Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 82
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

IV.Rzym- Pokaz siły- Rozdział IIIikonka kopiowania

Autor: Apostoł twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rozdział III
Nocleg na wysokości
Droga schodami ciągnęła się bez końca. Grupa pokonywała piętro za piętrem. Mijali kolejne i kolejne drzwi. Tak samo jak droga ciągnęła się też cisza. Nikt nie odezwał się ani słowem. Wszyscy byli trochę przygnębieni. Tylko Vog i Greg zachowywali się jak zwykle, ale oni nigdy nie byli rozgadani. Na tej klatce schodowej prawie wszystko było martwe. Towarzysze w tym swoim marszu bardziej przypominali kroczące trupy niż żołnierzy. Jedynie światło cały czas żywo mrugało, przyprawiając tym Adama o ból głowy. Kręciło mu się też w głowie od ciągłego skręcania w prawo, przy każdym kącie. Mimo, że najpierw szedł z tyłu razem z Otisem, szybko go wyprzedził. Niedługo później znalazł się na czele. Starał się wymusić na towarzyszach szybsze tempo, ale oni nie zwracali na nic uwagi. Może jedynie Vog z Gregiem by zareagowali. Trochę go to zszokowało. Skoro starta jednego z kolegów tak ciężko przychodziła reszcie, to całe to powstanie nie miało by świetlanej przyszłości.
Pokonywali kolejne stopnie, idąc jakby bez celu. Długość trwania tego marszu wydała się dziwna Adamowi. Szli już

1




przeszło pół godziny i nic. Mężczyzna chciał zapytać czy ile jeszcze czasu to zajmie, lecz bał się przerwać ciszę. Był bardzo szczęśliwy, gdy nagle Wiktor zatrzymał ich na jednym z półpięter i przemówił:
-Adam, idź wyjrzeć za tamte drzwi! -mężczyzna kiwnął, tylko głową i sprężystym krokiem ruszył w do góry. Reszta przyglądał się z odległości kilku metrów jak co się dzieje. Adam wyjrzał ostrożnie na korytarz. Na chwilę znikł w ciemności. Jego kolegów zdziwił mrok jaki panował za drzwiami. Świtało powinno zapalić się od razu po wejściu mężczyzny. Nie była to jednak jedna z usterek technicznych, na które ostatnimi czasy często wpadali. Adam słynął z tego, że dobrze się skradał. Znajomi z rejonów zawsze mówili, że jest w stanie przechytrzyć nawet światło na korytarzach, ale w to raczej mało kto chciał wierzyć. W istocie mężczyzna posiadał taką zdolność. Szczególnie przydawał mu się, gdy uciekał przed strażą miejską. Zastosowany również wcześniej przez Erika sposób na podążanie za światłami był używany często przez strażników na niższych poziomach. Jemu już nie raz oszukiwanie

2




fotokomórki uratowało życie.
-I co? -odezwał się Greg, zniecierpliwiony nieobecnością towarzysza. Ten natomiast po dwóch sekundach pojawił się w drzwiach.
-Czysto. -po jego słowach reszt ruszyła do góry. Po kolei przechodzili na korytarz. Sam Adam stał obok i czekał, aż wszyscy przejdą. Kiedy Otis przekroczył próg, mężczyzna ruszył za nim. Jako ostatni opuścił przeklętą klatkę schodową.
Z tamtego korytarza mieli już prostą drogę do bazy w G2. Dotarli tam w ciągu kolejnych dziesięciu minut. Zbliżając się tam słyszeli, już panujący tam harmider. Przyspieszyli tempa. Truchtem dotarli do ostatniego zakrętu. Pierwszy chciał go pokonać Vito, ale Vog razem z Gregiem zatrzymali go. Jeden z nich spokojnie zbliżył się do krawędzi ściany i krzyknął:
-Którędy do Bagru?
-Najlepiej przez Turij. -usłyszał w odpowiedzi. Następnie powoli wysunął się za ścianę. Za rogiem korytarz robił się trochę szerszy. Tam właściwie się kończył. W tym ślepym zaułku znajdowały się trzy pary drzwi. Jedna po lewej, drugi po prawej, a trzecie naprzeciwko. Właśnie obok nich znajdowała się zabite, kawałkiem falowanej blachy służącej za

3




klapę, okno. Ten widok nie dziwił nikogo. Wielu ludzi montowało sobie właśnie takie okienka od strony kuchenni, aby poczuć się bardziej jak w domu, i dlatego że w ten sposób, podczas codziennych obowiązków w kuchni można było wyjrzeć na korytarz, gdzie odbywało się życie mieszkańców. W związku z małą odległością dzielącą mieszkania od siebie, można było też porozmawiać z sąsiadem z za rogu, mimo że się go nie widziało. Nie było to spowodowane brakiem dostępu do telefonów i rozmów na wideo czacie. Po prostu w takich ubogich warunkach ludzie znów zaczęli zbliżać się do siebie.
Tak więc grupy mężczyzn nie zdziwił widok prowizorycznego „okna”. Dopiero, gdy wszyscy wyszli z za rogu metalowa klapa szybko podniosła się do góry. Za nią znajdowało się widoczne wzmocnienie w postaci worków z piachem. Na nich oparty był RKM, za którym stał chłopak nie większy od Erika. Można by wysunąć wniosek, że zdecydowanie młodszy, ponieważ ledwie wystawał z za karabinu. Taki widok już zaskoczył przybyły oddział, a przynajmniej część z niego, ponieważ Greg bez zwłoki ruszył w stronę drzwi znajdujących się na prawo, a

4




kiedy znalazł się przed nimi kiwnął głową do chłopaka. Ten odpowiedział mu tym samym gestem. Wtedy drzwi się otworzyły i mężczyzna wszedł do środka. Za nim ruszył spokojnie Vog oraz Wiktor. Reszta dopiero po chwili szybkim krokiem dogoniła kolegów.
Następnie trafili do małego pomieszczenia, którym była wydzielona połowa mieszkania. Od trzech stron był ściany, a z jednej strony rozstawiane metalowe ścianki. Vog łatwo je rozpoznał, ponieważ był to chodliwy towar na czarnym rynku. Świetnie nadawały się do wszelkiego rodzaju włamań, czy właśnie zamieszek. W chwili, kiedy trzeba było się szybko obronić mogły uratować życie. Rozkładały się w ciągu dziesięciu sekund i łatwo można było je przemieścić. Były także bardzo trwałe, dzięki czemu spełniały swoje zastosowanie zarówno w natarciu jako ruchoma osłona, jak i w obronie jako trwała fotyfikacja.
-Widać, że niezły budżet ma to nasze podziemie. -odezwał się Vog i zagwizdał z podziwem. Wiktor obejrzał się tylko w stronę jaką wskazywał nie zatrzymując się. Przy przejściu między tym „przedsionkiem”, a głównym pomieszczeniem stanęli, ponieważ jeden z

5




powstańców zagrodził im drogę:
-Stop! Gdzie idziecie? -powiedział. Miał nie więcej niż osiemnaście lat i był bardziej przestraszony niż stanowczy.
-Przyszliśmy jako wsparcie. Mamy uzupełnić broń i ruszyć z waszymi na Bagr. -odrzekł Wiktor.
-Macie pisemny rozkaz? -chłopak zadał kolejne pytanie. Miał taki głos, jakby sam nie był pewny tego co mówi.
-Nie mamy rozkazu na piśmie, ale raczej nie powinieneś się obawiać, że jesteśmy agentami. -Wiktor zaczął się denerwować. Mimo logicznych tłumaczeń strażnik nie chciał ich przepuścić.
-Nie mogę. Dowódca powiedział, że nie mogę nikogo wpuszczać bez upoważnienia. -powtarzał chłopak. Mężczyzna zaczął tracić cierpliwość. Już chciał zrobić awanturę, ale Vito go powstrzymał.
-Racja stary. Dobrze robisz, że nasz nie wpuszczasz. Przynajmniej ty słuchasz rozkazów oraz robisz wszystko jak trzeba. -Włoch spróbował innej taktyki. W pewnym momencie zauważył z tyłu przechodzącego mężczyznę, z którym rozmawiał podczas noszenia skrzynek.
-Ej, ty! Podejdź tu na chwilę! -zawołał. Tamten dopiero po krótkim czasie zorientował się, iż chodzi o niego. Niepewnie podszedł do

6




przejścia i spojrzał na próbującą wejść grupę. Kiedy tylko spojrzał na Vita od razu go rozpoznał. Wtedy Włoch kontynuował:
-Powiedz mu, że nie jesteśmy agentami.
-No jasne, że nie. Wchodźcie! -powiedział znajomy. Chłopak nieco zawstydzony ustąpił, a jedyne co wydusił to:
-Przepraszam.
-Dobrze stary. Świetnie spełniasz swój obowiązek. Pochwalimy cię komu trzeba. -Vito dodał mu otuchy oddalając się w stronę kolejnych drzwi. Za nimi znajdował się mały korytarz, który przypominał deptak wzdłuż Nowobelgradzkiej. Cały czas ktoś przechodził z jednego końca do drugiego. Od pokoju do pokoju, od drzwi do drzwi.
-Co tu się dzieje? -zaniepokojony zapytał swojego przewodnika Wiktor. Czuł, że to całe zamieszanie ma związek z dziwnymi eksplozjami, które słyszeli z samego dołu.
-Sam nie wiele wiem. -odparł mężczyzna, a następnie mówił dalej. -Coś grubego, ponieważ cała jedynka szaleje. Słyszałem o pożarze na poziomach od G do C w przedziałach 3 i 4.
-To w sumie bardzo możliwe. Tam znajdowały się główne magazyny paliwa na Zilu. -powiedział zamyślony Wiktor. Przypomniał sobie ogromne zbiorniki, pod którymi wiły się

7




labirynty rur o różnych rozmiarach. Będąc dzieckiem przypominało mu to walkę poplątanych ze sobą węży. Nieraz wpatrywał się w ten przemysłowy pejzaż, niczym na obraz przedstawiający jakąś pradawną batalię. W tym przypadku batalię węży, oświetloną, uchodzącym na szczycie wąskiej wieży, płomieniem. Monstrualna panorama skąpana była w woni benzyny, co jeszcze bardziej rozbudzało wyobraźnie małego Wiktora.
W tym momencie całkiem zapomniał o Eriku. Myślał jedynie o pożarze. Nie mógł uwierzyć w to, że monumentalny oraz tajemniczy obiekt strawiły płomienie, a może wciąż go trawiły. Jeżeli te przepowiednie by się sprawdziły, bardzo utrudniłoby to jego oddziałowi dostać się na Bagr nim rebelianci zdołają opanować sytuację. Mimo wszystko musiał porozmawiać z dowódcą. On jako jeden z niewielu wiedział co właściwie się stało.
Po krótkiej chwili znaleźli się w głównym pomieszczeniu. Była to duża hala z bardzo mocnym stropem. Na ścianach zbudowanych z cegieł znajdowały się prymitywne zdobienia stworzone przez budowniczych w celu poprawienia wyglądu. Niegdyś znajdowały się tam magazyny. Nie przypominały one

8




jednak wielkich składowisk z Sibru(tamte zresztą do wciąż funkcjonowały). Budowane były z inicjatywy ludzi, a nie planu urbanizacyjnego. Wynikało to z tego, iż pierwszą dzielnicą w sektorze Zil był Bagr i tak też na początku nazywał się sektor. Miało to miejsce na przełomie lat 20-stych i 30-stych XXI wieku. Katastrofa ekologiczna nastąpiła na początku nowego tysiąclecia. Od 2007 roku sytuacja była już beznadziejna. Ci, którzy na czas przedostali się na Syberie, po latach tułaczki docierali wreszcie do nowego, wiecznego miasta. Można było się uchronić w inny sposób, ale na to stać było tylko najbogatszych. Tymczasem Adam Vog zapewnił, że każdy może znaleźć sobie miejsce w jego mieście. W ten sposób ludzie ciągnęli tam w celu przetrwania, ale i za pracą. Im więcej ludzi przybywało do miasta, tym więcej mieszkań trzeba było wybudować. Jedyny problem tkwił w rejestracji. Mimo wszystko proces zameldowania w Nowokrasnojarsku był skomplikowany, a władze miasta nie nadążały ze zwiększaniem maksymalnej ilości mieszkańców, która zapełniała się w mgnieniu oka. Wielu przybywało pod „mury” miasta i nie mogło znaleźć w nim

9




miejsca. Tempo budowy nowych dzielnic było zdecydowanie za małe. Architekt wizjoner nie wiedział co zrobić. Natchnęły go dopiero słowa jednego z oczekujących na miejsce. Na zapewnienia Voga, iż robią co w ich mocy usłyszał odpowiedź „Dajcie mi taką możliwość, a sam sobie zbuduje dom, choćby z własnych materiałów”. Wtedy zrozumiał jak proste jest rozwiązanie. Dał ludziom palny oraz architektów. Chciał też wesprzeć ich fachowcami, ale okazało się, iż wielu z oczekujących zna się na rzeczy. Na obrzeżach miasta tworzyli oni zalążki nowych dzielnic, które budowali z nieco bardziej tradycyjnych substytutów niż władze. Powstające wtedy przy Bagrze Zil zamieszkane było głównie przez osadników z Skandynawii. Była to jedna z niewielu dzielnic zbudowanych z cegły. Następną częścią planu Voga było wcieleni nowo zbudowanych osiedli do istniejących już sektorów, aby łatwiej było nimi sterować. Szybko okazało się to niemożliwe z powodu ich dużej ilości. Władze nie przewidziały również mentalności nowych mieszkańców. Wspólna budowa piętrowych osiedli umocniła w nich poczucie wspólnoty i własności. Za nic nie oddali by

10




swego domu w obce ręce, a dzielnice jakie tworzyli okazały się być najbardziej samowolnymi. W związku z tym upór mieszkańców zapobiegł wcieleniu młodego Zilu do sąsiedniej dzielnicy. Co więcej, brak reakcji ze strony władz spowodował jego dużą ekspansję. Zaniepokojony był tylko namiestnik Bagru. Próbował jak najbardziej zahamować rozwój sąsiada twierdząc, że może stać się zagrożeniem dla całego miasta. Nikt nie chciał go poprzeć przez co poddał się woli Voga, dla którego liczyły się wyłącznie statystyki. O jego obawach wszyscy przypomnieli sobie dopiero, kiedy 2 lata później z powodu bardzo dużej różnicy wielkości populacji doszło do podziału młodej dzielnicy. Powstaje wtedy Zil1 i Zil2, a niedługo później strefa rośnie o Zil3. Wydarzenia z tamtych lat opisuje się wojną Aleksego Zila o prawa biednych dzielnic. Właśnie takie budynki jak ten dawny magazyn stanowią wspomnienia po tamtych czasach. Miały one w sobie ten charakter, którego brakowało monumentalnym, nowoczesnym kompleksom zbudowanym przez najętych budowniczych.
Nostalgia, nic więcej. Wielkie pomieszczenie było pełne ludzi. Jedni próbowali przenosić

11




zaopatrzenie w stronę wyjścia na Bagr. Inni z kolei wpychali się do środka, szukając schronienia przed walką. Wiktor coraz bardziej obawiał się, prawdy na temat dziwnych eksplozji.
-Co robimy? -zapytał Adam zniecierpliwiony bezczynnością dowódcy. Ten wciąż się zastanawiał. Mężczyzna nie czekając na odpowiedź przyjaciela mówił dalej. -Musimy szybko znaleźć dowódcę i ruszać dalej.
-Tez mi się tak wydaje. Robimy tu jedynie zbędne zamieszanie. -odrzekł Otis przepuszczając dwóch żołnierzy niosących rannego na noszach.
-Macie racje. Chodźmy zorientować się w sytuacji, a później spadajmy stąd. -odezwał się wreszcie dowódca.
Chwile zajęło im dotarcie do kwatery dowódcy, ponieważ znajdowała się po drugiej stronie bazy. Nie zwlekając weszli do gabinetu. Zamyślony zdenerwowany na swojego poprzedniego rozmówce głównodowodzący najpierw zdziwił się, a następnie jeszcze bardziej się zdenerwował. Był to wysoki, starszy mężczyzna o drobnej budowie. Miał duży odstający nos, po którym znajdował się mały, dokładnie przycięty wąsik. Był całkiem łysy. Na oczach nosił okrągłe okulary, o bardzo cienkich oprawkach i

12




grubych szkłach.
-Nie widzicie, że jestem zajęty? -wykrzyknął w stronę wchodzącego Wiktora. Mimo to nie zamierzał on wychodzić. Stanął na tuż przed biurkiem i nie zważając na poprzedniego rozmówcę zaczął mówić:
-Przybyłem od kapitana Herza. Mamy się uzbroić i ruszać jako wsparcie na Bagr.
-Tutaj macie się dozbroić? Niby w co? -odparł nadal rozgoryczony i lekko zdezorientowany mężczyzna.
-Na pewno coś macie. Sam transportowałem tu broń. -Wiktora irytowały odpowiedzi dowódcy, ale starał się zachować cierpliwość.
-Broń, którą przynieśliście z bazy na dole już dawno rozdysponowaliśmy. Coś jeszcze zostało, lecz to nie wystarczy, by uzbroić wsparcie dla Bagru.
-Powinno wystarczyć.
-To ilu właściwie was jest? Trzydziestu, dwudziestu?
-Było nas siedmiu…
-Siedmiu! -mężczyzna przerwał drugiemu niedowierzając w jego słowa.
-Było nas siedmiu… ale teraz jest sześciu. -głos Wiktora lekko zadrżał.
-Jak to? Jedne po drodze zrezygnował? -dowódca wciąż niedowierzał w słowa swojego rozmówcy.
-Straciliśmy go w związku z eksplozją. -odparł.
-Byliście na samym dole i mimo to jeden z was wykitował? Jak?

13




Zawału dostał?
-To długa historia. -odpowiedział zmartwiony mężczyzna. Wtedy jego rozmówca zrozumiał, że nie ma co ciągnąć tematu, więc dodał:
-Mi też ta akcja z pożarem namieszał. Wszystko stanęło na głowie przez kilku zdrajców.
-Czyli to ktoś z wewnątrz. -powiedział zaskoczony Wiktor.
-Niestety tak. Ich agenci mogą być wszędzie, a z drugiej strony nie mogę być wybredny wobec przysyłanych mi ludzi, ponieważ nie mam z kogo wybierać. -dowódca westchnął. Wtedy Wiktor chciał się odezwać, lecz ten nie dał sobie przerwać. -Chętnie bym wam pomógł, ale na razie nie mam jak. Za jakieś pół godziny wrócą zluzowani z frontu. Ustawcie przy korytarzu od strony jedynki, a wtedy może uda wam się załapać na to co im zostało. Później pójdzie ktoś od nas ze wsparciem, to zaczekajcie na nich. Odtąd na północ lepiej nie szwendać się samemu.
-Dobrze. -odparł krótko Wiktor i odszedł.
Po wyjściu wrócił do swojego oddziału. Chwile mu zajęło znalezienie swoich towarzyszy, którzy pomagali przy przenoszeniu rannych. Mimo zamieszania w końcu odnalazł wszystkich. Znaleźli sobie miejsce przy jakiś skrzyniach, gdzie mogli na

14




chwile spocząć. Tam Wiktor zaczął mówić o tym co ustalił:
-Więc tak, podobno nie mają dla nas wystarczającej ilości broni. Zaproponowali nam jedynie, by zaczekać na zmianę i wtedy ruszyć z nimi w większej grupie.
-Nie potrzebujemy grupy, tylko broni. -odezwał się Vito. Zdenerwował się na myśl, że na marne przybyli. Takiego samego zdania jak on był Greg:
-Dokładnie. Skoro nie mają broni nic tu po nas.
-Też mi się tak zdaje -Wiktor zgodził się z spostrzeżeniami swoich kolegów. Według niego bezsensu było czekać na wracający oddział mając nadzieje na dostawę broni z frontu. Zamiast tego zamierzał jak najszybciej ruszyć w stronę Bagru i samemu coś zdobyć. Wiedział, iż będzie to trudne bez jakiegokolwiek uzbrojenia, ale nie mieli dużego wyboru w tej sytuacji.
Nie czekając dłużej ruszyli w dalszą drogę. Stąd do celu było już nie daleko. Wystarczyło przejść poziomem G, aż do granicy dzielnicy. Od momentu, w którym wyszli z bazy poruszali się o wiele szybciej, niż przedtem. Gdy dotarli do przedziału numer 1, zaczęli słyszeć niepokojące dźwięki od strony, w którą się kierowali. Szybko się jednak przyzwyczaili do

15




monotonnych i ciągłych odgłosów walki jak szalała na Bagrze. Stresował ich jedynie brak czegokolwiek do obrony. Po drodze oprócz zwykłych cywili i grupy rannych nie znaleźli nikogo. Co prawda widok małego oddziału powracającego z walki rozpalił w nich nadzieje, lecz chwile później okazało się, że żołnierze wracają bezbronni. Mimo to Wiktor wraz razem z resztą wdał się w rozmowę z poszkodowanymi. Głównie pytali się, dlaczego nie czekali, aby wracać w większej grupie. Usłyszeli w odpowiedzi, iż nie chcieli czekać, aż śmierć sama po nich przyjdzie. Stwierdzili, że lepiej samemu wracać, pomimo braku uzbrojenia. Następnie wszyscy ruszyli dalej w drogę, jedni do walki, a drudzy na tyły. Po krótkiej chwili Adam rozluźnił sytuację swoim stwierdzeniem:
-Widzicie. Nie my jedyni zwątpiliśmy w działanie naszych przełożonych.
-Czasami tak trzeba. -odparł Wiktor nie wdając się w dyskusję z przyjacielem.
-Prawda jest tak, że to bardzo zły znak. Nasze nieposłuszeństwo względem przełożonych wynika z tego, że wątpimy w słuszność ich rozkazów, ponieważ sami nie wierzą w ich słuszność. To z kolei jest spowodowane ich brakiem

16




kontroli nad złą sytuacją, jaka wystąpiła. W związku z tym przestajemy ufać im, przez co ludzie rozbijają się na mniejsze grupy, w których można liczyć tylko na siebie. Wszystko z powodu oślepiającej człowieka rządzy przetrwania. Gdy to ona gra pierwsze skrzypce, gdy wszyscy panikują potrzeba naprawdę dobrego dowódcy, by utrzymał wszystkich w kupie nim ci zaczną zabijać się nawzajem. -Vog potraktował swoich towarzyszy krótkim przemówieniem.
-Teraz to dowaliłeś. -zaczął śmiać się Adam. -Na poczekaniu to wymyśliłeś, czy przygotowujesz te teksty, kiedy milczysz.
-Śmiej się, śmiej. Jeszcze zobaczymy kto ma racje. -odrzekł mężczyzna. W momencie, gdy to powiedział wchodzili po schodach na poziom E. Niżej nie dało się pokonać granicy między Sektorami. Powstańcy mieli przywrócić do funkcjonowania stare przejścia budowalne znajdujące się na niższych poziomach, ale do tego potrzeba było więcej czasu i ludzi. Wracając do sytuacji, kiedy mężczyźni przekroczyli granicę otaczający krajobraz nieco się zmienił. Co prawda korytarze na Bagrze były nieco bardziej eleganckie i przestronne, lecz w wyniku działań wojennych wyglądały

17




gorzej niż na Zilu. Im bliżej znajdowali się Nowobelgradzkiej, wszystko było coraz bardziej zniszczone. Można było jednak zauważyć, że zniszczenia nie wynikają z walki na dole, tylko są spowodowane ostrzałem na powierzchni, który zaczął się pół godziny po rozpoczęciu bojów.
Adam wraz z Vogiem dalej prowadzili dyskusje. Zamilkli dopiero, gdy wyszli na powierzchnie. Prowadziły na nią wielkie schody podobne do tych kilki pięter nad domem rodziny Tunnen. Te na Bagrze natomiast były w zdecydowanie lepszym stanie. Niewielkie uszczerbki były widoczne tylko na ścianach i niektórych stopniach, w postaci śladów po pociskach z broni. Jedynym, co lekko zszokowało przechodzących mężczyzn, był strażnik miejski leżący w nienaturalnej pozie przy ścianie. Na pierwszy rzut oka jego ciało nie miało śladów postrzału. Dopiero kiedy Greg je obrócił zauważył dziurę między łopatkami, dookoła której mundur był nasiąknięty krwią. Gdy mężczyzna dotknął zabrudzonej tkaniny. Ta była dość sucha, więc ciało nie było najświeższe. Również można było to stwierdzić po zapachu, ale nie o to chodziło Gregowi. Miał nadziej, iż uda mu się

18




znaleźć broń. Niestety z pewnością przejął ją zabójca tego nieszczęśnika. Nie marnując czasu ruszali dalej, pokonując kolejne stopnie. Kiedy dotarli na samą górę ukazał im się widok zamieszkanego przez pracowników strefy rządowej wieżowca, a raczej jego zgliszcz. Kiedyś elegancki i schludny budynek zamienił się w bezpłciowy szkielet, stworzony z wytrzymałej na duże wstrząsy, konstrukcji. Taki los spotkał zresztą większość z gmachów w małej dzielnicy. Wychodzących mężczyzn zdziwił też brak oślepienia, które często występowało po wyjściu z podziemi. Na początku myśleli, że jest to spowodowane zachmurzeniem, ale wynikało to z pory, jaką udało im się dotrzeć na górę. Słońce powoli zachodziło, kładąc na ziemi poszarpaną, przez ostre cienie ruin, warstwę czerwieni.
-Chyba trochę przeciągnęła się ta nasza wędrówka. -Vito zakłócił odgłos rytmicznych wybuchów w oddali. Reszta nie chciał komentować jego słów. Jedynie poirytowany Wiktor spojrzał na Włocha złowrogo. Następnie ruszyli w stronę głównej ulicy, która przynajmniej według Wiktora powinna być niedaleko. Prawda była taka, że ani jeden z nich

19




nie miał większej orientacji w terenie. Poruszali się samym środkiem drogi, wystawiając się przeciwnikowi jak kaczki. Mężczyźni nie wiedzieli co zrobić. Teoretycznie spełnili swoje zadanie i dotarli do celu. Nie przemyśleli co trzeba będzie zrobić potem, ponieważ stwierdzili, że jakoś to będzie. Wydawało im się, iż od razu po dotarciu znajdą się w jednej ze swoich baz i ruszą do boju. Tymczasem nie mogli znaleźć swoich i liczyli na to, że również nie znajdą ich strażnicy miejscy. Również nie mieli broni, bez której mogli co najwyżej porzucać w swoich przeciwników kamieniami. Z każdym krokiem coraz bardziej czuli, że wydany im rozkaz był przypadkowy i tyczył się wszystkich. Czas mijał, słońce całkiem zaszło, a oni dalej kręcili się bez celu. Ciągle słyszeli dźwięki strzałów i eksplozji granatów, lecz nie byli w stanie znaleźć ich źródeł. Oprócz tego rzucały im się w oczy leżące tu i ówdzie całe ciała, lub wyłącznie ich części. Cały czas znajdywali tylko takie ślady walki. Nie mieli planu na taki tok wydarzeń, ale nie można im się dziwić. Całe to powstanie było na zasadzie „jakoś to będzie”. Niby

20




mieli plan oraz przewidzieli kilka możliwych scenariuszy, lecz dotyczyły one jedynie najbliższych trzech dni. A później? Później „jakoś to będzie”. Tymczasem okazało się, że po pierwszym dniu grupa operacyjna Zil1 nie umiała ogarnąć sytuacji. Niestety tak to jest, gdy działa się pod wpływem impulsu. To jednak typowe zachowanie dla mieszkańców Zilu. Zaślepieni swoją chwalebną historia i reputacją wśród pozostałych w dzielnic i władz myślą, że są nie do pokonania, a zorganizowane przez nich rozruchy co najmniej obejmą kilka sektorów bez kiwnięcia palcem.
Zapadła noc, a mały oddział błąkał się zagubiony pośród labiryntu ruin. Jakby się wydawało mały Bagr ciągnął się w nieskończoność. W końcu stwierdzili, że powinni zejść na dół, aby tam spędzić noc. Na szczęście ze znalezieniem zejścia pod ziemie nie było problemu. Najbliżej znajdowało się stare zejście do metra. Było ono niepozorne i łatwo można było je przeoczyć przemierzając usypane z gruzów hałdy. Jednak mężczyźni szybko je odnaleźli. Gdy zaczęli schodzić Adam nagle wpadł na pewien pomysł, którym od razu podzielił się z kolegami:

21





-Czekajcie! -krzyknął.
-Co się stało? -spytał przestraszony Wiktor. Cała reszta gwałtownie obróciła się w stronę mężczyzny.
-Chyba wiem, gdzie lepiej przenocować. -Adam kontynuował.
-Niby gdzie? -tym razem odezwał się zniecierpliwiony Greg. Czekał na świetny pomysł przyjaciela.
-Tam. -mężczyzna wskazał palcem w górę. Jako że zeszli już kilka stopni w dół za sobą widzieli tylko wyjście, a gest kolegi odebrali za chęć pozostania na powierzchni.
-No jasne! Zostańmy na górze, to może dołączymy do naszych, ale na tamtym świecie. -znów przemówił Greg. Zarówno jego jak jego i innych zawiódł pomysł kolegi i potraktowali go jako stratę czasu. Nie czekając na jego odpowiedź Wiktor razem z Vogiem i Otisem ruszyli dalej na dół.
-Czekajcie! -krzyknął do odchodzących towarzyszy.
-Chyba brak słońca i to kręcenie się w kółko namieszało ci w głowie i teraz nie wiesz co mówisz. -rzekł Wiktor przerywając wypowiedź przyjaciela.
-Daj mi skończyć! Oczywiście, że nie zamierzam zostać na poziomie E, ale jeżeli słabym pomysłem jest schodzenie w dół możemy ruszyć w górę. -powiedział przekonującym głosem Adam. Po

22




jego słowach odchodzący Wiktor zapytał się:
-Niby dlaczego schodzenie pod ziemie jest złym pomysłem? Przecież tam nie jesteśmy narażeni na ostrzał. -na jego zapytanie odpowiedział Greg. On jedyny dostrzegał pewną logikę w pomyśle swojego kolegi:
-Na pewno większość naszych jest pod ziemią.
-To chyba dobrze. W końcu ich znajdziemy. -tym razem odezwał się Otis.
-Nie ma pewności, czy najpierw nie natrafimy na patrol wroga. Lecz zmierzam do czegoś innego. Jeżeli dużo naszych jest na dole to tam skoncentrują ataki, a nie na resztę budynków, które już i tak zamieniły się w ruiny. -odrzekł zamyślony Greg. Przez cały czas analizował to co mówi.
-No właśnie! Poza tym z góry będzie lepszy widok na sytuację. Tak więc możemy użyć do tego pobliskiego wieżowca, ponieważ wygląda na solidny. -dodał Adam. Z każdym jego słowem Wiktor zwalniał, aż w końcu zatrzymał się w momencie, gdy ten zakończył mówić. Popatrzył się na wszystkich. Jego przyjaciel miał trochę racji. Po chwili zastanowienia odrzekł:
-Wszystko fajnie, ale nie mogliście o tym pomyśleć wcześniej.
W ten sposób nie dotarli nawet do pierwszego piętra, a już

23




skierowali się w ku górze. Dopiero kiedy znaleźli się znów na powierzchni mężczyźni spojrzeli na ów budynek, o którym wspomniał Adam. Rzeczywiście jego konstrukcja wyglądała na solidną i nie trzeba było być architektem, żeby to stwierdzić. Sugerowali się oni tym, że pomimo widocznych śladów bombardowania w postaci dziur w ścianach i braku szyb w oknach wieżowiec stał w pionie przypominając tym samym potężnego, nieugiętego olbrzyma. Dotarli do niego w ciągu kilku następnych minut. Czekała ich jeszcze ta bardziej męcząca część drogi, jaką było dostanie się na jedno z wyższych pięter. Szybko okazało się, iż nie będzie z tym problemu. Po wejściu przez główne drzwi znaleźli się w opustoszałym holu. Nie było tam widać śladów walk. Wszystko było w bardzo dobrym stanie. Nawet winda działała. Zadziwiony tym wszystkim Vito rzekł:
-Od razu widać, że budynek instytucji miejskiej. Tony bomb równają wszystko dookoła z ziemią, ale widać ich obiekty są na nie odporne.
Właściwie wieżowiec, w którym się znaleźli był jeszcze przed kilkoma dniami głównym ośrodkiem oświaty na cały sektor. Nad wejściem znajdował się

24




ozdobiony gzymsami, pozłacany napis będący cytatem słów Voga. Brzmiał on „Człowiek jest wiedzą, którą posiada. Dopóki przekazuje ją swoim dzieciom, dopóty ludzkość istnieje”. To hasło ojca założyciela Włoch także skomentował:
-Jeżeli to miejsce ma być symbolem tej nie zniszczalnej wiedzy, to przydało by się wreszcie wybrać do szkoły.
-Mógłbyś zamilknąć? Mam dość tych twoich nieśmiesznych żartów i spostrzeżeń. -powiedział spokojnie Greg, próbując w uprzejmy sposób zwrócić uwagę koledze.
Mężczyźni wyjechali na piętnaste piętro. Chyba wiedza, o której mówił Vito miała pewien zasięg wysokościowy, ponieważ tam wszystko wyglądało trochę inaczej. Wszędzie walały się jakieś papiery, na podłodze leżały poprzewracane krzesła, biurka i szafy, z których wysypywały się teczki. Oprócz tego zarówno sufit jak i podłoga w kilku miejscach były oberwane, przez co łatwiej można było dostać się na sąsiednie piętra.
Po krótkiej obserwacji Wiktor stwierdził, że było to archiwum. Pierwszy pokój po prawej stanowił bazę danych na temat pracowników. Nie były one już możliwe do odczytania w tym miejscu,

25




ponieważ komputery przeznaczone do ich odczytu były całkowicie zniszczone. Oczywiście takie archiwa od samego początku służyły wyłącznie do odczytywania informacji umieszczonych w miejskiej chmurze internetowej, a to można było zrobić w każdym miejscu. Dodatkowo przechowywano tu jakieś informacje w tradycyjnej wersji na papierze. Robiono tak z często wykorzystywanymi aktami, lecz te stawiły bardzo małą ilość. W związku z tym całe te archiwa miały znaczenie czysto symboliczne. W końcu, kiedy na planie budynku znajdzie się napis archiwa to ranga całej instytucji rośnie. Poza tym dodatkowe działy to dodatkowe miejsca pracy.
Większość pomieszczeń na piętnastym piętrze była w bardzo dobrym stanie. Jedynie w pokoju na końcu korytarza po lewej stronie znajdowała się wielka dziura w ścianie. W sumie była okazała się ona przydatna, ponieważ stamtąd rozciągał się świetny widok na Nowobelgradzką od granicy. Za nią rozpościerało się morze ruin, a za nim Sibr. Ten widok przypominał Wiktorowi ilustracje z książki historycznej jego dziadka. Omówione były w niej dzieje wielkich wojen. Ilustracja, którą sobie przypomniał przedstawiała

26




widok na miasto w Francji Ypres, które podczas pierwszej wojny zostało całkowicie zniszczone. Mężczyznę nagle przytłoczyła pewna myśl związana właśnie z tym widokiem. Mianowicie zrozumiał, że jedyne co dotychczas osiągnęli to zrujnowanie części miasta. Pocieszył się myślą, że to koszt jaki zapłacą mieszkańcy w zamian za wolność. Nie rozmyślając dłużej ruszył zobaczyć co robi reszta jego oddziału.
Po tym jak dokładnie przetrząsnęli piętro, na którym się znajdowali poszli sprawdzić górę i dół. W tym celu rozdzielili się w taki sposób, że Vog razem z Gregiem ruszyli na czternaste piętro, a Vito z Otisem na szesnaste. Wiktor razem z Adamem zostali i zajęli się pilnowaniem rzeczy, które mieli. Właściwie nie było czego pilnować, ale chcieli po prostu odpocząć. Mężczyźni nie spali już ponad 36 godzin, a ostatnie dwa dni oraz dzieląca je noc były dość męczące. Oboje jeszcze chwile rozmawiali ze sobą, podsumowując ostatnie wydarzenia. Analizowali wszystko co robili. Zatrzymali się dopiero momencie z windą.
-Przepraszam za to co jak zachowałem się po spadnięciu windy. Poniosło mnie, a ty miałeś rację.

27




-powiedział ze skruchą w głosie Wiktor.
-No, miałem. -odpowiedź Adama wprawiła obu w śmiech. Po chwili jednak przestali. Ciężko było się z tego śmiać.
-Kim właściwie on był? -zapytał jeden z mężczyzn.
-Kto?
-No ten chłopak.
-Erik Tunnen. -odpowiedział krótko Wiktor. -Z tego co wiem przypadkiem trafił do naszej bazy. Wiesz jak się tam dostał?
-No jak? -zagadnął zaciekawiony Adam.
-Wyśledził swojego ojca po światłach. -wyjaśnił mężczyzna.
-Nie głupio. Ten sposób jest naprawdę dobry. Mało kto umie go obejść, ale stosują go głównie miejscy i mafia. -odparł Adam, lekko zdziwiony umiejętnościami chłopaka.
-Wyobraź sobie, że szedł za nim, aż od F8. Na dole mało, które światło działa, a temu udało się dotrzeć do tajnej bazy podziemia za pierwszym podejściem. -powiedział rozbawiony Wiktor. Lecz nie trwało to długo, ponieważ kiedy tylko myślał o Eriku, przypominał sobie jego ostatnie spojrzenie. Dalej z uśmiechem na ustach dodał:
-Erik Tunnen. Kolejne nazwisko, które znajdzie się na wspólnej mogile tych, co zapłacili największą cenę za naszą wolność.
-Pytanie, czy było warto? -odezwał się drugi

28




mężczyzna. -Czy był sens, aby Erik Tunnen umierał dla dobra ogółu.
-Według mnie śmierć za ideały, to dobra śmierć. -odrzekł Wiktor, zaprzeczając pesymistycznym słowom kolegi.
-Zastanów się co mówisz! Gość kopnął w kalendarz szybciej niż wykonał pierwsze swoje zadanie. Jeżeli śmierć za idee jest coś warta, to dopiero wtedy, gdy udało nam się czegoś dokonać. Poza tym tu chodzi o wolność i lepsze życie dla ogółu, ale kto właściwie jest tym ogółem? Może ja, może ty, a może strażnik miejski, kwestor, czy nawet jeden z gangsterów handlujących na czarnym rynku. Każdy ma inne życie, inne wymagania i każdy z nich inaczej postrzega tą wolność. Nie raz jeden zdobywa ja na cierpieniu drugiego, a „ogół” to próba upakowania ich wszystkich do jednego wora. To jakiś absurd, a skoro „ogół społeczeństwa” tworzą wszyscy, to tak naprawdę nikt. -Adam mówił nieco zamyślony. Kiedy skończył swój wywód jego przyjaciel nie wiedział co powiedzieć.
-Gdzieś to już słyszałem. -odparł w końcu. Następnie dodał z tą swoja charakterystyczną ironią w głosie. -Mogłeś wymyślić coś bardziej oryginalnego.
Po swoich

29




słowach Wiktor zakończył rozmowę, ceremonialnie obracając się na drugi bok. Nie przekonywały go te wszystkie pesymistyczne myśli jego towarzyszy. Wierzył w słuszność całej sprawy. Uważał, iż niechęć swoich kolegów ma ważną przyczynę. Według niego stanowiła ją szara i beznadziejna codzienność. Zamiast motywować ludzi do walki o poprawę swojego losu, jeszcze bardziej utwierdzała ich w przekonaniu, że jedynym co można zrobić to przyzwyczaić się. Historia już wiele razy odsłaniał zwierzęcą naturę człowieka. Tą, która czyni z niego istotę o największych zdolnościach do podporządkowania się otaczającej go rzeczywistości w celu przetrwania. Ceną są tylko, a zarazem aż przekonania, o których trzeba zapomnieć, aby uratować skórę. Może się wydawać, iż to nie wielki koszt za przetrwanie, ponieważ do ideałów zawsze można wrócić, kiedy sytuacja się zmieni. Czasami jednak okazuje się, że w zamian za ciepły kaloryfer i wodę w kranie oddajemy swoje prawdziwe człowieczeństwo. I nagle jedynym co nas różni od zwierząt to przedmioty codziennego użytku jak ubrania, meble czy urządzenia elektroniczne. Bo w końcu czym jest

30




ta odmienność od innych żyjących istot na świecie, jak nie to człowieczeństwo zbudowane z nieśmiertelnych wartości, a gdy zamieniamy je na nietrwałe wartości, sami stajemy się nietrwali.
Skoro już mowa o zwierzętach, nie można ich zawsze używać jako porównania do złego człowieka. Nie raz ich instynkty mogły by być wzorami dla człowieka. Wracając do sprawy powstania, ludzie powinni brać przykład z tego jak zwierzęta pracują w grupie. Ludzie są w stanie przeciwstawić się ponurej rzeczywistości, jeżeli połączą siły, zamiast myśleć tylko o sobie. Razem można zdziałać więcej jak polujące watahą wilki, jak stada lwów o złożonej hierarchii, czy choćby jak pilnujące się nawzajem pingwiny (w żadnym stopniu nie obrażając pingwinów). Niestety ciężko przekonać człowieka, żeby się zmobilizował do trudu na rzecz innych. Najczęściej jako argumentów używa wtedy pesymistycznych twierdzeń, jak te o braku sensu śmierci za ideały. W ten sposób łatwo zamaskować swoje lenistwo.
Wiktor zbyt zaangażował się w kontrargumentacje wywodów Adama. Przez to też nie zmrużył oka, a kiedy chciał już to zrobić uniemożliwił mu to

31




powrót reszty mężczyzn.
-Tak pilnujecie by nikt nas nie podszedł. -powiedział głośno wchodzący energicznym krokiem Vito.
-W promieniu pół kilometra, na powierzchni nie ma nikogo, a ty mówisz mi o jakiś podchodach. -odparł rozbudzony nagłym wejściem Adam. -Jedyne co może cię podejść na tej wysokości to bomba, ale jej raczej nie obezwładnisz.
-Dobra. Skończ się wymądrzać i patrz co znaleźliśmy. -Włoch stanął na środku pokoju i wskazał ręką w stronę drzwi. Za nimi stał Otis z Gregiem. Trzymali razem jakiś duży przedmiot, który akurat kładli na ziemie. Wiktor pozbierał się na nogi i ruszył na korytarz. Kiedy przeszedł przez drzwi bardziej szczegółowo zbadał ciężki przedmiot. Obok przeciągającego się z ulgą Otisa leżał średniej wielkości agregat prądu.
-I co powiesz? -zapytał dowódcę Włoch.
-Może się nam przydać, tylko musimy sprawdzić, czy działa. -odparł Wiktor.
-Powinien działać, bo wygląda dobrze. Znaleźliśmy go na górze razem z Otisem i postanowiliśmy je przynieść. -dodał radośnie Vito.
-Aż dziw, jak dużo masz do powiedzenie makaroniarzu jeden. -rzekł Greg opierając się o znalezisko i

32




głośno dysząc. -Nawet raz nie wysiliłeś się, żeby podnieść to żelastwo.
Cała reszta uśmiechnęła się po słowach towarzysza. Nie tracąc więcej czasu zajęli się podłączeniem agregatu. W tym celu najpierw Otis z Adamem przenieśli go do znajdującego się tuż obok pokoju technicznego. Tam zajęli się nim Wiktor i Vog. Z całego oddziału najlepiej znali się na majsterkowaniu. I tak po kwadransie zrobili wszystko co trzeba było zrobić. Jeden z mężczyzn w końcu uruchomił urządzenie. Huk zaburzył trwającą ciszę rażąc bębenki w uszach mężczyzn głośnym stukaniem. Najpierw był to nierównomierny hałas, ale po krótkiej chwili dźwięki ustabilizowały się i stały się jednostajne. Wtedy Wiktor włączył oświetlenie w małym pokoiku. Małe pomieszczenie, w którym światła dostarczała wyłącznie mała latarka, rozjaśniało. Pracująca tam dwójka zmrużyła oczy nie mogąc się przyzwyczaić do ostrego oświetlenia, po tym jak przez ostanie trzy godziny wszędzie dookoła był mrok.
-No i się udało. -powiedział rozweselony Wiktor.
-Miałeś co do tego jakieś wątpliwości. -odparł Vog. Również na jego twarzy pojawiło się

33




zadowolenie. Mężczyźni uścisnęli sobie nawzajem ręce.
Widząc wydostające się z małego pokoiku światło, Vito włączył lampy w pokoju, w którym siedział razem z resztą przyjaciół. Zaczął robić to w sąsiednich pomieszczeniach. Kiedy chciał zrobić to na korytarzu, znajdujące się tam jarzeniówki, spaliły się. Dopiero wtedy zwrócił na niego uwagę jego dowódca. Zaniepokojony ruszył w jego stronę.
-Co robisz? -gwałtownie odezwał się zdenerwowany Wiktor. Włoch nie wiedział co odpowiedzieć. Od razu zrozumiał, że zrobił coś nie mądrego. Wtedy jego przyjaciel dodał. -Chcesz, żeby każdy strażnik miejski w okolicy wiedział, że tu jesteśmy?
Nie zwlekając mężczyźni zaczęli gasić światła w kolejnych pokojach. Nim to zrobili, na krótką chwilę budynek zamienił się w latarnie. Ciemność panującą nad zniszczoną dzielnicą przeszyła jasna łuna. Mimo iż świeciła się dosłownie przez minutę, była bardzo zauważalna. Przez to też po tym incydencie grupa poczuła niepokój i dyskomfort, który jest charakterystyczny, kiedy wydaje nam się, że ktoś nas obserwuje. Adam wystraszył się do tego stopnia, że zaczął mówić do

34




Wiktora szeptem:
-Miejmy nadzieje, że tego nie zobaczył.
-Szczęście w nieszczęściu jest takie, że nasi mieli równe szanse, aby to zauważyć. -Greg zauważył pozytywny aspekt tej sytuacji. Lecz reszta nie podzielała jego optymizmu.
-Nie panikujcie za bardzo! -mówił z pogardą Vog. -Pewnie nikt niczego nie zauważył, a nawet jeżeli to ma na to wywalone. Wiecie dla czego? -zatrzymał się na chwile, by napawać się minami kolegów, których znowu wpędził w zakłopotanie. -Ponieważ wszyscy siedzą na dole i czekają na kolejny ruch drugiej strony.
-A co, jeśli wzięli to właśnie za, jak to nazwałeś „kolejny ruch”? -odrzekł Wiktor. Następnie ruszył do jednego z pokoi, w którym znajdowały się komputery. Tam spędził trochę czasu nad przywróceniem do użytku jednego z nich. Kiedy udało mu się to zrobić zajął się przeszukiwanie folderów archiwalnych. Nie był w stanie jednak odzyskać, zablokowanych dla odbiorników w tym sektorze, plików. Już myślał, iż da za wygraną, ale wtedy w drzwiach pomieszczenia stanął Vog.
-Jakiś problem? -zapytał.
-Próbowałem spojrzeć na informacje z archiwum, ale potrzeba do tego kogoś kto się zna

35




na rzeczy. -odrzekł i wymownie spojrzał na przyjaciela. Ten podszedł bliżej i powiedział:
-Postaram się pomóc, ale nie obiecuje cudów. W końcu ta blokada systemowa dla zbuntowanych dzielnic powstał po to by każdy mógł ją złamać. -mówiąc to przyciągnął do siebie jedno z krzeseł i usiadł obok Wiktora.
-Myślałem, że dłużej będziecie dyskutować na te jakże istotne tematy. -dowódca użył sarkazmu.
-Bardzo śmieszne. -odparł z powagą w głosie Vog, a następnie kontynuował. -Bez urazy, ale przynajmniej w moim wypadku, to powstanie jest tylko stratą czasu. Po tym, jak pomogliśmy przenieść broń, nie zrobiłem nic przydatnego. Cały czas chodzimy i gadamy o jakiś pierdołach, jakby to była wycieczka do sanatorium.
-Smutne, lecz prawdziwe. -stwierdził uroczyście jego rozmówca.
-Dobra nie traćmy czasu, tylko zobaczmy co da się zrobić. -odrzekł drugi z mężczyzn i ceremonialnie splótł palce i rozciągnął ręce. Wyrobione stawy strzeliły i Vog zabrał się do pracy.
Wiktor odepchnął się nogami od podłogi w taki sposób, że krzesło odjechało kilka metrów do tyłu. Kiedy stanął, mężczyzna lekko zsunął się w dół.

36




Rozłożył się wygodnie i zamknął oczy. Po krótkiej chwili zasnął. Jego towarzysz nawet tego nie zauważył. Całkiem był zajęty łamaniem blokady. Było to ciężkie zadanie, ale uporał się z nim w ciągu trzydziestu minut. Gdy skończył chciał obudzić przyjaciela, ale stwierdził, że nic się nie stanie, jeżeli prześpi się jeszcze godzinę. Spojrzał szybko na czas jaki pokazywał się w prawym dolnym rogu monitora. Była godzina 00:13. Następnie wyciągnął swoją książkę i zaczął ją czytać. Sam jednak opadł z sił i powoli stawał się coraz bardziej rozkojarzony. Ostatni raz czuł się zmęczony tuż przed ty jak w bazie w Zile zawołał go Wiktor. Jego głos rozbudził mężczyznę. Nie regenerował sił przez prawię całą dobę. W momencie, w którym skończył ostatnie powierzone mu zadanie w tym dniu miał chwile odpoczynku. Wtedy też zmęczenie znów dawało się we znaki. Lecz Vog nie chciał zasnąć, aby kontrolować sytuacje. Nie był pewny czy nie został jedynym, nieśpiącym w oddziale. W celu sprawdzenie tego udało się do sąsiedniego pokoju, gdzie znajdowała się reszta jego towarzyszy. Miał racje wszyscy spali. Nawet Greg

37




zasnął wykończony po ostatnich trzydziestu godzinach na nogach. Kiedy mężczyzna wracał do swojego pokoju zastanawiał się nad tym jak bardzo osłabić może takie bezcelowe błąkanie się po mieście. Po powrocie usiadł wygodnie na fotelu i wziął do ręki leżącą na biurku książkę. Myślał, że krótki spacer trochę go rozbudzi, ale nic z tego. Walczył ze zmęczeniem jak długo tylko mógł. Miał nadziej, iż przejdzie, lecz tym razem jego organizm nie miał już jak zregenerować sił. Ile by dał w tamtym momencie za łyk monsterka, lub chociaż kawy.
Wtedy mężczyzna wpadł na pomysł, aby sprawdzić czy coś nie zostało w automatach znajdujących się w pobliżu. Kiedy nie znalazł nic na swoim piętrze stwierdził, że sprawdzi niżej. Wszedł do windy i ruszył na dół, a że jego umysł już spał bez zastanowienia wcisnął guzik z cyfrą zero. Po drodze na dół próbował zachować świadomość uderzając głową w ścianę. Na dole ostatkiem sił ruszył w stronę bufetu. Rozglądał się dookoła w celu bezpieczeństwa, lecz nawet gdyby ktoś go obserwował w półżywy mężczyzna nic by nie zauważył (ale plan był dobry). Gdy znalazł się

38




na zapleczu kawiarenki ujrzał dużą ilość jedzenia. Pewnie ewakuując personel i najważniejsze papiery nikt nie myślał o zabraniu prowiantu ze sklepiku. Najpierw Vog zabrał się za zjedzenie batonika. Nie wstając z ziemi przystąpił do poszukiwania czegoś na wzmocnienie. Machanie ręki przetrząsał puszki i butelki na półkach. Idąc od samego dołu wspinał się do góry półka po półce. Kiedy dotarł do najwyżej położonych produktów stał już na nogach. To właśnie tam znajdowały się napoje energetyczne. Chwycił trzy puszki i pochował po kieszeniach. Oprócz tego schował jeszcze jedną butelkę mountain dew. Później odwrócił się na pięcie i slalomem ruszył w drogę powrotną. Przechodząc obok stolików przysiadł na jednym z krzeseł. Przymknął na chwile oczy. Poczuł odprężenie i spokój. W tamtym momencie ode chciało mu się wracać, a zamiast tego wolał zostać na wygodnym krześle. Nagle zobaczył przed sobą Wiktora z bronią w ręku. Celował w znajdującego się przy ścianie naprzeciwko namiestnika Bagru. Ciekawy widok, ale mężczyzna nie mógł się nim zbyt długo cieszyć, ponieważ już po chwili zamiast Wiktora zobaczył

39




Adama celującego do swojej pierwszej dziewczyny. Vog trochę się zmartwił tą sytuacją i już chciał wstawać wyjaśniać nieporozumienie, ale wtedy otworzyły się drzwi metra i ze środka wysiadła jego dziadek. „Co?” pomyślał przez chwilę. Cała ta sytuacja zaczęła go niepokoić. Wystraszył się jeszcze bardziej, kiedy winda, w której siedział zaczęła spadać. Obrócił się szybko i zobaczył Erika krzyczącego „Mountain dew!”.
Tuż po tym Vog uderzył o podłogę. Obok niego znajdowało się przewrócone krzesło, na którym siedział. Tym razem był pewien, że to rzeczywistość, ponieważ było zdecydowanie ciemniej i mniej wygodnie. Jeszcze kilka razy zamrugał oczami i dla pewności sprawdził czy nie zdążył już opróżnić puszkę, które wziął ze sobą. Te na szczęście były pełne. Po tym stwierdził, że to jednak nie był dobry pomysł schodzić na dół. Wyruszył szybko w stronę windy, aby jak najszybciej udać się na górę i zasnąć.
Po krótkiej chwili znalazł się w windzie. Po drodze jeszcze raz widział Wiktora i swojego dziadka, który tym razem sprawdzał broń od handlarza, strzelając w jego stronę. Mężczyzna był

40




bardzo szczęśliwy, gdy dotarł do środka. Jednak szybko okazało się, iż ma jeszcze jeden problem. Trzeba było wybrać guzik, a on zamiast cyfr widział szlaczki. Kilka razy przecierał oczy nie dowierzając, że ma taką fazę tylko od niewyspania.
-To było 15., a może 17.? -myślał. Nieszczęśnik starał się skupić, ale jedyne co przyszło mu na myśl to 25. Piętro. W końcu przycisnął po prostu jeden z wyżej położonych guzików. Winda już miał się zamknąć, ale ciszę przerwał wrzask. W ostatnim momencie ktoś wsadził rękę między zamykające się drzwi. Była to była Voga. Ze strachem na twarzy wpatrywała się w mężczyznę. Prosto za nią stał dziadek z bronią. Przyłożył oko do lunety i nacisnął na spust. Chyba był to pocisk o płaskim czole, ponieważ zrobił dziewczynie dziurę w czole o średnicy 10 centymetrów. Zresztą co za różnic a, skoro to i tak nie było prawdziwe. Wystraszony mężczyzna zaczął widząc to, zaczął uderzać w przycisk zamykający drzwi (przynajmniej tak mu się zdawało). Te w końcu się zamknęły. Mężczyzna spokojnie usiadł na podłodze. Winda ruszyła zabierając zmęczonego mężczyznę w drogę

41




powrotną.
Jakiś czas później obudził się Wiktor. Śnił mu się dom na wsi, o którym opowiadał mu dziadek nim zasnął. Przez to też często powtarzał mu się ten sen. Ten mały, zbudowany z drewnianych bali domek zapadł mu w pamięć. Zawsze oglądał go z daleka, na tle jeziora. Jasnożółte słońce schodziło między góry, a im było niżej stawał się coraz ciemniejsze. Stykając się z horyzontem robiło się pomarańczowe, a następnie jak rozbite jajko na patelni rozlewało się na idealnie gładkiej tafli błękitnej wody. Wyobrażając sobie taki widok nie powinien dziwić uśmiech na twarzy śpiącego Wiktora. Tak samo w tamtym momencie, nim otworzył oczy kąciki jego ust były lekko uniesione w górę. Nagle otworzył oczy i ze zdziwieniem popatrzył się dookoła, jakby nie wiedział, gdzie właściwie się znajduje. Malowniczy pejzaż gwałtownie ustępował ciemności. Jaskrawy obraz stawał się coraz bardziej zniekształcony i nieczytelny. Rozmywał się w mroku, aż w końcu pozostawił po sobie tylko jasną plamę, spowodowaną niedoskonałością ludzkiego oka. W końcu powidok znikł i została jedynie czarna pustka, jakby mężczyzna zamknął

42




oczy, a nie otworzył.
Z tego powodu po rozbudzeniu Wiktor często miał ponurą minę. Następnie energicznie kiwał głową, aby dojść do siebie i robił wielkie oczy, aby zobaczyć cokolwiek. To działanie dawało efekt dopiero po kilku minutach. Mężczyzna powoli wstał z krzesła, a potem ruszył w stronę drzwi. Poszedł do sąsiedniego pokoju, by sprawdzić czy koledzy dalej śpią. Szybko rzucił okiem na śpiących towarzyszy i stwierdził, iż wszyscy są. Nie stojąc dłużej bezczynnie wrócił do pokoju, w którym spał. Dopiero po powrocie zauważył, że komputer, przy którym pracował wcześniej Vog, przez cały czas był włączony. Podszedł bliżej, by sprawdzić, czy powrócił dostęp do zastrzeżonych plików. Okazało się, że jego przyjaciel wykonał swoje zadanie, co miło go zaskoczyło. Następnie podciągnął bliżej krzesło oraz przystąpił do przeszukiwania danych. Od razu otworzył folder zatytułowany „Spis obywateli pobierających nauki w ramach programu edukacyjnego 2-85-2-89”. Oczywiście celem jego poszukiwań były dane na temat Erika. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej na temat chłopaka, ponieważ jedyne co o nim wiedział

43




to jak się nazywa i kto jest jego ojcem. Oprócz tego stanowił dla niego tajemnice. Mógł jedynie przewidywać, że nie był typowym nastolatkiem, właśnie z powodu jego poziomu edukacji. Wiktor bowiem słyszał jak chłopak mówił coś o tym jak chodził do biblioteki, a trzeba pamiętać, iż w jego roczniku mało kto znajdywał się na rejestrach SCO, czyli Sektorowego Centrum Oświaty. Tak więc mężczyzna od razu spojrzał na nazwiska rozpoczynające się od litery „T”. Sprawnie przesuwał się na dół i zwolnił dopiero, gdy drugą literą nazwiska było „s”. zaledwie 15 pozycji dalej dotarł do pierwszego z Tunnenów. Była to pozycja Erika, natomiast tuż pod nim znajdowała się „Marta Tunnen”. Wiktor pomyślał, że pewnie była to siostra chłopaka. Następnie otworzył plik Erika i zagłębił się w studiowanie dotyczących go informacji. Można było znaleźć tam wszystko: imiona rodziców, dziadków i pradziadków; nazwisko rodowe mamy chłopaka oraz babci; datę jego urodzin; numer identyfikacyjny, zakres pobieranych nauk, wyniki testów sprawdzających jego wiedzę czy wyniki badań lekarskich. Oprócz tego były tam umieszczone imiona jego

44




rodzeństwa. Przy podanych imionach i nazwiskach członków rodziny była możliwość przekserowania do ich plików, umieszczonych w spisie. W tym przypadku można było to zrobić, wyłącznie z siostrą Erika, Martą oraz ku zdziwieniu mężczyzny z dziadkiem chłopaka. Mało kto z tamtego pokolenia na pobierał nauki. Szczególnie w takich strefach jak Zil.
Jednak Wiktora nie interesowały tak bardzo te informacje, choć szkoda, ponieważ mógłby się dowiedzieć bardzo wiele. Wolał sprawdzić ważne uwagi dotyczące Erika, czyli tak zwaną „czarną teczkę”. Ta była pusta, co nie zdziwiło tak bardzo mężczyzny. Bardziej interesował go wiek chłopaka. Najpierw nie chciał sprawdzać, ale później przełamał swój lęk. W tamtym momencie był już w stanie przyjąć bez rozpaczy. Popatrzył na datę urodzenia i przystąpił do szybkich obliczeń.
Wyliczył więc, iż Erik Tunnen miał 16 i pół roku. Kiedy Wiktor zdał sobie z tego sprawę poczuł się, jakby nagle ktoś dźgnął go nożem. Co prawda ten fakt trochę nim poruszył, ale myślał, że będzie gorzej. Wcześniej spodziewał się, że coś w nim pęknie na myśl, jak młodo chłopak stracił

45




życie. Tymczasem było to tylko nagłe ukłucie ostre, lecz szybkie. Mężczyzna jedynie westchnął, a następnie wyłączył komputer. Czuł się nie do końca spełniony. Myślał, iż znalazł sobie odpowiednie zajęcie, które coś zmieni. On jednak po prostu zdał sobie sprawę, że każde jego działanie jest wyłącznie wypełniaczem czasu, który skutecznie na nie marnuje. W końcu studiowanie życia nieżyjącego towarzysza nie przyczyni się do wygranej.
Przez kolejne kilka minut siedział nieruchomo na krześle. Po wyłączeniu monitora znów zapanowała całkowita ciemność. Mężczyzna po prostu zamknął oczy i myślał o tym co powinien zrobić. Właściwie to też była niepotrzebna strata czasu, ale ciężko osobie, która zdała sobie sprawę ze swojej bezużyteczności nagle wstać powiedzieć „Czas coś zmienić!” oraz ruszyć do walki. Dopiero po tej chwili przemyśleń ruszył do sąsiedniego pokoju. Poszedł sprawdzić czy na pewno wszyscy śpią. Najpierw przeleciał wzrokiem wszystkich, znaczy nie wszystkich, ponieważ kogoś brakowało. Zdziwiony obracał się dookoła i wytrzeszczał oczy. Myślał, że będąc zaspanym popełnił błąd, lub

46




kogoś nie zauważył. W końcu każdemu może się zdarzyć, lecz to była prawda. Rzeczywiście brakowało jednej osoby. Zdziwiony mężczyzna chciał przejść się po całym piętrze, by sprawdzić inne pokoje, ale jego ciężkie kroki obudził Adama. Wiktor podszedł do niego i zapytał się:
-Gdzie jest Vog?
-Skąd mam wiedzieć? –Adam odpowiedział z irytacją w głosie.
-Nie mogę go znaleźć. –powiedział nieco przestraszony mężczyzna.
-A sprawdzałeś inne pokoje? –trzeba przyznać, że obudzony ze snu myślał trzeźwo jak na zaspanego.
-Właśnie idę sprawdzić. –odparł Wiktor, po czym szybkim krokiem ruszył do korytarza. Dopiero w tamtym momencie Adam otworzył oczy na tyle by zidentyfikować rozmówcę. Trochę się zdziwił, widząc biegnącego Wiktora. Myślał bowiem, iż rozmawia z Vitem, ale ten leżał obok i twardo spał. Tymczasem dowódca sprawdził wszystkie pokoje i wrócił po chwili.
-Nigdzie go nie ma! –krzyknął po cichu.
-I co według ciebie mamy zrobić? –mężczyzna wzruszył ramionami. Już chciał obrócić się na drugi bok, lecz wtedy znów odezwał się jego przyjaciel:
-Pomyśl dwa razy nim coś powiesz!

47




Nieobecność jednego z nas nie wzbudza w tobie podejrzeń? Przypomnij sobie, że jesteśmy na terenie objętym walkami, a nie zielonej szkole! –po tych słowach niechętnym i powolnym ruchem wstał i rozciągnął się. Zniecierpliwiony Wiktor dodał. –No chodź!
-Nie sądzisz, że powinniśmy zostawić jakąś wiadomość, gdyby „akcja ratunkowa” się przeciągnęła? –zapytał kolegi Adam przy wyjściu.
-Jeżeli nie znajdziemy go w budynku, wrócimy po resztę. –odparł.
-Nie zaszkodzi coś zostawić. –mężczyzna chwycił kawałek papieru, który znalazł na podłodze i napisał „Poszliśmy szukać Voga. Wrucimy za niedługo.”
Nie tracąc czasu ruszyli w stronę windy. Niestety ta przestała działać co trochę ich zdziwiło. W związku z tym ruszyli na dół schodami. Najpierw przeszukali 14. Pietro, a kiedy okazało się, że nikogo tam nie ma zeszli od razu na parter.
Wychodząc z klatki schodowej stanęli na chwile w bezruchu w holu głównym. Obaj patrzyli się to w jedną, to w drugą stronę. Czujnie przeczesywali wzrokiem każdy zakątek, ale nie byli w stanie znaleźć przyjaciela.
-Myślisz, że mógł wyjść na zewnątrz? –zagadnął

48




Wiktor bezradnie przesuwając stoliki.
-Raczej nie. Gdyby znalazł naszych, zawiadomił by nas. Chyba, że złapali go miejscy. –odparł Adam po tym jak usiadł na krześle, zastanawiając się co mogło się zdarzyć.
-Jeżeli tak, to ma duży problem. –powiedział zmartwiony dowódca.
-A my jeszcze większy. –dodał zamyślony mężczyzna. Po tych słowach Wiktor szybko wyobraził sobie, co mogło się stać. Zrobił wielkie oczy, na myśl o stracie kolejnego członka oddziału, ale następnie potrząsnął głową i powiedział:
-Nie możemy panikować! Może po prostu gdzieś tu jest. Musimy na spokojnie zastanowić się co mogło się stać!
-A co ja właśnie robię? –poirytowany Adam zadał koledze pytanie, po czym dodał. –Więc z łaski swojej, przestań mi przeszkadzać! –po tych słowach nastąpiła krótka cisza. Po chwili znów odezwał się Wiktor, głośno myśląc:
-Co Vog mógł robić po godzinie dwunastej w nocy na dole? –po tym oboje popatrzyli się na siebie, jakby na obu naraz spadło olśnienie.
-Sklepik! –wykrzyknęli naraz.
Szybkim krokiem ruszyli na zaplecze kawiarenki znajdującej się po drugiej stronie holu. Wbiegli do małego

49




magazynu, ale nikogo nie znaleźli. Znajdowały się tam jedynie poprzewracane butelki, puszki i opakowania z przekąskami. Następnie przeszukali resztę kuchni, ale nikogo tam nie było. Po wyjściu z kawiarenki nie wiedzieli co robić. Kolejny kolega znikł bez śladu
-Nic tak nie wskóramy. –odezwał się Adam. –Musimy wrócić na górę i obudzić wszystkich. –jego przyjaciel nic nie powiedział. Tylko pokiwał głową, by przekazać, że się z nim zgadza. Był wyraźnie przybity. Raczej ciężko było mu zdać sobie sprawę, iż stracił kolejną osobę.
Mężczyźni byli już chcieli przejść na drugą stronę wielkiej Sali, by dotrzeć do klatki schodowej. Wtedy jednak stało się coś czego obu się nie spodziewało. Niestety nie był to Vog wychodzący z za rogu jakby nigdy nic.
Panujący wszędzie mrok gwałtownie przeszyła smuga światła. Wystraszeni przyjaciele nie wiedzieli co się dzieje. W amoku nie byli w stanie określić skąd dobiega światło, ponieważ odbijało się od umieszczonych tu i ówdzie luster, przez co skutecznie ich oślepiało. Automatycznie jeden z mężczyzn uklęknął, chowając się za jedną z kanap. Następnie pociągnął w

50




dół drugiego, aby także skrył się przez jasną smugą. Światło przesuwało się po podłodze i ścianach, a następnie zatrzymywało się w miejscach, w których potrzeba było dłuższej chwili, aby kogoś zauważyć. Przyjaciele wiedzieli już, iż światło dociera od strony głównego wejścia. Po chwili mężczyźni zaczęli słyszeć czyjeś kroki. Nierównomierny rytm kroków wskazywał na parę lub większą ilość ludzi. Wiedzieli już, że ktoś przyszedł przeszukać, ale dalej nie wiedzieli kto. Mogli być to zarówno powstańcy, jak i strażnicy miejscy. Cały czas trwała cisza i dopiero po kilku minutach jeden z nieznajomych odezwał się:
-Całkiem tu nieźle jak na miejsce po ostrzale.
-Jutro już nie będzie tu tak ładnie. –złowrogo odezwał się drugi, na co tamten się zaśmiał.
-Słyszałeś to! –gwałtownie smuga światła zmieniła swoje położenie co w pierwszej chwili trochę przestraszyło Wiktora. Na ich szczęście nie chodziło nich.
-Daj spokój! Nikogo tu nie ma. –powiedział spokojnie, któryś z przybyszy.
-Chyba masz rację. –odparł drugi.
-No właśnie! Chodź to nie ma sensu. –ta widomość ucieszyła Wiktora.

51




Wszystko wskazywało na szybkie odejście patrolu. Dalej jednak mężczyźni nie wiedzieli czyjego patrolu. Wtedy Adam bardzo ostrożnym ruchem, wyciągnął rękę. Starał się dosięgnąć, leżącego niedaleko kawałka zbitego lustra. Powoli jego plac docierały coraz dalej. Szkło okazało się leżeć dalej niż myślał, lecz nie zamierzał się poddać. Brakowało już tylko kilku centymetrów, kilku milimetrów. Udało mu się dotrzeć opuszkiem palców do przedmiotu. Delikatnie zaczął go przyciągać i wtedy jego środek ciężkości przesunął się zbyt mocno do przodu. Mężczyzna stracił równowagę, a od głośnego upadku uratował go kolega, chwytając go za kurtkę. Obu przez krótką chwilę przeszedł zimny dreszcz. Szczególnie Adam, któremu zaczęła trząść się ręka. Starł się opanować drganie i zamiast powolnie pokonywać centymetr po centymetrze, energicznie szarpnął za kawałek lustra. Szkło szybko oraz bezszelestnie prześlizgnęło się po podłodze. Następnie mężczyzna złapał pewnie ręka przedmiot tak, aby mu nie wypadł z dłoni (przy okazji udało mu się przeciąć). Mimo rany nie upuścił kawałka szkła.
-Ostrożnie.

52




-powiedział bezgłośnie Wiktor. Adam skinął głową i zaczął powoli przesuwać rękę w stronę krawędzi sofy. Starał się dotrzeć do zauważyć stojących przybyszy nie wysuwając lusterka za mocno. Wyciągał rękę coraz dalej i dalej. W skupieniu oglądał odbicie, ale widział wyłącznie ścianę. W końcu zobaczył jednego z mężczyzn. Akurat jeden oświetlał drugiego, więc Adam mógł wyraźnie zobaczyć szary mundur strażnika miejskiego. Nie miał już wątpliwości z kim mają do czynienia.
-Miejscy. -powiedział po cichu do, czekającego na odpowiedź Wiktora. Popełni, jednak karygodny błąd. Zamiast najpierw cofnąć rękę, a później mówić, chciał zrobić na odwrót. Kiedy oznajmiał przyjacielowi co udało mu się zauważyć, obracający się w stronę wyjścia strażnicy przelecieli jasną smugą po sofie, za którą ukrywał się dwójka mężczyzn. Jednego z patrolujących oślepiła wiązka światła odbijająca się od lusterka, trzymanego przez Adama. Strażnik od razu wiedział, że coś jest nie tak. Był pewien, że ktoś ukrywa się w tamtym miejscu i cały czas ich obserwuje. Niestety na każdym z nocnych patroli jest kilku takich co

53




myślą wyłącznie o spaniu, ale zawsze znajdzie się jeden, który nadgorliwie czuje na sobie czyjeś spojrzenie.
-Kto tam jest?! -mężczyzna krzyknął z niepokojem w głosie, po czym zaczął szybko zbliżać się w stronę podejrzanego miejsca.
Nagły krzyk zmroził ukrywającym się mężczyzną krew w żyłach. Wiktor zrobił wielkie oczy i znieruchomiał. Szukał wyjścia z tej sytuacji, ale strach kompletnie opustoszył jego głowę. Jego przyjaciel Adam zachował się nieco inaczej. Zamiast szybko opracować plan działania, od razu przeszedł do czynu. Tak samo jak kolega, nie wiedział co zrobić, ale w przeciwieństwie do niego zachowywał się bardzo chaotycznie. Dopiero wtedy cofnął rękę z trzymanym kawałkiem szkła. Dwie sekundy później mężczyzna doszedł do siebie. Kiedy spojrzał na przerażonego Wiktora wiedział, że to on musi wyciągnąć ich z opresji.
-Ej! -krzyknął jeden z żołnierzy. Prawdopodobnie widział szybki ruch ręką mężczyzny. Z każdym krokiem był coraz bliżej. Adam szybko myślał co można zrobić, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Strażnik był już kilka kroków od sofy, a on wciąż myślał. Następnie

54




wsłuchał się w kroki. Wiedział, że ten drugi stoi dalej. Nagle go olśniło. Popatrzył na Wiktora i pokazał mu gestem ręki, że na jego sygnał ma wstać. Ten na początku jeszcze bardziej wytrzeszczył oczy. Nie był w stanie zrozumieć w jaki sposób mężczyzna chce pokonać dwóch uzbrojonych strażników. Po sekundzie wzruszył ramionami z wymownym spojrzeniem skierowanym w stronę przyjaciela.
-Po prostu to zrób! –powiedział Adam. Starał się odezwać bardzo cichym szeptem, aby nikt nie usłyszał, że z kimś rozmawia. Wiedział, że żołnierz kieruje się w jego stronę i zamierzał to wykorzystać. Minęła kolejna sekunda. Kroki stały się jeszcze głośniejsze. Oprócz tego przyjaciele mogli usłyszeć szybki oddech zbliżającego się strażnika. Jego nerwy były w takim samym stanie jak kryjącej się za sofą dwójki. Miał w końcu powody do zdenerwowania. Jeżeli za meblem ukrywał by się bezbronny cywil już dawno by wyszedł, a milczenie wskazywało na obecność uzbrojonego rebelianta. Co prawda przy spotkaniu z dwoma strażnikami byłby bez szans, ale spokojnie mógł pozbawić życia jednego z nich.
-Teraz! –Adam dął sygnał koledze ten

55




szybko wstał i zwrócił uwagę obu strażników. Obaj skierowali w jego stronę światło. Sytuacja beznadziejna dla Wiktora, ale trwała wyłącznie ułamek sekundy. W momencie, w jeden z mężczyzn pokazał się, strażnik stał już bardzo blisko kanapy, od strony Adama. Gdy tylko zwrócił swoją uwagę na stojącego, drugi z przyjaciół wysunął się, energicznie wstając. Mocnym chwytem złapał broń żołnierz, który nawet nie zdążył zarejestrować drugiego rebelianta. Dlaczego akurat broń? Co prawda Adam nie jest silny, ale zdołał wyszarpać karabin od przerażonego nagłym zdarzeniem strażnika. Następnie wywrócił go na ziemie oraz skierował karabin w stronę drugiego żołnierza. Przyczepiona do broni latarka oślepiła go. Ten nie wiedział co się dzieje i schował się za najbliższą osłoną, jaką była duża ława poczekalni. Tymczasem Adam przyłożył lufę do głowy leżącego.
-No już wstawaj! I żadnych gwałtownych ruchów, bo będziesz mózg z podłogi mopem zbierał. –powiedział. Przerażony strażnik powoli wstał. Kiedy podnosił się czuł, że metalowy przedmiot na chwile przestał dotykać go w tył głowy, a gdy już był na

56




nogach znów uderzył ze zdwojoną siłą.
-Idź powoli do przodu, ale nie próbuj kombinować. –znów odezwał się Adam. Oboje zaczęli przesuwać się w stronę drugiego żołnierza. Zrobiło się całkiem ciemno, ponieważ ukrywający się za osłoną żołnierz, jak i jeden z rebeliantów, wyłączyli latarki. I tak dwóch mężczyzn przesuwało się w mroku. Kiedy znaleźli się bliżej ławy Adam krzyknął:
-Nie ma sensu robić tu zadymy. Jest jeszcze noc i nikt z nas na pewno nie chce ginąć. Po prostu weźmiesz swojego kolegę i odejdziecie w spokoju.
-Świetny pomysł. Zostawcie mojego kolegę, a od razu stąd pójdziemy. –odparł ukrywający się strażnik.
-Jest jeden warunek- wy bierzecie jeden karabin, i my jeden. –dodał Adam. Chwile czekał na odpowiedź. Widocznie żołnierz musiał się zastanawiać, ponieważ nastał chwila milczenia.
-Nawet jakbym się zgodził, to jaką mam gwarancje, że nie zastrzelicie nas, podczas wyjścia? –tamten w końcu się odezwał.
-Po prostu jeden z was będzie wychodził celując w naszą stronę. –odparł Adam, jakby poirytowany pytaniem żołnierza, po czym tłumaczył dalej. –Wydaje mi się, że jeden na

57




jeden to sprawiedliwy układ, ponieważ inaczej to ja mógłbym się czuć zagrożony.
-Niech będzie! –odrzekł zrezygnowany strażnik. Nie czekając na kolejne słowa rebelianta kontynuował. –Teraz ty posłuchaj! Za chwile wstanę i podejdę go przechwycić, więc żadnych gwałtownych ruchów.
-Dobrze, ale spróbuj, tylko zaświecić światło, by mnie oślepić, a będziesz zdrapywać kolegę z podłogi. –odezwał się Adam. Po tych słowach obaj umilkli. Wszystko było już ustalone i trzeba było przejść do realizacji planu. To nie było jednak takie łatwe. Zarówno rebeliant, jak i jeden i drugi żołnierz, bali się przejść do czynów. W końcu łatwiej rozmawiać z za osłony niż naprawdę wyjść i narazić się na strzał. Właściwie najbardziej zagrożony czuł się strażnik z przyłożoną do łowy lufą, ale w razie, gdyby coś poszło nie tak, wszyscy padli by trupem. Strażnik powoli zaczął wysuwać się z za osłony. Adam czuł, jak serce bije mu coraz mocniej. Plan był co prawda dobry, ale obawiał się co będzie, jeżeli żołnierz zacznie strzelać, a to było bardzo prawdopodobne, lecz w tamtym momencie nie było czasu na więcej

58




namysłów. Wreszcie strażnik wstał. Rzeczywiście posłuchał rebelianta i nie zaświecił latarki przyczepionej do karabinu. Właściwie do tego momentu wszystko szło dobrze. Strażnik trzymał broń w pełnej gotowości do strzału. Całkowicie skupił się na stojącym za jego kolegą mężczyźnie. Najpierw przyjrzał się jego twarzy. Wiele nie widział, więc wyostrzył wzrok jak tylko mógł. Obawiał się, że w tej ciemności nie trafi rebelianta w razie awantury, ale było już za późno na zmianę planu. Po prostu wszystko miało się udać. I rzeczywiście tak było. Złapany strażnik zrobił pierwszy krok w stronę kolegi. Wtedy temu lepiej udało się przyjrzeć Adamowi. Mocno zdziwiło go to co zobaczył, a raczej to czego nie zobaczył. Do tamtej chwili nie widział, że rebeliant trzyma w ręce miotłę wyniesioną ze sklepiku, zamiast broni. Od razu poczuł, że coś jest nie tak, a to oznacza, iż trzeba strzelać. Taki byłby koniec Adama- bardzo banalny i nieprzemyślany, ale oprócz trzymanej w ręce szczotki, żołnierz nie zauważył także Wiktora. Ten właśnie wychylił się z drugiej strony ławy, trzymając w rękach karabin. Znów dwójce

59




przyjaciół udało się wywieść w pole patrol, lecz tym razem nie było mowy, o kapitulacji bez ofiar. Wiktor wiedział, że ani słowa, ani oślepienie nie powstrzyma już żołnierza od strzału. Ułamek sekundy później wystrzelił, a jego strzał był celny. Pocisk przebił się przez tył czaszki i skierowany pod kątem w górę, przebił się przez czoło. Strażnik padł trupem na ziemię. Dookoła jego głowy szybko rozlała się kałuża krwi. W tym samym czasie Adam złapał pewnie za sztyl i wykonując porządny zamach, złamał go w pół na głowie przerażonego żołnierza. Ten upadł na ziemię. Następnie zachwiał się i straci przytomność. Mimo tego oraz okropnego bólu głowy, który zastanie go po przebudzeniu, powinien się cieszyć. W końcu mała była szansa, że wyjdzie z tego cało. Na pewno miał mniejsze szanse od swojego kolegi, lecz tak to już jest. Śmierć nie patrzy się na szanse przeżycia. Po prostu wybiera.
-O kurde! –powiedział głośno Wiktor. Powoli poziom adrenaliny malał, a on wracał do siebie. Nie wiedział do końca, co stało się przed chwilą. Czuł się tak, jakby na chwilę przestał być sobą i zamienił się w

60




zaprawionego w bojach żołnierza. Po tym jak ochłonął, mówił dalej. –Musimy coś z nimi zrobić.
-Schowajmy ich na zaplecze kawiarni. –odparł Adam przewieszając prze ramię pozyskaną broń.
-Chłopaki mogą żałować. Z taką bronią nikt nam nie podskoczy. –mówiąc to dowódca miał radość w głosie. Już wyobrażał sobie miny towarzyszy, kiedy zobaczą zdobyte karabiny. Rozmyślając tak nagłym ruchem chwycił leżącego trupa na, by przenieść go na zaplecze. W tamtym momencie zobaczył, jak coś rozrywa mundur, a następnie klatkę piersiową nieboszczyka. Tuż po tym poczuł przeszywający go ból w lewym barku. Automatycznie rzucił się na ziemię. Leżał chwilę z zamkniętym oczami. Najpierw myślał, że nie żyje, ale po chwili podniósł powieki. Wszędzie była krew. Ten widok go przeraził. Pokręcił głową i omdlał na chwilę. Tak naprawdę nie miał się czego bać, ponieważ krew, którą miał na sobie należał do, wciąż świeżego trupa.
Gdy mężczyzny leżał nieruchomo do holu weszło kilku strażników. Jeden z nich podszedł sprawdzić, czy trafiony mężczyzna nie żyje. Rebeliant leżał nieruchomo zalany krwią, więc

61




tylko kiwnął głową w stronę innego żołnierza. Tymczasem Adam stał przy drzwiach od kawiarni. Po kilku minutach usiadł przybity losem kolegi, lecz po kolejnych kilku sekundach czuł coraz większą wściekłość. W końcu, kipiąc złością, wysunął się z za rogu i otworzył ogień do niczego nie spodziewających się strażników. Ci byli dość zdziwieni. Zaczęli szukać osłon, a następnie otworzyli ogień do rebelianta. Zrobił się wielki huk, który obudził Wiktora. Otworzył oczy, lecz nic nie był w stanie dojrzeć. Wszędzie dookoła panowała iluminacja świateł. Wiązki wypuszczane prze latarki cały czas wirował, rozcinając mrok na małe kawałki. Oprócz tego cały czas widać było błyski wystrzałów które na ułamek sekundy pozwalały spojrzeć na otoczenie. Mężczyzna w końcu zauważył grupę żołnierzy ukrywających się za jedną z ław. Był od nich oddalony o trzy metry i bez przeszkód mógł wszystkich trafić. Najpierw jednak musiał chwycić za broń, która znajdowała się pod nim. Czekał na moment, aż wszyscy będą wyglądać za ławę obrócił się na brzuch. Poczuł straszny ból w barku. Ten był pokrwawiony. Mężczyzna

62




nie był w stanie przezwyciężyć cierpienia, które nie pozwalało mu sięgnąć po broń. W końcu szarpnął go prawą ręką, która na jego szczęście była cała. Co prawda ciężko jest strzelać jedną ręką, lecz Wiktor wiedział, że musi pomóc przyjacielowi. Zacisnął zęby, podniósł się z bólem, po czym wyładował cały magazynek w rząd żołnierzy. Wszyscy padli na ziemię, lecz ten dalej strzelał by mieć pewność, że żaden nie wstanie. Inni strażnicy nie wiedzieli co się dzieje. Byli ostrzeliwani z dwóch stron. Co więcej połowa z nich leżała martwa, w tym dowódca. Ci, którzy pozostali przy życiu, zaczęli się wycofywać. Cofnęli się do pierwszej ławy od strony głównego wejścia, a następnie rozpoczęli stamtąd ostrzał. Wiktor rzucił na bok bezużyteczną już broń i chwycił za karabin martwego żołnierza. W tym samy czasie przybiegł do niego Adam, który przed chwilą zebrał kilka magazynków. Obaj oparli się o jedną z ław i zaczęli strzelać do przeciwników.
-Co to, do cholery, jest? –zagadnął Adam.
-To pewnie reszta patrolu. –odparł jego przyjaciel, nie przestając strzelać. Wymiana ogna nie miała końca.

63




Mimo, iż dwóch rebeliantów skutecznie blokowało przeciwnika i nie dało podejść się od flanek, po jakimś czasie zaczęło im brakować amunicji, jak i siły. Szczególnie Wiktor był zmęczony. Na początku udało mu się zahamować ból, lecz po kilku minutach nie czuł już ręki. Miał również problem z przeładowaniem, co szybko zaczęło działać na niekorzyść jego oraz jego towarzysza. Adam skutecznie bronił prawego skrzydła, natomiast od lewej strony zaczęli zbliżać się strażnicy.
-Amunicja się kończy! –krzyknął Wiktor, powolnie wkładając do swojego karabinu kolejny magazynek.
-Idź poszukaj przy trupach! Może tam coś będzie. –powiedział Adam. Jego przyjaciel nie czekając dłużej ruszył do oddalonego o parę metrów ciała. Zajęło mu to dużo czasu, ponieważ nie mógł wstać. Powoli czołgał się w kierunku celu, a z każdym ruchem ramię bolało go coraz bardziej. Jego towarzysz starał się go osłaniać, lecz kiedy znów przeładował w ukryciu, nie mógł się ponownie wychylić. Zamiast tego strzelał na oślep, podnosząc broń nad ławę.
Po chwili Wiktor dotarł do pierwszego ciała. Nic przy nim nie znalazł, więc

64




ruszył dalej. Kolejny trup, też nie miał przy sobie amunicji. Widocznie każdego z pobliskich martwych żołnierzy przeszukał już Adam. Mężczyzna leżał na ziemi i zastanawiał się co robić.
-Nie mogę nic znaleźć. -krzyknął zdenerwowany do kolegi.
-Co? –strzelający rebeliant nie słyszał przyjaciela, przez hałas wystrzałów.
-Nic nie ma! –powtórzył tamten.
-Musisz coś znaleźć! –odparł Adam wychylając lekko głowę za osłonę. Nie skupiał się na słowach kolegi, ponieważ miał wystarczająco dużo na głowię i był w stanie mu pomóc. Obracał się o 90 stopni i strzelał do wszystkiego co się rusza. Wiktor widząc to wiedział, że może liczyć wyłącznie na siebie. Mógł przeszukać jeszcze jedno ciało, ale ono znajdowało się w polu ognia przeciwnika. Najpierw nie mógł ruszyć, bojąc się o swoje życie. W końcu przemógł się i zaczął pełznąć w stronę trupa. Na jego szczęście strażnicy nie zwrócili na niego uwagi, zajęci strzelaniem do Adama. Udało mu się znaleźć dwa magazynki. Następnie zaczął wracać do kolegi, ale wtedy zauważyli go wrodzy żołnierze. W ostatnim momencie udało mu się przyciągnąć

65




ciało i zasłonić się nim. To spowolniło jego powrót. Wiedział, że towarzysz nie może czekać, więc wziął zamach prawą ręką i rzucił do niego amunicje. ten złapał magazynki, a następnie zaczął osłaniać kolegę, skutecznie uciszając ostrzał strażników.
-Wracaj tu szybko! Potrzebuję cię. –krzyknął Adam. Zmotywował tym przyjaciela, który zaczął ruszać się szybciej. Po krótkiej chwili dotarł do przewróconej ławy. Drugi rebeliant nie przerywając ostrzału, mówił:
-Mamy jeszcze cztery magazynki, ale teraz ja będę strzelał, a ty będziesz przeładowywał mi broń.
-Dobra! –Wiktor skinął głową. Wsadził magazynek do swojego karabinu i czekał, aż koledze skończy się amunicja. Gdy to się stało Adam gwałtownie rzucił swoją broń i wziął karabin od towarzysza. On również czuł zmęczenie. Strzelał coraz chaotyczniej i mniej celnie. Ręce mu się trzęsły oraz tracił czucie w palcach. Strażnicy byli coraz bliżej, a on nie miał żadnego pomysłu. Musiał jakoś znaleźć wyjście z tej sytuacji, ale miał pustkę w głowie. Powoli zaczął rozumieć, że to koniec. Ta myśl przeraziła go. Przechodził prze niego

66




lodowaty dreszcz na przemiennie z wibracjami spowodowanymi odrzutem. Ręce drżały mu coraz bardziej, a nierówny oddech przyspieszał. Co prawda nie przerwał strzelać, ponieważ byłą to u niego czynność automatyczna, ale tracił siły. Powoli sypał się, tak samo jak spadające na ziem łuski.
-Ostatni magazynek! –krzyknął do niego Wiktor, podając mu karabin. Popatrzył się chwile na kolegę i wziął nową broń, odrzucając starą gdzieś na bok. Po chwili przyjaciel ponownie się odezwał. –Musimy coś wymyślić, bo inaczej może być krucho.
-Już jest krucho. –skomentował sucho. Niby dobrze znał Wiktora, lecz nie był człowiekiem honoru. W związku z tym podjął decyzję, iż ucieknie tyłem. Miał jeszcze jeden pełen magazynek, a tyle starczyło by mu, aby się wycofać. Zdawało mu się, że nie uda mu się ochronić także rannego kolegi i musi go zostawić. Właściwie nie było takiego problemu, ponieważ Wiktor mógł bez przeszkód chodzić, ale umysłem Adam kierował strach.
Strzelił kilka razy, a następnie zaczął przesuwać się w prawą stronę. Jego kolega nie zwrócił na to uwagi, więc spokojnie obserwował przeciwnika z ukrycia.

67




Zdziwił się dopiero, gdy karabin jego przyjaciela ucichł. Obrócił głowę, a ten stał już za filarem znajdującym się koło ściany. Na równi z tym żołnierze przestali strzelać. To zaskoczył obu rebeliantów jeszcze bardziej. Strażnicy skierowali się w stronę wyjścia. Tam otworzyli ogień do znajdujących się na zewnątrz rebeliantów.
-Nasi! –krzyknął radośnie Adam i ruszył przed siebie.
-Czekaj! –powiedział Wiktor, z bólem podnosząc się na nogi. Oparł się na prawej ręce, a potem stanął na nogach. Do tego czasu jego towarzysz zdążył podbiec do jednego z pierwszych filarów od wejścia oraz wyładować cały magazynek w znajdujących się przy drzwiach strażników. Ci nie zdążyli jakkolwiek zareagować. Ostrzeliwani z dwóch stron padli trupem na podłogę.
-Wiktor, chodź! –powiedział Adam, wykonując przywołujący gest ręką. Tamten akurat podniósł się na nogi i podbiegł do kolegi. Obaj radośnie wyszli z budynku i podbiegli do znajdujących się tam powstańców.
-Stać! –krzyknął jeden z nich, widząc biegnących mężczyzn.
-Jesteśmy z wami. Swoich nie poznajesz? –Wiktora zirytowało wrogie nastawienie sojusznika.

68




Wtedy też zwrócili uwagę stojącego obok mężczyzny. Wyglądał na dowódcę oddziału. Podszedł do przybyszy i odezwał się;
-Coś cie za jedni?
-Jesteśmy z kompani Zil1. –odparł stojący na baczność Wiktor.
-O! Czyli waszym dowódcą jest kapitan Graf. –dodał oficer, cały czas patrząc się na nieznajomych na nieznajomych podejrzliwym wzrokiem.
-Z tego co wiem dowodził nami kapitan Herz. Tak przynajmniej było, gdy wychodziliśmy z bazy. –powiedział zmartwiony mężczyzna. Wszystko wskazywało na to, że kapitan stracił życie, choć wydawało mu się to dziwne. Po jego odpowiedzi z twarzy pytającego znikła sroga mina.
-Dobrze! –rzekł wprawiając przybyszy w zakłopotanie. Widząc, iż nie rozumieją, kontynuował. –Spokojnie, wasz kapitan żyje i pewnie nic mu nie jest. Po prostu musimy wszystkich sprawdzić. Nie wykluczaliśmy, że to zwykła prowokacja. W końcu co jeden z naszych oddziałów robiłby w nocy, nad powierzchnią.
-Nawet Pan nie wie, jak się ucieszyliśmy na wasz widok. Cały dzień was szukaliśmy i nic. –tym razem odezwał się Adam.
-Nasi zwiadowcy zameldowali, że jest jakaś akcja na SCO. Myśleliśmy, że Sibr ruszył

69




do walki przed świtem. Tylko oni są tak lekkomyślni. –skomentował oficer. Musiał jednak przerwać, ponieważ podszedł do niego pewien żołnierz.
-Sir, musimy się już wycofać! Przybyło już wsparcie wroga. –oznajmił i wskazał palcem w stronę pozycji strażników. Rzeczywiście zjawił się tam 3 transportery opancerzone. Ze środka wybiegli kolejni wrodzy żołnierze. Widząc to dowódca odpowiedział swojemu człowiekowi:
-Dobra, czas się zbierać.
-Jeszcze nie! W budynku są nasi ludzie. –odezwał się Wiktor z niepokojem w głosie.
-Raczej już im nie pomożemy. –odparł jeden z powstańców znajdujących się obok i wskazał na wychodzących z budynku wrogich żołnierzy. Prawdopodobnie przeciwnik w celu zajścia rebeliantów od boku wszedł do budynku tyłem. Zestresowany tym widokiem oficer zaczął rozkazywać:
-Wszyscy odwrót na pozycje wyjściowe! Musimy odeprzeć ich pierwszy kontratak, by dało się wycofać. –mimo zdenerwowania, wydawał komendy mocnym głosem. Obracał głowę i mówił do kolejnych podoficerów. –Pit, weź swoich i odeprzyj przeciwnika od strony gruzów. Trasko, wesprzyj naszych na lewej flance. A ty Louis ucisz tego

70




KM-a.
-Tak jest! –odpowiadał jeden z drugim. Wiktora oraz Adam dziwiło to zamieszanie. Nie wiedzieli co się dookoła dzieje. Tym bardziej nie rozumieli jak ów oficer ogarnia to wszystko. Widać było, że jest doświadczony i zna się na dowodzeniu. Wiekowo wyglądał na rówieśnika kapitana z bazy na G2, lecz w ogóle go nie przypominał. Był to mężczyzna średniego wzrostu, o słusznej budowie i szerokich barkach. Zarówno zniszczona twarz, jak i siwe włosy zradzały jego wiek. Jedynie błękitna barwa oczu oraz grube, jasne brwi odmładzały go. Patrząc się na niego, Wiktor zrozumiał, jak powinien zachowywać się prawdziwy dowódca. Podczas gdy wszyscy dookoła biegali z pochylonymi Glowami, bojąc się trafienia, on stał niewzruszony i spokojnie rozkazywał. Tak jakby świstające na wysokości jego poziomie jego głowy pociski i eksplozje granatów dla niego nie istniały.
Powstańcom udało się powstrzymać pierwszy kontratak wroga, który wycofał się na wyjściowe pozycje. Dwójka przyjaciół wykorzystała chwile spokoju, aby poprosić dowódcę o trochę czasu. Ten jednak nie chciał się zgodzić. Ostatnią nadzieją dla towarzyszy Wiktora i Adama

71




było szybka ucieczka z budynku. Była duża szansa, że wystrzały ich obudził. Jeżeli tak, to zaniepokojeni odgłosami walki oraz informacją pozostawioną na kartce, powinni zejść na dół. Jednak cenne sekundy mijały, a z wielkiego budynku nikt nie wychodził.
-Musimy iść! –odezwał się dowódca. Jego oddział był już gotowy do odwrotu i stwierdził, iż nie może narażać życia większej ilości ludzi, dla 3 zabłąkanych przybyszy. Mimo jego próśb ani jeden, ani drugi nie zamierzali odchodzić bez przyjaciół.
-Sir mają ciężki sprzęt. –krzyknął jakiś żołnierz, głośno dysząc. Zatrzymał się tylko na chwile, aby wysłuchać rozkazu dowódcy, lecz ten nic nie powiedział. Nie było już nad czym się zastanawiać.
-Słuchajcie, albo ruszycie dupy, albo zostajecie tu i sami przeciwstawiacie się całej kompani z ciężkim sprzętem. –znów odezwał się dowódca. Tym razem był bardziej szorstki niż przed chwilą, ale ciężko było mu się dziwić. Po tym jak skończył mówić podniósł głowę i popatrzył się w stronę pozycji przeciwnika. Zobaczył tam 2 pojazdy opancerzone z działkami kalibru i wyrzutniami rakiet. Mimo to nie

72




przestraszył się. Jedynie zmarszczył grube brwi i nabrał powietrza w trzewia, wypinając klatką piersiową.
-Kurwa. -powiedział ze stoickim spokojem, po czym obrócił się i sprężystym krokiem ruszył w stronę swoich żołnierzy. Kiedy się do nich zbliżył zaczął obracać dłoń z jednym, wyprostowanym palcem, wykonując tym samym gest oznaczający powrót na pozycje i dodał krótka:
-Wycofujemy się na dół.
-A co z tymi? –spytał się jeden z podoficerów, kiwając głową w stronę dwóch mężczyzn.
-Powiedziałem im, że się wycofujemy, ale jeżeli wolą zostać to nie będę protestować. Ich sprawa. –odparł dowódca.
Rzeczywiście obaj mężczyźni stali przy opuszczonych już pozycjach. Pierwszy zrozumiał Adam, że oficer mówi na poważnie.
-To nie ma sensu. Strażnicy musieli ich złapać. Inaczej już by zeszli. –mówił, lecz Wiktor nie zamierzał go słuchać.
-Chyba nie chcesz odejść? Nawet, jeżeli ich złapali, to nie możemy ich zostawić. –oznajmił ze zdenerwowanym głosem. Do Adama też niewiele docierało. Zdenerwowany, cały czas obracał głowę, patrząc, to na przyjaciela, to na powoli wycofujących się żołnierzy. W

73




końcu odezwał się z przerażeniem w głosie:
-Jeśli chcesz zostać to ci nie bronie, ale ja nie widzę w tym żadnego sensu.
-Ja też cię nie zatrzymuje. Możesz iść z nimi. –odparł spokojnie Wiktor.
-A ty?
-O mnie się nie martw. Coś wymyśle. –mężczyzna uśmiechnął się w stronę przyjaciela.
-To bez sensu. –Adam krzyknął odchodząc. Bał się, że jego towarzysz chce się zabić, choć z drugiej strony wiedział, iż jeżeli by tak było to już nic nie był w stanie poradzić. Popatrzył się jeszcze prze chwile na przyjaciela i ruszył w stronę wycofujących się powstańców. Wtedy też rozległ się strasznie głośny huk.
-Rakiety! –krzyknął ktoś. Słysząc to Wiktor skulił się oraz zasłonił uszy, z powodu hałasu. Czuł się tak, jakby obok niego wystrzeliwano coś w kosmos. Ostry dźwięk rósł, jeszcze przez ułamek sekundy, a następnie zamienił się w gigantyczny huk. Był nieporównywalni głośniejszy od tego przed chwilą i zdołał ogłuszyć mężczyznę. Gdyby nie wtulił głowy w ziemię zobaczył by tez równie efektowną eksplozje. Mimo, że tego nie widział, poczuł mocny wstrząs, który ruszył wszystkim dookoła.

74




Dopiero po tym Wiktor uniósł głowę i otworzył oczy, lecz mimo to prawie nic nie widział. Wszędzie unosił się kurz, skutecznie ograniczający widoczność. Nie czekając ani chwili dłużej wstał i ruszył w stronę wybuchu. Wiedział, że znajdował się tam również jego towarzysz.
-Adam! Adam! –wywoływał kolegę. Nie miał to większego sensu, ponieważ sam niewyraźnie słyszał swój krzyk. Wszystko zagłuszało ostre piszczenie w uszach. Przez cały czas zasłaniał dłońmi boki głowy i szukał kolegi. Po chwili znalazł go leżącego na ziemi i zastanawiającego się, co to było. Obaj poczuli ulgę i radość, widząc siebie. Nie było to jednak miejsce na uściski.
-Możesz chodzić? –zapytał Wiktor.
-Co? –Adam też nic nie słyszał. W związku z tym Wiktor nie zamierzał ni już mu tłumaczyć. Po prostu zaczął go podnosić. Ten spokojnie wstał, co ucieszyło jego kolegę. Nie zwlekając ruszyli za oddziałem. Kiedy wyszli z chmury pyłu rozejrzeli się dookoła, lecz nikogo już nie widzieli. Obaj przerazili się na myśl, iż zostali sami na pastwę wroga. Nie mogli się poddać, ponieważ strażnicy deptali im po piętach. Ruszyli po prostu

75




w stronę najbliższego zejścia pod powierzchnie. Z tego co pamiętali znajdowało się ono nie daleko. Minęła chwila i przyjaciele byli już blisko celu. Kiedy tylko obracali się do tyłu widzieli światła latarek strażników. Po tym, jak ogłuszenie minęło, słyszeli także ich krzyki. Wiktorowi udało się zwieść wroga, a kiedy już całkiem zgubili pościg ruszyli do zejścia. To znajdowało się tuż za rogiem, więc dotarli tam w ciągu niespełna minuty. Obaj ześlizgnęli się po powierzchni między starymi, ruchomymi schodami. Ku ich zdziwieniu spotkali tam wycofujący się oddział.
-Dobra! Skoro jesteśmy już w komplecie możemy ruszać. –powiedział dowódca i pospiesznie ruszył do przodu. Zarówno Wiktor z Adamem oparli się o ścianę i zaczęli głośno dyszeć. Potrzebowali chwili odpoczynku, aby zregenerować siły.
-Hej! Idziecie? –krzyknął zabezpieczający tyły żołnierz.
-Tak, jesteśmy tuż za wami. –odrzekł Wiktor z bólem i zmęczeniem w głosie. Dopiero w tamtym momencie poczuł znów swój ranny bark. Minutę później Adam odbił się od ściany oraz pomagając obolałemu koledze wstać, powiedział;
-Chodź! To nie jest dobre

76




miejsce na odpoczynek.
-Wiem. –westchnął przyjaciel. Obaj patrzyli się w stronę wyjścia na zewnątrz. Obserwowali wieżowiec, wspominając z bólem kolegów. Wpatrując się tak w budynek, Wiktor zapytał. –Myślisz, że chłopacy wpadli w ręce miejskich?
-Nawet, jeżeli, to na pewno wyjdą z tego cało. –odparł odchodząc już Adam.
-Oby. –dodał drugi, po czym także się obrócił. Miał jeszcze chwile by nacieszyć się promieniami światła na twarzy. Po tej burzliwej nocy, świt słońca rozświetlił ciemność. Zaczął się nowy dzień.

77




Wyrazy: Znaki: