Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 173
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Wiosenna górka 1-Wjazdikonka kopiowania

Autor: Lucjan Kaczkowski twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Więc to było chyba tak: gdy ocean stał się znów płaski jak tafla szkła a odbicia bezchmurnego nieba nie rozpraszało nawet minimalne drgnięcie jego powierzchni i zastygł już nawet ten wschodni wiatr, tak że pot z mojej twarzy musiał po prostu spaść na piasek bo nie miał powodu by wyparować, to właśnie wtedy znów mnie podkusiło…
I wszedłem na ten głaz co leżał jak poprzednio w leniwym oceanie i wysunąłem dłonie w stronę wody i moje dziesięć palców niczym dziesięć przykazań wbijać zacząłem w ciepłą, słoną wodę. Robiłem to z bezwzględną premedytacją i precyzją, każde uderzenie palca o powierzchnię wody musiało być jak poprzednio, tak samo płynne, głębokie i intensywne. Nim skończyłem, kropla potu co mi po czole spływała i na nosie zawisła, zachybotała się i łapać ją musiałem żeby mi planu nie zniszczyła wpadając do wody. I znów pewności nie mam czy dobrze wyjdzie, bo mam wrażenie, że palec wyjąłem nieco zbyt pospiesznie, za wcześnie.
Więc jak poprzednio oczkami mrugam i gdy jedno zamknę to nigdy nie wiem gdzie i kiedy otworzę kolejne, tylko patrzę, jak się sprawy układają, bo fale które wzburzyłem

1




każdym z moich palców unoszą się, opadają i rozchodzą promieniście by wpaść na te wywodzące się z pod kolejnego palca, i zakipieć. I nim się obejrzę mam znów pieniące się morze i wietrzną pogodę, ślepkiem które właśnie otwarłem, widzę, że już nad powierzchnię wzbić mu się udało i znów kolejnemu się wydaje że jest osobą, cóż taki los, widać tak być musi, więc nim wpadnie z powrotem tam skąd go wystrzeliło i swą osobę w morzu złoży, popatrzę.

     - obudź się Lusiek! – Oliwka szarpnęła Luśka za ramię – Poldek przyszedł…

     Bo to jest opowieść o życiu. Lusiek lubił rozmowy o życiu, a to czego obawiał się najbardziej to zniknąć z tego świata bez echa. Więc niniejszym czyniąc zadość luśkowemu ego spisuję jego opowieść:

     - Uśmiechnij się, postaraj wykrzesać trochę czaru.
- Więc zaskocz mnie czymś, powiedz jakiś żart.
Poldek napiął zwoje i myślał, zmarszczył czoło - czym rozbawił Luśka – a gdy dostrzegł to, uśmiechnął się triumfująco i nacisnął spust aparatu.
- Pokaż, coś tam uwiecznił – powiedział Lusiek podchodząc do kolegi.
Na wyświetlaczu aparatu widniał tłuściutki Lusiek

2




szczerząc się szeroko i wypinając tyłeczek obleczony w majtki z nadrukiem „2008 it’s my year” i szczurkiem, taszczącym wór z dolarami.
- no, to teraz wszystkie laski moje! Obwieścił Lusiek i uśmiechnął się klepiąc przyjaźnie Poldka.
- co, napiszesz w profilu?
- może – „ajmkrejzisanawabicz, żywemu nie przepuszczę!” - zarechotał.
- na dziewczyny to nie działa, są inaczej skonstruowane, potrzebna jest gra wstępna, trzeba im troszkę posłodzić. - powiedział z miną poinformowanego Poldek.
- co ty? Wiesz ile nimfomanek zagląda na takie strony? – Lusiek próbował bronić swojej koncepcji.
I chyba skutecznie, bo zgodnie popadli w zadumę.

     Cały pozostały dzień, Lusiek wymyślał dowcipy do swojego profilu, miały świadczyć o jego dystansie do samego siebie, więc co chwila pokładał się ze śmiechu, biorąc to za dobry znak. Gdy pozostał mu tylko wybór zdjęcia, ku jego rozczarowaniu okazało się że, zdjęcia zrobione w dzisiejszej sesji nie nadawały się do upublicznienia, więc poszukał w folderze z fotkami z poprzednich wakacji. Znalazł jedno na którym udało mu się zrobić kpiarską minę i do tego stosunkowo ładnie wyglądać.

3




Gdy dodał zdjęcie nie bez wahań, puścił swój anons w cyberprzestrzeń…

     Zasnął z poczuciem niepewności czy przypadkiem nie za dużo sobie pozwala, gdy już zmęczyła go wewnętrzna walka między chęcią skasowania profilu a nadzieją że miejsce tuż obok przestanie, choć na chwilę, być puste.
Gdy śnił zaczęła się krystalizować nocna rzeczywistość, poczuł przykre napięcie, wbiegł na teren szpitala – jak na Srebrzysku – pomyślał. Za nim napierający tumult, drzwi bez klamek były zapraszająco otwarte, wbiegł. Po korytarzu snuli się jacyś senni ludzie, chwycił jednego z nich – widziałeś moją lekarkę? Śledzą mnie! Tabuny nimfomanek mnie śledzą! Pomóż! – Lusiek odepchnął milczącego pacjenta, pobiegł w dół po schodach wyleciał na zewnątrz, gdzie wyłaniało się gospodarstwo jego dziadków, stopniowo pojawił się drewniany dom, później mały warzywnik z kilkoma wiśniami otoczony drewnianym płotem, piwnica przypominająca chatkę hobbita. W tylniej części, chlew z czerwonej cegły i stodoła, jednocześnie zaczęło rosnąć w nim przeczucie, że zza granic gospodarstwa z ciemności, ktoś go obserwuje, rozglądał się

4




niepewnie, ale wszystko wskazywało na to, że za płotem kończy się już ten świat, czarna ściana, gruba jak wełniany koc jednocześnie kosmata i ciepła wydawała się nieprzenikalna lecz czuł czyjąś obecność, a potem też wyraźnie dostrzegł drwiący uśmiech i dziwnie intensywne spojrzenie zezujące gdzieś nieco na prawo od siebie. Przestraszony wycofał się w głąb gospodarstwa, niepewnie odwrócił głowę by z przerażeniem spostrzec posuwającą się za nim osobę płci żeńskiej. Nie myśląc więcej przebiegł przez stodołę, otworzył furtkę prowadzącą do sadu i gdy ochłonął między śliwami zobaczył domek, nieco zaskoczony przyglądał się nowemu obiektowi. Był to zmurszały budynek, tynk gdzieniegdzie odpadał, nie był szczególnie dużych rozmiarów, jednak zbudowany był z fantazją nie patrzącą na zdrowy rozsądek i użyteczność. Sprawiał wrażenie że każde okienko robi psikusa pozostałym, komin skośnie przyczepiony do zielonego dachu zdawał się puszczać dymne sygnały morsem „a kuku”. A małe drzwi przystosowane były raczej dla dzieci niż pełnowymiarowej osoby.
Wtedy małe drzwiczki zaskrzypiały i wychylił się niski

5




kudłaty stwór, spojrzał pustym wzrokiem na przestraszonego i zaskoczonego Luśka i powiedział: co tam Lusiek? Pewnie cię nimfomanki gonią?
- no tak, skąd wiesz? Skąd się tu w ogóle wziąłeś stworze ze swoją chatą? babcia wie , że tu masz dom?
- tyle że to nie mój dom, w życiu bym sobie takiego dziwactwa nie kupił. Tylko pilnuję i sprzątam tu czasem, chodź dam ci mikstury od której żadna nimfomanka już nigdy ci straszna nie będzie.

     Lusiek niepewnie zajrzał do chatki.

     - no chodź, chodź chłopczyku, a ty poszedł na dwór Don Juan. - Stwór kopnął tłustego żółtego kota, a gdy ten prychając spełnił życzenie właściciela, zatrzasnął za nim drzwiczki. – masz tu chłopcze tajemnej mikstury. To mikstura na potencję jest i w Casanovę się od niej zamienia każdy leszcz.
- ciekawe – myślał głośno Lusiek – a jak nazywa się ta mikstura stworze?
- miksturę tą nazwałem z angielska, bo to topowy teraz język w branży, tytułem mojej ulubionej piosenki z liceum „I belive I can fly”
- aha fajna nazwa, bo wiesz stworze ja też czuję gdzieś w nieużywanym kącie duszy, że jestem do wyższych celów stworzony, w każdym razie nie do

6




życia z renty razem z rodzicami – wzruszywszy się powiedział Lusiek – dlatego myślę że ta twoja mikstura chyba mi pomoże skoro ma taką nazwę trafiającą prosto w serce.
- dobra, dobra wyluzuj chłopczyku, musisz tu jeszcze podpisać umowę z firmą moją, że po śmierci babci jeżeli dziedziczyć po niej będziesz z sadu tego mnie nie wyrzucisz, w zamian mikstury będziesz miał ile zechcesz.
- aha, no tak wygląda dobra, uczciwa wymiana, więc się zgadzam, a jak masz na imię?
- Hannibal Szyszkiewicz… doktor Hannibal Szyszkiewicz, tylko nie bój nic, to się tylko tak źle kojarzy w rzeczywistości jestem całkiem sympatyczny. A interes mój solidną firmą jest i tu w okolicy staje się, że tak się wyrażę, monopolistyczny.
- skoro tak mówisz to mieszkaj tu sobie za stodołą, ja nie mam nic przeciwko, poza tym moją babcię i tak już wujek przekręcił więc podpisuję.
- dobra, oto twój specyfik weź na język i poczekaj aż się rozpuści.

     Lusiek obudził się z dziwnym uczuciem czegoś słodko-mdłego w ustach, a przypomniawszy sobie o swym komingaucie w portalu Sympatia, przestraszył się swojej śmiałości.
Nie myślał dłużej, zapomniał o

7




pełnym pęcherzu, kawce z fajkami i owsiance, odpalił komputer. Serce tłukło się w piersi, w stanie prawie przedzawałowym zalogował się do serwisu.
Bilans okazał się średnio zadowalający: 12 wejść, 0 wiadomości, 0 oczek
- przynajmniej mało prawdopodobne, że jakiś znajomy się tu pojawił – pocieszał się – dziewczyny nie mają zwyczaju zaczepiania chłopaków, może nie mają śmiałości. - I uświadomił sobie, że sam również rzadko do którejś startował w swojej tragicznej historii podbojów – a co mi tam, przecież szukam tych łagodnych, szybko dochodzących, takie pewnie muszą się zastanowić dziesięć razy zanim zrobią pierwszy krok. - Tak sobie dogodziwszy powrócił do zaniechanej porannej toalety.

     Po południu pojawił się Poldek, wracający z pracy
- siema Lusiek, dalej z tą samą, hehe
- niestety, nie inaczej. Kawka, herbatka?
- no to kawka
„gość w dom Bóg w dom” powiadał Lusiek zwłaszcza, że owych gości było, jak na lekarstwo. Podekscytowany czekającymi go plotami i szczegółami zawodowego życia kolegi, pobiegł przygotowywać kawę. W kuchni dobiegały go, rzężenia, mordowanych zawzięcie komputerowych

8




osobników, stojących po niewłaściwej stronie mocy – tato, dzięki za kompa – pomyślał zastanawiając się ile posłodzić – jednak gdy zaniósł parującą, gęstą primę, spojrzawszy z lekkim zawodem na kolegę, zmienił nastawienie i wypalił:
- wiesz co? zabawił byś mnie konwersacją, spytał jak leci a ty tu ciągle po to samo, gdybym ci nie ściągał gier wcale byś tu nie przychodził – narzekał - gadałeś z szefem? Mogę się u was pojawić choćby jutro.
- nooo, aleee… szef wyjechał na urlop
- weź mi tu nie ściemniaj, powiedz… nie chcesz żebym u was pracował?
Poldek ukatrupił ostatniego zawodnika i spojrzał niedbale Luśkowi w oczy
- trochę się boję, że sobie nie poradzisz, ale obiecuję, że się spytam w sumie przydałby się nam porządkowy.
- i kto byłby moim kierownikiem? – ciągnął Lusiek, mając nadzieję, że to właśnie kolega mógłby się nim okazać
- nie ja, bo pracuję na innym magazynie, ale się nie martw, tam sami kierownicy, więc ktoś cię na pewno przygarnie.
Wypowiedziawszy te słowa Poldkowi zabłysły oczy
- napisała jakaś do ciebie? – spytał, uśmiechając się ironicznie
- sam w to nie wierzę, ale nie,

9




zobacz, jaki opis wyprodukowałem. – drżąc z ekscytacji świeżutki „sympatyczny” otworzył swoją stronkę i patrzył z niecierpliwością gdy jego powiernik brnął przez długi opis…
- nieźle, masz talent chłopaku, w miarę konkretnie, tylko byś nie wywlekał tak od razu, że jesteś emeryt/rencista hehe.
- jak mnie zatrudnisz to awansuję na magazyniera… pamiętaj! Przyszłość moich genów w twoich rękach.- podsumował Lusiek, próbując pobudzić męską solidarność.
– wiesz co? Kombinujesz jak koń pod górę, z babami trzeba ostro, tylko pasztety lecą na melancholików, po co wywlekasz wszystko, jesteś za szczery. Wszystko byłoby ekstra, jest tempo, humor, tylko za dużo rozbebeszenia się, wykasuj to, o rencie.
- to może załatw mi? Pracę?
- może potem, na razie, to ja bym skreślił jeszcze ten fragment- wskazał zdanie, „(…)ale nikt, kto mnie zna, nie powie, że jestem pozbawiony fantazji i rozmachu (przynajmniej w moim świecie wewnętrznym)”
- a co? Czy to nie prawda?
- wiesz, z tą fantazją w świecie wewnętrznym bym się nie chwalił, od razu czuć że jesteś jakiś lewy, chyba nie chcesz by jakieś wariatki do ciebie pisały?
-

10




jestem wariatem przecież. Myślisz, że powinienem zmienić swój target? uśmiechnął się nieśmiało Lusiek, patrząc z nadzieją na kompana i oczekując odpowiedzi: „tak!” która w jego rozregulowanym umyśle oznaczała by: Lusiek jesteś seksi, laski na ciebie czekają!
- wiesz, co, rozbrajasz mnie – Poldek sprowadził swego najwierniejszego przyjaciela, na ziemię, ale po chwili dodał, czule – dla mnie nie jesteś wariatem.

     Gdy już sobie poszedł, Lusiek popadł w zadumę, co by tu zrobić z rozpierającą go dzisiaj energią. Główna atrakcja, grupa wsparcia miała odbyć się dopiero o 17-tej do tego czasu możliwości było kilka; odkurzanie, zmywanie, wyprowadzenie psa, szykowanie obiadu rodzicom, którzy lada moment, mieli wrócić z pracy. A więc nic nowego, w każdym razie, nic, co by zaspokoiło jego pęczniejącą z pragnienia miłości, duszę
Więc poirytowany brakiem atrakcyjnych perspektyw zaznaczył w łinampie najbardziej nostalgiczne piosenki o miłości, jakie miał, włączył tryb powtarzania, złożył swe ciało na wersalce i oddał się kontemplacji swojego tragicznego życia seksualnego a właściwie jego braku – kurwa, jestem przecież

11




mężczyzną, Internet to za mało! - pomyślał i postanowił zgasić swą rozpacz małym resetem w postaci drzemki.

     - nie pukaj wchodź – usłyszał senny głos – no śmiało!
Uchylone drzwi zaskrzypiały zachęcająco a figlarnie przechylony komin wypuścił z siebie dymną emotikonkę symbolizującą uśmiech, uśmiech zalśnił też w oczku wodnym u podnóża nieco większego tym razem budynku i jakby mniej zmurszałego. Żółty kot otarł się Luśkowi o łydkę i powtórzył - możesz wejść szefa nie ma.
Lusiek wszedłszy do środka zauważył że pomieszczenie jest ascetycznie zaaranżowane i poza schodami na piętro składa się z prostego hallu i wejść do gabinetów.
- to pokoje twojego ciała - powiedział kocur - a na piętrze są pokoje twojej duszy, możesz zajrzeć do środka, zobaczysz co masz.
Więc Lusiek przeszedł po pstrokatym i miękkim dywanie nieco w głąb korytarza i stanął przed drzwiami z tabliczką „usta”. Ostrożnie wyciągnął dłoń w stronę klamki i z sercem podchodzącym do gardła nacisnął ją po czym otworzył powoli drzwi. Wnętrze było wytapetowane w egzotyczne owoce, mandarynki, lubieżnie wygięte banany, pomarańcze w

12




idealnie pomarańczowym kolorze, napęczniałe granaty, pod oknem za którym zachodziło czerwono słońce stała kozetka a na niej drzemała około trzydziestoletnia kobieta, miała jasne włosy, zarumienione policzki i ogólnie sprawiała wrażenie zdrowej i dobrze odżywionej.
- zastanów się czy chcesz ją budzić – zasugerował Don Juan – zawsze próbuje coś wyłudzić gdy ktoś się jej napatoczy.
Lusiek przyglądał się dziewczynie z zaciekawieniem i przyjemnością aż przeciągnęła się, uwydatniając zgrabny biust i otworzyła oczy, spojrzała w sufit po czym skrzyżowała spojrzenia z już mocno speszonym Luśkiem.
- Skąd tego przystojniaka wytrzasnąłeś tłuścioszku – spytała kota.
- Ściągnąłem go dla ciebie z Internetu – odparł z uśmiechem.
- Jeżeli to są moje usta to może mogłaby mi… - dał się ponieść fantazji.
Dziewczyna jakby słysząc kosmatą myśl Luśka uśmiechnęła się ironicznie – oj biedaku… bardzo bym chciała ale musiałbyś od dziecka trenować gimnastykę…
Słysząc to Lusiek w panice zamknął drzwi, po czym zaczął rozglądać się za wyjściem z budynku.
- daj spokój Lusiek to przecież tylko sen –

13




uspokoił go kocur – zajrzyj tutaj wskazał na drzwi z tabliczką „uszy”.
W pokoju pośród zakurzonych hantli, sztang i obdrapanego atlasu siedział 40 letni grubawy mężczyzna i jadł coś z plastikowego pudełka, co wyglądało jak twarożek, czytając w komputerze internetowe wydanie polityki.
- łagodnie go traktuj, bo się pobeczy jeżeli czymś go dotkniesz. W żadnym razie nie wspominaj o jego otyłości, on w swojej wyobraźni jest ciągle atletą. – ostrzegł Don Juan.
Uprzedzony o tym Lusiek, najłagodniej jak potrafił zagaił:
– też czytam politykę, coś ciekawego napisali?
Mężczyzna podrapał się po głowie zwrócił twarz w stronę gości i przyglądał się to Luśkowi to kotu przez dłuższą chwilę, jakby nie rozumiejąc pytania.
- Żakowski pisze o tym że w naszym kraju brakuje środków na wiele rzeczy więc musimy ciągle wybierać jakie potrzeby zaspokajać w pierwszym rzędzie i w jakim stopniu, czy wybierać opiekę zdrowotną, czy autostrady, kulturę czy oświatę i pisze że takie wybory to funkcja moralności, kogo zaspokoić i jak, aby największej liczbie obywateli dobrze się wiodło i by kraj posuwał się w dobrym kierunku.
- a pan

14




jak uważa? - zapytał wyraźnie zainteresowany Lusiek.
- myślę że gdybym był moralną osobą to bym odkurzył te hantle i zamiast wcinać ciągle ten twarożek, który tak naprawdę wcale mi nie smakuje – tu spojrzał wymownie na kota – bo jest mdły i tylko tyję od niego, więc bym odkurzył te hantle i pakował żeby wystartować w zawodach.
- jest pan kulturystą?
- nie on wyrywa ciężary – podpowiedział kocur.
- nie, nie już nie wyrywam postanowiłem się przekwalifikować teraz trawię tylko politykę i jem twarożek bo doktor Szyszkiewicz mówi że to dobre na trawienie.
- a co z moralnością? – Lusiek obudził swój instynkt dyskutanta – dokonuje pan świadomie niemoralnego wyboru?
- doktor Szyszkiewicz powiedział, że zrobiłbym sobie krzywdę gdybym znowu zaczął rwać i kosztowałbym NFZ więcej niż ten twarożek. I do tego przeszkadzałbym wszystkim prawdziwym atletom w treningu, więc z dwojga złego wybieram politykę poza tym to całkiem ciekawe, choć czasem nieprzyjemnie się odbija.
- może byś spróbował czegoś lżejszego - wtrącił Don Juan.
Na co mężczyzna spuścił skonfundowany głowę, zasępił się i mruknął
– ale…

15




idźcie już sobie.
Gdy zamknęli go z sobą samym na sam, kocur wyjaśnił:
- ma kompleks inteligenta, czyta te teksty czasem po 3 razy, niewiele pamięta i twierdzi że to przez jedzenie jakie mu dajemy, że czegoś mu dosypujemy, nawet ma rację. Tylko mu nic nie mów, bo przestanie jeść i się nam pochoruje biedak. Zajrzyj jeszcze tutaj. – wskazał na drzwi z tabliczką „oczy”.
Gdy weszli do środka okazało się że znaleźli się w małym sklepiku, po części samoobsługowym, o mocno rozstrzelonym asortymencie. W kolejce do kasy stał starszy , łysawy i nieco już wstawiony mężczyzna i wyciągał właśnie butelki po piwie z reklamówki z nadrukiem „mocny w gębie”. Zanim stała znajoma blondynka z pierwszego pomieszczenia. Widząc ją Lusiek spuścił głowę i schował się pomiędzy regałami z puszkami i przetworami.
- tylko nie panikuj, pamiętaj że to tylko sen. - Uspokajał go Don Juan
- właściwie po co mi pokazujesz te gabinety osobliwości?
- to pokoje twojego ciała, chyba dobrze wiedzieć co się w nich ma, ale tak naprawdę, to chyba byłem ciekawy twojej reakcji… Szyszkiewicz ma taką teorię że ludzie dobierają partnerów seksualnych tak

16




by zrównoważyć bilans w swoich pokojach. Na przykład jeżeli masz deficyt w uszach szukasz kogoś komu w uszach obrodziło, dzięki temu, jeżeli masz coś w zamian - to tak jak w naczyniach połączonych - harmonizujecie ewentualne potomstwo. Taki trik matki natury, mały handelek, nie wiem po co potrzebna taka wiedza o sobie, bo w zasadzie ludzie to wiedzą na czuja, instynktownie przez jakieś podprogowe sygnały fluidy i takie tam. Lepiej przyjrzyj się temu młodzikowi.
Lusiek wychylił się zza regału i spojrzał na sprzedawcę, był to dwudziestoparoletni chłopak, szczupły, około 180 centymetrów wzrostu i właśnie próbował wydać resztę piwoszowi, prawdopodobnie był początkującym pracownikiem, bo wychodziło mu to dość niezgrabnie, wyraźnie rozpraszała go kolejna klientka.
- długo to tu nie popracujesz jeżeli tak się będziesz guzdrał
- przepraszam, jestem tu nowy – odparł sprzedawca.
- może znajdź sobie jakąś prawdziwą pracę, zajmujesz miejsce dziewczynom, ta tutaj ciągle nie ma zajęcia – napierał nieokrzesany klient patrząc błędnym wzrokiem z czubka swego chudego i długiego ciała na skruszonego sprzedawcę
- może się zajmij

17




wyciskaniem krost na swojej dupie stary grzybie – rzuciła dotknięta blondyna.
- oboje jesteście siebie warci… więc zrób mężczyznę z tego lalusiowatego dżenderysty jeżeli ci się uda.
Po czym zebrał resztę z tacki i rzuciwszy - „powodzenia” - uśmiechając się szyderczo pod nosem opuścił sklep.
- nie zwracaj uwagi na tego wała kochanie – wsparła chłopaka blondynka.
- dzień dobry proszę pani – odparł lekko się rumieniąc.
- może polecisz mi coś smacznego do Gingersa?
- najbardziej lubię jamajki, myślę że pasują do Gingersa.
- dobrze… to zważ garść, i policz jeszcze dwa piwa.
Zamówienie widocznie pobudziło chłopaka bo przełknął ślinę i pobiegł ważyć słodycze. Gdy wkładał zakupy do reklamówki, dziewczyna przyglądała się z satysfakcją swojej osobie w telewizji przemysłowej gdy zauważyła w innej części monitora Luśka z Don Juanem odwróciła się i pomachała.
- więc tu się teraz zadekowaliście chłopaki. Widzieliście co wyprawia ten staruch.
- trudno go nie zauważyć – odpowiedział kot i dodał cicho do Luśka – ten stary też tu mieszka, więc już wiesz kto zajmuje pokój z tabliczką „członek”.
- o

18




Boże - westchnął Lusiek.
Sprzedawca odkaszlnął i gdy klientka zwróciła się w jego stronę poprosił o zapłatę za zakupy.
- moim zdaniem świetnie sobie radzisz ja wolę ciebie tu za kasą niż jakąś lalę – i po niezbyt dokładnym oszacowaniu zawartości portmonetki dodała - kurczę spłukana jestem, dopiszesz mi to w zeszycie?
- dobrze proszę pani – zgodził się niepewnie chłopak.
Gdy wyszła kot spytał Luśka czy ma pieniądze a gdy ten pokręcił przecząco głową wyszli na korytarz.
- mam dosyć chcę się stąd wydostać.
- nie zobaczyłeś jeszcze zbyt dużo, nie poddawaj się, jeżeli nie chcesz oglądać pokoi na tym piętrze, chodźmy na górę.
- co mnie tam czeka?
- zobaczysz… jak mówiłem wcześniej, wyżej są pokoje twojej duszy.
Lusiek niepewnie podążył za kocurem, w stronę schodów.
- poniesiesz mnie? Jest tu nieco wysoko a ja mam nadwagę i krótkie łapy. – poprosił Don Juan.
Chłopak podniósł kota. Gdy chwycił wolną ręką poręcz schodów, lampa w holu zaczęła syczeć i migać a gdy pokonał pierwszy stopień zupełnie zgasła, przez co zrobiło się nieco ciemniej. Spojrzał w górę i zobaczył że schody układają się

19




w spiralę i nikną w pochłaniającej je szarości. Gdzieś blisko usłyszał westchnienie.
– coś się stało? – spytał kota który tylko przecząco pokręcił głową. Gdy przyglądał się kotu próbując zlokalizować pochodzenie odgłosu za jego plecami, wydając głuche prztyknięcie, spaliła się kolejna lampa a oczy kota zalśniły zielonkawo zbierając skąpą resztkę światła.
Mimo że, pokonał zaledwie kilka stopni, poczuł że panują tu inne, jeszcze bardziej niejasne zasady. Nogi zaczęły mu mięknąć a potrzeba ucieczki, początkowo zagłuszana ciekawością, z chwilą gdy dosłyszał kolejne mruknięcie urosła na tyle, że przysiadł na stopniu, próbując nieco odwlec moment rejterady i spłoszony, pytająco, spoglądał na Don Juana.
- wstawaj – dosłyszał, lecz kot nie poruszał pyszczkiem.
- wstawaj Lusiek, grupę masz za pół godziny. – Oliwka szarpała go za koszulkę.

     Gdy się ocknął miejsce lęku zajęło podekscytowanie gdyż tym razem będzie miał całkiem fajną, jak przypuszczał, nowinę do podzielenia się z grupą, mianowicie relację z wkroczenia w ekscytujący świat wirtualnych randek.
Przygotowując się do grupy,

20




wydrukował opis z serwisu randkowego, by zabłysnąć na forum swoimi literackimi umiejętnościami, dla asekuracji pomyślał że, poprosi o radę, czy z psychologicznego punktu widzenia taki opis ma szansę spełnić swoje zadanie.
Umył zęby, przebrał się i wyruszył z nadzieją na półtorej godziny pełne wrażeń. Przed przychodnią czekał już Roberto, poczęstował Luśka ruskim fajkiem i spytał:
- Coś się stało? Bardzo podekscytowany jesteś.
- założyłem konto na portalu randkowym, zobacz co napisałem…
Lusiek wyjął z kieszeni zadrukowaną kartkę, rozprostował ją i wręczył koledze…

     „ Mój opis:

     Włosy wypadły, brzuszek się zaokrągla a Ciebie jak nie było tak nie ma, jeżeli się szybko nie znajdziesz pozostanie ci zrzędzący staruszek.
Mam nadzieję że, nie uważasz że, prawdziwa miłość musi być nieszczęśliwa? Choć Cię jeszcze nie spotkałem, wierzę że gdzieś się tam ukrywasz i masz wątpliwości że znajdziesz jeszcze kogoś wyjątkowego, już się łamiesz i gotowa jesteś iść na kompromis byle mieć kogokolwiek. A ja tu umieram z nudów, posuwam się w wieku, płaczę oglądając M jak miłość i usycham z

21




tęsknoty.
Ach... na klawiaturę spadła słona, samotna łezka. Wiem, mamy przeludnienie i to egoistyczne, ale pragnę potomka, przekazalibyśmy mu nasze zdziwienie światem i radość z wiosny, zgodzisz się że takich ludzi nigdy za wiele? Sama widzisz, dla miłości zgrywam głupka... zgrywam? sam już nie jestem pewien... w każdym razie ryzykuję że sąsiedzi to przeczytają a gówniarze z podwórka do reszty mnie pozbadną, już teraz snuję się smętnie po ulicach Rybczyna, ogarnia mnie zwątpienie i nostalgia, wizja samotności zagląda w oczy, ale nie poddaję się. Wiedz że jestem gotów, choć jestem trochę nierozgarnięty, w moim szaleństwie jest metoda to dotknięcie absolutu… głowy nie daję... ale mam nadzieję że, czegoś co najmniej równie transcendentnego :) i Tobie ofiaruję tą schowaną we wnętrzu buteleczkę skondensowanej czystej radości wypijemy ją razem i będziemy już tak bosko wstawieni do końca świata. Czy to nie radosna nowina?

     Mój wymarzony partner:

     Jak wspominałem jestem nieco nierozgarnięty, mało konkretny i nie za bardzo wiem czego chcę, ale przy tym, nikt kto mnie zna nie powie że jestem pozbawiony rozmachu i fantazji,

22




przynajmniej w moim świecie wewnętrznym… więc najrozsądniej będzie powiedzieć, że powinna mieć TO COŚ :) :***„

     - gdybym był dziewczyną sam bym się z tobą umówił, ale z tym dotknięciem absolutu to przesadziłeś – uśmiechając się, skomentował opis Roberto. Nieco urażony Lusiek rozglądał się próbując bez rezultatu wymyślić jakąś ripostę.
- pokażesz to psycholożkom?
- tak… myślisz że im się spodoba? – zanim Roberto zdążył odpowiedzieć, Lusiek dostrzegł młodą kobietę w czerwonym płaszczu i wojowniczo zakrzyknął:
- Ale pani daje po oczach tym czerwonym!
- To płaszcz bezpieczeństwa, zabezpiecza przed zaginięciem w śniegu. – odparła i weszła do przychodni, a za nią również Lusiek z Robertem.
Grupa wsparcia dla osób z problemami psychicznymi skupiała kilkoro osób, przychodzących tu z braku ciekawszego zajęcia, z potrzeby zaprezentowania swojej osobowości nieco szerszemu niż własna rodzina gronu ludzi, czasami zjawiał się ktoś komu się wydawało że uzyska jakąś pomoc lub radę, z biegiem czasu pacjenci, poznając wzajemne sekrety, zżyli się i traktowali grupę jak ważny obrzęd, coś w miarę trwałego

23




w swoim posuwającym się z wolna przez mgłę życiu.
Nad kulturą wypowiedzi i porządkiem czuwały dwie psycholożki, Lusiek bardzo lubił ten rodzaj sytuacji społecznej, gdyż przywykł do niej przez lata edukacji i jeszcze nie zdążył z niej wyrosnąć. Sytuacji gdy na nowo mógł odgrywać rolę niesfornego dzieciaka, mając przy tym ochronę przed drwinami i docinkami innych pacjentów, gwarantowaną prze autorytet psychologa. Zawsze go zastanawiało dlaczego nie potrafi wypłynąć w zbierającej się między lekcjami grupie uczniów, w pracy lub na imprezie i dopiero podparłszy się jakąś strukturą społeczną, trzymającą w ryzach brak delikatności u towarzyszy, zbierał się na odwagę by spróbować roztaczać swój urok osobisty.
Gdy zebrała się grupa i obie psycholożki również zajęły miejsca, starsza z nich, pani Kasia zachęcająco oznajmiła:
- więc zapraszamy do reklamy.
- do autoreklamy – dodał Lusiek – to może ja zacznę, bo właśnie rozpocząłem nowy rozdział życia, mianowicie poszukiwania dziewczyny w Internecie i przyniosłem opis który opublikowałem i chciałbym poznać waszą opinię. – po czym wręczył kartkę Pani Kasi. –

24




i jeszcze doszedłem do takiego, ciekawego moim zdaniem wniosku, który właściwie doprowadził mnie do tej decyzji, zadałem sobie pytanie co trzeba zrobić, żeby coś zrobić, kiedy nam się nie chce albo nie mamy odwagi a z jakiegoś powodu czujemy, że powinniśmy i odpowiedziałem sobie tak: trzeba to zrobić!
- to brzmi zupełnie jak pewien obuwniczy slogan – zaznaczył Roberto
- a ja się zastanawiałem wczoraj na czym polega życie i doszedłem do wniosku że z życiem jest jak z żuciem gumy, żucie polega na żuciu a życie na życiu. – wyraził swoją opinię Krzysiek.
- gdzieś to czytałam już… aaa to tekst z portalu dla schizofreników taki jeden Melmo to napisał. – oznajmiła Małgosia.
- nie Melmo tylko Melimo, i to ja jestem!
- akurat, Melmo na pewno sam siebie by nie cytował hehe.
- ale ty jesteś złośliwa – odparł Krzysiek po czym zaczął sobie grzebać środkowym palcem w uchu – co jeszcze bardziej rozbawiło Małgosię.
- przeczytałam, fajne z tą buteleczką – oznajmiła pani Kasia, na co Lusiek zareagował lekką palpitacją – fajnie napisane ale ja bym nie odpowiedziała na taki anons, może to jednak specyfika mojego zawodu, jednak

25




myślę że nie zaszkodzi spróbować.
Gdy opis czytała psycholożka Ula, lubiąca czerwony, Lusiek przestał śledzić rozkręcające się wynurzenia towarzyszy i obserwował ją aż skończyła i wyraziła swoją cenną opinię – pan powinien tworzyć! Ja bym chyba odpowiedziała na taki… no… anons. – Lusiek momentalnie, w stanie emocjonalnego wrzenia i samozachwytu oddał się solipsystycznemu samopotwierdzaniu tracąc kontakt z rzeczywistością, po czym amplituda uczuć wystrzeliła go przed przychodnię na papierosa. Tam zaciągając się fajkiem mógł już bez przeszkód eksplorować najtkliwsze rejony swojej błogosfery. Po chwili dołączył do niego Roberto.
- ale na nią patrzyłeś kiedy to czytała…
- czasami mam wrażenie że coś jest między nią a mną.
- myślę że może jest jakieś napięcie ale…
- ale nie dla psa kiełbasa?
- oj nie przejmuj się Lusiek masz naprawdę fajny opis.
- wiesz co? Ona mnie strasznie drażni, kiedyś gdy z nią rozmawiałem popatrzyła na mnie, tak świdrująco, pochyliła się, a miała głęboki dekolt. Nie widziałem powodu by przyjmować taką postawę w tamtym momencie, więc rozumiem to tak: popatrz sobie

26




chłopczyku, popatrzeć można ale nie dotykać! Jak to zrozumieć inaczej niż formę gwałtu do tego przez kogoś kto teoretycznie powinien nam pomagać.
- Raczej ślepa nie jest, widzi jak na nią patrzysz, trochę jak głodny pies na kotleta, to też przedmiotowe traktowanie.
- ale ja jej nawet specjalnie nie lubię.
- no sam widzisz, to tym bardziej. Raczej nieprzyjemnie jest wrażliwej osobie kiedy się ją do takiego poziomu sprowadza.
- co poradzę…? ech…

     Lusiek nieco obawiał się co zobaczy w oczach psycholożek w reakcji na swoje internetowe wynurzenia zwłaszcza, że uświadomił sobie, jak ambiwalentne uczucia do nich żywi, więc postanowił dłużej zostać przed przychodnią mimo że jego towarzysz po wypaleniu papierosa wrócił do salki. Przyglądając się swoim butom zastanawiał się nad sobą.
- a gdybym był pionkiem na szachownicy to jakim, czy byłbym pionem czy figurą? Chyba uznanie się za figurę byłoby zdecydowanie za daleko idące, do tego jestem skrajnie prostolinijny jak pionki… zresztą nawet pionek może przechylić szalę zwycięstwa… a gdybym był kartą z talii? To jaką? Skoro jestem taki romantyczny to może waletem kier? A może

27




asem, as to chyba taki kamikadze, mało znaczy a dużo może. Blotki więcej ważą, tuczą się jak prosiaki… ale zdecydowanie są mało romantyczne… na pewno nie jestem blotką… jaki kolor bym sobie wybrał? Serce to taka zawartość dekoltu, chodzi mi to mocno po głowie… albo takie odwrócone pośladki kucającej kobiety… odwrócone jak kielich… nie, jak puchar , tak puchar pełen wina, w takim razie pik to puchar odwrócony do góry nogami wylewa się z niego cała zawartość, to puchar marnotrawny, grzeszny pewnie dlatego jest czarny i ma ogonek jak sam diabeł… - tor jego rozważań nagle zmienił kierunek gdy pomiędzy językami swoich adidasów a spodniami dostrzegł skarpetki, dwie różne, zupełnie nie od pary – o Boże! Joker! Opuścił niżej spodnie i pomyślał – więc mogę być kim chcę – przez twarz przemknął mu uśmiech – ale póki co jestem błaznem…

     Gdy wracał z grupy, poczuł pragnienie, postanowił jednak kupić sobie coś do picia dopiero w osiedlowym sklepiku, na swojej ulicy, mimo że po drodze mijał kilka sklepów spożywczych, do tego sklepiku przylgnęła dużo mówiąca łatka „u Żyda” gdyż drastycznie zwiększał

28




obroty w dni świąteczne, właściciele w te uroczyste dni zakasali rękawy i osobiście sprzedawali stary chleb i piwo, słabo przewidującej połowie miasta. Ale dla Luśka najistotniejsze było to że istniała szansa że swoją zmianę będzie miała tam pewna sprzedawczyni, fascynowała go gdy podawała i gdy podliczała poruszając się z gracją i wdziękiem, do tego wykonywana profesja wydawała się jedynie skromnym początkiem nieźle zapowiadającej się drogi zawodowej, w każdym razie Lusiek taką jej na własny użytek wróżył i serdecznie tego życzył, jednak jej erotyzm był z gatunku tych onieśmielających więc zakupy były dla Luśka ekscytującą przygodą wręcz, skokiem na główkę do wzburzonego morza namiętności. Morza które kryje ośmiornice i rekiny Nieco więc niepewnie prosił o cristale balance, tudzież inne pożywne towary, patrząc na dziewczynę i próbując dostrzec czy w jej ciemnych oczach choć trochę rozszerzyły się źrenice.
Jednak tym razem jej nie było - w sumie miałem dziś dość wrażeń – westchnął i kupił sobie picie Tymbarka jabłko z miętą, udał się na pobliski plac zabaw i zajął miejsce na ławce przy

29




zbudowanej za unijne pieniądze fontannie. Nazywał ją wytryskiem rybczyńskim, mając nadzieję że ta jego barwna nazwa przylgnie kiedyś do owego przybytku, przez co może i on sam skromnie zapisze się w historii swojego miasta. W sezonie, fontanna z kilkunastu zaworów wypuszczała na różne wysokości strugi wody, według pewnej sekwencji. Czasami Lusiek próbował sobie odszyfrować tą sekwencję, przychodził z notatniczkiem i próbował to sobie rozpisać, póki co jednak zadanie go przerastało, tym razem rybczyńskie wytryski nie świeciły i nie tryskały, dopiero kończyła się zima. Lusiek powoli zapadał się w głąb siebie, uśmiechał się na wspomnienie grupy i komplementów na temat swojego sympatycznego opisu, mechanicznie otworzył butelkę, i z lekko zmąconą świadomością przyglądał się hasłu pod kapslem: „Dodaj Znajomego” z letargu wyrwał go krzyk jednego z tatusiów: „Uważaj Tomek!” podniósł wzrok i zobaczył że utleniony krótkowłosy rowerzysta mija właśnie bawiącego się w pobliżu chłopca, rowerzysta zrobił zakręt i popedałował w górę na swojej kolarzówce na plecach miał czerwony plecak z logo Orlenu. Lusiek

30




obserwował tego ciekawego osobnika, czując dreszcz ekscytacji na myśl o tym że mógłby on się okazać jego znajomym, jakby przyciągany tym zainteresowaniem swoją osobą, rowerzysta zawrócił za placem zabaw i zaczął zjeżdżać ze sporą prędkością w dół, gdy przejeżdżał ponownie w pobliżu Luśka, minął młodego chłopaka który przecinał pieszo plac zabaw, chłopak miał ciemne okulary zupełnie jak w filmie Matrix i podobnie jak postacie w tym filmie tajemnicze, kamienne oblicze, przeszedł koło Luśka nieco kulejąc w sposób charakterystyczny dla osób z mózgowym porażeniem dziecięcym.
- mam sobie wybrać znajomego teraz? – rozważał dalej Lusiek – To tak jak w Matriksie? Mam wybrać czerwoną lub niebieską tabletkę i od tego będzie zależało czy poznam prawdziwą naturę rzeczywistości? – po tej konkluzji przeszedł Luśkowi zimny dreszcz przez plecy – Pewnie jestem obserwowany dostałem znak od wolnych ludzi - ten kapsel z informacją wprost dla mnie „Dodaj Znajomego”. Pojawił się wysłannik systemu, pewnie ten blondyn na kolarzówce, tylko dla orłów i wolny człowiek w okularach jak z filmu, zatem muszę wybrać jednego z

31




nich! Lusiek z przerażeniem utkwił wzrok w swoich butach i aż drgnął po raz kolejny, od wstrząsającego odkrycia – system jeszcze nie wie o kogo tutaj teraz toczy się bój pomiędzy siłami światła i ciemności ale na pewno dziesiątki oczu na tym placu obserwują i mogą mnie zidentyfikować po moich niepasujących skarpetkach! – po czym najstaranniej jak mógł obciągnął spodnie i starając się nie zwracać na siebie uwagi udał się do domu.

     - Coś się stało wujek? - Oliwka przyglądała się Luśkowi – źle się czujesz znowu? Choć zbadam cię. – po czym pobiegła po sprzęt medyczny do pokoju gdzie mieszkała z mamą, siostrą Luśka. Lusiek ściągnął buty i bez sił opadł na swoją wersalkę, po chwili Oliwka przybiegła z lupą w dłoniach i rozpoczęła oględziny – wiesz wujek, nie podobają mi się twoje oczy – przyglądała się oczom Luśka w powiększeniu – chyba jest w nich ropa – przyjrzała się drugiemu oku – chociaż wiesz, może wcale nie ma ropy… nie wiem, nie jestem lekarzem… powinieneś iść jutro do lekarza.
Lusiek z postanowieniem spełnienia nazajutrz dyspozycji siostrzenicy, zamknął się w pokoju, przykrył

32




kocem i momentalnie zasnął.

     Po chwili ponownie znalazł się w sadzie za stodołą, w drzwiach domku stał Szyszkiewicz, obserwując Luśka.
- Don Juan mi opowiedział o twojej ostatniej wizycie u nas.
- pokazywał mi jakieś gabinety osobliwości… pan wybaczy, ale mam wystarczająco problemów na jawie żeby jeszcze w snach się tak nadwyrężać, nie chcę już nic oglądać!
- Do niczego nie zmuszam… boli cię ząb? Masz trochę spuchniętą twarz – podszedł do Luśka i przechyliwszy podbródek dłonią, przyglądał się policzkowi Luśka – wiesz musisz bardziej dbać o siebie, twarz ma się jedną na całe życie, kiedyś gościłem u pewnego faceta, w okolicy mówili że był bardzo urodziwym dzieckiem tak ładnym że widząc go nawet przechodzący mężczyźni zatrzymywali się zaciekawieni i dawali wyrazy uznania jego urodzie. Poza tym był całkiem przeciętny w czym było coś niepokojącego, że takie piękne oblicze może nie mieć pokrycia w jakichś innych szczególnych przymiotach. Chłopak dorastając zaczął zastanawiać się, co mu pozostanie kiedy dorośnie a potem zestarzeje się i zbrzydnie i nic nie przychodziło mu do głowy. Więc udał się za

33




swój dom włożył swoją twarz do kuferka i zakopał w ogródku. Jego życie dalej biegło spokojnym torem zwłaszcza że nikt już na niego nie reagował takim zachwytem, gdyż nie miał już swojego głównego atrybutu. Parę lat później jego matka zachorowała i zmarła, więc został bez środków do życia, jedyną cenną rzeczą jaka mu pozostała była zakopana w ogródku twarz, więc odszukał miejsce gdzie była ukryta, wyciągnął kuferek i zaniósł do miejscowego lichwiarza, ten widząc piękne oblicze wręczył mu za nie sporą sumę pieniędzy, w ten sposób mój znajomy mógł nadal prowadzić przez dłuższy czas dotychczasowy tryb życia, kiedy pieniądze zaczęły się kończyć znalazł pracę w zakładzie fotograficznym gdzie w ciemni wywoływał wykonane przez szefa zdjęcia dzieci, ślubne, portrety, fotografie do dowodów i paszportów, dziesiątki razy dziennie w oświetlonym skąpym czerwonym światłem pomieszczeniu, wyłaniała się przed nim czyjaś twarz na zdjęciu. Gdy zgromadził większą ilość pieniędzy postanowił odzyskać swoją, jednak lichwiarz nie miał już jej od dawna, poinformował nieszczęśnika, że kupił ją pewien

34




mężczyzna i uszył z niej piłkę dla swoich dzieci. Dodał że pewnie jest już zupełnie zniszczona skoro dzieci się nią bawiły. Mężczyźnie udało się jednak odzyskać twarz. Gdy mi to opowiedział, poprosiłem by pokazał mi jak teraz wygląda. Miał czapkę bejsbolową z woalką, przez co przypominał nieco pszczelarza. Powiedział że nie lubi zwracać na siebie uwagi więc nosi takie nakrycie głowy, jednak na moją prośbę ściągnął czapkę. Wyglądał trochę jak murzyński staruszek, miał nieco naderwaną wargę, nie widuje się u nas często tak zniszczonych twarzy, od kiedy wynaleźliśmy kremy i mydło. Był jednak w tej twarzy rodzaj spokojnej zgody na swój los, a w oczach też figlarny błysk jak to bywa u wspomnianych murzyńskich staruszków z telewizyjnych programów podróżniczych.
- Podobno po czterdziestce ma się taką twarz na jaką się zasługuje –powiedział – ale lubię moją twarz, ktoś inny zapisał jej historię, ale tak czy siak to moja historia.

     Następnego ranka Lusiek obudził się wyjątkowo wcześnie, dzień był szary, z trudem podniósł się ze swojej wersalki, spojrzał na komputer i z lękiem przypomniał sobie, że

35




tam w sieci ciągle wisi jego anons, może ktoś do niego napisał, albo co gorsza znowu wszyscy go zignorowali. Postanowił w ogóle nie uruchamiać komputera. Przygotował kawę i nadrabiając z nawiązką deficyt nikotyny za pomocą elektronicznego papierosa, powoli nabierał wigoru.
Mama i Oliwka jeszcze spały Natka i tato byli już w pracy.
Lusiek leniwie przeciągnął dłonią po karku, szyi i zatrzymał ją na policzku, czując pod palcami tkliwe, nabrzmiałe miejsce, zareagował lekką paniką, pobiegł do łazienki. W lustrze przyglądał się zaczerwienionemu miejscu, wyglądało jak spory pryszcz, tylko na czubku zamiast białej krostki, znajdował się czarny pieprzyk. Pomyślał , że może to tylko strupek po czym za pomocą paznokcia spróbował go podważyć, bez efektu, poszukał igły i z determinacją dłubał w policzku, powodując jedynie spore krwawienie i zaczerwienie.
Gdy z kolei tarł policzek ręcznikiem w drzwiach łazienki przyglądała się jego zabiegom, obudzona niespokojnymi hałasami, siostrzenica Oliwka.
Widząc wujka w stanie nie świadczącym o zdrowiu psychicznym – miałeś iść dziś do lekarza – przypomniała.
- tak! – pomyślał

36




Lusiek poczuwszy, że może jest jeszcze dla niego nadzieja. Pobiegł dzwonić na rejestrację przychodni psychiatrycznej, umówił się do swojej ulubionej doktor Świetlickiej, ubrał się i pobiegł zająć kolejkę.
Gdy wśród innych pacjentów z cichym uporem pilnował by nikt nie wepchał się przed niego, przypomniał sobie staruszka ze zniszczoną twarzą ze snu z którym dzisiejsza przygoda w łazience wyraźnie się jakoś wiązała, wyobraził sobie siebie po amputacji policzka
- już wolę nie żyć w ogóle, niż tak oszpecony - pomyślał z rozpaczą.
Gdy wszedł do gabinetu spojrzał na swoją lekarkę jak na swego anioła stróża, by dopełnić tego obrazu dowcipne słońce oświetliło jej jasne kręcone włosy, tworząc ni mniej ni więcej, prawdziwą aureolę wokół jej cudownego oblicza, posiadającego dwa zdrowe policzki.
W stanie religijnej ekstazy Lusiek wypalił:
- to nie przypadek że pani się nazywa Świetlicka, pani jest dla mnie jak światło, tak! Ja jestem jak wątłe pokręcone drzewo, na nieurodzajnej ziemi a pani dla mnie jak słońce.
Lekarkę dość rozbawiło takie powitanie.
- co się panu stało z twarzą? – zaczęła.
Luśkowi łzy

37




stanęły w oczach – niech pani spojrzy na te czarne w środku - w rozedrganiu nadstawił swój policzek. Lekarka pokręciwszy głową powiedziała z rezygnacją:
- jestem psychiatrą, co ja mogę? Tylko powiedzieć, że to psychiczne.
- przecież skończyła pani studia medyczne, niech się pani przyjrzy – Lusiek znowu nadstawił policzek
- no ma pan tu jakąś krostkę, od tego się nie umiera.
- to co mam robić? Siedzieć i patrzeć jak to rośnie?
- niech się pan nie przejmuje, jak pan będzie drażnił to miejsce, będzie tylko gorzej. Nie widzę tu nic niepokojącego. Mogę przepisać coś na uspokojenie?
Gdy to mówiła Lusiek przyglądał się jej gładkiemu policzkowi co podziało jak chłodny okład na jego rozgorączkowaną głowę.
- Ona też ma policzki! Pomyślał doznając kolejnego olśnienia – nawet jeżeli stracę swój to ona ma przecież prawie taki sam!
- wie pani? Parę dni temu założyłem konto na sympatii, szukam dziewczyny przez internet. - Dodał nieco ochłonąwszy.
- bardzo dobrze, szkoda żeby się taki fajny chłopak zmarnował.
- naprawdę, myśli pani, że jestem fajny?
- pewnie, czemu nie? – odparła.

     Po powrocie do domu, Lusiek

38




szerokim łukiem ominął komputer, stojący w rogu jego pokoju. Włączył telewizor, akurat wyświetlali jakąś gimnastykę, opalony chłopak z entuzjazmem prezentował kolejne ćwiczenia. Lusiek z zawodem spojrzał na opięte koszulką fałdki swojego brzucha, lecz zamiast wyciągnąć z tych dwu obrazków politycznie poprawny wniosek i inspirację do zmian, z tępym uporem przełączył program. Trwał program muzyczny, Kuba Sienkiewicz śpiewał:
„...powiedz dzika świnio
skąd bierzesz wielką dzikość swą…”
Luśka z odrętwienia wywołała Oliwka dośpiewując:
- powiedz mój kochany wujku, skąd tłuszcz swój bierzesz, powiedz skooond.
I podśmiechując się zwiała do kuchni.
Wyłączył telewizor i za chwilę ktoś zapukał do drzwi, Oliwka krzyknęła:
- do ciebie wujek!
W przedpokoju Lusiek przywitał Roberta.
- chcesz kawę?
- poproszę, mocną.
- ile ci posłodzić?
- dziś może dwie, mam za sobą wyczerpujący proces myślowy.
Lusiek zastanawiając się, cóż to za proces myślowy przeprowadził jego kolega pobiegł przygotowywać kawę.
Robert siorbiąc primę, rozpoczął relację ze swych przemyśleń.
- co byś zrobił gdybyś był naprawdę brzydkim

39




aktorem?
- prawdopodobnie grałbym brzydkie postacie…
- nie uważasz że to trochę wstyd? To tak jakbyś się przyznał do swojej brzydoty. Wywiesił ją na swój sztandar…
- trudno ukryć jak się wygląda, ludzie nie są ślepi.
- oglądałem wczoraj „Walkę o ogień” kojarzysz tego aktora o twarzy neandertalczyka?
- tego z „Obcego IV” i „imienia róży”?
- tak! Weź zobacz jak on się nazywa…
- chwilę…- Lusiek uruchomił przeglądarkę - Ron Perlman.
- pomyśl, jakie miałbyś dzieciństwo gdybyś był taki brzydki. Dzieci wołałyby za tobą: małpa, małpa! A potem dorastasz i grasz małpę w filmie.
- chyba bym ześwirował… raz mnie dziewczyna nazwała zezowatą małpą kiedy jej dokuczałem, bolało i koledzy się ze mnie śmiali, nie mogłem się pogodzić z tym że mam zeza więc posprzeczałem się z nimi, że to nie do mnie było, ta małpa.
- zobacz jaką on musiał woltę wykonać. – kontynuował Roberto - Ze swojej ułomności zrobił atut i jeszcze zarobił na tym.
- jak chodziłem do przedszkola to jedna dziewczynka nie chciała podzielić się ze mną zabawką. Powiedziałem że jest chciwuską a ona mi na to: Jestem jaka jestem!

40




Pamiętam że zrobiło to na mnie wrażenie, zawsze wydawało mi się, że trzeba być jakimś a nie tak po prostu.
- no właśnie, a zobacz jak byś się mijał z rzeczywistością gdybyś był brzydki jak małpa i wmawiał sobie że jesteś ładny i chciał grać amantów.
- obłęd.
- a jak byś był zły?
- to grałbym złe postacie?
- no, łatwiej by ci to przychodziło. W szkole miałem taką koleżankę była drapieżna na maksa, ale podobała się chłopakom. Była też taka jedna trochę niepełnosprawna, kulała i to od urodzenia i gdy raz załatwiała sobie zwolnienie z WF-u ze względu na swoją niepełnosprawność. Tamta jej wypaliła: - „akurat WF to by ci się przydał.” - Tak sobie zawsze myślałem, że to niepotrzebne okrucieństwo, że trzeba być złym do szpiku kości, żeby tak kogoś dobijać. Aż mnie olśniło, lew zawsze wybiera najsłabszą antylopę w stadzie i nikt nie mówi że lew jest zły.
- znam to, nie wiem skąd tego typu zołzowate dziewczyny, zawsze mnie wyczują, chyba strasznie lubią wbić szpilę i zwykle nie pudłują.
- jeszcze pół biedy, jeżeli to drobne złośliwości, potrafią często cię tak omotać, potem wykańczają po

41




trochu, są jak grzyby albo bakterie, tak jak one rozkładają te prawie martwe organizmy, niby są potrzebne w przyrodzie ale na pewno nie fajne, drapieżniki lepiej się kojarzą… hmm pewnie takim osobom bardziej podchodzi porównanie ich do lwa niż bakterii…
- z tego co mówisz by wynikało, że do mojej istotności należy bycie ofiarą, wstyd się przyznać ale cyganki zawsze miały we mnie łatwy łup, menele tak samo.
- może czują, że jesteś słabszy ale to niekoniecznie wina twojej natury może po prostu wynik choroby, coś losowego, klops. Mi wcale nie sprawia przyjemności widok lwa zjadającego antylopę, przyjemniej byłoby zobaczyć jak chora antylopa kopniakiem łamie lwu szczękę.
- też by mi się to spodobało… Albo jakby antylopy się scwaniły i wspólnymi siłami odparły atak lwa, też by było fajnie, co nie?
- i tak sobie o tym wszystkim myślałem… że przecież nie wybieram sobie jaki jestem, może cała sztuka to, żeby w dobrej roli się obsadzić. Ponoć casting to najważniejszy etap w produkcji filmu.
- amen.
- taaa – Roberto westchnął, odchylił się na krześle i założył ręce za głowę.
- co ci – spytał Lusiek.
- a taki

42




mam, postorgasmic chill, jak po tym nie zajdziesz w ciążę to nie jesteś prawdziwym mężczyzną.
- a wiesz z tym byciem złym to jest ostatnio coś na rzeczy – kontynuował Lusiek.
- co masz na myśli?
- no… każdy chce być zły, teraz jest to trendy! Najgłośniejsze seriale aż ociekają okrucieństwem Breaking Bad, Gra o tron, House of cards.
- Polański mówi, że nie wierzy w szatana ale jest on bardzo filmowy…
- Właśnie, wszystkich jara szatan, zobacz, jakbyś sobie złamał nogę to teraz pewnie by cię jeszcze skopali, bo to przecież byłoby banalne, żeby ci pomagać… Nie wiem jak ty ale ja miałem zawsze inne wzorce filmowe…
- jakie?
- no… zawsze się utożsamiałem z takimi wykolejeńcami w filmach.
- też tak mam! – przytaknął Robert.
- taki Ptasiek na przykład… pamiętam że jak oglądałem film o jakimś młodym wariacie, zastanawiałem się czy dużo jeszcze muszę ześwirować, żeby być taki jak on…
- a to uspokoję cię, już wystarczająco ześwirowałeś hehe, gratuluję!
- dzięki.
- w takim razie to u mnie trochę inaczej, o innego rodzaju wykolejeńców mi chodziło niż Ptasiek, bardziej Jim Morrison z filmu, albo Wojaczek
-

43




tacy pewnie mocniej działają na dziewczyny…
- właśnie
- widzisz, jak ty kombinujesz…? - odparł Lusiek.
- może i tak, ale ty też, jak mi o tym Ptaśku wspomniałeś to muszę ci powiedzieć: widzę to! Masz niezłe wyczucie swoich warunków i chyba niedużą konkurencję. ;)

     Dzień skończył się kolejny raz lądowaniem w sadzie za stodołą. Don Juan, mrużąc oczy próbował ułożyć drugi rząd w kostce rubika.
- kombinujesz jak koń pod górę, masz tu instrukcję, rób jak jest napisane. – doktor Szyszkiewicz stał nad kocurem, podsuwając mu broszurę z instrukcją.
- ale ja bym chciał sam. To nie wyczyn zrobić według przepisu.
- a idź ty – rzucił poirytowany Szyszkiewicz.
- za każdym razem ten domek wygląda inaczej, nie próżnujecie chłopaki – wtrącił na przywitanie Lusiek.
- ja to bym rozebrał to dziadostwo i sprzedał cegły, byłby jakiś pożytek z tej rudery – odparł Szyszkiewicz.
- był u mnie dziś kolega i powiedział mi taką ciekawostkę, że nie mamy wpływu na to jacy jesteśmy, możemy tylko, odkryć kim jesteśmy a potem już tylko starać się dobrze odegrać swoją rolę, co pan o tym myśli?
- moim zdaniem żeby być sobą

44




to trzeba być kimś, tyle.
- ciekawe… a jak pan myśli kim ja jestem?
- a sam zobacz - wskazał ręką na domek. W nisko umiejscowionym oknie Lusiek dostrzegł swoje odbicie, uśmiechnął się do siebie i pokazał język, stanął bokiem i gdy szacował stan przedsięwzięcia, zazdrostkę uchyliła znajoma blondyna, nie kryła rozbawienia pomachała, i posłała Luśkowi buziaka.
- o Boże – odwołał się do wyższej instancji. Po czym odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę płotu, Szyszkiewicz pokręcił zdegustowany głową.
- nawet w śnie daję ciała – pożalił się nad sobą Lusiek. Rozejrzał się… Za ogrodzeniem przy którym speszony przystanął, rozciągało się sąsiednie gospodarstwo, popatrzył na dość okazały budynek wyraźnie inspirowany polską, szlachecką tradycją. Poczuł nieprzyjemne ukłucie zawiści, sąsiadowi raczej lepiej się powodziło. Lusiek omiótł wzrokiem trawnik w swoim pobliżu, wygrzebał z ziemi nieco wystający kamień, i nie myśląc wiele, cisnął nim w ścianę dworku. Z satysfakcją dojrzał że udało mu się nieco oszpecić budynek, odpadło trochę tynku, chwycił kolejny kamień i cisnął ponownie. Efekt był

45




jeszcze bardziej niszczycielski… upojony swoją skutecznością Lusiek rozejrzał się za kolejnym pociskiem. Wtedy z budynku ktoś się wychylił, Lusiek schował za plecy kamień.
- Co to za hałas – na ganek wyszedł dziwnie znajomy jegomość, przed pięćdziesiątką, z włosami przyprószonymi dodającą godności siwizną i podobnie działającym, okazałym obwodem w pasie. Lusiek rozpoznał męża swojej starszej siostry.
- to ty tu mieszkasz Zdzisiu? – zagaił by odwrócić uwagę od poczynionych zniszczeń.
- młody, co tu tak łomocze?
- no właśnie coś słyszałem, i podszedłem, żeby się zorientować, skąd ten hałas…
- Zdzisiek podszedł do ogrodzenia i drapiąc się w głowę, odwrócił się i przyglądał swojej posiadłości.
- co jest kurwa! – wypalił dojrzawszy uszkodzenia elewacji.
- wydawało mi się, że słyszałem jakieś zamieszanie też na tamtej posesji – Lusiek wskazał kolejny z sąsiednich budynków. Również nawiązujący do naszej polskiej historii, kryty równiutko położoną strzechą, pokaźnych rozmiarów, z idealnie białymi ścianami i błyszczącym golfem trójką na trawniku.
- ej, ty tam! Wielbicielu muzyki

46




biesiadnej. – Zdzisiek nastroszył się i zbliżył do białej chaty.
- cwaniaku z miodem w uszach, ciemna maso… wyłaź!
Z domostwa wyjrzał szczupły mężczyzna, na twarzy która sprawiała wrażenie jakby miała za dużo skóry, malowało się coś pomiędzy zdziwieniem a lękiem.
- ale się wystroiłeś.
Mężczyzna zdjął z głowy kibicowską czapkę i począł ją nerwowo miętosić. Tymczasem Lusiek nieco oprzytomniawszy rozpoznał w nowej postaci kolejnego szwagra.
- mecz oglądam, co się stało?
- ktoś mi ścianę właśnie rozwalił.
Były Natki, młodszej siostry, spojrzał na Luśka i parsknął ze śmiechu.
- na mój rozum to temu mędrkowi znowu odbija.
- po czym wnosisz – Lusiek spróbował się bronić.
- po tym kamieniu, co go nawet nie umiesz dobrze schować!
Lusiek odrzucił szybko dowód przestępstwa. A Zdzisiek pokręcił głową, cmoknął z niesmakiem i skwitował sąsiedzkie spory mówiąc:
- zawsze wiedziałem, że masz krosty na mózgu, Lusiek.
- nie! Jestem normalny! Pomyślał budząc się. Usiadł na łóżku i westchnął zrezygnowany, zerknął na kompa...
- żeby tak… żeby też ktoś inny tak pomyślał o mnie - rozmarzył się…

47




siadł przy komputerze i zalogował się na swoje konto w sympatii…
- jest! – aż podskoczył z radości, ktoś puścił mu wirtualnie oczko. Przemógł się i włączył profil zainteresowanej osoby. Niestety nie było zdjęcia, nie przejął się, zwłaszcza że oczami wyobraźni widział już tą najcudowniejszą nimfę świata, zainteresowaną kim? Tak! zainteresowaną Luśkiem!
Dokładnie przestudiował profil, więc, opis całkiem zgrabny: „jeśli nie my to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy?”, - Luśkowi zatrzepotały przedsionki – wiek: 28, wzrost 165 cm, oczy niebieskie, ma dzieci: nie, chce dzieci: nie wiem, zawód: pracownik biurowy.
- brzmi lepiej niż: emeryt-rencista - nieco sposępniał, - ale za to, budowa ciała: lekko puszysta – co tam… Lusiek już pokochał nieznajomą kryjącą się za nickiem: Joymii80, uświadomił sobie też, że tkwi przed kompem w samych slipkach z całkiem pokaźną, jak na swoje możliwości, erekcją. Już zaczął się zastanawiać jak wybrnąć z tej sytuacji, gdy dosłyszał pukanie do drzwi mieszkania, zaraz potem do pokoju Luśka wtargnęła Oliwka.
- do ciebie, wujek.
A za nią w drzwiach stanął Poldek.
- co tam

48




ukrywasz, Lusiasty? Czyżbym przerwał gorącą randkę przy komputerze?
Oliwka ulotniła się w obawie przed przedwczesnym odkryciem tajemnicy dorosłych.
- taki to se pożyje, dziesiąta rano, łóżko rozwalone, byś zaczął dzień od obowiązków a nie przyjemności.
- sorki dopiero co wstałem, chcesz kawę.
Przy porannej kawce, Lusiek podzielił się z kolegą swoim sukcesem, pokazał profil Joymii80.
- nie ma zdjęcia – trzeźwo zauważył Poldkowski.
- to o niczym nie świadczy… zresztą nie mam wielkich wymagań, może być gruba, byleby była ładna.
- wiesz… może być gorzej niż myślisz i co wtedy? Moim zdaniem ten twój opis, przyciąga do ciebie niekoniecznie takie jakich byś oczekiwał. Nie możesz napisać czegoś weselszego?
- pomyślę o tym… co tam w świecie ludzi pracy?
- a daj spokój, takiego zapierdzielu dawno nie miałem.
- chcesz się zamienić?
- nie, dzięki hehe.
- no wiesz co…
- kurde, tyle lat edukacji a skończyłem w jakiejś durnej hurtowni. Wiesz jak się czułem w czasie szkoły?
- Jak?
- myślałem wtedy, że podobnie mają te gęsi, tuczone do fuagrass. Teraz mam inne porównanie, taką wizualizację sobie zrobiłem: Jesteśmy

49




wszyscy skuci łańcuchami i biegniemy gdzieś gdzie kieruje nas ten z przodu, z tyłu wloką się ci słabsi, często są po prostu wleczeni przez pozostałych. Narzekają, żeby ci z przodu zwolnili trochę, bo już nie mają siły, ale ci nie słyszą, kiedy komuś uda się wysunąć na prowadzenie, dostaje z próżności takiego przyspieszenia… i zapomina o maruderach, wszyscy lecą na złamanie karku, nie wiadomo gdzie.
- hmm, ciekawe… ja się nie czuję jakbym gdzieś biegł.
- może jesteś jednym z tych wleczonych?
- też nie…
- to pewnie urwałeś się z choinki hehe. Kurczę, a nie wstyd ci tak jechać na gapę? Nawet porządnie nie zapracowałeś na swoją rentę.
- trochę wstyd… ale ty akurat mógł byś mi nie wypominać, ile razy cię już prosiłem o robotę?
- sorki
- czasami tak czuję, jakby moce produkcyjne, czy coś…
- no widzisz
- ale się boję, doświadczenia mam raczej niezachęcające… wstydzę się też tego, że się boję, odwaga ma od zawsze lepsze notowania. Ale sobie pomyślałem, że w pewnych sytuacjach tchórzostwo też może być cnotą. Na przykład, gdybyś był ze szkła, to rozsądnie byłoby bać się wyjść na podwórko, gdzie

50




rzucają się kamieniami. He?
- tyle że ty wcale nie jesteś ze szkła a jak się nie będziesz nastawiał to też nikt nie będzie w ciebie rzucał.
- no nie wiem… zresztą, nie zabiegałem jakoś szczególnie o rentę, powiedziałem tylko: pierdolę, zabiję się! I samo poszło, teraz na komisji muszę już tylko pokazać gdzie się pociąłem. Państwo się o mnie zatroszczyło…
- a jednak to nie fair.
- nikogo nie oszukuję, naprawdę miałem chęć szczerą, tyle że w trakcie się rozmyśliłem, potem kiedy mnie pogotowie wiozło, dostałem strasznej głupawki z radości, że jeszcze żyję, pomyślałem sobie, że chcę jeszcze spróbować, może wszystko jeszcze się ułoży. Byłem bardzo podekscytowany i trochę się zdziwiłem, że w szpitalu nikt jakoś nie podzielał mojego entuzjazmu, wręcz robili wrażenie jakby się obrazili, że się porządnie nie zabiłem i teraz tyle roboty tu mają.
- jakoś nie mogę zrozumieć na czym ta twoja choroba polega, zawsze byłeś troszkę odklejony ale nigdy nie pomyślałbym, że nie nadajesz się do niczego…
- zastanawiałem się nad tym, jak to możliwe, że jestem taki bezcelowy i pomyślałem, że może na tym polega

51




moja misja tutaj…
- czyli…?
- może zrobili mnie w jakimś tajnym ruskim laboratorium i wypuścili jak jakiś wirus albo broń biologiczną bym zdobył tu na zachodzie przyczółek i powoli doprowadzał system ubezpieczeń społecznych do niewydolności…
- to by się zgadzało. A słuchaj twój ojciec wie o tym?
- chyba nie… kurczę może to dlatego mnie nigdy nie lubił!
- i ty tak sam z tym systemem walczysz?
- nieee, to znaczy nie ja sam, nas jest wielu… nawet w biblii o tym było.
- to znaczy, że jak by była wojna z Rosją, to nie poszedłbyś walczyć?
- nikt mi nie da karabinu do ręki, mam kategorię D.
- ale drętwo…
- czemu? Mógłbym ruszyć z jakąś samobójczą misją, wysadzić się, czy coś... mam trochę doświadczenia.
- O! To już lepiej.
- Chociaż nie, chyba wolałbym się ojczyźnie przysłużyć, odbudowując populację, po tej wojnie, świat będzie piękniejszy, jeżeli będzie więcej takich jak ja. Tak mi się wydaje…
- kurczę i co tu z tobą zrobić, chłopaku?
- też chciałbym wiedzieć.

     I gdy Poldkowski już sobie poszedł, Lusiek pozostał z tym dylematem jak z kamykiem w bucie, zapalił cristala balance a kiedy poczucie

52




jałowości jego życia rozwiało się wraz z dymem papierosa, powrócił myślami do ekscytującej Joymii80, powróciło też mgliste poczucie sensu, komfort zakłócało tylko jakieś napięcie w twarzy, bardziej w ustach, tak, polizał dolną wargę od środka, coś tam było, jakieś zgrubienie, - proszę tylko nie znowu – pomyślał, potrząsnął głową i powrócił przed komputer, do studiowania profilu dziewczyny. – gdyby naprawdę jej zależało, to by coś napisała a nie puszczała jakieś durne oczka… to pewnie kawał – pomyślał sfrustrowany i na fali tej złości zmodyfikował swój anons:
– „pitolę, jeżeli zaraz ktoś do mnie nie napisze, to kasuję profil, więc zadaj sobie pytanie, czy chcesz być odpowiedzialna za to internetowe samobójstwo!?” – z satysfakcją pacnął enter.
Popołudnie nie zapowiadało się szczególnie, więc Lusiek skapitulował przed telewizorem. Jednak dziś świat upominał się o Luśka wyjątkowo, jego wysłannik w osobie Roberta stanął w drzwiach i wciągał w rytm zdarzeń.
Po kawce Robert zapytał:
- A weź mi powiedz, dlaczego sam do kogoś nie napiszesz, tylko tak sobie tu siedzisz i czekasz?
- aa, chcę mieć

53




taki komfort za 20 lat, żeby móc powiedzieć: przecież sama chciałaś, ty wybierałaś, więc to twoja wina…
- ciekawe… ale wiesz w naszej kulturze przyjęło się, że to chłopak robi pierwszy krok.
- staram się tym nie przejmować, załamałbym się z wysiłku gdybym miał nagle na poważnie wziąć wszystkie zasady, zwłaszcza te niepisane
- sorki, wydaje mi się, że tak naprawdę to po prostu się czaisz i wstydzisz, he?
Lusiek zawędrował językiem w rejon zgrubienia, ale odparł:
- no dobra rozgryzłeś mnie…
- wiesz, tak myślałem o tym i doszedłem do wniosku, że miłość do kogoś to zabieranie go w przyszłość, a ty popełniasz dość powszechny błąd, szukasz kogoś kto ciebie zabierze a powinieneś szukać kogoś kogo ty chciałbyś tam zabrać.
- nie jestem pewien czy mam predyspozycje do zabierania w przyszłość…
- to kwestia wiary, nikt tego nie wie na pewno, może niektórzy mają więcej powodów by w to wierzyć, ale ostatecznie to przyszłość odpowie… nie martw się to całkiem rozsądne, że wątpisz, przynajmniej myślisz, myślenie ma podobno wielką przyszłość.
- moim zdaniem, myślenie jest przereklamowane.
- ale marudny

54




dzisiaj jesteś… wychodziłeś dziś z domu? Fajnie jest na dworze, chyba wiosna idzie. Wiesz wiosną dobrze się przewietrzyć, wyjść do ludzi… możesz spotkać kogoś i pomyśleć: kurcze jaka fajna… bez niej byłoby chyba jakoś łyso, smutniej, szarzej. I wtedy możesz sobie zadać dość istotne pytanie: czy ktoś jeszcze mógłby poczuć ten dojmujący brak i zapobiec mu. Wtedy kiwasz głową i myślisz sobie : Tak! To bardzo prawdopodobne. I rozglądasz się, ale nikogo nie ma, tylko ty i ona. Kto was uratuje jeśli nie wy sami siebie nawzajem.
- gdyby to było takie proste – gorzko zauważył Lusiek.
- nie przejmuj się, co było to było, może nie udawało ci się bo miałeś niepotrzebne wymagania.
- ale ja nie chcę brzydkiej dziewczyny!
- nie mówię że brzydkiej… chodzi mi o kogoś bardziej dopasowanego, nie uniwersalną piękność tylko piękność skrojoną na miarę… innymi słowy tą brakującą połówkę…
- wierzysz w to? Poważnie?
- pewnie… jak by nie patrzeć wiążesz się nie tylko dla seksu i towarzystwa ale by mieć dzieci… zastanawiałeś się jak to się dzieje że, często dzieci są ładniejsze od rodziców? Wyobraź sobie

55




pięknego człowieka i pomyśl… jak to się stało że, urodził się człowiek z uchem tak idealnie pasującym do kształtu szczęki? Albo piękną brwią doskonale okalającą oko, że tak wszystko do siebie pasuje… czy trzeba było wyeliminować wszystkich potencjalnych nieidealnych pretendentów, by zrobić miejsce na tych dwoje idealnych? Gdyby tak było to o wszystkim decydowałaby przeszłość, świat miałby przyczynę z której wynikałyby wszystkie skutki. Jeżeli mamy wpływ na przyszłość, to my też decydujemy jaka ona będzie i jacy ludzie będą w przyszłości chodzić po ziemi… patrzysz na dziewczynę z charakterystycznym nosem… może już sobie kalkulujesz, że pasowałby do twoich ust, że takie połączenie tworzyłoby nową jakość… z tego punktu widzenia mieszanie się ze sobą tych idealnych jest jak tasowanie wciąż tych samych kart. Gra nie warta świeczki. Coraz piękniejsi ludzie powstają z tych zwykłych, nieidealnych nie tylko dlatego że, akurat tej dwójce udało się przetrwać ale że zobaczyli w sobie nawzajem szansę na przyszłość, jeżeli mamy wierzyć że świat zależy choć trochę od naszych wyborów i że te wybory

56




dokonują się tu i teraz a nie kiedyś tam gdzieś na początku czasu, to musimy też w to wierzyć. Podobno wszechświat zmierza do coraz większego nieuporządkowania, jednak ewolucja działa w drugą stronę, tworzy coraz bardziej złożone istoty, czy jest napędzana tym wzrastającym nieuporządkowaniem? czy może właśnie wizją ładu i harmonii… przyszłością?

     Gdy Robert sobie poszedł, Lusiek otworzył balkon, zapalił zwiniętego mamie cristala i pomyślał:
- czy ja szukam idealnej dziewczyny? Co ja bym robił z taką pierwszorzędną laską? Moje własne przykre doświadczenia mówią wyraźnie że, sam musiałbym być pierwszorzędny żeby taka zwróciła na mnie uwagę, udaje mi się takim być może przez pięć minut jeżeli się maksymalnie napnę… czy ja bym chciał non stop chodzić maksymalnie napięty? Zresztą o czym tu mowa skoro stoję nad grobem z nadającą się co najwyżej do amputacji twarzą – pociągnął soczysty buch i olśniło go.
- warto by dziś odkurzyć rower – pomyślał.

     Mięśnie pamiętały setki godzin pedałowania, płuca mimo tysięcy fajek przyjmowały powietrze miarowo. Lusiek czuł jak rześki wiatr wydmuchuje mu z

57




głowy stęchły zimowy kurz. Za moment się zazieleni – pomyślał. Tylko ta kulka w ustach uwierała, przypomniał sobie program telewizyjny jaki kiedyś oglądał: Starszy mężczyzna bez żuchwy przestrzegał przed paleniem, wyglądał jak jakiś żółw, ciekawe, że bez brody można mówić a on mówił, że od tytoniu do żucia, wyszła mu niepozorna plamka po wewnętrznej stronie policzka.
- a najgorzej, że na nikogo nie mogę zwalić winy bo nikt mi nie kazał palić! – pomyślał z wściekłością, nacisnął mocniej na pedały, minął Krasiejów, przeciął szosę na Raszewy, mknął na Solec, dolina Narwi wyglądała obłędnie.
- i mam tak skończyć? – rozpłakał się zjeżdżając z góry – po tych wszystkich okazjach co przeszły koło nosa – załkał – kiedy mam w sobie jeszcze tyle życia! – na prędkościomierzu wybiło pięćdziesiąt cztery – chyba pobiłem swój rekord! – pomyślał. – nie chcę umierać, chcę mieć dziewczynę! – kolejny spazm wzruszenia przetoczył się przez świadomość gdy zwalniał przed zakrętem.

     Emocje stopniowo się wypaliły, tego dnia sen przyszedł szybko, tylko westchnął z irytacją, gdy znalazł

58




się ponownie w babcinym sadzie. W sennym świecie zapadał z wolna zmierzch i lekko mżyło, przed domkiem nie zauważył żywej duszy, podobnie przed domostwami szwagrów, prawie szklana pogoda, tyle że każdy budynek migotał własnym rytmem.
Wszedł do środka, złośliwy staruszek o paradoksalnie wysokim wzroście oglądał wiadomości. Odstawił piwo dostrzegłszy Luśka.
- o proszę kto się zjawił doglądać włości.
- dzień… to znaczy dobry wieczór – odparł Lusiek – Nie ma Szyszkiewicza?
- a miał być? Myślisz że, ludzie marzą by być częścią tego twojego koszmarku?
- pan tu jest.
- niestety mam ten wątpliwy zaszczyt że, jestem częścią twojego ciała, do tego dość kluczową, mimo że, nie potrafisz zrobić ze mnie użytku.
- przepraszam że ma pan tak nudny żywot przeze mnie… chyba muszę zapalić… mogę?
- tak, na zewnątrz!
- aha, ja tak tylko…
- myślisz, że tak będzie w nieskończoność, dwie paczunie lulek dziennie?
- przepraszam, przecież nie palę przy panu, skoro pan sobie nie życzy.
- uważasz że taki twardziel z ciebie? Znałem takich, długo żyję – chudy staruszek rzucił Luśkowi wściekłe spojrzenie i wskazał palcem

59




na usta. Lusiek stał jak wmurowany a zimny dreszcz przechodził mu po plecach.
- pan mi nie pomaga… – wyszeptał
- słucham? Wcale nie chcę ci pomagać!
Lusiek podszedł do drzwi i w roztargnieniu zamknął je na zamek, zamiast otworzyć, nacisnął na klamkę, raz i drugi a dziadek pokrzykiwał:
- laluś! Tak, uciekaj do mamy!
Lusiek zrobił w tył zwrot przebiegł salon i dotarł do znajomych schodów, nie robiły wrażenia mrocznych i posępnych jak poprzednio, ot zwykłe schody na piętro, mając do wyboru towarzystwo złośliwego starca i nieznane, wybrał to drugie. Wszedł ostrożnie na stopień, a starzec za nim pokrzykiwał:
- uuu! Tylko tam nie zemdlej.
Lusiek pobudzony jak ostrogami, wbiegł na piętro. A tam kolejny korytarz z kilkunastoma drzwiami, skrywającymi jak przypuszczał, pokoje jego duszy. Przeszedł po miękkim chodniku, nieco ubłoconym, w głąb korytarza. Zaskoczony przyglądał się drzwiom, które przypominały te z sieciówek zakładów mięsnych z Przygórza, zwłaszcza przez czcionkę napisu: „Mięso, wędliny”. Po stresującym zderzeniu z dziadkiem w salonie, sklep mięsny nie wydawał się zbyt dużym wyzwaniem, więc Lusiek zamknął

60




rozdziawioną buzię, wyprostował się i wszedł do środka.
Drzwi od sklepu mięsnego, prowadziły ni mniej ni więcej, do sklepu mięsnego, za ladą chłopak z dołu, ze sklepiku zwącego się „oczy” bawił się swoim telefonem, na widok Luśka wstał i przybrał zapraszającą, fachową minę.
- mam w duszy sklep mięsny? – Lusiek z zawodem, spytał chłopaka.
- przykro mi ale są tylko parówki.
Lusiek spojrzał na ladę a tam serdelki i parówki, w kącie jakiś dziwny pasztet. – co to jest? – zapytał.
- to wyroby z soi, efekt pańskich auto erotycznych wysiłków, przykro mi ale prawdziwe mięso to było, kiedy pan chodził do przedszkola, pamięta pan tą małą małpę? Chyba Aśka miała na imię…
- to znaczy że moje problemy, duchowe rozterki wynikają z braku prawdziwego seksu?
- no nie tylko, to tylko jeden z pokoi… pan pójdzie ze mną…
Wyszli razem na korytarz i podeszli do kolejnych drzwi te z kolei wyglądały jak wejście do sklepu warzywnego. W środku zmysłowa blondynka też z dołu, zakrzyknęła:
– o Boże nie wierzę! Klient! – Wstała i podeszła do Luśka – w czym mogę pomóc? – zapytała. – asortyment mamy nieco

61




nieurozmaicony i szczerze mówiąc dość skąpy, ale proszę jest ze dwa kilo bananów, ładne, dojrzałe, proszę. Lubisz banany?
- tak lubię – odparł Lusiek.
- te banany to uśmiechy – zaznaczył chłopak.
- tak! pamiętasz, jak w zeszłym tygodniu tankowałeś samochód ojca… ekspedientka spytała czy może choinkę zapachową sobie życzysz a ty jej, że nie śmierdzi jeszcze aż tak bardzo… pamiętasz?
- tak pamiętam, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że mam fajne poczucie humoru, miłe to było.
- widzisz masz teraz z tego te piękne banany.
- a te kwaśne jabłka – Lusiek wskazał na skrzynkę papierówek.
- to jak u kogoś wzbudzisz współczucie, ale nie gadajmy lepiej o tym – blondyna podeszła do stoiska z cytrusami - popatrz mamy też trochę pomarańczy, dostawy są kiedy ktoś cię kocha, te tu to dzięki twojej mamie – fest kobieta, nie wiem skąd ona ma do ciebie tyle cierpliwości… jest parę też od Oliwki, kiedyś zdarzyło ci się z nią pobawić.
- mógłby pan mieć więcej towaru gdyby pan sam coś wyprodukował – zaznaczył chłopak z mięsnego. - W tym interesie trzeba ciągle produkować i dobrze handlować, można paść z

62




głodu jak jest jakiś przestój.
- nie znam się na ogrodnictwie, nawet nie wiem od czego miałbym zacząć?
- Jesteśmy w sadzie prawda? – Blondyna chwyciła Luśka za rękę i pociągnęła go w kierunku okna. Popatrz tu jest działka…
Za oknem rozpościerał się spory kawałek gruntu, na którym w ładnych grządkach, rosły sobie marchewki, pietruszki, wszystko dorodne i zadbane.
- widzę że mam wszystko czego mi trzeba - Lusiek uśmiechnął się, i spojrzał pytająco na blondynę.
- nie ty masz to wszystko, to twoi szwagrowie zasiali twój ogród, leżał odłogiem, nikt nie pilnował to skorzystali. – odparła. – rodzina zrobiła ci małe rozbiory kochanie.
- a Szyszkiewicz, przecież on miał tu wszystkiego pilnować, mieliśmy umowę.
- nigdy nie lubiłam tego kudłatego konusa, na twoim miejscu bym go pogoniła.
- nie wymagajcie od niego zaraz jakichś rewelacji – wtrącił się chłopak – przecież chata stoi, nie widać już z zewnątrz w jak opłakanym stanie kiedyś była – dodał – nie miałby życia, gdyby każdym klientem zajmował się tak kompleksowo, przede wszystkim musimy uregulować sprawę działki ze szwagrami.
- a dla kogo ten towar?

63




Po co tu tyle sklepików? – spytał Lusiek.
- no… dla nas, trzeba karmić swoją duszę.
- i ciało. – dodała „Usta”.
- potrzebujemy miłości, szacunku… jesteś raczej introwertyczny więc masz duży ogródek, wiele potrzebnych rzeczy moglibyśmy sobie sami wyhodować i do tego mieć produkty do wymiany z innymi gospodarstwami. Gdyby się udało odzyskać ten ogród, mielibyśmy dostęp do niesamowitych frykasów.
- a nie ciągle kartofle i sojowe parówy. – dodała blondyna.

     Lusiek wstał z niejasnym uczuciem, że powinien coś zmienić, coś zacząć, że marazm i impas w jego życiu trwa już zbyt długo. Tym razem bez lęku popatrzył na komputer w rogu pokoju. Gdy uruchamiał się system ogarnął siebie i łóżko. Tym razem profil na sympatii, obrodził jedną, tajemniczą wiadomością od równie tajemniczej Jojmii80. Lusiek niepewnie otworzył wiadomość:
„Nie strasz mnie… nie mogę pozwolić na to internetowe samobójstwo… proszę nie rób sobie krzywdy ;) napisz do mnie, podaję numer GG… obrażę się jak nie odpiszesz, 12 PLN - ów w Ciebie zainwestowałam! ;)”
Lęk społeczny Luśka obejmował również GG, dziewczyna nie podała mejla,

64




ale jej dość czuła wiadomość, to że zainwestowała 12 złotych, i że dotknęłoby ją internetowe samobójstwo Luśka, spodobało mu się, do tego wiadomość brzmiała naturalnie i sprawiała wrażenie że jej nadawczyni to otwarta osoba. Lusiek odnalazł na pulpicie rzadko używaną ikonkę programu GG, wpisał numer, ustawił kursor w pustym polu wiadomości i z pustką również w swojej głowie, pozostał tak nad klawiaturą dłuższą chwilę.
- Cześć tu Lusiek30, chętnie cię poznam, mam tylko nadzieję, że gdy Ty mnie poznasz, nie stwierdzisz, że mój opis sugerował kogoś zdolnego do internetowych samobójstw i z rozmachem w świecie wewnętrznym. A ja jestem dla Ciebie zbyt prozaiczny i normalny więc wiszę Ci Twoje 12 PLN.
Lusiek gapił się jeszcze chwilę w monitor zastanawiając się czy przypadkiem zbyt nie konfabulował pisząc o swojej normalności, uznał jednak, że z pewnością jest prozaiczny więc można mówić w jego przypadku o prozaicznym typie normalności który nie wyklucza zaburzeń psychicznych. Po czym nie wytrzymał napięcia i uciekł do kuchni na kawę, gdzie po kilkunastu minutach dobiegł go charakterystyczny odgłos GG.

65




Przeciągał jeszcze picie kawy, aż poziom kofeiny przeważył nad jego wrodzonym tchórzostwem.
Gdy wrócił w komputerze czekała już wiadomość od Joymii80:
- Liczę na to, że będziesz jednak normalny… w granicach rozsądku oczywiście… Jak masz na imię?
- Lusiek… tzn. Lucjan, mama miała fantazję… a Ty?
- fajne ;) Karolina, miło mi :).
Lusiek westchnął i kontynuował pisanie.
- wiesz z tą normalnością, to nie jestem pewien czy nie przesadzam… nie chciałbym Cię wprowadzać w błąd.
- co masz na myśli?
- hmm… no mój lekarz ma w tej sprawie inne zdanie… w sensie klinicznym nie jestem normalny, czy raczej zdrowy… bo tak życiowo to chyba jestem dość normalny… więc tak… hmm
- jesteś chory?
- no fizycznie zdrowy, tylko nieco odklejony… trudno mi znaleźć pracę, mam rentę. Przykro mi jeżeli jesteś zawiedziona…
- hmm… doceniam, że jesteś szczery… na zdjęciu sympatycznie wyglądasz… na pewno nie jak wariat…
- dziękuję :)
- to była dość zaskakująca informacja… muszę pomyśleć, odezwę się, cześć!

     - Ciekawe co z tego będzie… - pomyślał gdy zamykał komputer – raczej nie była jakoś zdecydowanie na nie…

66




na razie trudno coś powiedzieć, ale może to moje złudzenie, że psychiczni tak źle się kojarzą w społeczeństwie… Chyba się jej podobam… dobre zdjęcie wybrałem!
Tego dnia szykowała się kolejna grupa, Lusiek cieszył się, że nie pójdzie na nią z pustymi rękami, raczej inni pacjenci nie pochwalą się nową znajomością z osobą płci przeciwnej. - Dziś będę znowu gwiazdą – pomyślał z satysfakcją.
Gdy w przychodni powoli zbierała się grupa wsparcia, chłopacy rytualnie palili ruskie fajki przed budynkiem i obserwowali zbliżających się co jakiś czas znajomych.
Kiedy Lusiek pierwszy raz trafił do szpitala, zapamiętał myśl zapisaną przez jedną z pacjentek i wiszącą na korkowej tablicy wśród innych artefaktów: „Nawet jeżeli jestem jedynie źdźbłem trawy, to już coś, bo takie źdźbła jak ja tworzą łąkę”. Pamiętał też wypowiedź innej pacjentki: „to niemożliwe, żeby nigdzie nie mieć miejsca, każdy musi mieć gdzieś swoje miejsce.” Czuł sympatię do członków grupy, znał ich problemy i lubił ich słuchać. Osoby z problemami psychicznymi tworzyły trochę alternatywną społeczność, podskórny psychiatryczny

67




światek. Czuł że choć poruszają się po tym mieście jak zombie, w starych źle dobranych ciuchach i z twarzami które wyrażają głównie genetyczną anonimowość, między sobą zyskują społeczną wagę. Lusiek często łapał się na tym, że bardziej autentyczni wydawali mu się ludzie po psychozie, zdrowi byli trochę jak nieświadome dzieci, robiące wiele hałasu i zajęte samymi głupotami.

     Grupę rozpoczęła Małgosia – wyszłam wczoraj z siostrą i jej znajomymi na boisko – opowiadała – Tak graliśmy sobie w kosza, a ja chodziłam po liniach, bo kiepsko gram i w ogóle od rywalizacji jestem chora, więc tak tylko chodziłam. Ale nie czułam się przez to jakoś mocno wyalienowana, wręcz przeciwnie wpadłam w lekki trans, to było trochę jak taniec gdy po tych liniach tak chodziłam i zajmowałam coraz to inne miejsce w przestrzeni. Inni gracze reagowali na mnie i ustawiali się na boisku wyraźnie uwzględniając moje położenie. Poczułam się w jakiś sposób konieczna tam w tej grze, gdybym nagle zniknęła, powstałaby jakaś niebezpieczna dla otoczenia implozja. Tak właśnie o tym sobie pomyślałam, chyba dzięki temu mam dziś wyjątkowo dobry

68




humor, nawet ugotowałam coś rodzicom z tego całego entuzjazmu. Hmm… dziękuję że mogłam się wypowiedzieć ;).
- cudowna myśl Pani Gosiu – Gosia zachichotała w odpowiedzi na psychologicznego głaska – kto jeszcze chciałby się podzielić czymś z grupą – kontynuowała pani Kasia psycholog.
- też miałem dość ciekawe spostrzeżenie dzisiaj, chciałbym o tym opowiedzieć – przejął głos Krzysiek – mianowicie jechałem do ZUS-u. Ode mnie to kawał drogi więc skorzystałem z autobusu, całkiem miło było w środku, były wolne miejsca więc siedziałem i wyglądałem przez okno. Miałem wtedy dziwne myśli, patrzyłem na tych wszystkich ludzi którzy szli gdzieś w swoich sprawach, często nieśli coś bądź podbiegali i zastanawiałem się skąd oni mają na to siłę? Ile życie wymaga wysiłku? że to straszne, że na świecie jest 7 miliardów ludzi i oni przez całe życie tak pędzą, jaka to przeogromna ilość pracy która mogłaby wygenerować jakiś wręcz kosmicznej skali impuls elektryczny. Kiedy tak o tym myślałem uświadomiłem sobie, że sam jestem właśnie wieziony jak pan i gdyby nie ten autobus jak ciężko by mi było, musiałbym te

69




wszystkie wypadające co rusz ze mnie flaki jakoś podnieść z ziemi i przenieść na piechotę przez całe miasto. I przeraziłem się jaki bezmiar trudu potencjalnie na mnie może czekać… Więc tak o… to chciałem wtrącić.
- hmm… - może nie zawsze życie jest dla pana takie męczące, na pewno mógłby pan sobie przypomnieć jak przez miasto szedł pan z przyjemnością… - powiedziała psycholożka.
- czy ja wiem? Dziś raczej wszystko widzę w ciemnych barwach eh…
Krzysiek spuścił głowę i przez chwilę milczał – pani Kasia dopytała jeszcze – czy chciałby pan coś dodać? – a gdy Krzysiek pokręcił przecząco, zaprosiła do wypowiedzi kolejnego dyskutanta.
Lusiek nawiązał do aury na zewnątrz:
- a ja mam dziś lato… mimo że to początek wiosny i zbieram słodkie owoce miłości z mojego profilu randkowego :)
- brawo! Poznał pan już kogoś?
- nie w realu, ale już ze sobą pisaliśmy…
- mógłby pan coś o niej powiedzieć?
- hmm… niewiele, w zasadzie dopiero dziś z nią pierwszy raz pisałem. Nawet nie wiem jak wygląda, chyba jest nieco puszysta, tyle wiem z jej profilu. Ale czuję, że nie przeszkadza jej moja choroba, powiedziałem jej

70




o tym i nie zareagowała jakąś paniką więc jestem dobrej myśli…
- mógłby pan na początek przedstawić się też z innych stron, przecież pana choroba to nie główna cecha, myślę że takie informacje wypadałoby przekazywać na nieco dalszym etapie znajomości…
- kiedy ja czułem, że jeżeli o tym nie wspomnę to będzie rodzaj oszustwa…
- rozumiem, że chciał pan zredukować napięcie, tyle że takie wynurzenie to spory ciężar dla obcej osoby, nie każdy będzie miał ochotę go dźwigać już na początku znajomości.
- myśli pani, że już się nie odezwie? Wszystko zepsułem?
- tego nie wiem, po prostu ja miałabym problem z taką otwartością, dopiero co poznanej osoby… Niech się pan nie martwi… pierwsze koty za płoty!
- i… - Lusiek spuścił głowę i wypalił - chyba bardziej seksi jest być stukniętym niż bezrobotnym… tak myślę…
- pozwoli pan, że będę brutalna, ani jedno ani drugie nie jest zbyt… no… atrakcyjne, chociaż mogę się mylić a jeżeli jest jak pan uważa to raczej poprawnie pan rozkłada akcenty.

     Gdy już Lusiek się wypowiedział, otrzymał porcję rad i kompetentny tandem psycholożek rzucił mu extra, jasny

71




snop światła na jego przyszłość. Skąpany owym pozytywnym światłem Lusiek wracał z grupy, po drodze mijając sklep o elektryzującym personelu i tego dnia poczuł że może dziś. Zwłaszcza, że dzięki Joymii wiedział, że może się podobać – Jeżeli nie my to kto, jeżeli nie teraz to kiedy? – pomyślał i siłą bezwładności tej myśli wszedł do sklepu. Minął wychodzącego klienta i zauważył, że los mu sprzyja bo poza piękną panią sprzedawczynią nikogo więcej nie ma i że nie ma odwrotu, oj się będzie działo pomyślał – dzień dobry rzekł drżącym głosem – dzień dobry - odpowiedziała, miała dłuższe włosy, ciemne proste owinięte z jednej strony za ucho i grzywkę, przypominała ni mniej ni więcej Lilli Allen której nie wyszła kariera muzyczna i musi teraz dekować tu w sklepie. Zabrzmiała pewnie ale ciepło i przyjaźnie. Apetyczny zapach pączków dał Luśkowi nieco niepewnego poczucia bezpieczeństwa. Omiótł spojrzeniem jej różową bluzkę ledwie zerknął w dekolt potem zaciekawiony reakcją na swą śmiałość w oczy i kurcząc się w sobie z powrotem na tackę do wręczania reszty z reklamówką coca-coli.

72




poproszę groszek w puszce - powiedział próbując się opanować.
– i serek pyszny waniliowy, i dwa banany i kiwi – dodał. Gdy ważyła owoce Lusiek patrzył uprzejmie w tackę próbując w pamięci podliczyć czy będzie go stać jeszcze na colę. Jednak poszedł szybko po rozum do głowy i stwierdził że lepiej nie dać po sobie poznać że jest się wątłych funduszy i zrezygnował z napoju choć zaschło mu w gardle.
Gdy dziewczyna wręczała mu resztę, popatrzyła na Luśka z uśmiechem i musnęła palcami wnętrze jego dłoni. Lusiek ośmielony tym gestem wypalił:
- umówiłabyś się ze mną? Poszlibyśmy gdzieś… do kina czy na kawę???
- oj, przykro mi ale… - dziewczyna podniosła dłoń i pokazała pierścionek na serdecznym palcu.
Ta dłoń która przed momentem dała Luśkowi tyle intymnego ciepła teraz wszystko to zabrała, Lusiek poczuł jak grunt mu się osuwa spod stóp a krew odpływa z twarzy – aha przepraszam, dowidzenia. – dodał.
Gdy ze spuszczoną głową wracał do domu:
– więc królowa osiedlowego sklepiku nie będzie moja – myślał – przynajmniej spróbowałem – uśmiechnął się do siebie – może Joymii mi jednak nie

73




ucieknie, raczej nie jest zaręczona.
W komputerze czekała wiadomość:
- Cześć :) fajny miałeś opis, nie chciałabym stracić takiego okazu z powodu jakiegoś mgławicowego niedomagania ;)
- halo jesteś tam?
- chyba nie uciekłeś gdzieś?
- więc jestem okazem z mgławicowym niedomaganiem? Miło mi :)
- gdzie mi zniknąłeś? już myślałam, że darowałeś sobie internetowe randki.
- byłem na grupie wsparcia
- ciekawe… opowiadałeś o mnie?
- no pewnie, jakoś nic ciekawszego nie miałem do powiedzenia…
- aha, to chyba dobrze… a przesłałbyś mi jeszcze jakąś fotkę?
Lusiek otworzył specjalny folder z reprezentacyjnymi fotkami, wybrał jedną z wyeksponowanym bicepsem.
- o Boże, masz tatuaż?
- podoba ci się? :)
- sam go sobie chyba wydziergałeś tego kwiatka?
- no tak, dużo rzeczy muszę sobie sam robić…
- hehe człowiek renesansu… naprawdę jesteś nienormalny :o
- bo się obrażę…
- oj przepraszam :* kiedy to sobie zrobiłeś?
- w liceum
- i miałeś tam życie… z taką stokrotką?
- jakoś nie eksponowałem mocno tego tatuażu, trochę się wstydziłem.
- ale mi pokazałeś…
- chciałem ci się wydać bardziej interesujący.
- udało ci się

74




;)
- pomaga mi jak się ubiegam o rentę :) wystarczy pokazać
- hehe
- raz w szkole, miałem przygodę z tym kwiatkiem…
- tak?
- robili nam jakieś szczepienia i tak sobie czekamy pod gabinetem szkolnej pielęgniarki i taki jeden… Sebek, mi mówi: jak napniesz to będzie mniej bolało… więc wchodzę do tego gabinetu, pielęgniarka mi podnosi rękawek: „a to co za wynalazek???” Pyta, a ja: „mam napiąć???”
- hehe pewnie miała ubaw?
- tak, byłem wtedy chudzielcem… to tym bardziej…

Tego dnia Lusiek długo wiercił się w łóżku, wspominał swoje wyczyny i chichrał się do siebie. Gdy sen go w końcu zmorzył kolejny raz wylądował w sadzie za stodołą. A tam życie toczyło się dalej sielskim rytmem, przed domkiem zaszły jednak pewne zmiany, na trawie bowiem, stał atlas do ćwiczeń i ktoś go z zapamiętaniem używał. Lusiek zbliżył się do maszyny, i rozpoznał chłopaka z pokoju z tabliczką „Uszy”.
- Co tam słychać - zagadnął, siląc się na dowcip – zaczął pan jednak trenować?
Atleta wysapał :
- dziewięć, dziesięć i przerwa - Zwrócił nabiegłe krwią oblicze w stronę Luśka i odpowiedział:
- tak, doszedłem do wniosku,

75




że fobia społeczna nie przeszkadza jednak w poodnoszeniu ciężarów i startowaniu w zawodach.
- zgoda, tylko że zawody to już sytuacja społeczna. Sama siła może nie wystarczyć.
- teraz wszystko tak szybko się zmienia… wystarczyłoby, żeby nieco zmieniły się zasady konkursów, mniej ludzi na arenie, czy ograniczenie hałasu, pomyślałem sobie że w świecie gdzie do życia wystarczy jedna ręka, posiadanie tylko jednej nie byłoby niepełnosprawnością. Może ja też nie zawsze będę niepełnosprawny. Więc próbuję, może raz świat dostosuje się do mnie a nie odwrotnie.
- kiedyś Szyszkiewicz powiedział mi, że to ze mną jest problem, nie ze światem.
- on każdemu to mówi, może statystycznie to jest prawda, tyle, że on pracuje z konkretnym dramatem… to znaczy domem, chyba powinien podchodzić do każdego przypadku indywidualnie.
- czasami mam wrażenie, że on mi wcale nie sprzyja, niby ten domek jakoś ciągle stoi, może nawet wygląda nieco lepiej niż niedawno, a jego to chyba wcale nie cieszy.
- wiesz, to nie jedyna chałupa jaką on tu w okolicy się zajmuje, te remonty to my tu powoli dłubiemy, dla niego priorytet to żeby się nie zawaliło czy

76




spaliło, więc z jego strony to raczej nie oczekuj rewelacji.
- zanim go spotkałem, wszystko było jakoś intensywniejsze, czasami było strasznie ale bardziej emocjonująco, moje życie mogłem odbierać jako baśń, teraz to najwyżej „Klan” przy obiedzie.
- wiem… wszystko miało znaczenie, ktoś się uśmiechnął, zastanawiasz się: O co mu chodzi?. Powiesz sobie: „Z życiem jest jak z żuciem”. I myślisz sobie, że już wiesz wszystko, w taką ekstazę wprawia cię każdy sylogizm jaki ci wpadnie do głowy.
- właśnie! – Lusiek skwapliwie przytaknął.
- to dopamina, taki neurotransmiter, dodaje mocy doświadczeniom które warto zapamiętać, dzięki niemu czujesz, że widzisz coś niezwykłego, wykraczającego poza twoje pojęcie o świecie.
- kiedy mi dał tą miksturę, od której – mówił – już żadna mi straszna nie będzie. Wszystko się spłaszczyło i zszarzało.
- mi też to dają, wsypują mi do twarożku, myślą, że nie wiem, ale ja widziałem opakowania po tych proszkach. Wiesz co one nam robią?
- co? – Lusiek pochylił się w stronę rozmówcy.
- blokują dopaminę, to dlatego bajka się skończyła. A wiesz dlaczego się zaczęła?
- bo

77




jesteśmy genetycznie obciążeni.
- też, ale przede wszystkim to dlatego, że daliśmy się, z jakiegoś powodu, zepchnąć do wewnętrznego świata, ponoć jak wsadzisz człowieka do basenu, w skafandrze, zasłonisz oczy i uszy, po krótkim czasie ma halucynacje, to właśnie nam się przydarza. Kiedy dasz się zepchnąć tak daleko w głąb siebie, rzeczywistość przestaje dostarczać ci bodźców więc sam je sobie dostarczasz.
- Czyli nie ma dla nas nadziei? Albo bajka która się skończy pożogą, albo proszki i życie nudniejsze od telenoweli.
- nie do końca… te proszki blokują dopaminę ale nie tylko one tak działają, sami możemy wyprodukować swoje lekarstwo! To adrenalina i kortyzol. Kiedy zaczniemy pilnować naszego ogródka za domem, będziemy mieli tego po uszy! Musimy przepędzić twoich szwagrów z naszej działki! Stanąć prosto i zawołać: „teraz kurwa my!” innego wyjścia nie ma…
- aha, zrozumiano Wodzu! Howgh.
- Howgh :)

78




Wyrazy: Znaki: