuchać i zostać przy pierwszym planie. -mówił zarozumiale Erik.
-Zamknij się już, albo naprawdę cię tu zostawimy! -mężczyzna próbował go uciszyć, lecz to graniczył z cudem.
-Przestań mnie uciszać i pomyśl! Przecież można było chociaż spróbować.
-Dopóki było nas dwóch można było o tym myśleć, ale jest nas więcej. Było by ciężko załatwić odpowiednią ilość broni.
-Udało by mi się. -zapewniał chłopak przekonany o swoim sukcesie. Starał się zrobić wrażenie pewnego siebie, gdy to mówił, ale nie mógł przekonać swojego rozmówcę.
-Jakie masz doświadczenie w walce i obezwładnianiu. I to nie byle przestępcę jak uczą na kursach

59




samoobrony, a zawodowego żołnierza.
-Wielka mi różnica. -wystrzelił Erik, który trochę się wycofał po tych słowach Wiktora.
-Jest znaczna różnica. Zrozum, że życie nie jest takie proste jak ci się wydaje. I nie rób udawaj, że jesteś wielkim weteranem.
-Nawet nie wiesz jak daleko zaprowadzi mnie ta taktyka. -odrzekł pewnie chłopak. Chciał mówić dalej, ale przerwał mu jeden z towarzyszy:
-Jeśli można wiedzieć, o co chodzi?
-Nieważne! -kłócąca się dwójka odpowiedział niemal jednocześnie podnosząc głos na kolegę oraz patrząc się na niego złowrogim wzrokiem.
-No dobra jak nie… to nie. -przygaszony atakiem znajomych Vito odezwał się, aby pokazać, że się wycofuje. Krótka przerwa w jego słowach była spowodowana mrugnięciem lamp, które na ułamek sekundy odżyły. Po tym jak skończył wszyscy umilkli czekając co się stanie. Światła zaczęły zapalać się i gasnąć coraz częściej, jakby budziły się do życia po przerwie, aby po chwili zapalić się na stałe. Podniosło to trochę grupkę przyjaciół na duchu.
-No jasne! -krzyknął Wiktor. -Już wiem, gdzie jesteśmy.
-Naprawdę? -powiedział niedowierzając w

60




olśnienie kolegów Vog. -dopiero teraz? Kręcimy się w kółko od jakiejś godziny… a może nawet dwóch.
-Wyobraź sobie, że po ciemku ciężej się zorientować w położeniu. -odparł poirytowany słowami przyjaciela mężczyzna. Nic więcej nie powiedział, tylko ruszył w stronę windy. Dotarli do niej po kwadransie. Gdy zobaczyli ją na końcu prostego korytarza, do którego akurat trafili pobiegli w jej stronę z uśmiechami na twarzy. Lecz tam czekała ich nieciekawa niespodzianka.
Erik, który dotarł pierwszy nacisnął przycisk. Czekali na windę najpierw 5, później 10, a później 15 minut, ale winda nie przyjeżdżała. Chłopak nerwowo przyciskał guzik, jakby łudził się, iż coś to da. W końcu do drzwi podszedł Otis, aby pociągnąć za wajchę awaryjną. Służyła ona do podciągnięcia windy, gdyby ta został między piętrami. Mimo wielkiego wysiłku nic to nie dało.
-Postaraj się bardziej! -mówili do mięśniaka przyjaciela nie tracąc nadziei. Tego zirytował fakt, że koledzy wątpią w jego siłę, więc pociągnął za wajchę jak mocno się da. Działa on jak typowa zapadka, więc, aby wciągnąć uwięzionych ludzi trzeba było kilka

61




razy przeciągnąć mechanizm. Mężczyzna raz przesunął wajchę do końca, za drugim razem też się udało i wielkolud myślał, że pójdzie jak z płatka. Jednak, kiedy zaczął trzecie pociągniecie dotarł do połowy i wajcha wystrzeliła w górę.
-No dawaj. -koledzy coraz bardziej wątpili w jego zdolności, co tylko go rozjuszyło. Zaparł się o stawiający niewyobrażalny opór, wystający kawałek metalu. Nagle rozległ się głośny zgrzyt metalu, a następnie pęknięcie. Od razu po tym Otis upadł z hukiem na podłogę. Następnie Greg podszedł do wajchy i zaczął ja bez wysiłku przesuwać, po czym odezwał się do leżącego kolegi:
-Brawo geniuszu. Właśnie zerwałeś mechanizm i cały plan chuj strzelił.
-Co ja ci poradzę? Nie powinno tak być. -mężczyzna próbował się wytłumaczyć.
-Po prostu pomyśl trochę zanim coś spierdolisz. -odrzekł krępy mężczyzna i odsunął się od wajchy. Jego wypowiedź trochę zdziwiła Erika, który nie spodziewał się takiej odpowiedzi po wyciszonym znajomym. Po chwili pokiwał głową, jakby próbował oczyścić myśli. Podszedł do Otisa, który ruszał bezużyteczną wajchą.
-Słuchaj, może otworzymy

62




razem drzwi, aby zobaczyć, jak wygląda szyb. -zagadnął chłopak.
Czemu nie. -odpowiedział nieco zrezygnowany mężczyzna. I tak zabrali się za otwieranie wielkich metalowych, rozsuwanych drzwi. Było to jednak trudne do zrobienia. Tymczasem reszta przyjaciół bezradnie się na nich patrzyła. Dopiero po chwili wstał Adam, czując, że coś należało by zrobić. Nie mógł już liczyć na swojego „dowódcę”, który miał wszystko w nosie.
-Czekajcie inteligenci. -zaśmiał się podchodząc do Erika i Otisa, po czym dodał. -W życiu trzeba sobie radzić. -mężczyzna zaczął szarpać za wajchę, która po chwili wypadła z trzymania. Kiedy to zrobił chłopak pokiwał głową z aprobatą i zagwizdał. Nie spodziewał się, iż rozgadany mężczyzna będzie miał tyle krzepy.
-Dobra, przesuń się młody! -Adam wydał komendę Erikowi. Ten od razu go posłuchał. Mężczyzna chwilę próbował wsadzić pręt w szparę. Gdy mu to się udało wziął głęboki wdech, zaparł się i zaczął ciągnąć z całej siły. Rozsunął trochę metalowe drzwi i wycedził drgającym głosem. -Teraz dawajcie!
Mężczyźni złapali mocno za oba skrzydła oraz powoli zaczęli je

63




rozsuwać. Po chwili udało im się całkiem rozewrzeć przejście. Wtedy zajrzeli na dół. Zobaczyli tam zablokowaną windę. Na jej górnej pokrywie leżały części z rozsypanego mechanizmu dźwigni.
-Rzeczywiście tu jest! -chłopak krzyknął ochoczo do reszty mężczyzn. Wiktor wstał, aby zobaczyć w jakim jest ona stanie. Podszedł i rozejrzał się. Musiał szybko ocenić sytuację, ale że nie był w stanie zrobić tego z góry wiedział, że trzeba zejść na dół.
-Trzeba zejść na dół. -powiedział.
-Proszę! Droga wolna. -Adam parsknął śmiechem.
-Ja nie mogę, bo jestem dowódcą, ale ty…
-Nawet o tym nie myśl. -dodał Adam. Następnie wzrok Wiktora skupił się na Vicie.
-O nie! Lepiej będę zabezpieczał tyły. -odparł Włoch. Po jego słowach dowódca popatrzył się na Greg.
-Spierdalaj! Aż tak nie wieżę w twoje rozkazy. -mężczyzna usłyszał ostrą odpowiedź. Następny w kolejce był Vog, który bez słowa pokiwał głową, dając do zrozumienie, aby nawet o tym nie myślał. Wiktor od razu spojrzał w stronę Otisa.
-Wydaje mi się, że jestem trochę za ciężki. -odrzekł mięśniak starając się dobrze uargumentować swój

64




wykręt. Wiktor stwierdził, że będzie tak wybierał w nieskończoność, albo co gorsza sam będzie musiał zejść. Nie przedłużając od razu, gdy spojrzał na Erika zaczął mówić:
-No to decyzja zapadła.
-Ale… -biednemu chłopakowi nie dano nawet chwili na obronę. Przypomniał sobie jak bardzo nie lubi funkcji przymusowego ochotnika.
-Nie ma żadnego „ale”. Idealnie nadajesz się do tego zadania. Sam mówiłeś, że masz bardzo silne ręce. Jesteś też najlżejszy z nas wszystkich. Erik wiedząc, że już się nie wykręci podszedł do krawędzi podłogi. Wtedy stanął za nim Vito, który pierwszy raz spojrzał na zablokowaną windę. Swoim spojrzeniem gorzej ocenił stan szybu niż Wiktor i powiedział, jakby trochę zasmucony:
-U nas na Romie jest takie powiedzenie, że mogą walić się mieszkania, ludzie spadać sobie na głowy, ale dopóki można wyjechać na powierzchnię sytuacja jest dobra.
-Co chcesz przez to powiedzieć? -zapytał Adam nie rozumiejąc do końca tych włoskich wywodów.
-Że nasza sytuacja nie jest dobra. -odparł mężczyzna.
-Co ty nie powiesz? -wystrzelił zdenerwowany Erik uwieszony na krawędzi. Nie zamierzał jednak

65




spędzić więcej czasu w takiej pozycji, więc zaczął schodzić. Powoli pokonywał kolejne metry dzielące go od tej metalowej puszki. Było to co prawda tylko sześć metrów, ale chłopakowi wydawało się, jakby miał zejść o cały poziom w dół. Kiedy od górnej pokrywy dzieliły go dwa metry usłyszał głos z góry:
-Spokojnie! Nawet jakbyś spadł to tylko trzy poziomy, więc powinieneś przeżyć. Co najwyżej jak spadniesz zostawimy cię i pójdziemy poszukać innej drogi.
-Walcie się! -Erik był wściekły na rozbawionych kolegów. Cały czas schodził na dół i kiedy dotarł do windy stwierdził, że poruszanie się na ścianie było pewniejsze niż na choćby jeden krok na niej. Chwilę nie mógł się zdecydować na przeniesienie środka ciężkości.
-Rusz się! Nie mamy całego dnia. -nagły głos z góry przestraszył chłopaka, który zestresowany cofnął nogę do ściany. Wydawało mu się, że to lina pęka.
-Dajcie pracować profesjonaliście. -odparł. Następnie zdecydowanie zrobił krok na metalową powierzchnie zmotywowany ponagleniem kolegów. Zaraz po tym jak to zrobił cała konstrukcja zaskrzypiała. Wtedy dopiero skupił się na linach

66




trzymających windę. Zauważył, że od jego strony kilka lin puściło. W sumie to żadna już jej nie trzymała. Natomiast po drugiej stronie zostały jeszcze jakieś trzy. W tamtym momencie wpadł na bardzo zuchwały, a więc także bardzo głupi plan. Bez zastanowienia zrobił skok na drugą stronę, myśląc, iż wyląduje bez przeszkód na ścianie. Coś jednak poszło nie tak, ponieważ chłopak podczas skoku zahaczył za jedną z lin, która po jego uderzeniu, tylko bardziej się naprężyła. Następnie trafił w ścianę. Dopiero tam zorientował się, iż nie ma się za co złapać. W związku z tym odbił się od niej jak piłeczka w squashu. I tak bezwładnie upadła na górną pokrywę. Pierwsze co poczuł to straszny ból zęba, którego kawałek wyleciał mu od razu po tym jak otworzył usta.
-Co się stało? -zaniepokojeni hukiem koledzy całkiem poważnie zawołali chłopaka. Wiktor wychylił się za krawędź, aby zobaczyć czy winda jeszcze wisi. W głębi duszy wiedział, że odpowiada za Erika przed jego ojcem.
-Nic mi nie jest. -chłopak odparł z bólem w głosie. Ta wiadomość uspokoiła resztę oddziału, która mogła wrócić do rozmowy. Jedynie

67




Vito i Otis cały czas śledzili ruchy Erika. Chłopak ostrożnie zaczął wstawać. Wtedy zauważył jak bardzo jego uderzenie nadwyrężyło mocowanie liny.
-No tak, później powiedzą, że lina wytrzymała. A mocowanie? To już nie ważne. -zestresowany chłopak zaczął mówić sam do siebie. Naprężone liny po cichu zgrzytały z każdym jego krokiem, a ich mocowania ciągnęły w górę, trzymające w powietrzu całe to żelastwo, śruby. One też powoli obluzowywały się i wysuwał z otworów, niepokojąco zgrzytając przy tym. Erik starał się je ignorować, aby jak najszybciej móc wrócić do góry. W pewnej chwili zorientował się, iż w sumie swoje zadanie spełnił. W przypływie adrenaliny myślał jeszcze, aby wejść do środka. Wtedy natomiast odezwał się Vito cały czas obserwując chłopaka:
-Wracaj już, na pierwszy rzut oka widać, że nic już nie można zrobić. Prawda Wiktor?
-Tak, zdecydowanie. -odparł dowódca. Po ty słowach chłopak czuł jeszcze większą wściekłość.
-Nie mogliście tego stwierdzić zanim znalazłem się na ledwie trzymającej się w powietrzu, wielkiej kupie metalu! -Erik zaczął krzyczeć, a z każdym jego słowem i

68




nerwowym ruchem cała konstrukcja wydawała coraz głośniejsze i bardziej podejrzane dźwięki.
-Przestań się miotać, tylko tu chodź! -rozkazał Wiktor. Powoli zaczął rozumieć w jak niebezpiecznej sytuacji znalazł się chłopak. Ten z kolei bez zwłoki zabrał się do powrotu. Okazało się, że nie będzie to takie łatwe, ponieważ musiał przejść przez górną pokrywę windy, by dotrzeć do ściany od strony drzwi.
-Na około idź!! -namawiali go towarzysze. On jednak ich nie słuchał. Zrobił pierwszy ostrożny krok na niepewnej metalowej powierzchni, zamknął oczy i otworzył. Wciąż żył, więc ruszył dalej. Postawił drugi ostrożny krok, zamknął oczy, otworzył, wciąż żył. Potem kolejny krok i tak przeszedł dwa metry. Następnie stwierdził, że nie ma na co czekać. Pomyślał, iż lepiej będzie, jeżeli pokona resztę odległości w jednym skoku. Bał się trochę, że to za daleko oraz, że znów odbije się od ściany, jak za poprzednim razem. W ogóle nie zwrócił uwagi na narastające zgrzytanie, które bardziej niż jego niepokoiło stojących na górze mężczyzn.
-Vito! Schodź po niego! -powiedział wystraszony już Wiktor.
-Nie trzeba

69




dam sobie radę. -odrzekł chłopka słysząc każde słowo na górze. Była to dla niego motywacja do szybkiej decyzji. Nie myśląc dłużej co może się stać zaczął przygotowywać się do skoku. Najpierw wystawił prawą nogę do tyłu, a wraz z tym wszystko się zaczęło ruszać. To tylko spowodowało, że chłopak jeszcze bardziej się zestresował, ale nie dał tego po sobie poznać. Jego serce zaczęło bić szybciej, oddech stał się częstszy, a krew przepływała przez całe jego ciało coraz prędzej. Nie wyglądał, jednak na zdenerwowanego. Wiedział, że nie może panikować, a zamiast tego musi działać bardzo szybko. W ciągu ułamka sekundy wszystko zaczęło w nim się kotłować. Wtedy lekko wysunął lewą nogę do przodu i wystrzelił jak z procy. W tym samym momencie na ścianę zeskoczył Vito prawą rękę wystawiając w dół, a lewą trzymając się Otisa. Chłopak od razu nakierował się w jego stronę i wyciągają dłoń jak daleko się da, ledwie łapiąc się mężczyzny. W tym momencie ostatecznie liny puściły, a winda runęła na dół.
Opisany powyżej przebieg tych dramatycznych wydarzeń był chyba jednym z najszczęśliwszych, a

70




zarazem nieco tandetnym. Wskazywał by on, że naprawdę wszyscy zrobili co trzeba w ciągu tej krótkiej chwili. Oczywiście tuż po tym ja chłopak skoczył i złapał towarzysza za rękę, konstrukcja runęła w dół, nadając tym samym całej sytuacji wydźwięk ostatniej szansy, którą nasz bohater umie wykorzystać. Idąc dalej tym tropem po całym zdarzeniu chłopak powinien wspiąć się na górę i jakby nigdy nic powiedzieć „Mało brakowało.” oraz zagwizdać ze zdziwienia.
Niestety (a może stety) ta wersja mija się z prawdą. Z prawdą, która jest znacznie bardziej realistyczna oraz mniej szczęśliwa zarazem. Cofnijmy się, więc chwile.
-Vito, schodź po niego! -powiedział wystraszony Wiktor.
-Nie trzeba, dam sobie radę. -odrzekł chłopka słysząc każde słowo na górze. Była to dla niego motywacja do szybkiej decyzji. Nie myśląc dłużej co może się stać zaczął przygotowywać się do skoku. Najpierw wystawił prawą nogę do tyłu, a wraz z tym wszystko się zaczęło ruszać. To tylko spowodowało, że chłopak jeszcze bardziej się zestresował, ale próbował nie dać po sobie tego poznać. Jego serce zaczęło bić szybciej, oddech stał

71




się częstszy, a krew przepływała przez całe jego ciało coraz prędzej. Wyglądał na trochę zdenerwowanego, ale w takiej sytuacji była to całkiem normalna rzecz. Starał się nie panikować, a zamiast tego zrobić cokolwiek. Nie było to jednak takie łatwe, ponieważ chłopak odrętwiał ze strachu. Wszystko dookoła niego już skrzypiało i drgało, a on dopiero przemógł atak paniki i zdobył się na wysunięcie lewej nogi do przodu. W momencie, kiedy przeniósł ciężar ciał na lewą kończynę nastąpił ostry zgrzyt, który zmroził mu krew w żyłach. Strach go obezwładnił, lecz nawet gdyby był opanowany nic nie zdążył by zrobić. W mgnieniu oka niepewna powierzchnia pod nogą zapadła się, a Erik do krocza wbił się w windę. Okazało się, że ze stres nie zauważył, iż stanął na górnej klapie, będącej wyjściem ewakuacyjnym z wewnątrz. Uderzenie za mocno nadwyrężyło mocowanie i resztę lin, które mogły wytrzymać co najwyżej kilka sekund. Koledzy zaczęli schodzić na pomoc chłopakowi, ale on wiedział, że było za późno.
-Wychodź stamtąd! -krzyknął Otis trzymając za rękę, idącego na pomoc Erikowi, Włocha.
-Podaj rękę!

72




-dodał Vito wyciągając się w stronę chłopaka.
-Uciekaj na górę! -usłyszał w odpowiedzi. Szczęście w nieszczęściu było takie, że Erik chociaż raz w tej sytuacji naprawdę wiedział co zrobić. Zreflektował się, iż nawet jeżeli wyjdzie z dziury i złapie towarzysza nim cała konstrukcja spadnie, to nie uciekną przed naprężoną liną. Wymownie spojrzał w stronę Włocha. Tamten miał wzrok pełen nadziej, ale gdy spojrzał w oczy chłopaka wiedział co nastąpi. Tuż po tym Erik znikł w głębi małej metalowej komory.
-Wciągaj! -krzyknął do przyjaciela Vito. Otis automatycznie szarpnął kolegę w górę. Następnie ostatnie liny zaczęły puszczać jedna po drugiej. Trzecia z kolei otarła się o Włocha przez co wykręcił się z bólu, lecz mimo to nie puścił przyjaciela kurczowo trzymając jego dłoń. Najdłużej wytrzymała najmocniejsza lina, która zamiast zwyczajnie pęknąć wyrwała z metalowej pokrywy mocowanie. W ostatnim momencie Vito podciągnął się ponad kraniec wyjścia. Smagnięcia rozpędzonego kawałka metalu raczej by nie wytrzymał. Oczywiście wyrwane mocowanie od razu wystrzeliło właśnie w jego stronę, uderzając w

73




ścianę tuż pod krawędzią. Po trzech odbiciach, które trwały raptem dwie sekundy, mężczyźni wysunęli głowę do szybu, aby zobaczyć co dzieje się z windą. Ta sunęła z dużą prędkością w dół. Ocierając się o ściany skrzyła, oświetlając tym samym ciemność panującą w elewatorze. I tak grupa przyjaciół bezradnie patrzyła jak jasny punkt spada coraz niżej i staje się coraz mniejszy. Nie mogli uwierzyć, że w środku znajduje się jeden z ich towarzyszy. I tak nastał cisza trwająca jeszcze długą chwilę.
-Czemu go nie złapałeś?! -pierwszy odezwał się Wiktor, wyskakując z pretensjami do Vita,
-Nie mielibyśmy żadnych szans, aby wrócić na górę na czas. Widziałeś z jaką siłą wystrzeliły liny. -mężczyzna tłumaczył się dowódcy, lecz ten nie chciał słuchać wykrętów.
-Gdybyś szybciej zszedł to spokojnie moglibyście wrócić.
-Posłuchaj mnie Wiktor! Nie było takiej szansy. -odparł Włoch. Jego rozmówca nie chciał go słuchać, ale Vito nie dał zamierzał kończyć. -Przecież zrobiło by z nas sieczkę jak w mikserze, a tak obaj mieliśmy większą szanse przeżyć.
-Obaj mieliście większą szansę przeżyć?!

74




Powiedz to teraz chłopakowi! Raczej zsunięcie się stu pięćdziesięciu metrów w dół nie dało mu większej szansy na przeżycie! -powiedział Wiktor.
-Może masz rację, ale jako dowódca powinieneś wybierać mniejsze ryzyko. Nawet jeżeli faktycznie jeden z nas przeżył, to jest to lepsze wyjście niż jakbyśmy mieli obaj zginąć. -tłumaczył Włoch.
-Lepiej by było, gdybyś zginął ratując go niż…
-Niż przeżył? -mężczyzna przerwał burzliwą wypowiedź przyjaciela pytaniem. Nastała chwila ciszy, którą w końcu przerwał Wiktor:
-Może tak. Może tak by było lepiej.
Po słowach mężczyzny nikt nie chciał się odezwać. Nawet sam Wiktor poczuł, że posunął się za daleko. Nie zamierzał jednak tego przyznać. Miał nadzieje na zakończenie tej rozmowy. Co prawda Vito już się nie odezwał, ale burzliwą dyskusję kontynuował Adam:
-Nie mów czegoś, jeżeli nie jesteś o tym przekonany. -najpierw dowódca nie zrozumiał tego przekazu, ale później spojrzał złowrogo na towarzysza. Lecz to go nie uciszyło i mówił dalej. -Po pierwsze nie wiesz, czy chłopak na pewno zginął, a po drugie nie życzy się komuś tak od tak śmierci,

75




ponieważ może się to dla ciebie źle skończyć.
-Grozisz mi? -odpowiedział wzburzony Wiktor i podszedł do Adama na bardzo bliską odległość. Tymczasem Greg czujnie ich obserwował, aby nie doszło do większej awantury.
-Nie zamierzam ci grozić. Po prostu twierdzę, że Vito ma racje, a ty dobrze o tym wiesz. To co przydarzyło się Erikowi, to zwykły wypadek i równie dobrze mógł spotkać każdego z nas. Dlatego też nie powinieneś mówić, że Vito powinien ratować chłopaka za wszelką cenę, ponieważ jego bez sensu było by wysyłać kolejną osobę na śmierć. A ja zbyt długo cię znam, żeby uwierzyć, iż naprawdę tak myślisz. Tu nie chodzi ani o Vita, ani o chłopaka. Po prostu gryzie cię sumienie, że zabrałeś chłopaka z nami i naraziłeś na niebezpieczeństwo. Jednak nie chcesz tego przyznać. Wolisz zrzucać odpowiedzialność na innych. -Wiktor w końcu nie wytrzymał i popchnął Adama. Ten w odpowiedzi zrobił to samo. Po chwili zaczęli się szarpać i wkroczyć musiał Greg. Kiwnął ręką w stronę Otisa, dając mu znak. W dwójkę rozdzielili okładających się mężczyzn. Gdy znaleźli się w odległości metra od siebie, trzymany

76




przez Grega Adam powiedział:
-Powiedz mi, co on właściwie tu robił? Po co go targałeś ze sobą?
-Dosyć! Awantura to ostatnie czego teraz potrzebujemy. Przypomnijcie sobie, że godzinę temu powinniśmy być na powierzchni, a nie dotarliśmy nawet do G2. Nie możemy teraz się zatrzymywać oraz robić sobie sentymentalnych wyrzutów, dotyczących sumienia, moralności, wartości życia i innych gówien. Chłopak spadł, ale to jest już nie ważne. Zginęło mu się, trudno. Miał pecha i tyle, ale tak jak mówi Adam, mogło to spotkać każdego z nas. -Greg szybko uspokoił mężczyzn, a następnie przerwał na chwile. Wtedy też puścił Adama i podszedł do Wiktor, który po oswobodzeniu się z mocnego uścisku Otisa oparł się o ścianę. Kiedy znalazł się blisko niego kontynuował szorstkim głosem. -Nie załamuj się teraz, tylko zacznij myśleć co mamy dalej robić.
-To nie jest takie łatwe. -odrzekł niechętnie mężczyzna.
-Wiem, że to nie jest łatwe, ale musisz się z tym pogodzić. Nie wiem kto zawinił, lecz gdyby okazało się, że ty to i tak powinieneś się od razu pozbierać. Wiesz, dlaczego? -po tych słowach Greg zrobił krótką przerwę i

77




popatrzył na przyjaciela. Nie zwlekając mówił dalej. -Ponieważ jesteś naszym dowódcą i bierzesz odpowiedzialność za swoje decyzja, a na szali jest życie nas wszystkich.
Następnie wstał i odszedł kilka kroków w stronę Voga i Vita. Nim jednak do nich podszedł, dodał lekko obracając głową za siebie:
-A jeżeli nie jesteś w stanie tego pojąć, to nie powinieneś dowodzić.
Po tych słowach nastąpiła cisza. Wiktor jeszcze chwile myślał nad tym co właśnie się wydarzyło. Nadal nie mógł dojść do siebie. Wreszcie zrozumiał przekaz towarzysza. Mimo rozszywającego go poczucia winy pozbierał się i podszedł do reszty mężczyzn. Ci stali w ciszy i patrzyli się jak podchodził. Wyglądało to tak jakby od początku nie rozmawiali, tylko czekali na swojego dowódcę, wierząc, iż szybko się pozbiera. Dodało mu to trochę otuchy. Co prawda rozpaczał po członku swojego oddziału, ale miał jeszcze całą jego resztę, która cały czas na niego liczyła. Stanął między Vitem, a Otisem i zaczął mówić całkiem innym głosem niż przed chwilą. Był pewniejszy i mocniejszy:
-Wyciągnijcie plan! Zorientujmy się w naszym położeniu. -Vito bez

78




słowa wyciągnął kartkę papieru. Wiktor chwilę na nią popatrzył. Następnie wstał i mówił dalej. -Dobra, co prawda winda już nie pojedzie, ale będzie nam służyła jako punkt odniesienia. Tu obok powinna znajdować się ewakuacyjna klatka schodowa. Dostaniemy się ja na poziom G2. Stamtąd będzie już niecałe dziesięć minut na miejsce. Nim uda nam się wejść na górę chwila minie, ale przynajmniej już jest światło i pójdzie trochę szybciej.
-Na pewno? Zawsze możemy zejść na dół i może nam się uda znaleźć Erika. -rzekł Adam patrząc się swojemu dowódcy prosto w oczy. Właściwie wszyscy patrzyli się na Wiktora. On zachował powagę. Po krótkim czasie namysłu odpowiedział pewnie:
-Nie, wydaje mi się, że to by było zbędne. Jeśli nie żyje stracilibyśmy tylko cenny czas. -przerwał na chwilę i westchnął. -A jeżeli przeżył powinien sobie poradzić sam. Nawet jeśli jest ranny spokojnie dotrze do bazy lub sami go znajdą. To zmyślny chłopak i nie musimy się o niego bać. – kiedy skończył, wymownie przeleciał wzrokiem swoich towarzyszy. Wszyscy lekko pokiwali głowami z aprobatą dla słów mężczyzny.
Nie zwlekając więc

79




ruszyli w drogę. Pierwszy poszedł Vog. Nim jednak wyszedł z korytarza spojrzał w stronę szybu. Greg też popatrzył w jego stronę. Natomiast Wiktor i Vito od razu ruszyli do bocznych drzwi nie obracając się ani na chwile. Idący na końcu Otis z Adamem jeszcze raz przystanęli przy samej krawędzi i spojrzeli w dół. Świecący punkt już dawno znikł, a cały elewator okrył bezlitosny mrok. Adam wziął głęboki oddech, lekko przykucnął i jeszcze przez chwilę wgapiał się w ciemność, zastanawiając się, czy w istocie Erik przeżył. W końcu trzeba być optymistą, a szanse miał duże, lecz dalej dręczyła go ta niepewność.
-Idziemy? -w końcu odezwał się Otis. Nie chciał się za bardzo rozdzielać, ponieważ w tamta grupa miała plan. Co prawda pochodził z Zilu, ale lepiej znał ojczysty Zil3 niż rewiry Zilu1. Nie należał on do grupy ludzi, którzy byli w stanie odnaleźć się wszędzie ze względu na podobną zabudowę w każdym zakątku miasta.
Kilka sekund po słowach przyjaciela Adam wstał. Jednak nie odeszli od razu. Jakaś niewidzialna siła trzymała ich w miejscu. Dopiero po chwili Adam obrócił się i powiedział do swojego towarzysza:

80





-Wiesz co Otis? -mięśniak kiwnął głową dając koledze sygnał, aby mówił dalej. -Przereklamowany jest ten twój pseudonim.

81




Wyrazy: Znaki: