Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 174
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Wiosenna górka 2-Zjazdikonka kopiowania

Autor: Lucjan Kaczkowski twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rankiem, komputer w rogu pokoju już nie przerażał, wręcz przeciwnie, wyglądał jak obietnica ekscytujących przygód, do tego przygód będących dosłownie na wyciągnięcie ręki.
W komunikatorze czekało już słodkie:
- dzień dobry ;* – od Joymii80
- cześć, a Ty od rana przy kompie… Masz jakieś zajęcie oprócz pisania ze mną?
- cześć, w zasadzie to mam 6 letnie dziecko, odprowadziłam ją do przedszkola i napisałam do Ciebie…
- o kurcze, nie było o tym nic w Twoim profilu…
- hmmm, to może zapomniałam dodać, albo… celowo to pominęłam by łatwiej Cię zwabić… ;)
- aha, to mi nawet schlebia, a skoro nie masz pracy to przynajmniej nie zarabiasz więcej ode mnie… :)
- mam zamożnych rodziców…
- a tata, Twojej córeczki?
- przepadł, szukaj wiatru w polu… pracowałam w handlu ale to nie moja bajka, rodzice mi umożliwiają bezstresowe życie… w sumie to nie wiem co mogłabym robić…
- to ja mam podobnie… no, oprócz zamożnych rodziców… w sumie kiedy nie wiadomo co robić to już chyba lepiej nic nie robić.
- no właśnie…
- prześlesz mi swoją fotkę???
- hmm, co by tu…
- masz
W komunikatorze wyświetliło się zdjęcie dość

1




puszystej blondynki, o miłej twarzy, Lusiek uświadomił sobie, że jego internetowa znajoma jednak robiła lepsze wrażenie zanim się przed chwilą ucieleśniła, fantazje są bardziej kolorowe, choć dziewczyna wyglądała ogólnie ładnie, miała w sobie coś zbyt spolegliwego, sympatyczna, inteligentna twarz była pozbawiona grama drapieżności. Lusiek był jednak zbyt rozpędzony by teraz wyhamować.
- chciałabyś się spotkać – próbował zmienić temat
- czyli może być??? ;)
- ładnie wyglądasz, chyba tak sobie Ciebie wyobrażałem
- możemy się spotkać za godzinę, wpadnij do mnie, potem wyjdziemy może na miasto…
Jojmii80 podała jeszcze swój adres, a Lusiek pobiegł sprintem się szorować, wychodząc z mieszkania natknął się na schodach na nastoletniego sąsiada, Kondzia który uwielbiał wprawiać Luśka w zakłopotanie celnie wbijając szpilę, na jego widok Lusiek przybrał groźny wyraz twarzy mając nadzieję, że uda się odstraszyć natręta, Kondzio błysnął w szyderczym uśmiechu zębami i pokiwał głową
- Lusiek, Lusiek
Wystarczyło by podnieść Luśkowi hormony stresu. Lusiek wsiadł na rower i popędził przez miasto zaopatrując się

2




przy okazji w aptece w trzy pomoce naukowe do czekającego go eksperymentu, ku jego zdziwieniu farmaceutka nie była poruszona faktem, że ma życie seksualne, choć kupował tam już i antydepresanty i neuroleptyki, - mogłaby docenić chociaż że poważnie podchodzę do kontroli płodności mając „takie” geny – pomyślał nieco zawiedziony jej obojętnością.
Przypomniał sobie, że kiedyś czytał o pewnej damskiej fantazji erotycznej, dziewczynę kręciło kiedy pojawiał się u niej spocony chłopak w mundurze - nie mam munduru – pomyślał – ale zieloną wiatrówkę i mogę się spocić - nacisnął mocniej na pedały, pędził Aleją Wojska Polskiego w stronę Bociek, wiatr wiał w plecy, tak że Lusiek prawie doganiał autobusy MPK. Dotarł do osiedla domków jednorodzinnych i odnalazł ten z właściwym numerem.
Drzwi otworzyła Karolina we własnej osobie, wyglądała kwitnąco tlenione loczki spadały na gładkie zaróżowione policzki, oczy błyszczały a niepewny uśmiech zapraszał – chodź skarbie, rozgość się.
Lusiek w miękkim fotelu grzecznie siorbał kawę a w podbrzuszu w oczekiwaniu na spełnienie słodko łaskotało, kichnął, łaskotało

3




też w nozdrzach, odstawił kawę przed zbliżającym się kolejnym apsikiem… zaniósł się, nabrał powietrza ale przeszło – chyba cię przewiało na tym rowerze – zauważyła Karolina, na co Lusiek usmarkał sobie ręce gdy osłaniał się znowu kichając. – masz chusteczkę – wyjęła z kieszeni swetra paczkę chusteczek i dotknęła lekko jego ramienia.
Lusiek często kichał podczas fantazji erotycznych, już jako dziecko przed zaśnięciem oddawał serię, zastanawiał się czy to aby nie zbyt czytelny znak dla rodziców w pokoju obok, o czym właśnie myśli ich latorośl. Teraz też zaświtało mu to pytanie, ale dziewczyna zdawała się nie rozpoznawać tej oznaki podekscytowania, po paru jeszcze kichnięciach robiła wrażenie nieco zaskoczonej ale też rozbawionej, pierwsze lody puściły po luśkowej kanonadzie.
- fajnie mieszkasz – zagaił, rozejrzawszy się po pokoju.
- dzięki, a ty wyglądasz jak na zdjęciu.
- to chyba dobrze – uśmiechnął się
- widywałam cię wcześniej… poznałam cię kiedy mi przesłałeś fotkę…
- widywałaś mnie jak snuję się smętnie po ulicach Rybczyna?
- nie. Wyglądałeś jak ktoś kogo chciałoby się

4




poznać… raczej nie smętnie.
Lusiek poczuł, że cel jest już blisko - tylko jak to rozegrać? – zastanawiał się.
- na kogo głosujesz – wypalił pomyślawszy, że mogliby pogadać o polityce skoro czyta Politykę.
- ostatnio na Palikota, ale teraz to sama nie wiem, jest straszne zamieszanie po lewej stronie.
- ponoć w świecie zwierząt bonobo są lewicowe a zwykłe szympansy wolą konserwatywne klimaty.
- hmm :)
- a wiesz? U bonobo to samice rządzą…
- taaak? Ja nie lubię rządzić.
- mam tak samo!
- czyli wszystko na mojej głowie… eh ;)
- a wiesz co one robią jak się stresują??
- wiem… - uśmiechnęła się pod nosem – może jesteś zestresowany?
- troszkę…
- posłuchajmy czegoś – odpaliła youtube – może być Lily Allen?
- lubię
Karolina włączyła utwór „Chinese”
- jest strasznie ładna ale mnie skłaniają do niej jej kłopoty z wagą… mogę się solidaryzować…
- nie jesteś taka gruba…
- ;)
- może zatańczymy
Lusiek przytulił się do dziewczyny i chwilę pokołysali się w takt muzyki
- wiesz te bonobo one mają w środowisku dużo jedzenia, to dlatego mogą być takimi hipisami. Nie muszą walczyć o każdego daktyla…

5




mogą…
- też mam pełną lodówkę…
Lusiek popatrzył na dziewczynę jej oczy mówiły: bierz mnie! Pocałował ją, nie protestowała, uśmiechała się, spróbował znowu, smakowała jak… pączek.
- smakujesz jak…
- jadłam pączka :)
Po chwili znaleźli się w sypialni, Karolina powstrzymała Luśka kiedy próbował ją położyć na łóżku…
- mam okres… przepraszam.
Lusiek zastygł na moment nie mogąc uwierzyć w swojego pecha, po chwili powiedział:
- mi to nie przeszkadza… chyba to nie karalne w Polsce?
- na pewno? ok… ale uprzedzałam.
Kontynuowali rozbieranie, Lusiek uzbroił się w gumkę, kiedyś parę razy próbował na sucho, nie dał plamy. Wszystko toczyło się automatycznie jak w filmie, wnet zaczęli, popatrzył z góry na dziewczynę, zdziwiło go, że chyba ją to autentycznie kręci, popatrzyła na niego – ty to kiedyś robiłeś? – spytała, pokręcił przecząco głową, odchyliła głowę w tył a Lusiek poczuł, że mięknie – nie przestawaj, już… już zaraz – popatrzył kątem oka na swoje umazane czerwono podbrzusze i zmiękł ostatecznie. Siadł na brzegu łóżka, sytuacja zrobiła się raczej niezręczna.

     A więc to tak

6




– pomyślał pedałując z powrotem pod wiatr – przyjemnie było być tyle czasu potencjalnym – westchnął – aktualnie, kiedy schodzę na ziemię jestem zaledwie IMPOTENTEM. Zatrzymał się w zatoczce autobusowej, postawił rower przy pustym przystanku i usiadł. Popatrzył w górę, niebo przy wietrznej pogodzie wyglądało dość dramatycznie, żywopłot tuż obok wypuszczał listki. Wyciągnął spod kurtki elektronicznego papierosa i kilka razy soczyście się zaciągnął. Pomyślał o pewnej scenie z filmu „Merlin”, gdzie tytułową postać gra Sam Neill, ta scena zawsze robiła na nim wrażenie: Martin Short grał jedną z pobocznych ról w tym filmie, był małym knującym trollem który dzięki umiejętnościom magicznym potrafił oszukać otoczenie, że jest poważną personą, jednak przede wszystkim oszukiwał siebie, pod koniec filmu kiedy siły światła i mroku miały stoczyć finałową bitwę widać przez chwilę Martina Shorta, nie jest już eleganckim panem lecz małym przerażonym stworzeniem, jednak niesie swój toporek, wybrał światło.
Lusiek nie myślał o jakiejś tam walce dobra ze złem, ale o tym, że rzeczywistość i przede wszystkim on

7




sam są tak dotkliwie nie wyjściowe, zacisnął zęby – muszę, muszę jeszcze raz spróbować – wysyczał. Po chwili do przystanku podeszła dziewczyna – przejeżdżała już 2-ka – zapytała uśmiechając się do Luśka.
- chyba nie – odparł – pójdziesz ze mną do kina??
Dziewczynie gdzieś uleciał z twarzy uśmiech, spojrzała podejrzliwie na rozbitego Luśka – wampir! – rzuciła i wybrała drogę przez miasto na piechotę.
- pojadę do Kraszewic – pomyślał i szybko stworzył plan działania, najpierw bankomat, trzeba skołować samochód od ojca, jakieś wsparcie…
- Poldek… - dzwonił – byś coś dla mnie zrobił…? Pojedź ze mną do Kraszewic… no do tego tam przybytku… moim samochodem… no zrób to dla kolegi, w potrzebie jestem… proszę… to dzięki… u mnie przed blokiem za 15 minut… na razie.
Przybytek w Kraszewicach, niepozorny barak przy drodze na Litwę, otoczony szczelnie żywopłotem, demonstrował światu swe przeznaczenie wielkim neonowym sercem. Lusiek jakoś czuł, zawsze gdy mijał to miejsce, że w końcu tu trafi, że tak czy siak zerwie zakazany owoc, w końcu nie był aż tak biedny, miał rentę.
Wraz z Poldkowskim

8




zaparkowali samochód za wspomnianym żywopłotem, zbliżyli się do furtki którą ktoś im otworzył gdy użyli domofonu. W środku panował dyskretny półmrok, było trochę jak w barze, tyle że zapuszczonym, stoliki, za ladą mięśniak gotowy do zawarcia właściwej transakcji, ewentualnie zaserwowania piwa ze sporym narzutem. Usiedli w kącie, gdzie zdawało się być najbezpieczniej i zaczęli dodawać sobie animuszu paląc papierosy, jeden po drugim. W międzyczasie do stolika nieco dalej leniwie przysiadła się grupka dziewczyn. Lusiek próbował ocenić którą wybierze jednak nie ułatwiało tego skąpe światło i odległość - dziewczyny siadając tak daleko chyba zademonstrowały swój ogólny stosunek do pracy – pomyślał. Poldkowski natomiast przybrał minę zimnego obserwatora i patrzył tajemniczo w ścianę. Lusiek zaciągnął się jeszcze zwiniętym mamie Cristalem Balance, skipował go i… - startuję – oznajmił popadającemu w melancholię Poldkowi.
Podszedł do stolika dziewczyn, skupił się by dokonać najlepszego wyboru, jednak półmrok nadal niweczył starania, Lusiek swoją seksualną inicjację miał przejść, niestety nie za pierwszej

9




młodości, wzrok nie ostrzył. Stał jeszcze moment z pustką w głowie, bezskutecznie lustrując dziewczyny i nie mogąc wymyślić nic sensownego do powiedzenia. W końcu…
- mam teraz jedną z was wybrać?? – wypalił mocno speszony, na co dziewczyny zachichotały.
- to… - spojrzał na szczupłą blondynkę w najbardziej błyszczącej kiecce – to wybieram ciebie!
- chodźmy – powiedziała ze wschodnim akcentem i pociągnęła Luśka za rękę do baru.
- 150 – oznajmił chłopak, stawiając na ladzie ruskiego szampana.
- postawisz mi jeszcze piwo? – spytała.
- 10 złotych – chłopak zza baru postawił kolejną butelkę.
Dziewczyna pociągnęła Luśka w głąb lokalu, minęli kilka kabin prysznicowych osłoniętych jakąś podniszczoną ceratą, stanęli w hallu gdzie były drzwi do jeszcze paru pomieszczeń, wszystko robiło wrażenie prowizorki, właściciel raczej nie marzył o stworzeniu świątyni rozpusty, raczej uznał że sama rozpusta mu wystarczy. Dziewczyna wciągnęła Luśka do jednego z pokoików, stanęli naprzeciw siebie i Lusiek przyzwyczajony już do skąpego oświetlenia mógł w końcu przyjrzeć się swej wybrance.
- jak masz na imię? –

10




spytał
- Swieta… Swietłana – odparła – a ty?
Swieta z bliska nie olśniewała, wyglądała starzej od Luśka, była raczej chuda niż szczupła i pod tuniką pokrytą czymś błyszczącym, prawie nie miała biustu, co z przykrością sobie zanotował. Gdy się przedstawił wręczyła mu ręcznik.
- powinieneś się obmyć, ja też to zrobię – dodała.
Strumień letniej wody nie relaksował, Lusiek żałował wyboru, wyszorował swoje miejsca i przepasany ręcznikiem wrócił do pokoiku, dziewczyna siedziała na łóżku i paliła, poczuł się niekomfortowo w samym ręczniku.
- trochę gruby jestem – spróbował się usprawiedliwiać
- ja chuda – odparła pojednawczo.
- poczęstujesz mnie fajkiem – Lusiek potrzebował nikotyny a Cristale zostały na stoliku z Poldkiem.
Raczej bez entuzjazmu podsunęła mu paczkę i zapalniczkę. Lusiek nie bardzo wiedział co z sobą począć więc stał tak jeszcze chwilę paląc i wolną ręką podtrzymując ręcznik. Po chwili do pokoju ktoś zapukał. Zajrzała inna dziewczyna i poprosiła Swietę na słówko, grało radio więc nie słyszał o czym rozmawiają jedynie że dziewczyna mówi po polsku bez akcentu przyglądał

11




się jej żałując, że nie ją wybrał, była młodsza, zwyczajna dziewczyna nieco zahukana, poczuł do niej sympatię, nie wyglądała na…
- Mogę z nią – spojrzał na Swietę potem na dziewczynę, uśmiechnęła się nieśmiało.
- ale musisz dopłacić – odparła Swieta.
- to znaczy tylko z nią…
Swieta spochmurniała.
- tak nie można, to nieładnie…
- Przepraszam – Lusiek usiadł na łóżku, a dziewczyna dyskretnie się ulotniła. – możemy chwilę porozmawiać? Skąd jesteś – próbował się pogodzić.
- z Białorusi… - Swieta opowiedziała swoją historię o tym, że nie ma męża ale ma córkę, że pracuje jako pielęgniarka w jakimś białoruskim mieście którego nazwy Lusiek nie kojarzył, ale tutaj zarabia więcej, znajomym opowiada że przyjeżdża do Polski uczciwie pracować w sadach czy fabryce. Robiła wrażenie gotowej na wiele by przetrwać co imponowało Luśkowi, ale też trochę zdegustowanej faktem, że osiąga to takim sposobem. Lusiek był na razie zbyt skołowany by być zdegustowany sobą.
- połóż się – wskazała łóżko, zdjęła swoją błyszczącą kieckę dzięki której upolowała właśnie klienta, wybrała ze stolika

12




gumkę i ściągnęła z Luśka ręcznik. Był wystarczająco twardy by ją nałożyć, pomogła sobie ustami. Lusiek pomyślał że te całe fellatio jest jednak przereklamowane, zaczynał wątpić, że tym razem się uda.
- chyba mi się nie uda – próbował zamortyzować kolejną porażkę.
- nie bój się o to – odparła stymulując się palcem, po chwili dosiadła go i zaczęła poruszać biodrami nie przerywając dotykania się. Lusiek nie miał nadal do siebie przekonania.
- ty to kiedyś robiłeś?? – spytała kierując się jakąś dziką babską intuicją.
- tak… dzi… - wysapał.
- dzisiaj?? – uśmiechnęła się przyglądając się Luśkowi z góry.
Podniósł się, położyła się na wznak, ruszył do ataku… gdy dochodził przytrzymała go mocno. To jednak było lepsze niż z sobą samym.
- jesteś taki… grzeczny – powiedziała z odrobiną czułości, gdy leżał obok ciężko oddychając. Nieco niepewnie uznał to za komplement. - Jak tu z taką oceną polemizować? - Nie wiedział.
- a ty jesteś świetna Swieta.
Powrócił do stolika w kącie, Poldek wypalił już prawie wszystkie Cristale, wszedł kolejny klient.
- znam go – Poldek ożywił się

13




– kilka miesięcy temu się chajtnął.
Po chwili dosiadła się do nich Swieta, bezskutecznie próbowała zwerbować jeszcze Poldka, przeprowadzili krótką, jałową konwersację podczas której z nawiązką powetowała sobie, swojego fajka, opróżniając Luśkową paczkę.
W drodze powrotnej Lusiek poprosił Poldkowskiego by prowadził, sam czuł się zbyt wyczerpany. Poldek również nie był w życiowej formie…
- one się z ciebie śmiały! – powiedział poruszony.
- tak? Kiedy to robiliśmy ze Swietą?
- gdy podszedłeś do stolika…
- może trochę niezręcznie palnąłem… - Lusiek nie czuł się szczególnie dotknięty, za to Poldek tak.
- co sobie te ździry wyobrażają!
Lusiek poczuł wdzięczność za nieoczekiwane wsparcie, mimo przeczucia, że Poldkowski chce przywrócić równowagę, bardziej sobie.
- wiesz? Miałem zajebisty orgazm, chyba najlepszy w życiu…
Poldek w milczeniu przełknął ślinę, próbował skupić się na prowadzeniu, Lusiek również zamilkł, przeżuwał swój pierwszy raz, nie o tym marzył, jednak czuł, że postąpił słusznie, wycisnął ropiejący wrzód swojego dziewictwa, poczuł ulgę i radość, wytarzał się w błocie

14




jak pies gdy go swędzi… albo może świnia? Nie, nie robił sobie wyrzutów… przestało swędzieć, w podbrzuszu czuł słodką pustkę, za oknem przelatywały światła domów, latarnie Kamianki, potem Rybczyna. Po chwili skręcali przy bloku Luśka i wtedy samochód stanął, światła zgasły.
- co do chuja! – Lusiek czuł się uprawniony by podkreślić swą przynależność do grona prawdziwych mężczyzn.
Poldek przekręcił kluczyk kilka razy, bez efektu.
- nie ma zasilania, pewnie jakiś bezpiecznik padł.
- to co teraz?
- musimy go przetoczyć ze środka parkingu. Weź popchaj…
Lusiek nałożył czapkę, wysiadł i pomału rozpędził nieco pojazd taty, Poldkowski zlokalizował miejsce do zaparkowania obok białego busa, jednak gdy próbował wykręcić, nie wyszło… przywalił w zderzak samochodu sąsiada. Stanęli obaj w miejscu kolizji…
- sory… Lusiek, zapomniałem, że nie mamy wspomagania.
- nie widać żadnego uszkodzenia ani u mnie, ani w tym busie – Lusiek kolejny raz dziś, wytężał swój sfatygowany wzrok… - wiesz czyj to samochód?
- takiego Ryśka, mieszka w tym bloku – wskazał budynek obok.
- myślisz, że powinienem do niego zagadać,

15




poinformować go o tej kolizji?
- a nie zawracaj sobie dupy, ja też tu nic nie widzę.
Mając dosyć wrażeń ograniczyli się do poprawnego ustawienia auta i wymiany bezpiecznika.

     Tej nocy podświadomość nie zaprowadziła Luśka do sadu za stodołą, tylko na stół bilardowy, Lusiek znalazł się wśród kolorowych kul, po chwili zrozumiał, że sam jest jedną z nich. Nad stołem w skupieniu przesuwała się jakaś postać, gracz otarł chusteczką pot z czoła i gra się rozpoczęła. Lusiek poczuł ekscytację gdy precyzyjne uderzenie rozbiło poukładane razem bile i jego samego wśród nich. Kilka bil wpadło do łuz, jednak Lusiek pozostał na stole, poczuł ulgę i parsknął nerwowym śmiechem który jednak nie wydostał się poza jego kuliste ciało, przeszedł do następnej tury w grze, kolejne bile przepadły w łuzach, nim ochłonął kolejne uderzenie zmieniło układ na stole, Lusiek toczył się po zielonym stole jak po łące, gra wciągnęła go, poczuł, że jest w swoim żywiole, na swoim miejscu… potem już tylko, że to koniec, wpadł do łuzy, potoczył się w dół jakimś tunelem, próbował krzyczeć lecz bile nie mają ust, poczucie klęski

16




splotło się z dzikim strachem, wpadł w jakieś puste miejsce, ciemne, zza ścian dochodził go czyjś zrezygnowany skowyt, za oknem czarna przestrzeń pełna gwiazd, był w swoim pokoju, przez uchylone okno, chłodny powiew omiatał jego spocone ciało. Leżał na wznak w rozkopanej pościeli. Tej nocy już nie zasnął

     Bez większych wydarzeń minęło kilka dni w ciągu których kupował ale nic nie sprzedawał. Kupował we wspomnianym osiedlowym sklepiku, wodząc tęsknym wzrokiem za piękną sprzedawczynią. W jej zachowaniu próbował się dopatrzeć cienia przychylności i odnajdywał go… bo miał cenną umiejętność widzenia i słyszenia rzeczy których inni nie widzą ani nie słyszą. Nie mógł się pogodzić z tym, że tyle fantazji i marzeń poświęcił na marne, nie biorąc pod uwagę rzeczywistości, nie konfrontując ich z faktami. – może jednak nie jest zaręczona – dywagował – może tym pierścionkiem odstrasza nachalnych klientów… więc ja zaliczam się do nachalnych klientów?? – ukłuło nieprzyjemnie – No dobra może i ma narzeczonego, ale przecież nie męża… nie wszystko jest stracone… Tylko co ja jej zaoferuję?? Gdybym chociaż

17




miał pracę… Jej narzeczony pewnie ma…
W powietrzu wisiała jeszcze sprawa z Karoliną, przez czas który minął od ich spotkania bał się otworzyć komunikator, wstydził się porażki, chciał to zdarzenie i tą znajomość wymazać ze zbioru faktów dokonanych i robił to oglądając telewizję i zamęczając domowników swoimi nieśmiesznymi wygłupami.
I tak postanowienie próby rozpoczęcia życia w parze nieco się rozmyło, stało się mgliste i hipotetyczne, odlegle i potencjalne.
Gdy przetrawił ostatnie wydarzenia, poukładał sobie wszystko w głowie tak, że mógł już sam przed sobą się do nich przyznać. Gdy wydarzenie u Karoliny stało się prawie sukcesem, a Kraszewice już tylko postawieniem kropki nad „i”, czymś tak oczywistym, że koniecznym bo z wolą nieba się nie dyskutuje. Gdy to wszystko w Luśkowej głowie się dotarło, ikonka GG jakoś sama się kliknęła a tam:
- nie ładnie się zachowałeś… :(
- jeżeli ci się nie podobałam, to po co przyjeżdżałeś??
- byś coś napisał…
Lusiek jako dość solipsystyczna jednostka z trudem uświadamiał sobie, że czasem rani innych, miał takie poglądy na świat jeszcze za nim poznał to

18




słowo, później dowiedział się, że solipsyzm jest w zasadzie nie do obalenia, co przepełniało go dumą, że jego rozmyślania miały taki mocny efekt.
Ze złością ale i nie do końca jasnym przeczuciem że robi kolejne świństwo, napisał:
- jeżeli potrzebujesz misia, mogę przyjechać… nic lepszego nie mam do roboty…
Odpowiedź przyszła po paru minutach:
- jak możesz być takim wieśniakiem?? :(
Na taki zarzut miał tylko jedną odpowiedź: wykasował aplikację GG z komputera, usunął profil na Sympatii i położył się…

     Tym razem przed domkiem, ćwiczącemu Uszy towarzyszył złośliwy staruszek, dopingując do wysiłku. Gdy Lusiek zbliżył się do tej pary dziadek właśnie pomagał umieścić sztangę na stojaku… Uszy usiadł na ławce i przywitał Luśka, ten z uznaniem zanotował mocny uścisk. Nieco obawiał się dziadka po ostatnim zajściu. Ale tym razem dziadek zdawał się być przyjaźniej usposobiony, kiwnął łysą głową Luśkowi, jakby na zgodę… Uszy wstał i oznajmiwszy, że musi wziąć prysznic zostawił przed domkiem Luśka ze staruszkiem sam na sam.
- czyli to ze Swietą może być? – zaczął nieśmiało.
- proszę nie

19




przypominaj mi tych swoich żenujących schadzek.
- OK, a jak tam sprawa naszego ogródka?
- miło mi, że się interesujesz, na początek dobre i to… - odparł starszy pan.
- Uszy mi uświadomił że powinienem bronić swoich granic, że my powinniśmy… że to działa jak lekarstwo… Ponoć ten słynny psychiatra R.D. Laing mówił że schizofreników powinno się uczyć aikido by potrafili się bronić.
- na początek trzeba mieć świadomość swoich granic, a ty dopiero co się dowiedziałeś o istnieniu tego domku nie mówiąc już o ogródku.
- tutaj to wszystko jest ładnie zainscenizowane, jest domek, ogródek, wszystko otoczone płotem, widzę co jest moje a co nie. Na jawie to nie jest tak oczywiste jak tutaj.
- te granice istnieją tylko w twojej głowie, twojej i twoich znajomych, co nie sprawia, że stają się przez to mniej realne…
- aha
- wydaje mi się, że twój problem wynika z tego że, jesteś ślepy na społeczne fakty umiejscowione w ludzkich głowach. Możesz czasem czuć się dzięki temu wolny, gdy nie odczuwasz tej społecznej presji ale to nie znaczy, że jej nie ma.
- najbardziej wolny czułem się kiedy zachorowałem, wrażenia były jak w

20




„Alicji w krainie czarów”.
- pamiętam… nigdy wcześniej ani długo później nie byłeś tak blisko by sobie poużywać…
- tak… na początku stałem się czymś w rodzaju towarzyskiej ciekawostki, ludzie chwilę poprzyglądali mi się, co było miłe zwłaszcza, że wcześniej mało kto się mną interesował. A gdy stało się jasne, że jestem chory, grupa wypluła mnie, zostałem sam ze swoimi urojeniami, wtedy było gorzej.
- byłeś bezczelny, zdawało ci się, że twoje granice są nie wiadomo gdzie… i najeżdżałeś w pół świadomie teren innych, niektórych nieźle wtedy wnerwiłeś.
- tak było.
- w życiu społecznym musisz wiedzieć gdzie jest twoje miejsce w szeregu, bez tego niewiele zwojujesz. Musisz wiedzieć kogo unikać bo jest złośliwy, komu nie ufać, kto jest po twojej stronie a kto nie. Tylko mając świadomość swoich granic możesz je na swoją korzyść przesuwać.
- to jak z poczuciem humoru albo łaskotaniem…! Ponoć najśmieszniejsze żarty to takie które przekraczają jakieś tabu ale tylko troszkę…
- no coś takiego. Wiesz wtedy przesadzałeś bo widziałeś siebie większym niż byłeś w rzeczywistości… ale teraz

21




przesadzasz w drugą stronę, myślę, że nie jesteś aż tak nikim jak ci się wydaje, nie tak bardzo by nie mieć dziewczyny albo chociaż pracy…
- to w Realu… Czemu mamy walczyć też o ten domek i ogródek?
- czekaj… to zostaw nam, szwagrowie się burzą ale sobie poradzimy.
Pamiętasz pytanie nauczycielki: dlaczego dwóch ludożerców miałoby się nie pozjadać? Ludożerca może albo zjadać innych albo zostać zjedzonym… po to ci ogródek, żebyś nie musiał… byś mógł uśmiechnąć się do ludzi. Do pracy kolego!

     Gdy kolejnego dnia po przebudzeniu Lusiek stwierdził że czuje się już znośnie, pomyślał, że właśnie uczciwa praca mogłaby poprawić jego sytuację. Zaczął przeglądać ogłoszenia, żeby dodać sobie animuszu, włączył w odtwarzaczu czerwony album Comy: białe krowy żują kontemplują… - To tak jak ja! – Myślał - nic nie robię poza dzieleniem włosa na czworo, aż się prosi żeby mnie wydoić z tych wszystkich myśli.
Wtedy zobaczył ogłoszenie o treści: „zatrudnimy do obsługi szkolenia”, - przygoda, przygoda pomyślał i odpisał: „dzień dobry, chętnie podejmę się współpracy, CV w załączniku,

22




pozdrawiam.”
Nie minęło dziesięć minut a zadzwonił telefon, jakaś młoda kobieta upewniwszy się że rozmawia z Luśkiem, powiedziała:
- wydaje nam się, że jest pan osobą której szukamy. Czy ma pan czas jutro?
- tak.
- bardzo zależy nam na tym szkoleniu, oczywiście na kolejnych również, gdyby się panu spodobało… ale najbardziej na jutrzejszym. Szkolenie trwa do niedzieli, skierowane jest dla nauczycieli przedmiotów maturalnych, przeprowadzamy je na zlecenie centralnej komisji egzaminacyjnej.
- chętnie podejmę się…
- wyślę panu wszelkie wytyczne mejlem i chciałabym by mnie pan poinformował czy, podejmie się współpracy.
- ok, zadzwonię po przejrzeniu, wytycznych…
- dobrze, to do usłyszenia.
Wyłączył telefon i odetchnął, machinalnie podszedł do komputera, jednak po chwili stwierdził że, aż tak szybko nie da się przesłać mejla, więc postanowił się przewietrzyć na balkonie.
Gdy zapalał papierosa, przed blokiem przechodziła właśnie para z dzieckiem, dziecko siedząc mężczyźnie na barana przyglądało się Luśkowi, z uśmiechem, po paru zaciągnięciach stawał się bardziej towarzyski więc pomachał dziecku, które na ten

23




akt zażyłości zareagowało spuszczając głowę w zakłopotaniu. Widząc to matka rzuciła do dziecka: wypadałoby odmachać, skoro zaczepiasz…
- może jeszcze tego nie wiedzieć - odkrzyknął Lusiek. Na co mama zareagowała podobnie jak dziecko.
Gdy wrócił w skrzynce czekał już mejl, oprócz szczegółowego rozpisania zadań i harmonogramu szkolenia znalazł też kilka wymagań formalnych dotyczących zlecenia, zaniepokoiło go, że musi przesłać skan dowodu oraz to że w jednym z formularzy znalazł rubrykę dotyczącą ewentualnego pobierania renty, co miał nadzieję ukryć. Dla upewnienia się że ma do czynienia z autentyczną firmą, spróbował wejść na ich stronę. Stwierdziwszy że strona istnieje i wygląda raczej normalnie zajrzał do zakładki, kontakt. Wykręcił numer, chcąc upewnić się czy firma prowadzi takie szkolenie w jego mieście, gdyż wątpliwości w jego przypadku rosły żywiąc się samymi sobą, jednak telefon po sekwencji piknięć przerwał połączenie.
Zaciągnął się jeszcze kilka razy elektronicznym papierosem i wybrał numer do dzwoniącej wcześniej kobiety, jednak znowu nikt nie odbierał, co spotęgowało w Luśku poczucie

24




niepewności, spisku i osaczenia.
- może się w to nie wikłać, może trafi się coś ciekawszego i bezpiecznego – rozmyślał – tylko czemu znajduję tu zagrożenia? Właściwie czemu uważam to za przekręt? Równie dobrze może to być zwykła oferta pracy, że dzwoni po 10 minutach? W zasadzie czemu nie? Chyba jak zwykle muszę sobie wybrać wersję rzeczywistości, tak naprawdę nie będę wiedział dopóki nie spróbuję, Więc wybieraj w co wierzysz, a przynajmniej co jest bardziej prawdopodobne.
Z tą myślą, nieco spokojniejszy wrócił do codziennych czynności czyli głównie nic nierobienia, po piętnastej mama przyprowadziła Oliwkę ze szkoły.
- cześć wujku – krzyknęła – mogę pograć? – i nie czekając na odpowiedź siadła przy komputerze.
- Oliwka? Chcesz się pobawić?
- w co?
- wymyśl trzy zwierzęta które mnie przypominają i powiedz.
- jesteś krową…
- o kurcze – myślał Lusiek mając niejasne uczucie dejavu - a kim jeszcze?
- jesteś ludziem i wróbelkiem jeszcze.
Gdy sobie pomyślał że jednak dobrze być ludziem, lecz lepiej orłem niż wróbelkiem. Zadzwonił telefon.
- Dzień dobry, dzwonię z firmy AX Group, czy nie zmienił pan

25




zdania w sprawie współpracy przy szkoleniach?
- nie, nie zmieniłem.
- to dobrze, więc tak jak to było wyszczególnione w harmonogramie, proszę przygotować aparat, laptopa i pojawić się jutro o jedenastej w hotelu Gromada.
- OK.
- to życzę powodzenia i do usłyszenia.
- do usłyszenia.
Lusiek westchnął i zaczął zastanawiać się jak pozbyć się Oliwki sprzed komputera, później przemknęła mu myśl, że może te zlecenie ma na celu pozbawienie go jego lustrzanki oraz laptopa, więc poprzysiągł sobie zachowanie czujności.
- Oliwka? Chcesz snickersa?
- No pewnie wujek.
- To weź skocz do sklepu, i kup mi jeszcze Cristale Balance.
- Przecież ona ma 7 lat, kto jej sprzeda papierosy? - trzeźwo zauważyła mama.
- aha… no to kup snickersa tylko takiego podwójnego.
Gdy Oliwka zwolniła miejsce przed komputerem Lusiek otworzył załączniki z mejla od firmy AX group. I z trudem zbierając myśli zaczął studiować harmonogram. Gdy wróciła Oliwka okazało się że myśli jeszcze trudniej zebrać zwłaszcza że już zjadła oba kawałki batonika i do tego z 5 złotych jakie jej wręczył nie zostało nic – nawet rodzinie nie można ufać – pomyślał. A w

26




związku z tym że zaraz przyszła siostra Natka i w mieszkaniu zrobiło się jeszcze więcej zamieszania, dał za wygraną i oddał się pielęgnowaniu życia rodzinnego, czyli marudzenia Natce o fajka.

     Gdy nastała godzina zero czyli 11:00 piątek, Lusiek grzecznie informował recepcjonistkę hotelu Gromada o tym że jest przedstawicielem firmy AX Group i ma zamiar przystąpić do organizowania szkolenia jakie ma się tu za godzinę rozpocząć, z pomocą personelu hotelu zaczął instalowanie sprzętu elektronicznego, tablic, ekranu. rozwiesił też karteczki z kierunkiem do Sali wykładowej oraz przygotował swój kącik w którym miał pełnić funkcję recepcjonisty. Podczas krzątaniny pojawiła się trenerka, przedstawiła się jako Emilia Wolny i z zaciekawieniem przyglądała się nieco chaotycznym zabiegom Luśka, w międzyczasie pojawiali się uczestnicy co wprawiało go w jeszcze większą chaotyczność, gdy swym rozbieganym wzrokiem omiótł twarz trenerki dostrzegł znajomy uśmiech, wyrażający mieszaninę sympatii, zapytania skąd on się urwał i troski: co nam z tego wyjdzie?
Gdy większość miejsc była już zajęta przez uczestników, trenerka przywitała

27




grupę, Lusiek przypomniał sobie że w recepcji, właśnie leżą nie pilnowane jego laptop i aparat fotograficzny więc uznawszy że sala jest przygotowana, pobiegł sprawdzić czy w międzyczasie nie zmieniły właściciela.
- OK. aparat jest, laptop też, to odpoczywać czy robić zdjęcia? - Spytał sam siebie – co by zrobiła dobra krowa…? No jasne by sobie westchnęła zapaliła elektronicznego papierosa i się zadumała… a w trakcie swoich rozmyślań nieomylnie doszłaby do wniosku że to samo zrobiłby każdy normalny ssak, bo krowa to ssak a bycie ssakiem polega na tym że się ssie i daje wysysać, załóżmy, jeżeli mi się powiedzie z tą pracą i wyssę trochę PLN-ów z firmy AX Group to może dam się trochę possać… kupie Oliwce snickersa podwójnego i nie poproszę o swoją połowę… A jeżeli mi się nie powiedzie? To co? To będę robił pewnie to samo co dotychczas czyli odsysał resztki z naszego narodowego ubezpieczyciela… eh.
Tak sobie dogodziwszy Lusiek wyjął aparat i wszedłszy do Sali szkoleniowej oznajmił:
– Przepraszam państwa – ale organizator szkolenia zmusza mnie…, czy raczej obliguje do robienia dokumentacji fotograficznej

28




szkolenia… więc zrobię teraz państwu kilka zdjęć.
Na co uczestnicy szkolenia podzielili się na dwie frakcję, połowa się uśmiechnęła do zdjęcia a druga połowa się do zdjęcia naburmuszyła.
- pstryk, pstryk, pstryk
- mamy nadzieję że te zdjęcia nie trafią na facebooka - odezwał się kobiecy głos z naburmuszonej frakcji.
- nie mam facebooka, oznajmił Lusiek – chciał dodać że, to dlatego że ma żałośnie małą liczbę znajomych, a nie dlatego że jest nieliczącym się z niczym kontestatorem – ale się powstrzymał.
- a gdzie trafią te zdjęcia? odezwał się znowu naburmuszony głos.
- do ministerstwa edukacji – wypalił Lusiek i rozpoczął rozkładanie materiałów szkoleniowych po czym poinformował grupę że, bardzo boleje ale znowu jest zobligowany… tym razem do zebrania podpisów potwierdzających pobranie materiałów, a już najbardziej to boleje nad tym że, po szkoleniu materiały są do zwrotu.
- ahaa - odezwała się natrętka – a co się stanie jeżeli nie zwrócimy materiałów?
- wtedy jestem znowu zobligowany do sporządzenia raportu który trafi do ministra edukacji nad czym oczywiście również boleję – po czym, żeby

29




nadać swej wypowiedzi cień wiarygodności przybrał zbolałą minę i opuścił salę, zajął miejsce na swoim stanowisku i zaczął zbierać siły przed zbliżającą się przerwą kawową.
Przed salą wykładową w hotelowym holu kręciły się osoby z obsługi, Lusiek nieśmiało obserwował je, nie mogąc wymyślić sposobu na rozpoczęcie pogawędki, na szczęście nauczyciele okazali się polonistami więc, miał nadzieję na znalezienie wspólnego języka z którymś z nich i spokojniejszy rozpoczął swoje dywagacje - zakładając że, jestem ssakiem a chcę być pożytecznym nie migającym się od swoich długów wobec naszego ludzkiego mrowiska i wobec ogólno ziemskiego, cudownego drzewa życia, to powinienem się przyłożyć do obowiązków i na tym tu stanowisku trwać jak żołnierz – na skrzydłach tej idei, wyciągnął swój laptop, stworzył playlistę „dla polonistów” i włączył muzykę a laptopa włożył do wózka na którym stał samowar.
Po czym siadł z powrotem za biurkiem i z zawodem stwierdził że, bez laptopa będzie jednak nieco nudno. W tle przygasł lekki kawałek zespołu Calexico i rozbrzmiały dźwięki „How can you meand a broken

30




heart” Diany Krall. – trochę to zbyt nostalgiczne – myślał – pewnie wyjdę na nadwrażliwca jak to usłyszą, ale to w końcu poloniści więc może nie będą mieli mi tego za złe – na wszelki wypadek jednak, przyciszył nieco muzykę.
Podczas przerwy kawowej ku jego zadowoleniu gwar rozmów zagłuszył muzykę a Lusiek podbudowany tym faktem rozpoczął zbieranie podpisów. Kilka osób nie podeszło do jego stolika i nie wpisało się, więc poprosiwszy, stojącej w zasięgu słuchu i wzbudzającej zaufanie nauczycielki o wskazanie ich, podszedł do dwóch rozmawiających kobiet i poprosił o parafkę, żeby ładnie wyszło zrobił miejsce na stole odsuwając talerz z ciastem po czym jedna z kobiet pochyliwszy się złożyła podpis a druga chwyciwszy kartkę, i odrzuciwszy głową włosy z czoła dokonała swawolnego aktu gwałtu na Luśku podpisując się na trzymanej w powietrzu liście i wprawiając Luśka w panikę czy przypadkiem nie pomyliła rubryk.
Poniewieranemu i skłaniającemu się ku kapitulacji Luśkowi nieoczekiwanie przyszła z pomocą pani Emilia, zapytawszy przyjaźnie czy mu się nie nudzi.
- zupełnie nie – odparł – w zasadzie to mam tu

31




sporo wrażeń wbrew pozorom… dodał.

     Kolejnego dnia szkolenia, gdy pojawił się w hotelowej Sali konferencyjnej, postanowił przeliczyć pozostawione poprzedniego dnia materiały szkoleniowe, okazało się że brakuje kilku, gdy spróbował sobie przypomnieć kto siedział w pozbawionych teraz broszur miejscach, olśniło go, wśród podejrzanych znalazła się natrętna pani która potrafiła też nonszalancko podpisywać się w powietrzu! – ale ze mnie detektyw! – pomyślał, poprzysiągł że użyje wszystkich dostępnych środków żeby odzyskać materiały i podekscytowany czekał gdy zbierała się grupa.
Każdą pojawiającą się osobę prosił o złożenie podpisu na liście obecności, gdy podpis składała podejrzana, spytał czy jest jeszcze w posiadaniu materiałów które wczoraj udostępniał.
- a skąd pan wie… rzuciła zdawkowo, lekko się uśmiechając.
- może pani potrzymać je jeżeli ma pani taką potrzebę, po prostu niech pani jutro to przyniesie…
- wie pan że będziemy wypełniać ankietę ewaluacyjną?
W tym momencie Lusiek tracąc zimną krew i czując na sobie zaciekawione spojrzenia podniesionym głosem rzucił rozpaczliwie:

32




oczywiście może pani stawiać jedynkę! Wszyscy państwo możecie stawiać jedynki jeżeli czujecie taką potrzebę!
- Ooo, ja się czuję podmiotowo potraktowana!
- ?
- ?
- to chyba dobrze? - Odparł nie bardzo rozumiejąc, Lusiek
- Czuję się terroryzowana, pan nas straszy ministrem oświaty! Czuję się przedmiotowo traktowana przez system!
- Pani naprawdę myśli że ja będę wysyłał jakieś raporty ministrowi oświaty? – spytał gdy uczestnicy zbierali się już do zajęć.
- Pan nie rozumie, jak my jesteśmy traktowani czuję się terroryzowana, sprowadzana do roli kalkulatorka do liczenia punktów na egzaminie.
Lusiek nagle zobaczył swoją przeciwniczkę w nieco innym świetle przedstawiała mu się teraz niczym wolność wiodąca lud na barykady tylko trochę podstarzała, jednak potrząsnął głową i wypalił:
- jeżeli tak wygląda pani walka z systemem to lepiej skończmy tą szopkę!
- tak właśnie, skończmy tę szopkę! – odparła po czym zniknęła w Sali wykładowej a Lusiek wybrał numer do firmy i zaczął żalić się że nie potrafi utrzymać dyscypliny w grupie i że grupa jest niesubordynowana a mu ogólnie brakuje obycia i zmysłu

33




dyplomatycznego, na co usłyszał że taka jest specyfika szkoleń dla nauczycieli i że doceniane są jego starania. Po czym przedstawicielka firmy spytała czy w recepcji hotelu są już przesłane z opóźnieniem notatniki i długopisy dla uczestników? Lusiek obiecał się zorientować.
Wracając z recepcji z ciężkim pudłem czuł że nabiera animuszu, czuł się silny, zdrowy i gotowy do akcji, jak pierwszorzędny żołnierz i do tego był żądny zemsty za groźbę postawienia dwudziestu dwóch jedynek.
Wtargnął do sali i poinformowawszy grupę że ma do rozdania notatniki stanął przed pierwszą z brzegu nauczycielką i oznajmił że, komu szkoda lasów ten może nie brać swojego notesu. I upojony zapachem krwi dodał - a ja wtedy mu spojrzę głęboko w oczy! - Po czym zorientował się że nie wyszło mu tak jak chciał, bo miało być: „kto weźmie ten parszywy notatnik ode mnie będzie musiał stoczyć ze mną pojedynek wzrokowy w którym czeka go strach i zgrzytanie zębów.” Ale było pozamiatane więc rozbity, rozdając papier z biednych drzew, przeprosił grupę, zwalając winę na to że, życie jest ciężkie.
Na co odezwał się głos z Sali
- no to

34




niezłą atrakcję nam pan przygotował… popatrz mi w oczy!
Gdy po zajściu ledwo żywy, lizał rany na swym przyczółku za stolikiem, wyszły z sali dwie nauczycielki.
- pan zbyt emocjonalnie reaguje, niech pan się opanuje, szkoda zdrowia.
Powiedziała jedna a druga patrząc ze współczuciem na Luśka dodała:
- proszę się nie przejmować w pokoju nauczycielskim widziałam już gorsze rzeczy, niech pan zapamięta te dobre.
- dziękuję – odparł z wdzięcznością za ten gest – to dla mnie nowa sytuacja, pierwsze takie szkolenie i nigdy nie miałem do czynienia z tyloma nauczycielami naraz – dodał.
- powodzenia – odrzekła i z koleżanką obrały kurs na łazienkę, pozostawiając po sobie na twarzy Luśka nieśmiały uśmiech.
- jednak niewiele trzeba mi do szczęścia – myślał - jakie to miłe było! Jeżeli jedziemy wszyscy na jednym wózku to tym razem trafił mi się z nienajgorszym towarzystwem.
I przypomniało mu się ponownie pytanie ze szkoły: czemu dwóch ludożerców miałoby się nawzajem nie pozjadać? Odpowiedział wtedy że powinni iść do lasu i zapolować wspólnie na jakąś świnię! - Na słonia! – podsumowała nauczycielka – tylko co

35




dalej? – wtedy z rozpędu dodał – że mogliby pójść później nad rzekę i patrzeć na zachód słońca nad tą rzeką i mogliby wrzucać do wody kamienie i patyki. Gdy później się nad tym zastanawiał uważał raczej że, powinni zbudować świątynię a zamiast pożerać się nawzajem łamać się chlebem i pić wino, tylko skąd wziąć chleb i wino, ktoś musi upiec chleb, ktoś zebrać zboże ktoś oddzielić ziarno od plew, kto decyduje co jest ziarnem a co nie?
Gdy o tym myślał z Sali wyjrzała jego przeciwniczka.
- w którym liceum się pan uczył?
- to może mi pani powie w którym pani uczy…?
- w katolickim? – dociekała.
- nie w pierwszym – poddał się.
- a który rocznik?
- kurcze od początku mi pani jakoś znajomo wyglądała – olśniło go. – siedem osiem – odpowiedział.
- Właściwie to wzbudza pan we mnie sympatię zwłaszcza teraz kiedy wiem że jest pan z mojego liceum.
- a ja się czuję jak Don Kichot, tylko proszę się nie utożsamiać z wiatrakiem.
Dodał bo nie potrafił się powstrzymać.
Gdy sobie poszła, pomyślał - jeżeli to ja jestem najsłabszym ogniwem to póki co nikt nie ma serca żeby mnie nominować – na co się

36




do siebie uśmiechnął pod nosem.

     Kolejnego dnia wszystkie materiały, regulaminowo znalazły się na swoich miejscach w sali wykładowej. Grupa nauczycieli okazała się skłonna do współpracy a Lusiek pogodził się z faktem, że nie jest policjantem ani detektywem tylko bardziej, recepcjonistą i do końca dnia grzecznie robił swoje, po obiedzie zaprosił Roberta, pomyślał, że miło będzie się spotkać w takim reprezentacyjnym miejscu. Robert miał ze sobą parę nowych przemyśleń:

     - Wiesz co? Lusiek… - Zagaił odstawiając kawę - znowu sobie coś uprzytomniłem
- co?
- że większość moich lęków to lęki społeczne, sprowadzają się w gruncie rzeczy do obawy przed kolejnym spadkiem w hierarchii. Przecież jestem istotą biologiczną a nie martwię się zanieczyszczeniem powietrza albo, że w ziemię trafi jakaś asteroida. Ale jak słyszę jakiś śmiech to mnie paraliżuje, że to ze mnie…
- to mam podobnie
- albo popatrz jak jest u ciebie, niby boisz się, że zachorujesz na raka, ale zawsze wydaje ci się, że atakuje on najbardziej społeczną część twojego ciała, twarz.
- a wiesz jaką tu wczoraj miałem walkę o pozycję w tej całej hierarchii,

37




niektórzy z tych nauczycieli to zaawansowani zawodnicy w tej grze, żyję jeszcze tylko dlatego, że paru chyba wydałem się dość sympatyczny.
- każdy orze jak może…
- tyle, że nawet nie byłem szczególnie miły, nieźle się nawywijałem żeby się odgryźć, żeby nie ucierpieć na…
- honorze…
- właśnie!
- zauważyłeś, że honor ma u nas rangę wręcz religijną, mówi się przecież: „Bóg, Honor, Ojczyzna”.
- no tak, mam z tym pewien problem, jak się zastanowię…
- ja też się nad tym zastanowiłem i honor stał się dla mnie bardziej banalny. Obrona honoru sprowadza się do obrony pozycji w hierarchii społecznej. Nawet nie ma za bardzo związku z moralnością bo można jej bronić w sposób niemoralny… niby do życia wystarczy, żeby się najeść i ogrzać a jednak w praktyce wcale nie jest tak prosto.
- znam to, czasem jak mam górkę, czuję się jak szczeniak a świat staje się wielkim placem zabaw, czuję się zdrowy, rześki i że w zasadzie nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Wszystko zdaje się być proste i w najlepszym porządku. Jest jak w tej piosence Elektrycznych Gitar „jestem dziki” tyle że okazuje się, że nie ma

38




więcej dzikich, chyba, reszta zdaje się grać w inną grę.
- no właśnie, jakbyś był zwierzem, to byś poszedł do lasu i chapnął coś, ot tak. Ale tutaj żeby zjeść, albo zakopulować co w naszym przypadku jest już w ogóle wyższą szkołą jazdy… więc żeby dostać co chcesz, musisz najpierw zrobić coś wartościowego społecznie.
Lusiek na wzmiankę o kopulowaniu trochę się speszył, ale odparł:
- Poldkowski mi niedawno mówił, że nie rozumie mojego lęku przed pracą i w zasadzie ja też nie, czuję, że mógłbym robić wiele rzeczy, nie jestem jakiś ewidentnie przygłupi czy fizycznie słaby a jednak mi nie wychodzi… Nawet tutaj… miałem po prostu pomóc przy szkoleniu, wszystko z powodzeniem bym ogarnął, gdyby nie ci nauczyciele, tyle, że to dla nich a oni chyba mnie nie widzą w tej roli…
- to dlatego, że gdy wykonujesz jakiś zawód, musisz sprawić, że stanie się częścią twojego ego, nie możesz sobie po prostu układać cegieł, musisz stać się murarzem, inaczej nikt nie da ci kielni do ręki. A wiesz, nasza choroba to podobno rozpad osobowości, nie potrafimy utrzymać tego ego, nie możesz być murarzem bo nie potrafisz utrzymać

39




maski murarza.
- wiesz jeszcze jedną ciekawostkę zauważyłem, kiedy mam tą swoją górkę to te maski przymierzam w kółko, raz chcę być policjantem i nie widzę powodów, czemu nie, co dziwne bo są oczywiste, raz przedstawicielem handlowym itd. Wczoraj odgrywałem tutaj jeszcze szalonego ekologa, a na koniec ofiarę systemu… To było trochę jak w Ferdydurke w tej wojnie na miny. Kiedy z kimś rozmawiam, to gram jakieś role, ale chyba słabo, moja maska na dłuższą metę nikogo nie przekonuje, nie potrafię być kimś… nie wiem kim jestem…
- do tego trzeba i wiary i zręczności i przede wszystkim konsekwencji, a trudno wierzyć w coś w co nikt inny nie wierzy. W zasadzie nasza osobowość to iluzja, ale żeby istniała musimy wierzyć w nią i my i inni.
- Dąbrowski pisał, że psychozy to dezintegracja pozytywna, że dzięki temu, że coś się rozpada może powstać coś nowego, Roberto! Cieszmy się może dzięki naszej chorobie nigdy nie zwapniejemy.
- Albo też nigdy nic trwałego nie zbudujemy…
- Jeżeli nasza choroba polega na rozpadzie osobowości, to może rozpada się tylko iluzja dzięki czemu możemy widzieć pełniej…
- albo popaść w totalny

40




chaos. – zaznaczył Roberto – może niektóre iluzje są potrzebne do życia… wiesz, ostatnio słyszałem, że depresja to negatywne skrzywienie poznawcze a stan zdrowia charakteryzuje się pozytywnym skrzywieniem poznawczym. Wiesz co jest po środku?
- realizm?
- albo obojętność…
- W dodatku psychologicznym do Polityki, czytałem o takim buddyjskim ćwiczeniu, trzeba sobie pomyśleć tak: nie jestem moim ciałem, ale uświadamiam je sobie. Nie jestem moim ego, ale uświadamiam je sobie. Nie jestem moimi wadami ani zaletami , ale uświadamiam je sobie. Nie jestem też moją historią, ale uświadamiam ją sobie. Po takiej eliminacji dochodzisz do wniosku, że jesteś czystą świadomością.
- wiesz co jest dalej, jak pójdziesz tą drogą?
- co?
- znika granica między podmiotem a przedmiotem świadomości.
- znam to! Te poczucie jedności z całym światem.
- tak. A wiesz, że to znaczy, że kiedy podniosę rękę – Roberto skwapliwie podniósł dłoń – i popatrzę na nią a potem popatrzę na ciebie to między moją ręką a tobą nie będzie żadnej istotnej różnicy będziesz po prostu częścią mojego ciała jak moja dłoń tylko trochę dalszą od mojego

41




ślepka.
Luśkowi zaiskrzyły synapsy – Ślepka!? Słyszałem coś o jakichś ślepkach!
- Pomyślałem też, że gdy umrę i zamknę moje ślepko to nie będzie nicości tylko jakaś totalna kosmiczna świadomość! Inne ślepka nadal będą otwarte!

     Kiedy Robert już sobie poszedł. Lusiek sprzątnął swoje biurko i podliczył zarobki, po odjęciu ubezpieczenia i podatku zostawało niewiele ponad 100 złotych. Uznał, że to trochę mało jak na tyle szarpaniny. Stwierdził też, że kolejne grupy nauczycieli mogą być już na starcie do niego uprzedzone i że nie bardzo jest w stanie unieść ten ciężar – chyba trzeba spróbować gdzie indziej – pomyślał nie bez pewnej ulgi i postanowił zakończyć współpracę z firmą AX Group dzisiaj. Tego dnia zajęcia dla nauczycieli były krótsze więc, po domknięciu wszystkich spraw, Lusiek miał do dyspozycji jeszcze długi niedzielny wieczór. Po wydarzeniach ostatnich dni czuł się nieco poobijany ale z pewnością nie przegrany, pomyślał, że może przypomni o sobie pięknej ekspedientce.
Choć wypłata za szkolenie jeszcze nie wpłynęła, Lusiek był dumny, że zarobił samodzielnie prawdziwe pieniądze, że

42




choć te trzy dni był człowiekiem pracy. Wracając do domu zakupił produkt delikatesowy, mianowicie czekoladki „Merci” dla swojej sympatii ze sklepiku. Wyposażony w ów prezent, przemierzał miasto w kierunku swojego osiedla, zbierając siły na zamiary.
Sklepik był niestety po brzegi wypełniony klientami, za to obiekt westchnień stał na swoim miejscu za kasą. Lusiek zajął kolejkę.
- może powiem: proszę to dla ciebie – układał w myślach plan – a ja poproszę ciebie na wynos, dwa razy… głupie „te dwa razy”, za bardzo niedwuznaczne… to może: a ja poproszę ciebie na miejscu, też głupie… zwłaszcza, że pełno tu ludzi...
W międzyczasie Lusiek przybliżał się do kasy i wtem… stanął oko w oko z miłością swego życia, bez gotowej bajery z pustką w głowie i czekoladkami. Dziewczyna powiedziała służbowe dzień dobry i zeskanowała swój prezent.
- to wszystko?
Lusiek z chaosem w głowie w stanie mentalnego rozpadu kiwnął głową na swój los.
-12,59 poproszę…
W drodze do domu, słaniając się i trzymając swoje czekoladki „Merci” jak ostatnią deskę ratunku, natknął się na sąsiada Kondzia.
- co tam Lusiek niesiesz

43




bombonierkę dla mamy?
- odwal się!
- słyszałem że twoja matka nosi gacie na prąd hehe
- twoja w ogóle nie nosi gaci
- o ty cwelu widziałem kto Ryśka stuknął!
- a masz, nażryj się śmierdzielu! – Lusiek cisnął czekoladkami w chłopaka, trafił go w nos i z satysfakcją spostrzegł, że ten zalał się momentalnie krwią. Lusiek uśmiechnął się pod nosem – niezła nagroda pocieszenia – pomyślał.
Zwycięstwo nad Kondziem poprawiło nieco bilans zysków i strat, jednak Lusiek ciągle był na minusie.
- nie mam dziewczyny, nawet nic czym mógłbym takiej zaimponować, ani pieniędzy, ani osiągnięć – rozmyślał odpoczywając po tym ciężkim dniu w swoim pokoju – moja mama ma gacie na prąd? Co za głupoty… ma koc elektryczny… a jakby tak… wyprodukować gacie na USB? Albo, nie gacie, tylko taki mały ogrzewacz na USB – Lusiek otworzył przeglądarkę i zaczął szukać w Internecie ogrzewaczy na USB, były jedynie takie na myszkę komputerową – a gdyby tak produkować ogrzewacze ogólniejszego zastosowania? Żeby je można wkładać na krzyż albo z przodu na podbrzusze dla kobiet podczas miesiączki… mogłyby korzystać z tego w pracy przy

44




komputerze… Wystarczy drut oporowy, jakiś pokrowiec i kabelek… - Lusiek był zachwycony swoim pomysłem – Jutro się dowiem co grupa na to – postanowił. Tego dnia zasnął szybko i spał jak dziecko. Mimo masy obrażeń jakich doznał nie tracił nadziei, pomysł z ogrzewaczem mógł pomóc rozwiązać wszystkie jego problemy.

     Kolejnego dnia przed przychodnią Lusiek podekscytowany opowiadał o swoim pomyśle Robertowi…
- mi też chodzi po głowie pewne przedsięwzięcie – wysłuchawszy oznajmił Robert – zauważyłeś, jak kierowcy dają sobie znaki migaczami albo światłami? A jakby tak skonstruować mały ekranik, przyczepiany z przodu i z tyłu do szyby, coś jak rolety… przekręcasz i zmieniają się obrazki na przykład chcesz podziękować to emotka z kuflem, wkurzyli cię, to środkowy palec, widzisz ładną dziewczynę to serduszko itp. Młodzieży mogłoby się spodobać… co nie?
- tylko jak to produkować? Żeby było na przemysłową skalę…
- moglibyśmy otworzyć spółdzielnię socjalną, z ludźmi z grupy i innymi znajomymi z orzeczeniem…
- fajnie, spółdzielnia socjalna… tylko co będziemy robić? Mój czy twój wynalazek?
- nie

45




obrażaj się ale mój jest bardziej zaawansowany…
- tak? To skonsultujmy się z grupą…
Kiedy przedstawili swoje pomysły przed grupą, Małgosia nie wytrzymała napięcia z entuzjazmu…
- też mam pomysł! Wasze są fajne ale zbyt niszowe… mi chodzi po głowie sieć foodtrucków, to by były przerobione Żuki, można takie tanio kupić. Jako spółdzielnia socjalna mielibyśmy dotacje więc interes byłby opłacalny. Nawet mam na to nazwę: „Wszystko co najlepsze z Żuka”. W skrócie „WCNŻ”. Robilibyśmy: Burgery z Żuka, pitę z Żuka itp. A do popicia: świeżo wyciskany Sok z Żuka! Jarzycie? Jak w tym filmie! Ma powstać ponoć druga część… moglibyśmy na tej fali popłynąć… wejść w jakąś spółkę z dystrybutorem… czy coś! Co wy na to?
- ja jestem wegetarianinem – oznajmił Robert.
- a mój pomysł jest prostszy i pewniejszy. Wolałbym siedzieć sobie w spokoju i montować moje ogrzewacze niż obsługiwać pijane głodomory – dodał Lusiek.
- a ja w moim interesie poradziłbym sobie bez was. – wtrącił się Krzysiek – mam dostęp do samochodu i planuję, rozpocząć karierę w transporcie.
- nikt cię nie zatrudni w firmie

46




taksówkarskiej – zauważyła Małgosia.
- wiem, dlatego to będzie transport osobowy pod przykrywką. Będę przewoził ludzi ale oficjalnie to będzie terapia, będę z nimi rozmawiał o ich problemach… muszę tylko na dachu Punciaka mojej ciotki, zmajstrować logo. Będzie brzmiało: „Autoterapia podjazdowa z Krzychem”! łapiecie? Auto bo w samochodzie!
- mów do mnie jeszcze…
- no co? Zły pomysł? Tą przykrywką mogłyby być też usługi kosmetyczne. W pleksi dzielącym kabinę by była taka dziurka… klient by wkładał palec przed kursem a ja bym mu robił manicure. No co? Przecież to fajny pomysł. Nie?

     Po grupie Lusiek wracał z Robertem. Przyroda robiła się wybujała jak pomysły na grupie. Roberto podzielił się z towarzyszem kolejnym pomysłem:
- wiesz? Moglibyśmy nic nie produkować… no może jedynie prototyp mojego urządzenia. Tylko zrobić filmik reklamowy, a potem sprzedać markę. Ten gadżet bym nazwał: AtoEmo. Podoba ci się?
- pewnie masz już scenariusz…?
- no jasne! Patrz… Para młodych uczniów albo studentów, chłopak i dziewczyna, mieszkają w sąsiedztwie, ich samochody zaparkowane są po przeciwnych stronach ulicy i skierowane

47




nawzajem w swoją stronę. Rano wychodzą ze swoich klatek i wsiadają do samochodów, wtedy chłopak dostrzega dziewczynę i jego AtoEmo wyświetla kwiatka, dziewczyna dostrzega zapalenie się lampki w gadżecie, zauważa chłopaka, obrazek i się uśmiecha. Włącza w swoim urządzeniu obrazek z kuflem piwa, chłopak uśmiecha się i włącza obrazek z serduszkiem w tym momencie przechodzi ładna dziewczyna, być może znajoma i uznawszy że serce jest do niej, uśmiecha się promiennie do chłopaka, zdezorientowany chłopak odwzajemnia uśmiech. W tym momencie jego dziewczyna widząc tę wymianę spojrzeń wybucha gniewem i wściekle włącza obrazek z wystawionym środkowym palcem po czym gwałtownie rusza, chłopak próbując ratować sytuację wybiega z samochodu za odjeżdżającą dziewczyną. Na koniec filmiku wyświetla się napis: „Gaśnie pasja w związku? AtoEmo doda pieprzu!”. Fajne?
- zgrabnie. Tylko kto by to zagrał? Potrzebni byliby ludzie z umiejętnościami aktorskimi…
- w sumie to myślałem o tobie
- a dziewczyny?
- z tym byłby problem… znasz kogoś?
Gdy się rozdzielili Lusiek zbliżając się do swojej ulicy próbował wyobrazić sobie siebie w roli

48




aktora reklamy. Gdy dochodził do klatki usłyszał jakieś pokrzykiwania z bloku obok. Z okna na piętrze wychylał się wąsaty mężczyzna.
- o Boże Rysiek! – Lusiek zadrżał, przebudziwszy się ze snów o karierze aktorskiej.
- mam z… zejść! – Rysiek wykrzyczał wściekle, nieco się plącząc.
- to schodź!
w myślach Lusiek już szukał dla siebie usprawiedliwienia – przecież nie było śladów… przecież to Poldkowski był za kierownicą… przecież nie będą bić niewinnego chyba…? – zanim pojawił się Rysiek, przygotował się mentalnie do konfrontacji… Rysiek był z dziesięć centymetrów wyższy i z dwadzieścia kilogramów cięższy. Zbliżał się z zaciśniętymi zębami pod zmierzwionym wąsem, nieco się zataczając co w percepcji Luśka wyrównywało szanse. Stanęli naprzeciw siebie w promieniach popołudniowego słońca…
- stuk… stuknąłeś mnie! T… tak czy nie?
- tak ale…
W tym momencie zamaszysty sierpowy ugodził Luśka w szczękę, zakręciło się w głowie a w ustach poczuł smak krwi. Odsunął się od napastnika…
- wys… wyskakuj ze stówki leszczu.
- dzwonię na policję! – Lusiek rzucił rozpaczliwie, wyjął

49




telefon i wystukał 997 kiedy usłyszał sygnał, dodał – zrobię sobie obdukcję, zobaczysz!
- hehe nic na razie nie widać… - Rysiek zbliżył się z zaciśniętymi pięściami – co…? co policja nie odbiera?
Nie odbierała. Lusiek schował telefon. Nie chciał rozstawać się ze stówką z AX Group, która nawet jeszcze nie wpłynęła. Przeciwnik ledwo stał na rozsuniętych nogach, nie wydawał się bardzo groźny. Lusiek utkwił wzrok na jego kroczu, wziął rozpęd i z całej siły kopnął… w stopie coś chrupnęło przez chwilę zaplątała się w wiszących portkach Ryśka. Zawiedziony nieudanym ciosem Lusiek odskoczył na bezpieczną odległość. Rysiek parsknął ze śmiechu.
- stó… stówa!
Lusiek ponowił atak walnął Ryśka za uchem i zaraz odskoczył. Rysiek chwiejąc się ruszył za nim. Lusiek podbiegł z boku, chwycił rywala za kołnierz i powalił ciągnąc w bok. Poczuł smak zwycięstwa, walnął leżącego jeszcze dwa razy w głowę, ale opamiętał się – to chyba wystarczy do zachowania przy sobie stówki z AX Group – pomyślał. Rysiek powoli się podniósł… chyba stracił wolę walki.
- ty… ty cioto – wysapał, zacisnął

50




ponownie pięści i zrobił krok do przodu.
- jeżeli jestem ciotą to ciota cię właśnie położyła – Lusiek wypalił, dumny ze swej zgrabnej konkluzji.
Rysiek zrobił oczy i wysyczał:
- je… je… stem pijany.
- było nie pić!
- ty cioto!
- wolę być ciotą niż takim bezmózgiem! – Lusiek kolejny raz poczuł się dumny ze swej elokwencji. – co ci takiego zrobiłem? Przecież nawet nie ma śladu na tym busie…
Rysiek zaciskał zęby i pięści. Podchodził do Luśka ale stracił ochotę do walki. Wycofywał się, w końcu rzucił: jeszcze się spotkamy! I poszli każdy w swoją stronę.
Do wzburzonego Luśka powoli zaczęło docierać, że z jego stopą jest coś nie tak, zaczął kuleć wchodząc po schodach, cios w krocze okazał się podwójnym niewypałem. Już w swoim pokoju, rzucił się na wersalkę próbując dojść do siebie. Lewa stopa nieco opuchła. Wrócił do drzwi wejściowych i zamknął je na klucz. – a jeżeli wytrzeźwieje i tu przylezie? – znalazł jeszcze w kuchni tłuczek do mięsa i postawił przy drzwiach, tak na wszelki wypadek.
Przez parę kolejnych dni bał się wychodzić z domu, myślał nad kolejnym ruchem w życiu:
– wesprzeć

51




Roberta w jego reklamowym przedsięwzięciu? – zastanawiał się - Rozwijać własny pomysł? Kiedy okazał się nie tak genialny jak mi się z początku wydawało… kiedy każdy ma tam jakiś swój i do tego fajniejszy… gdyby tak w końcu zostać tym porządnym obywatelem… tylko żeby to nie było za bardzo męczące… nawet nie musi być wysoko płatne… tylko żeby mnie za to lubili, żeby robić coś autentycznie pożytecznego.
Odpalił ogłoszenia w portalu NaszRybczyn.pl. Wśród robót budowlanych i wykończeniowych – już raz próbowałem… zrobić remont cioci. Starczy – przewinął dalej, wśród ogłoszeń dla przedstawicieli handlowych itp. tkwiło jedno jak orzeszek w kupce pustych skorupek. Firma IPost poszukiwała doręczyciela, nie wymagała żadnych kompetencji, tylko chęci do pracy. Lusiek nie był pewny swoich chęci do pracy ale zawód listonosza dobrze mu się kojarzył, nie wydawał się jakoś szczególnie stresujący więc postanowił spróbować. Gdy zadzwonił ogłoszenie okazało się jeszcze aktualne, oczekiwano go w siedzibie firmy a praca miałaby się zacząć już dziś.
Do firmy IPost udał się rowerem. Listonosz na rowerze to jednak

52




postać charyzmatyczna jak lew albo słoń no może bardziej goryl lub nosorożec bardziej taka szara eminencja, tyle że na miejscu nie został potraktowany jak król dżungli, dostał do podpisania weksel In blanco, rekrutująca go dziewczyna wyjaśniła, że to na wypadek porzucenia korespondencji, takie zabezpieczenie dla firmy, była wyjątkowo miła więc podpisał. Ludzie w firmie wydawali się zestresowani i przemęczeni, nikt nie rozmyślał o sensie istnienia pijąc kawę – trochę to straszne – pomyślał. Dostał jeszcze umowę zlecenia do podpisu opiewała na nieco ponad tysiąc złotych za miesiąc i coś co zakrawało na jakiś kosmiczny żart: zrzeczenie się na rzecz firmy iPost wszelkich patentów, wzorów i pomysłów jakie mu się przydarzą w czasie gdy jest związany z firmą – co z moim ogrzewaczem?? – pomyślał ale podpisał wszystko, przekonał go argument, że wszyscy tu musieli podpisać i że inaczej nie zostanie dopuszczony do pracy. I tym sposobem ponownie został zatrudniony. Z plecakiem wypełnionym urzędowymi pismami ruszył na rowerze w kierunku swojego rewiru.
Na początek osiedle Przejazdowo w zachodniej części miasta. Korespondencję

53




miał podzieloną ulicami, nie wszystkie budynki miały numer okazało się, że praca doręczyciela wymaga nieco improwizacji, nie wszystkie miały też skrzynkę na listy, trzeba było wejść na teren posesji a jeżeli skrzynki nie było też na drzwiach, pukać i doręczać osobiście. Ludzie byli z reguły mili, pewna adresatka odwzajemniła się Luśkowi za list uśmiechem, zalotnym jak mu się zdawało. Jednak początkowy entuzjazm szybko topniał, praca nie posuwała się wystarczająco szybko, momentami padało, bolała też stopa po ostatniej luśkowej potyczce. A zbyt obfite kontakty interpersonalne przy doręczaniu sprawiły, że wkrótce Lusiek się zdezorganizował, rozkojarzył i stał się jeszcze mniej skuteczny przy lokalizowaniu adresów.
Kolejna posesja bez skrzynki za to z psem, na szczęście właściciel był przed domem, pies ujadał ale nie wyglądał bardzo groźnie. Lusiek grzecznie się przywitał wręczył pismo, adresat uśmiechnął się jakby dostał prezent albo może dawno nie widział tak zakręconego listonosza. Lusiek nie był pewny, odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę bramki, za sobą słyszał wściekłe ujadanie – chyba nie

54




zaatakuje mnie przy właścicielu – pomyślał – chyba że… - w tym momencie kontuzjowana stopa nieco zakulała a pies bezbłędnie określił kto tu jest najsłabszym ogniwem i chapnął Luśka nad kostką za bolącą nogę. Lusiek odwrócił się ze złością pies odskoczył na bezpieczną odległość ale dalej ujadał. Lusiek szybko kalkulował strategię – nawrzeszczeć na tego człowieka?? – ten właśnie złapał psa i zaczął przepraszać Luśka. Lusiek był z natury spolegliwy i nieszukający zwady więc przełknął ten afront. Trochę oszołomiony bólem w łydce i ciosem w godność odwrócił się ponownie, by szukać kolejnego adresu… był tuż obok, adresat stał za ogrodzeniem, obserwował całe zajście i sardonicznie się uśmiechał. Lusiek wręczył mu jego pismo… nie podobało mu się jego bezlitosne spojrzenie.
Jeszcze rozpędem dostarczył wszystko co miał na tej ulicy, oddalił się z miejsca tej dotkliwej porażki i przystąpił do oględzin kontuzjowanej łydki, skóra jakimś cudem nie pękła, choć miejsce pogryzienia się zaczerwieniło, krwi nie było – dżinsy pomogły – pomyślał – ale blizna raczej zostanie…
Zajrzał do

55




plecaka, Listów było jeszcze na dwa dni pracy przy tym tempie a kończyć miał dziś, zadanie zdawało się niewykonalne, noga pulsowała, a wszystko to za głupie tysiąc złotych na miesiąc… nie chciał już być listonoszem, chciał do domu…
Tylko co z tymi wszystkimi papierami które wcześniej podpisał? Głowa podsuwała najstraszniejsze scenariusze: że ktoś wypełni weksel i zaciśnie mu na szyi pętlę zadłużenia, że odbiorą mu jego pomysł z ogrzewaczem… był wściekły i wiedział co robić... Wsiadł na rower i popedałował do firmy, na miejscu oświadczył kierowniczce, że nie odda pism jeśli nie otrzyma z powrotem swojego weksla i zrzeczenia się ewentualnych patentów które wcześniej podpisał… Czym wprawił ją w autentyczny popłoch co z satysfakcją zanotował, początkowo się opierała w końcu machnęła ręką i zwróciła Luśkowi jego papiery, Plan się powiódł, Lusiek znowu miał czyste konto…
Wracał do siebie na rowerze przez Rybczyn jak po łące. Co prawda noga bolała, i nie dało się ukryć że kolejna próba okazała się porażką ale przynajmniej nie zagrażały mu już psy i wilki jakieś i słota bo się znów

56




rozpogodziło. Minął osiedlowy sklepik po czym w kolejnym przypływie natchnienia zawrócił i wszedł do środka. Dziewczyna była jeszcze piękniejsza niż zwykle, jednak patrzyła bez entuzjazmu, nie udzielił jej się też ten od Luśka. Poprosił picie Tymbark. Kiedy wręczał jej dokładnie odliczoną sumę powiedziała – wydaje mi się, że nie miałabym do pana cierpliwości. Mógłby pan już tu nie przychodzić? – Popatrzył na dziewczynę jej oczy wyrażały zniecierpliwienie, w radiu leciało „Bóg zapłać” Lao Che.
Podjechał na pobliski plac zabaw, usiadł przy fontannie która już zaczęła sezon rybczyńskich wytrysków, otworzył swojego Tymbarka… pod kapslem trafił na hasło: „Zrób to!”
- dobra! Zrobię to! – pomyślał, opróżnił butelkę wsiadł na rower i popedałował nad rzekę, rzucił rower w krzaki i szedł w stronę wody… Na miejskiej plaży łabędzie, wyszły w kierunku Luśka.
- chcą mnie do siebie? Mnie niebieskiego ptaka? Nie… chcą chleba ode mnie… Nie widzą że odlecę za moment? Że tu zaraz będzie wniebowstąpienie?? – nie wiedziały.
Jakaś kobieta podeszła by je pokarmić. Straciły zainteresowanie

57




Luśkiem…
Wszedł na most.
- może się rzucę? Rzucić się? Lemingi to robią, niektórym udaje się dopłynąć do jakiejś wyspy by rozpocząć nowe życie…
Zszedł z powrotem z mostu nad rzekę.
- może lepiej pójdę sobie wzdłuż rzeki… będę szedł pod prąd… albo padnę gdzieś – ruszył przed siebie – albo dojdę do źródła, nasz papież chyba powiedział coś takiego: „żeby dotrzeć do źródła trzeba iść pod prąd” idę!
W krzakach coś się poruszyło wychylił się jakiś starszy jegomość w czapeczce, spojrzał z łagodnym uśmiechem na Luśka i powiedział:
- Narew ma źródła gdzieś na bagnach w puszczy na Białorusi… nie polecam.
Lusiek przerwał swą wędrówkę
- ja to mówiłem na głos??
- na to wygląda… - mężczyzna zachichotał – widzę, że się łamiesz chłopaku… fajny kawał słyszałem ostatnio… sprzedać? Tak na poprawę nastroju?
- poproszę…
- no więc siedzi sobie wędkarz w krzakach i słyszy takie ciche: „odpierdol się” gdzieś daleko, potem jeszcze raz już głośniej, w końcu całkiem wyraźnie, znowu: „odpierdol się!” Potem widzi, że zbliża się jakąś łódka, mężczyzna w łódce

58




wiosłuje patelnią – może pan spróbuje wiosłami – woła wędkarz a mężczyzna mu na to: „odpierdol się!” Hi hi
- śmieszne
- prawda? Właśnie w radiu słyszałem wywiad z Tomaszem Stańko wiesz co powiedział? Że improwizacja w jazzie opiera się na błędach, tyle, że trzeba je potem ładnie uzasadnić, jakimś wykończeniem… i tak sobie pomyślałem, że w życiu jest podobnie… Może skakanie z mostu to nie najlepsze wykończenie w twoim wypadku?
Lusiek pożegnał swojego interesującego rozmówcę – nie wiedziałem, że tu nad rzeką można sobie tak fajnie pogadać… - dodał i wrócił po rower, popedałował do domu zamknął się w pokoju i pomyślał: to rosyjska ruletka!
Po czym szlochając nad swym marnym życiem zażył co tam miał aktualnie przepisane, z ulotek nie wynikała pewna śmierć raczej pewne ryzyko śmierci. Po tym ciężkim dniu, zasnął momentalnie mimo potencjalnego zagrożenia życia…

     -To po maszku?
-Tak Kwaszku…
:)
A gdybym tak w końcu spadł z księżyca na ziemię, a ziemia nie byłaby ziemią tylko ni mniej ni więcej, trójkątem prostokątnym, to bym najpierw pewnie długo spadał i patrzył na powiększający się

59




trójkąt prostokątny, wreszcie bym spadł i pewnie bym powiedział: o kurczę! A jednak jest trójkątna!
Wtedy bardzo długo, chodziłbym sobie po tym moim trójkątnym świecie i jak znam życie, szukał czegoś do jedzenia, wtedy dotarłbym któregoś dnia do krańca mojego świata, to ci dopiero, pomyślałbym. Pewnie jestem na którymś z boków tego głupiego trójkąta!
I pewnie wpadłbym na kapitalny pomysł: a może go sobie obejdę dookoła? Szedłbym sobie po tej krawędzi i w końcu doszedłbym do drugiego boku, ale po co mam tak łazić, przynajmniej policzę sobie kroki… alleluja i do przodu rzekłbym i mamrotał: raz, dwa, trzy… cztery tysiące dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć, pięć tysięcy i kolejny bok! Wtedy bym wyjął z kieszeni ekierkę, bo jednak nie jestem w ciemię bity, tylko jak każde normalne PRL-owskie dziecko po bożemu w tyłek i nie spadam sobie z księżyca na jakieś trójkąty nieprzygotowany. Więc bym sobie wyjął tę ekierkę i sprawdził że ten róg mojego świata ma ni mniej ni więcej tylko dziewięćdziesiąt stopni, wtedy bym sobie pomyślał że dobrze mi się zdawało jak spadałem, ten trójkąt jest jednak

60




prostokątny!
No ok. idziemy dalej, raz, dwa, trzy… jedenaście tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć, dwanaście tysięcy i co? I kolejny bok!
Więc wtedy bym sobie pewnie usiadł i pomyślał: chyba mi został ostatni bok, ale zrobiłem już kawałek drogi to sobie odpocznę.
I pewnie bym tak sobie siedział i by mi się nie chciało już dalej łazić to sobie wtedy bym wyjął tą ekierkę i zaczął rysować trójkąty, pewnie bym w tym trójkątnym świecie nie miał nic innego do roboty to tym bardziej bym sobie rysował, i gdybym narysował już odpowiednią ilość tych trójkątów i je wszystkie pomierzył moją ekierką to nieomylnie doszedłbym do wniosku że w każdym trójkącie prostokątnym suma kwadratów przyprostokątnych równa się kwadratowi przeciwprostokątnej.
Wtedy bym wpadł na genialny pomysł że pewnie ostatni bok mojego trójkąta ma trzynaście tysięcy kroków jak przystało na każdy normalny trójkąt który ma przyprostokątne długości 5000 i 12000 kroków.
Więc podekscytowany ruszyłbym dalej, raz, dwa, trzy… trzynaście tysięcy! O w mordę jeża pomyślałbym sobie ale ze mnie szalony naukowiec! moja hipoteza

61




sprawdziła się!
Ale co dalej? Obliczyć może pole żeby sprawdzić ile da się tu zasiać moich psychotropków? Czemu nie, to łatwe w zasadzie mogłem to zrobić wcześniej!
Więc policzyłem zasiałem zolafren, rispolept, klozapol, rośnie…
Rośnie…
Urosło!
- Więc sobie zapalmy skoro mamy tu proszków ile dusza zapragnie.
- To po maszku?
- A to można też palić?
- Tak Kwaszku…
- :)
Widzę trójkąt, jakoś tak powiewa, nie to nie trójkąt to jest kurcze mój domek, przecieram oczy, domek w ruinie i do tego się kopci, przy rumowisku siedzi Oczy, siedzi Usta, palą… Uszy leży.
-Uszy! Żyjesz? Kurcze chłopaki i dziewczyny… jaki miałem sen… śniło mi się że odkryłem prawdę o świecie, wszystkie możliwe zasady rządzące światem odkryłem, że jestem geniuszem i szalonym naukowcem że jestem... albo nie, szalonym literatem, że jestem!
- hehe
- to po maszku?
- tak Kwaszku…
- :)
A gdybym tak był robaczkiem i byłoby mi zimno, to bym pewnie wystawił sobie czułek na północ… o zimno, potem na południe… o ciepło i pewnie bym pomyślał kurcze ten świat dzieli się na północ i na południe, na północy brrrrr a na południu miło i ciepło

62




więc bym poszedł na południe raczej.
Potem bym pewnie zgłodniał więc bym wystawił czułek na wschód… o ziemniaki, bigos, kapusta Fe.. potem na zachód o! frytki, hot dogi i coca-cola mniam… więc bym poszedł na zachód i bym sobie pomyślał: ten świat dzieli się też na wypasiony zachód i wsiowy wschód.
No dobrze, więc bym sobie podzielił mój świat na Szwecję, Włochy, Grecję i Polskę (ta od kapusty).
Wtedy bym sobie pomyślał że jak mi zimno to najlepiej iść do Włoch albo Grecji jak mi gorąco to do Szwecji, jak jestem głodny to do Szwecji albo Włoch a jak mam przypadkiem dosyć tego zgniłego zachodu i wisi mi już że wyłapię i zmarznę to wracam do Polski.
I pewnie nadszedłby ten dzień gdy wygrzewając się na plażach Sardynii i popijając colę zatęskniłbym za starą dobrą kapustą. Pewnie miałbym dosyć mojego włoskiego kolegi który by siedział na kocu obok, trzymał ekierkę i gadał do mnie po włosku że zamierza ustalić za pomocą tej ekierki gdzie zaczynają się i kończą Włochy, więc powiedziałbym mu ciao wystawił czułek na północny wschód… that’s the way! Pomyślał, podwinął kiecę , spakował do mojej

63




pięknej torby Gucciego hot-doga i ruszył...
Z każdym dniem kapusty jakby więcej i jakoś tak chłodniej więc myślę sobie, spoko! pewnie już niedaleko… i idę i myślę… kiedy w końcu będzie ta Polska? Bo tu coraz zimniej, i bigos czuć coraz wyraźniej ale czy to na pewno tu? Wtedy podchodzi do mnie jakiś robal w dresie, wyrywa mi moją torbę Gucciego, daje mi kopa między odnóża, ucieka a ja zwijając się z bólu klęczę i śmieję się przez łzy i całuję ziemię tą ziemię!
- to po maszku? – szturcha mnie Członek dresiarz.
- kurcze chłopaki jaki miałem film! Śniło mi się że jestem robaczkiem obieżyświatem i wracałem z podróży do kraju naszego ale nikt mnie nie zatrzymywał na granicy ani nic, nawet przyszło mi do głowy że może nie ma służb granicznych dla robaczków, albo co gorsza nie ma granic! tylko bigos było czuć coraz bardziej i się zastanawiałem skąd ja biedny będę wiedział że już jestem w domu i wtedy podleciał jakiś robal w dresie kopnął mnie, zabrał mi torebkę, bolało ale przynajmniej już byłem pewien gdzie jestem.
- hehe, to co Kwaszku po maszku?
- :)
- ale chłopaki… co się stało z tym domkiem?
-

64




prawdopodobnie twoim szwagrom nie spodobało się jak próbowaliśmy odzyskać działkę… pewnie któryś podpalił…
- ale odbudujecie mi ten domek co??
- ja nie wstaje – otworzył oczy Uszy.
- ja też nie… zapomnij – dodał Oczy.
I wtedy przyszło mi do głowy że gdyby świat był trójkątny to mógłbym go nazwać trójkątem i wiedzieć o nim wszystko, opisałbym go językiem służącym do opisu trójkątów, bokami, kątami przy i przeciwprostokątnymi, zmierzyłbym go swoją ekierką i wszystko byłoby jasne. Wiedziałbym czego się spodziewać.
Ale jeżeli jest się człowiekiem to mieszka się w prawdziwym świecie. Jeżeli było się tylko we Włoszech i Polsce i nie wie się co jest dalej? Może jak pójdę dalej na południowy zachód to będzie jeszcze więcej Włoch we Włoszech a może nie.
Załóżmy że świat jest jeden, na razie jestem człowiekiem z małym przebiegiem i nie widziałem go całego ale trochę już wiem, wiem że lubię jak mi ciepło, wiem że lubię frytki i nie lubię dresiarzy, czyli nie jest źle bo wiem czego chcę, z telewizji wiem że wszystko to znajdę we Włoszech, wiem też, że to na południowym zachodzie. Ale dalej myślę

65




sobie tak: A jeżeli będę chciał wrócić z Włoch do Polski, i będzie tak jak w tym śnie? Zajdę w tę Polskę z powrotem za daleko? Aż jakiś dresiarz mi przyładuje?
Więc co robię? Jak nie wiecie to opowiem co mi tam… idę nie do Włoch ale do Grecji i liczę kroki, jak zaczną gadać po grecku o jakimś kryzysie to kupię sobie tanio oliwek bo lubię, zjem sałatki greckiej, potem wyciągam ni mniej ni więcej tylko ekierkę, skręcam pod kątem prostym w prawo i dalej liczę kroki, jak dojdę do plaży w Sardynii to sobie usiądę napiję się koli i wyliczę sobie kierunek powrotu i ilość kroków, jakiemuś Włochowi oddam ekierkę żeby sobie zmierzył Włochy i jak zatęsknię za kapustą to wiem co robić i wcale się nie muszę obawiać o moją torebkę Gucciego.
- a nie mogłeś iść prosto do tej Sardynii i wrócić tą samą drogą? – trzeźwo zauważa Usta
- nie przeszkadzaj… czy mi się zdaje, czy ja już wszystko wiem co mi potrzeba? Chłopaki i dziewczyno piękna! Czy jak się to wie to się idzie przed oblicze Boga?
- zamknij oczy – szturcha mnie znowu Usta.
Zamykam oczy i widzę Roberta stoi sobie przy jakimś głazie na brzegu morza.
-

66




Roberto! I ty tutaj?? – wołam próbując przekrzyczeć szum fal…
Robert odwraca się do mnie, puszcza oko i znika. Otwieram oczy a ci tu śmieją się ze mnie…

     Co z tego powiecie? Czy trójkąty istnieją? nie wiem w każdym razie jest takie słowo, i czasem może się przydać. Czy Polska istnieje? Nie wiem, w każdym razie jest takie słowo… Są takie rzeczy co do których każdy się zgodzi że mają swoje słowo a raczej ich nie ma. Może czas i przestrzeń istnieją bardziej jak Polska a nie jak trójkąty, ale jak się ma ekierkę to przynajmniej można je zmierzyć jak Włochy. Może ja istnieję podobnie. Czy przypadkiem nie zjadłem za dużo tych proszków? A jeżeli znowu zwariuję i wsadzą mnie do szpitala i jakiś lekarz, powiedzmy Szyszkiewicz… doktor Szyszkiewicz powie, że mam jakiś tam zespół paranoidalny i mam urojenie że jestem szalonym literatem to co wtedy? Hmm… to wtedy sobie pomyślę, że pewnie widział tu wielu takich i mówił sobie: oto wariat. I widział ich pewnie tylu ile ja narysowałem trójkątów w moim kolorowym od psychotropków trójkątnym świecie i w końcu stwierdził: pewnie wariaci mają pewne wspólne cechy zupełnie

67




jak trójkąty, taką cechą jest to że im się coś wydaje co innym się nie wydaje.
Wtedy popatrzy na mnie i spyta:
- nie wydaję ci się czasem że jesteś szalonym literatem? - A ja spytam:
- skąd pan doktor wiedział? - Wtedy on mi się krytycznie przyjrzy i powie:
- Coś mi się robaczku nie wydaje żeby tak było. Jak na mój gust jesteś… że się tak wyrażę, zbyt szurnięty żeby być literatem nawet szalonym. Wtedy mu zacznę tłumaczyć że tylko tak się sam nazwałem bo mi się zdawało że literaci to muszą mieć niezłe branie u płci przeciwnej a ci szaleni to już w ogóle… wtedy on zapisze sobie w notatniczku: „…zdaje mu się…”.
Wtedy się go spytam drżącym głosem:
- panie doktorze to co teraz ze mną będzie?
- a co byś chciał? – odpowie pytaniem.
- skoro to opowieść o szukaniu dziewczyny, to może znajdę w końcu dziewczynę i będę żył z nią długo i szczęśliwie???
- tyle, że to nie taka opowieść.
- to jaka?? Może odkryję całą prawdę i doznam oświecenia?
- przykro mi.
- więc jaka?
- znasz takie opowiadanie „Impostor”?
- pewnie! Lubię Dicka.
- więc co zrobił główny bohater gdy się dowiedział, że jest

68




bombą?
- noo, wybuchnął?
- więc…?
- mam wybuchnąć???
- tak, wybuchnij sobie biedaku…
Wtedy padnę na kolana i zajmę się sążnistym szlochem, będę jęczał, będę wył, wygrażał niebu i klął.
Szyszkiewicz popatrzy wyrozumiale, pogłaszcze mnie po twarzy i powie:
- no już… mały, okryj się, już przestań, nikt cię nie słyszy, nikt się o ciebie nie troszczy, nic z tego nie będzie.

     - Lusiek wstawaj - krzyczy do mnie Usta – jak ci się podoba?
- domek jak domek – odpowiadam – przynajmniej stoi.
- no przestań… dużo pracy w niego włożyliśmy Szyszkiewicz twierdził że jak się rozpadnie to już z powrotem się nie złoży, a tu popatrz! Mówił, że to niezgodne z zasadą entropii, powiedział, że jest doktorem, ma zasługi i wie… wiesz co mu powiedział Uszy? Nie uwierzysz… poleciał Clintem Eastwoodem: „zasługi tu nie mają nic do rzeczy” mu wysyczał… niezłe co nie??
- fakt.
- Lusiek! – Usta nie poruszała ustami
- co?
- no wstawaj.

69




Wyrazy: Znaki: