Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 83
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Krótka opowieść o pewnej miłościikonka kopiowania

Autor: Michalina Paula twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




2 sierpnia 1914, Kraków, Oleandry
– Stoimy tu dziś, świadomi niebezpieczeństwa, jakie nas może czekać na froncie, ale i chętni podjąć to wyzwanie dla przyszłego państwa polskiego. Dziś rodzi się nowa Polska, a wy jesteście jej rodzicielami. Pamiętajcie, że co by się nie działo, ojczyzna będzie zawsze z wami. Ojczyzna jest jak powietrze, lepiej jest zginąć, mając ją przy sobie, w sercu, niż bez niej, bo prędzej czy później i tak umrzemy z braku „powietrza” – mówił, a wszyscy słuchali w skupieniu, ich oczy były wpatrzone tylko w jeden punkt, a właściwie dwa: parę zielonych oczu, które świeciły się jak małe gwiazdy. Niejeden wyczytałby w nich, że należą zapewne do jakiegoś porywczego szaleńca. W rzeczy samej, Dziadek na pewno nie był posłusznym, uległym pierwszym lepszym parobkiem, którego można by było zrównać z ziemią, a i tak by tego nie zauważył. Dziadek był po prostu dziadkiem wszystkich, także jeszcze nieistniejącej Polski. Jego myśli biegły szybciej niż u dziesięciu innych. I do tego ten wąs, który tylko dodawał mu powagi. Pomysły, jak twierdzili niektórzy, miał szalone, jak na szaleńca przystało,

1




ale jak zawsze mawiał: „Lepiej jest coś robić, niż nic nie robić”. Tak też dzisiaj Dziadek, czyli Józef Piłsudski przemawiał do tych, którzy zdecydowali się dołączyć do grona „szaleńców”, wyjść z ukrycia i w końcu po tylu latach zaborów i poniżenia odwrócić bieg historii i stanąć za sterem.
– Drodzy moi – ciągnął dalej. – Chłopcy i dziewczyny – popatrzył na jedyny w tym gronie pierwiastek żeński. – Czeka nas bardzo trudna misja i nie będę owijał w bawełnę: kto nie wie, dlaczego tu stoi, to lepiej, żeby od razu sobie poszedł – poczekał chwilę, po czym kontynuował. – Plan jest taki: na początku musimy zająć Kielce – mocno gestykulował, aby nakreślić, co prawda bez mapy, każdemu w głowie plan działania – potem przedostać się do Warszawy i tam dopiero wywołać powstanie. Proste trzy punkty: Kielce, Warszawa, powstanie. Zrozumiano? – podniósł głos jak na wodza przystało, że aż niektórym czapki pospadały z głów czy to ze strachu, czy też od impetu, z jakim to powiedział. Tymi słowami zakończył dość długie jak na siebie przemówienie i ruszył na północ, drogą na Kielce...
Poszli za

2




nim. Nie czuli zmęczenia tylko i wyłącznie dlatego, że w ich sercach była taka mała iskierka nadziei, nadziei na odzyskanie niepodległości. To ona dodawała im energii, pokrzepiała.
– Jak masz na imię? – zagadnął Jędrzej dziewczynę. – Bo ja Jędrek – uśmiechał się, starając zachęcić ją do rozmowy. Widział, że nie miała tu bratniej duszy i domyślał się, jak mogło być to dla niej przykre. Na myśl o tym, że zostałby tu sam jeden, bez chłopaków, aż przechodziły go dreszcze. Był może silny, ale jak już zdążył się nauczyć, w grupie większa siła.
– Maryśka – powiedziała po chwili dziewczyna.
– Maryśka do takiej ślicznej buźki nie pasuje – powiedział, podtrzymując rozmowę. – Marysia, tak o wiele lepiej.
Marysia odwróciła głowę, tak aby Jędrek nie widział, jak się zaczerwieniła. Pierwszy raz odkąd tu była, ktoś zauważył jej istnienie, podszedł, porozmawiał, a nie tylko obgadywał po kątach.
– Patrzcie, Jędrek chyba woli towarzystwo dziewczyn! – krzyknął ktoś za nimi.
– Wolę towarzystwo mądrych kobiet niż głupków, którzy udają nie wiadomo jakich rycerzyków, jak wy.
– Przyznaj,

3




Jędrek, że po prostu jesteś za słaby i musisz zniżyć się do osób na twoim poziomie. Marysia nie wytrzymała, podeszła do chłopaka, który cały czas ich obrażał, i z całych sił uderzyła go obcasem żołnierskiego buta w nogę, a potem odeszła jakby nigdy nic, bez słowa.
– I kto tu jest słaby – powiedział na pożegnanie Jędrek do zwijającego się z bólu chłopaka, po czym dołączył do Marysi.
Dzień powoli się kończył, gorąca, czerwona kula słońca niespiesznie znikała za horyzontem, a na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy. Zapowiadała się piękna noc. Niektórzy żołnierze poszli już spać, niektórzy stali na warcie. Dochodziła już północ, cały obóz spał, nawet Dziadek, tylko w trawie słychać było odgłosy koników polnych, a gdzieś w drzewach pohukiwania sów. Wydawało się, że nic nie zakłóci spokoju śpiących żołnierzy. Niebo było piękne, pełne gwiazd... Nagle zerwał się silny wiatr, rozdmuchał popiół jeszcze tlących się ognisk, przyniósł dziwny, obcy chłód. Piłsudski wiedział, że nie jest to dobra wróżba. Na wszelki wypadek kazał się wszystkim przygotować. I miał rację... Nie

4




minęło dziesięć minut, kiedy zostali zaatakowani... Wszyscy szukali wzrokiem Piłsudskiego, licząc na jakiś znak, podpowiedź. Ale jego pierwszego zabrali, zaatakowali go od tyłu, a on jeden na pięciu nie miał żadnych szans. Nieprzyjaciel wiedział, że bez wodza cała reszta sobie nie poradzi. Nagle spoza szeregu wyszedł Jędrek, wyciągnął ukryty za pasem bagnet, podniósł go do góry i ze łzami w oczach krzyknął:
– Za wolną Polskę! – i rzucił nóż we wrogiego oficera. Ostrze wbiło się prosto w serce, a oficer, nie zdążywszy powiedzieć ani słowa, padł na ziemię martwy. Po nim zaraz Jędrek, postrzelony przez jednego z nieprzyjaciół. Do stóp chłopaka w tej chwili rzuciła się Marysia. Nie mogła powstrzymać cały czas napływających do oczu łez, serce biło jej jak nigdy dotąd.
– Za niepodległość! – krzyknęła. Drzewa przekazywały huk wystrzału jak wojenny rozkaz. Marysia strzeliła sobie prosto w głowę. Umarła jak Jędrek. Oddała życie za miłość. I tylko drzewa wiedziały, kogo kochała bardziej: Jędrka czy Ojczyznę...

5




Wyrazy: Znaki: