Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 34
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Żelazny bórikonka kopiowania

Autor: Adam Gabrysz twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Rozdział I

      Deszcz pukał rytmicznie o szybę, na zewnątrz zapanowała noc – ulice Kosowa oświetlały szczątkowe lampy, po chodnikach płynęły z wolna stróżki wody. W oknach sąsiednich budynków paliły się różnokolorowe lampki i gwiazdki. Drzewa świeciły się bielą, czerwienią, jedne migotały – na innych na wzór wodospadu światło zdawało się z wolna opadać. Władysław wyciągnął rękę z paczką Marlboro ku Adamowi, ten uśmiechając się pod nosem wziął papierosa i odpalił. Butelka wódki stojąca na środku drewnianego stolika była w połowie opróżniona.
- Że też wam się trafiło, zepsuty samochód po środku niczego. Dobrze, że akurat wracaliśmy z zakupów, bo byście tam zamarzli. – Władysław odchrząknął i wypił zawartość swojego kieliszka. – Czemu wybraliście tę drogę, czyżby główną znowu remontowali?
- Nie, wypadek był. Tam gdzie ulica biegnie obok lasu. Ponoć sarna wyleciała komuś przed koła, a że zima trwa w najlepsze, to wpadł w poślizg i przypieprzył w barierki. A mnie się spieszyło, teraz pluję sobie w brodę. Mogłem zaczekać, a nie pchać się tym rzęchem na bezdroża.

1




– Tym razem Adam polał kolejkę.
- Miejmy nadzieję, że to była tylko sarna. – Zamamrotał cicho pan Potocki i momentalnie poczerwieniał. Sapnął jakby żałował, że nie ugryzł się w język. Przez dłuższą chwilę jedynym dźwiękiem w pokoju było mruczenie kota wylegującego się na kolanach właściciela. Władek łypnął na gościa swoim jedynym zdrowym okiem.
- Dlaczego miejmy nadzieję?
Władysław Potocki spojrzał Adamowi głęboko w oczy, po chwili wychylił się w krześle i upewnił, że jego żona, która wyszła z salonu dobre pół godziny temu śpi. Zza okna dobiegł głuchy grzmot pioruna, a błysk światła wypełnił na ułamek sekundy cały pokój. Gospodarz nie bacząc na pełny kieliszek gościa wypił swój, napełnił i znów wypił. Głęboko zaciągnął się papierosem, dym wypuścił pod stół. Kot przebudzony podmuchem parsknął. Przez moment panowała martwa cisza, szarpana jedynie ciężkim oddechem Władysława i okazjonalnym chrapaniem jego żony. Wiatr wył i huczał, zrobiło się jakby chłodniej. Kot fuknął domagając się pieszczot.
- Ojciec, o ten, który jest na tym zdjęciu opowiadał mi dawno temu o

2




tym zagajniku. Kiedyś, gdy był jeszcze pełnoprawnym lasem, a mój świętej pamięci tatko młodym mężczyzną, zarząd gminy postanowił ściąć nieco drzew. Powód oczywisty, zwierzęta podchodziły zbyt blisko wsi. Głównie plony niszczyły. Zdarzyło się nawet, że wilki zagryzły kilka krów. Nadleśnictwo wyraziło zgodę, więc przystąpiono do prac. Z początku szło gładko, ojciec pracował w tartaku, więc miał pomóc przy wyrębie. Planowano przesunięcie linii lasu o sto pięćdziesiąt metrów w głąb. Udało się o jakieś sześćdziesiąt. Z relacji taty w pewnym momencie topory zaczęły pękać po jednym uderzeniu w drzewo, a piły się wyginały. Próbowano nawet traktorem łamać te liche, zdawać by się mogło, sosny. Drzewom nie działo się absolutnie nic. Prace wstrzymano. Nadleśnictwo zadecydowało o zaprzestaniu wycinki, pod pretekstem zrealizowania dotychczasowego celu. Takiego wała! Dziki dalej ryły w polach, a wilki zagryzały zwierzęta. Ale tak czy inaczej wyrąb się skończył, a sprawa na kilka lat poszła w zapomnienie. Aż do bożego narodzenia w roku 1935. Kilkadziesiąt lat temu w Żelaznym Borze, bo tak go po wyrębie nazwano, w

3




dzień bożego narodzenia stało się coś... niewyjaśnionego. – Przerwał na moment, wskazał na puste kieliszki. Adam nie protestował, opowieść pana Władysława zaciekawiła go, choć był wobec niej sceptyczny. Nie zwykł dawać wiary chłopskim bajędom. Gdy przezroczysty trunek napełnił oba naczynia, a zapalone papierosy znów zatliły się w rękach rozmówców, Władek kontynuował.
- Gdy ojciec wracał z pracy zobaczył w nim jakieś światła. Jedne stały nieruchomo, drugie krążyły chaotycznie. Wystraszył się, bo już wtedy mówiono, aby dla własnego zdrowia nie wchodzić w las. A jeśli już się musi, to nie samemu. Zdaje mi się, że ta przestroga zaczęła krążyć gdy stary Malicki, sąsiad ojca wybrał się do lasu kilka dni po zakończeniu robót. Ponoć zapomniał swojej siekiery. Na cały dzień zniknął! Stara Malicka już akcję poszukiwawczą zwoływała, gdy wieczorem Piotr stanął w drzwiach domu. Powiadał mój tatko, że jak go zobaczyli to Malicka zemdlała, a jeden z sąsiadów pobladł i zwymiotował na dywan. Adam, on wyglądał jak nieboszczyk – włosy rozczochrane, blady, brudny i śmierdzący jak siedem nieszczęść. Do

4




tego te bruzdy na ramionach. Tatko myślał, że może wilczysko go dopadło i poraniło, ale nie – on sam sobie to zrobił! Wydrapał paznokciami skórę do gołych mięśni, płaszcz to był ponoć aż sztywny od krwi. Ale to nie było najgorsze. Jedno oko sobie wyłupił a w drugim miał taki szaleńczy wzrok, że ojciec bał się w nie spojrzeć. Zmarł tego samego dnia, gdzieś o północy. Powiesił się na pasku od spodni. Ale zanim to zrobił, bredził i płakał. Krzyczał żeby przestały dudnić bębny, że światła rażą go w oczy. Po tym incydencie nikt nie odważył się wejść do Żelaznego Boru, a sprawa przetrwała tylko dzięki plotkom. Ojciec nie odważył się wtedy wejść do lasu i chwała mu za to, bo zapewne by nie wrócił. Słuchaj, pijemy razem – to powiem ci jak się sprawy mają. Nie wracaj do samochodu ani dzisiaj, ani jutro. Bo pojutrze jest boże narodzenie, nie zbliżaj się do tego przeklętego lasu. Przeczekaj, za kilka dni rytuał się skończy...
- Jaki znowu rytuał? – Adam nie wiedział co myśleć. Prawdopodobnie staruszek bredzi, albo mocno koloryzuje, jak to na stare lata się zdarza. Niemniej czuł, że powinien słuchać

5




dalej.
- Zaczekaj chwilę...- Władek zsunął zwierzę na podłogę i na paluszkach wyszedł z kuchni. Dopiero wtedy Adam zobaczył, że z kotem jest coś nie tak. Czarny jak noc, miejscami wypłowiały kocur nie miał ogona. Przez dłużącą się w nieskończoność chwilę słychać było tylko astmatyczne sapanie Władka i zgrzyt zawiasów otwieranej szafy. Po kilku minutach Władek stanął w drzwiach kuchni i nakazał ruchem dłoni wstać Adamowi. Gość wstał jednak nieco za szybko i zatoczył się z lekka. Gdy wróciła mu równowaga, poszedł za oddalającym się gospodarzem. Idąc przez przedpokój Adam z zaciekawieniem przyglądał się wystrojowi domu, który mocno kojarzył się z poprzednim ustrojem. Przykryty haftowanym obrusem telewizor marki Rubin przypominał mu dawne lata, gdy na wakacje odwiedzał swoich dziadków na wsi, na wschód od Łodzi. Omal nie rozbił sobie głowy potykając się o kabel od lampy poprowadzony środkiem korytarza. Pan Potocki stanął w ganku, przez ramię przewieszone miał dwa płaszcze przeciwdeszczowe. Metalowy klucz o dużym oczku wisiał spięty rzemieniem na szyi gospodarza.
- Załóż, na dworze leje jak z cebra. –

6




Rzekł Władysław i podał płaszcz Adamowi, po czym zapalił światło na podwórku.
Wychodząc na zewnątrz napotkali niemalże dosłowną ścianę wody, która zaczynała się tuż za zadaszeniem. Adam dawno nie widział tak siarczystej ulewy. Obeszli dom dookoła i udali się ścieżką ku starej szopie. Błoto chlupało pod nogami, deszcz uporczywie wciskał się pod kaptury i zalewał twarze. Oczom Adama ukazała się drewniana szopa, która w porównaniu do domu wydawała się być malutka. Władysław rozpiął płaszcz i sprawnym ruchem zdjął klucz z szyi. Wsadził go w zamek i przekręcił. Mimo tego, że klucz był całkowicie zardzewiały, nie miał z tym większego problemu. Gospodarz otworzył drzwi szopy i prędko wszedł do środka, Adam nie czekając na zaproszenie wbiegł zaraz za nim. Po sędziwym i lekko zdziczałym staruszku spodziewał się zobaczyć wiele, ale to co ujrzał w zabitej dechami komórce przeszło jego wszelkie oczekiwania.
Pierwszym, co poczuł był zapach stęchlizny i zbutwiałego drewna. Macki mroku rozgoniła niewielka żarówka wisząca na ścianie. Dawała słabe światło, lecz wystarczające by Adam mógł zobaczyć dziesiątki

7




fotografii i notatek. Przy oknie wisiały dziwne symbole wykonane z patyków i sznurka, właśnie one wzbudzały u Adama największy niepokój. Na pierwszy rzut oka zdjęcia były monotonne, na znacznej części z nich były drzewa, kamienie i wreszcie osobliwe patyki. Władek stał w milczeniu wpatrując się w widok zza okna, patrzył na tańczące drzewa, na impulsywne drgania kęp wysokiej trawy rosnącej wzdłuż drogi. Zdawać by się mogło, że na ten krótki, nieznaczący absolutnie nic moment zatracił się w pieśni nocnego wiatru. Adam poczuł to również, nieznane mu dotychczas uczucie zawładnęło nim do reszty. Czuł euforię i narastający spokój. Bulgocząca irytacja na zepsuty samochód, na siąpiący i zimny jak sopel lodu deszcz, wreszcie na całą zaistniałą sytuację uleciała ku odległym gwiazdom, zostawiając go samego.
Władek obrócił się w stronę Adama, spojrzał głęboko w jego uczy i uśmiechnął się nieznacznie.
- Tutaj jesteśmy bezpieczni. – powiedział.
- Czuję się nieco... – zaczął wolno Adam zapatrzony w burzę za oknem.
- Dziwnie, to chcieliście powiedzieć?
Adam milczał, uczucie silnego uspokojenia,

8




jakby po zażyciu sporej ilości leków z wolna traciło na sile. Huk wiatru i skrzypienie żerdzi przestały być duchowym doznaniem, stały się znów tylko zjawiskami, ciągiem przyczynowo skutkowym, który nie wzbudzał już emocji.
- Co to było? Przez moment wydawało mi się, że śpię – Zapytał Adam spoglądając nieufnie na gospodarza. Jego oczy straciły koci blask, znów przypominały jedynie oczy starca. Jedno z powrotem zasnuła mgła.
- Nie pytaj. Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Ale najpierw spójrz na tę fotografię. – Przed oczami Adama ukazało się z pozoru normalne drzewo, lecz niewyjaśnione uczucie, lub intuicja nie pozwalała pozostać tylko na pobieżnym spojrzeniu. Drzewo było stare, kora mocno popękana. Najbardziej osobliwa była jednak rycina, dosłowny drzeworyt na jego powierzchni. Przedstawiała jedynie bliżej nieokreślone, symetryczne figury ułożone w kręgu. Wewnątrz niego wyryty był niepokojący symbol, jakby równoboczny trójkąt przekreślony w pionie.
- Nie umiem go rozszyfrować, ale spójrz na inne zdjęcia. Na każdym z nich, czy to kamieniu czy drzewie widnieje dokładnie to samo. Widzisz te figury zrobione z

9




kilku patyków i sznura? To są właśnie te symbole, w lesie jest ich pełno, zwłaszcza na drzewach. zabrałem kilka tutaj. Te wszystkie zdjęcia zrobiłem właśnie tam. Dziesięć lat temu zaczęły nawiedzać mnie dziwne sny. Nie umiem ich opisać, wielu z nich pewnie nie pamiętam. Wybrałem się wtedy z sąsiadem do tego zapomnianego przez Boga zagajnika. Coś po prostu kazało mi tam iść, nie zrozumiesz. Pamiętam, że to był wyjątkowo upalny dzień sierpnia. Żar lał się z nieba niemiłosiernie. Ale po przekroczeniu ściany lasu stało się... zimno. Jak podczas późnej jesieni. W lesie było nieprzyjemnie wilgotno, oddychając myślałem, że woda zbiera mi się w płucach. A już po kilku wdechach poczułem na języku metaliczny posmak. Od tej wilgoci aż tchu nie szło złapać. W samym lesie byliśmy krótko. Zrobiliśmy kilkanaście zdjęć i w te pędy wracaliśmy do domu. Samul na samym wejściu powiedział, że rozbolała go głowa. Potem już nic nie mówił, zaniemógł biedak. Tylko człapał za mną i masował skronie. Mnie kiedy ze zmęczenia podparłem się o drzewo, a później tą samą ręką podrapałem powiekę, strasznie rozbolało oko. Wtedy

10




właśnie straciłem w nim wzrok. Samul po powrocie dostał wylewu i trafił do szpitala. Do dzisiaj sepleni i mówi bez składu. Nie wierzysz mi, prawda? Wiem co widziałem. Pamiętam historię ojca o Malickim jakby to było wczoraj. A te dziwne światła nie zniknęły, co roku zawsze w święta Żelazny Bór ożywa. Nie wiem jak ci to udowodnić, to czy wierzysz mało mnie obchodzi. Ja ci tylko daję radę. Nie chcę mieć cię na sumieniu.
Adam czuł się jak dziecko, a rozumiał jeszcze mniej. Zdawało mu się, że do tej pory staruszek po pijanemu robi sobie żarty. Jednak od momentu wejścia do tej szopy lekko ironiczny uśmiech zniknął z jego ust. Te zdjęcia, osobliwy nastrój i ciężkie jak ołów spojrzenie Potockiego utwierdzało go w przeświadczeniu, że coś jest mocno nie tak. To było dla niego zbyt wiele, był zmęczony, a alkoholowy rausz wcale nie polepszał sytuacji.
- Późno już. Wracajmy do domu – Powiedział Władysław nie doczekawszy się odpowiedzi. Zdawać by się mogło, że burza z każdą chwilą przybierała na sile. Deszcz pchany gwałtownymi szarpnięciami wiatru kąsał i mroził twarze. Było przenikliwie zimno, księżyc w

11




pełni błyszczał wysoko ponad kłębami chmur, oświetlając je od góry. Na horyzoncie zabłysło. Zamknięty w kłębiastej klatce zamruczał grom. Drzewa sprawiały wrażenie pochłoniętych w pełnym chaotycznych ruchów tańcu. Gdzieś w tle, w odległym i tajemniczym miejscu trwożnie dudniły bębny, a ich rezonujący po wszelkiej materii dźwięk niczym oślizgły wąż wpełzał do uszu. Dum-dum. Dum-dum. Dum-dum. W rytm uderzeń serca. Choć wydawał się być jedynie złudzeniem.
Drogę powrotną pokonali żwawo, unikając kompletnego zmoczenia. Dom powitał ich ciepłem i zapachem herbaty z imbirem. Usiadłszy przy stoliku, Adam przyglądał się z fascynacją niecodziennemu widokowi kota bez ogona, który leżąc przy piecu kaflowym wygrzewał się w ten zimowy, późny wieczór. Potocki wróciwszy z pokoju żony i po upewnieniu się o jej śnie wyjął termos z herbatą. Wlał do wysokich, osadzonych w stalowych koszyczkach szklanek wciąż kojąco ciepły napój. Uwadze gospodarza nie umknęło ciekawskie spojrzenie na kota.
- To Lucyś. Mój ojciec podczas wyrębu znalazł młodą kotkę przygniecioną zerwaną gałęzią. Miała połamane łapki i rozerwane

12




ucho. Zabrał ją do domu i odchował. Początkowo nie dawał jej szans na długie życie. Jak się okazało nie tylko żyła kilkanaście lat, ale jeszcze była zdolna się okocić. - Zamilkł na chwilę, biorąc drobny łyk herbaty.
- Co prawda dość późno, ale jednak. Wabiła się Saraj. Rodziła raz, ale w ogromnych bólach. Oj namęczyła się ona, bo aż siedem kociaków wydała na świat. Niestety, tylko jeden przeżył a i ona sama zdechła. Ale urodził się taki jakiś dziwny, czarny bez ogona. Twarz miał jakąś taką niewyparzoną i pokrzywioną, tośmy go nazwali Lucyś.
- Ile miała lat gdy rodziła? - W Adamie odezwała się zawodowa ciekawość.
- Tak jak mówiłem, rodziła raz. A zważywszy na to, że trochę w domu już mieszkała to pewnie jedenaście, może trochę więcej.
- Dziwne. Nie często zdarza się, że dachowy kot rodzi tylko raz i to w dodatku będąc tak starym. Od kilkunastu lat jestem weterynarzem, miałem do czynienia z wieloma kotami, ale o czymś takim pierwsze słyszę. No ale nic to. Lucyś to jakieś zdrobnienie?
- Tak. Od Lucyfer. Bo on jak i ten diabeł, tylko psoci, śpi i żarłby bez końca. Pożytku żadnego, ale polubiłem go.

13




Czasem jak tak na ciebie spojrzy, to aż dziw bierze. Ma ten sierściuch takie ludzkie spojrzenie. Jakby rozumiał co się do niego mówi. Czasem jak Halinka ma gorsze dni to do niego gadam, a on zawsze siedzi i patrzy głęboko w oczy. Nieraz żal, że nie umie mówić. Mieszkając na takim odludziu każde żywe stworzenie do którego można gębę otworzyć jest na wagę złota.
Lucyś jakby zrozumiawszy, że Władek mówił o nim wstał i wyprężył się do granic możliwości. Krótkim, zwartym susem wskoczył na kolana właściciela usadzając się wygodnie na kolanach. Władek odpalił papierosa i zaciągnął, pogrążając się w zadumie. Wskazówki zegara wiszącego nad przejściem między sypialnią a kuchnią wskazały jedenastą wieczór. Za oknem panowała noc przerywana jedynie błyskami burzy. W pokoju obok Halinka przewróciła się z boku na bok.
- Dlaczego po wejściu do szopy poczułem się tak dziwnie? – Zapytał Adam przecierając zaczerwienione oczy.
- To przez te symbole, to chyba jakieś runy. Musisz przyznać, że coś jest z nimi na rzeczy. Wciąż nie wiem jak działają i dlaczego. Wiem jedynie, że w ich towarzystwie czuję się

14




bezpieczniejszy.
- Więc czemu nie weźmiesz ich do domu?
- A i owszem, miałem. Trzymałem je nad łóżkiem, ale im dłużej tutaj były to zdarzały się coraz dziwniejsze rzeczy. Miewaliśmy z żoną problemy z zasypianiem, w zasadzie po pewnym czasie w ogóle nie spaliśmy. Później przyszła niewiarygodna odporność na ból, raz niemalże odkroiłem sobie palca, bo dzieląc ciasto nie poczułem cięcia. Wszystko to brzmi jak niewiarygodny cud, nie?. Ale kiedy musiałem zostać na noc u rodziny w innej wsi... spałem trzy dni i przez ten czas miałem same koszmary. O tym lesie. Nie mogli mnie obudzić, lekarza wezwali. Według jego ekspertyzy rozmawiasz i pijesz z trupem. Drugiego dnia mojego snu zdiagnozowali śmierć mózgu. A trzeciego dnia, o ironio, zmartwychwstałem. Na szczęście szybko o tym ludzie zapomnieli, bo jeszcze by to za cud wzięli i do kościoła kazali chodzić, psia mać.
Adam był zszokowany, zaczynał bać się pobytu w tej wsi. Największym lękiem ogarniał go fakt, że musi spędzić tutaj noc. Cała ta historia wydawała się być wyssana z palca, ale przecież sam czuł co te symbole potrafią, a Władysław o wszystkim mówił

15




ze śmiertelną powagą.
- Nikt się nigdy tą sprawą nie zainteresował? – Adam upił łyk ledwo ciepłej herbaty, mocno przesłodzonej.
- Masz na myśli prasę, albo telewizję? Nie, nigdy. To jest mała wieś, do większego miasta mamy dobre sześćdziesiąt kilometrów, a ta główna droga to jakiś żart, z resztą mało śmieszny. Non stop to łatają, a i tak wygląda tylko trochę lepiej od polnej dróżki. U nas to sprawa jest prosta. Wszyscy wiedzą o lesie, nikt o nim nie mówi. Raz, czy dwa zdarzyli się tacy jak ty ale nieco głupsi, bo od razu tam poszli. Na szczęście każdy wrócił, lecz już nieco inny. Ten las zmienia ludzi, przywołuje ich do siebie, zmusza do pozostania na zawsze. Ale największy wpływ ma w zimę. Im bliżej świąt, tym bardziej. Dlaczego? Nie wiem. Ale wiem jedno. Ten kto już kiedyś do tego lasu wszedł, będzie o nim myślał już do końca. Z roku na rok coraz bardziej Bór będzie go wzywał do siebie, aż do skutku, albo szaleństwa. A teraz działa wyjątkowo silnie... czuję jak...
Władysław pobladł i momentalnie zmizerniał. Osunął się lekko z siedzenia i zawisł przechylony na barierkę krzesła.
Adam

16




spanikował. Potocki wyglądał, jakby dostał zawału. Zerwał się z krzesła i już miał biec budzić jego żonę, gdy ten złapał go bladą i wiotką ręką za nadgarstek.
- Nie budź jej. Zaraz mi przejdzie, lepiej posłuchaj. Pod komodą w moim pokoju jest skrzynka z notatkami i zdjęciami, jest zamknięta na klucz. Dam ci go, ale dopiero gdy będziesz wyjeżdżać. Żebyś źle o mnie nie myślał gdy ją otworzysz. Pokaż policji, komukolwiek, co tutaj się dzieję. Cykl nie może trwać dłużej, bo Oni dopełnią swego dzieła. Musisz to zapamiętać, cykl musi zostać przerwany... – Powiedział i jakby ożył na nowo, co wywołało zimny dreszcz na skórze Adama.
- Musze iść spać, bo jest bardzo późno, spać. – Powtórzył Potocki i wstał z krzesła. Uśmiechnięty pomachał Adamowi i wskazał na schody na piętro.
- Pokój na prawo jest twój, pokój. Tam masz już gotowe łóżko. Dobranoc, Adam, już gotowe. – Powiedział, po czym położył się obok żony w sypialni.
Adam przecierał oczy ze zdumienia, miał chęć uszczypnąć się i sprawdzić, czy aby nie zasnął. Ku jego zmartwieniu wszystko działo się naprawdę. Chciał

17




obudzić żonę Władka, ale ta spała jak zabita. Potocki podobnie. Adam postanowił się położyć, ale bynajmniej nie spać. Czuł, że tej nocy stanie się coś dziwnego. Szedł skrzypiącymi schodami na górę. Tańczący płomień świecy postawionej na stole machał do niego i jakby życzył powodzenia. Gdy wreszcie po ciemku wymacał włącznik światła, żarówka zatliła oświetlając poddasze. Było obskurne. Gołe dechy na podłodze, miejscami brudne i poplamione. Wąski korytarz pomalowany zieloną farbą prowadził do drzwi jedynego pokoju tego niewielkiego stryszku. Na środku pokoiku stało łóżko i z pominięciem rozbitego krzesła w rogu było jedynym meblem. Łóżko było wysłane zaledwie kocem i jedną poduszką której wilgotny zapach roznosił się po całym pokoju. Adam postanowił nawet nie ściągać butów. Najpierw podszedł i starając się jak najciszej, wyrwał nogę z resztek krzesła, po czym położył ją obok poduszki, a sam kładąc się na materacu i wzbijając tumany kurzu przykrył się kocem. Wysłuchiwał. Czas wydawał się spowolnić, zlać w jedną całość. Starał się pod żadnym pozorem nie zamykać oczu. Choć w domu było

18




ciepło, a sam w ubraniu leżał przykryty kocem, trząsł się z zimna. Lepkie macki strachu owijały mu całe ciało, miał wrażenie, że jest sparaliżowany. Cisza piszczała w uszach, oddech spowolnił. Słyszał swoje bicie serca. Bum-bum. Bum-bum. Nagle stało się coś, co na chwilę je zatrzymało. Usłyszał pukanie do drzwi domu. Cicho i krótko. Ten dźwięk zmroził krew Adama. Zacisnął silniej rękę na nodze krzesła. Nastała martwa cisza, lecz jedynie na chwilę bo jakby tuż za dachowym oknem rozległ się trzask łamanych gałęzi jesionu stojącego obok domu. Adam gwałtownie odwrócił głowę, aż chrupnęły kręgi. Spojrzał w stronę okna. Jedyne co ujrzał to mrok zimowej nocy, lecz czuł się niepewnie, jakby był obserwowany, a nieprzyjemny dreszcz niczym rój owadów pełzał po jego ciele. Jego serce waliło jak oszalałe. Palce zaciśnięte na jedynym źródle wątpliwego ukojenia jakim była spróchniała noga mebla zbielały. Przerażony leżał w bezruchu. Cisza, która nastała po raz drugi wydawała się być ostateczna I choć miała trwać do rana, Adam nie zmrużył oka do świtu.
Nad ranem z błogiego stanu pół snu, w który zapadł gdy

19




tylko blask słońca rozświetlił nieco pokój wyrwała go pani Halinka rozpaczliwie krzycząc.
- Panie Adamie! Panie Adamie! Niechże pan tutaj przyjdzie, szybko!
Adam ledwo żywy zerwał się z łóżka i pobiegł na dół. Żona Władysława klęczała przy otworzonych na oścież drzwiach wejściowych i płakała w złożone jak do modlitwy ręce.
- Jestem, co się stało? – Zapytał drżącym głosem spostrzegając, że wciąż trzyma swoją lagę.
- Władek zniknął. Przepadł! Nie ma go!

      Koniec rozdziału pierwszego.

     Rozdział II

     Schody przed drzwiami wejściowymi były zabłocone. Liczne, wychodzące zza bramy wjazdowej ślady biegły w kierunku drzwi i okna sypialni małżeństwa. Były świeże, woda po wczorajszej ulewie jeszcze nie zdążyła wsiąknąć w glebę. W umyśle Adama największy niepokój wzbudziły jednak ślady butów wyraźnie zaznaczone na tle błotnistych odcisków. Jako jedyne wydawały się zmierzać tylko w jednym kierunku. Na zewnątrz. Adam zszedł po brudnych schodach i przyjrzał się drzewu, które tej nocy o mało nie przyprawiło go o zawał. Gałąź grubości ludzkiej ręki leżała

20




częściowo zatopiona we wciąż miękkiej ziemi. Wokół niej ostro zarysowane było głębokie zagłębienie, jakby po czyimś upadku. Na pniu drzewa zauważył odrapania i błoto. Jego uwagę zwróciła niewielka część zielonkawej tkaniny przyczepiona do jednej z gałązek. Była poplamiona na czarno i w miejscu zabrudzenia sztywna. Nie wiele myśląc Adam schował ją do kieszeni kurtki i wrócił do domu.
Pani Potocka siedziała skulona na fotelu w salonie i trzymając w rękach krzyż zdjęty ze ściany cicho mamrotała. Kiedy Adam w geście uspokojenia położył jej dłoń na ramieniu, Halina odwróciła się w jego stronę. Była blada, po jej zmarszczonych policzkach spływały łzy, wędrując niczym woda w meandrach rzek. Obraz nędzy potęgowało jej spojrzenie. Nie było w nim rozpaczy. Wzrok Haliny był pusty. Podobnie jak w studni nie widać dna, tak w jej oczach Adam nie mógł dostrzec nic, poza swoim niewyraźnym odbiciem. Nie odezwał się. Jego ręka gładko osunęła się z ramienia i powędrowała do kieszeni kurtki. Nieświadomie zaczął obracać w palcach strzępek materiału, co podsunęło mu myśl. Kilka razy zbierał się do zabrania głosu. Każda

21




próba kończyła się jedynie na lekkim uchyleniu ust. Podszedł do sąsiedniego fotela i usiadł na jego skraju. Ręce wciąż trzymał w kieszeniach. Po dłużącej się w nieskończoność walce ze samym sobą przemówił.
- Czy Władysław wspominał Pani o skrzyni, do której miał dać mi klucz?
Jej odpowiedź sprawiła, że zbladł. Była chłodna, wbiła się w uszy Adama jak sopel lodu.
- Klucz wisi przy wejściu. Ten najmniejszy.
Adam wstał i starając się nie spoglądać za siebie udał się do drzwi frontowych. Klucz był niepozorny, niewiele większy od monety. Jednak zdawał się z gracją znosić ciężar tajemnicy, jakiej strzegł. Drzwi do pokoju Władka były uchylone. Wnętrze było niewielkie, przypominało raczej schowek na miotły. Mieściło się w nim biurko, krzeslo i niewielka komoda. Pochylił się i zajrzał pod mebel. Zakurzona skrzynka zamknięta była na kłódkę. Klucz z łatwością poradził sobie z jej otworzeniem, a dźwięk mechanizmu przywodził na myśl westchnienie ulgi. Wewnątrz były notatki i zdjęcia. Adam wyciągnął wszystko, usiadł na krześle i zaczął przeglądać. Pierwsza kartka, na jaką trafił wspominała o podróży

22




trzech mężczyzn do lasu.

      Dzięki tej wyprawie udało mi się ustalić nowe fakty. Szkoda Radka, ale..

      *

      - Jezu! Chłopaki, chyba złamałem nogę. - Radek wydzierał się, jakby mu za to płacili.
- Przecież nie może być aż tak źle. Krzywo stanąłeś, to teraz masz za swoje - odkrzyknąłem idąc z Samulem w jego stronę. - No i masz, chyba rozwaliłeś kolano. Spróbuj ruszyć. - Powiedziałem parząc na nienaturalnie umiejscowioną rzepkę kolegi.
- Nie mogę, boli jak diabli - mówił, a w jego oczach zbierały się łzy.
- Nie rycz, będzie dobrze - powiedział pokrzepiająco Samul i uśmiechnął się sztucznie. Dobrze wiedział, że nie będzie.
- Nie możemy tu siedzieć bezczynnie, postaraj się nie wykrzyczeć płuc, a my znajdziemy najszybszą drogę wyjścia z lasu i po ciebie wrócimy. Nie ma sensu tułać się z tobą w kółko - powiedziałem.
- Błagam, na Boga nie zostawiajcie mnie tutaj samego - łzy ciekły Radkowi strumieniami, plamiąc bawełnianą koszulkę.
- Musisz tu zostać, będziesz nas spowalniał.
Radek zamilkł, cicho łkając oparł głowę o konar drzewa i zamknął oczy. Trząsł się spazmatycznie. Ruszyliśmy

23




wzdłuż zarośniętej drogi, a Radek z każdą chwilą nikł pośród traw i kolejnych drzew. Jeszcze chwila, pomyślałem. Wybacz mi Radku, ale tak będzie lepiej. Z moich rozmyślań wybił mnie głos Samula.
- Dziwny ten las, jak Boga kocham. Na dworze żar leje się z nieba, a mi od kiedy weszliśmy do środka jest cholernie zimno. - Powiedział niemal szeptem. Kiedy na niego spojrzałem, zauważyłem, że widocznie kuli się w sobie.
- Faktycznie, jak na Syberii. - Powiedziałem i starłem krople potu z czoła.
- Śmiej się, śmiej. A mnie nie o to chodzi. W środku mnie taki chłód ogarnia, aż mam dreszcze.
- Uspokój się, zestresowałeś się nogą Radka i tyle. Las jak las, nic w nim dziwnego. - "Nic dziwnego", powtórzyłem w myślach i uśmiechnąłem się.
Nie uszliśmy nawet dwustu metrów, gdy dobiegł nas jego krzyk. Samul rzucił się biegiem. Ja podążając za nim wyrzuciłem w krzaki niepotrzebny już nóż.
To co działo się z Radkiem, było okropne. Drzewo, pod którym leżał zaczęło go pochłaniać. Brudne korzenie owijały się wokół jego ciała jak węże. Radek krzyczał panicznie, do tego stopnia, że zdarte gardło wydawało z siebie

24




pod koniec jedynie głuche charczenie. Korzenie zawinęły się wokół jego tułowia i nóg. Z chwili na chwilę zaciskając się coraz bardziej, aż wreszcie z pomiędzy nich drobnymi strumieniami zaczęła wylewać się gęsta, ciemna krew. Mimo tych kaźni, ofiara drzewa wciąż żyła. lecz nie na długo, jeden z korzeni owinął się wokół szyi zatkniętego w drewnianym kokonie robala i gwałtownym szarpnięciem zmiażdżył kręgosłup. Lepki trzask rozniósł się po lesie, a zawtórowały mu przerażające ryki dobiegające z gęstwiny. Nie czekając ani chwili dłużej, krzyknąłem do Samula, żeby uciekał. Nie musiałem powtarzać, gdy tylko odbiegliśmy wystarczająco daleko, żeby zgubić z pola widzenia miejsce rzeźni - za nami rozległy się liczne dźwięki łamanych gałęzi i tupot. Zdawać by się mogło, że gonił za nami cały tabun dzikiego zwierza. Jednak ja wiedziałem, że w tym lesie nie ma zwierzyny. Droga wyjścia była dziecinnie prosta. Byłem pewny, że drzewa rozstąpiły się przed nami tworząc ścieżkę.

     ...Było warto.

     Ostatnie słowa notatki wstrząsnęły Adamem. Nie mógł uwierzyć, że ten zabawny i nieco szalony staruszek,

25




którego poznał wczoraj wieczorem zostawił swojego przyjaciela na pastwę tego... lasu. Zimny dreszcz przebiegał po jego karku. Krople potu spływając z czoła zbierały się na czubku nosa i z wolna kapały na pożółkłą kartkę. W jego głowie kotłowały się setki myśli, na żadną z nich nie znał odpowiedzi. W najciemniejszym zakątku umysłu rodziło się pragnienie, którego Adam gdy tylko je spostrzegł, od razu chciał się pozbyć. Pragnienie poznania tajemnicy Żelaznego Boru. Dowiedzenie się, co tak fascynowało Władysława Potockiego, co walnie przyczyniło się do popełnionego przez niego morderstwa. Rzucił okiem na zdjęcia. Na każdym było to samo. Spaczony symbol, z najwyższym pietyzmem wyryty na bez mała każdym drzewie. W stosie zdjęć Adam dostrzegł jedno, które wydawało się wyróżniać na tle innych. W oddali, ukryty za drzewem stał człowiek. Był ledwo widoczny, ale na tyle, żeby spostrzec nienaturalnego kształtu głowę z której na wzór jelenia wyrastało poroże, choć nieco mniejsze. Adam przetarł oczy ze zdumienia. Schował zdjęcie i resztę notatek do torby Władysława leżącej w rogu pokoju, przerzucił ją sobie przez

26




ramię i wyszedł.
Krzyż leżał na stole. Pani Halina siedziała sztywno na fotelu i patrzyła w nicość. Nie była już blada, jej twarz zmieniła kolor na szary. Gdy usłyszała kroki Adama odwróciła się w jego stronę i powiedziała:
- Wezwali go do siebie, prawda?
Adam stanął jak wryty, w jego domysłach spokojna i małomówna żona Władka była ostatnią osobą, jaka może być wtajemniczona w zagadkę Boru.
- Jacy Oni? - Adam z trudnością wypowiadał następne słowa. Zdjął kurtkę i powiesił na oparciu krzesła. Otarł pot z czoła.
- Dzieci Lasu, tak mój były mąż zwykł mamrotać, gdy śniły mu się koszmary.
- Były...?
- Jeśli tam poszedł, to już nie żyje. - Pustka owładnęła jej spojrzeniem, słowa Haliny nie miały żadnego tonu.
Pod Adamem ugięły się nogi, ciężko opadł na stare krzesło, które zajęczało żałośnie.
- Myśli Pani, że nie ma dla niego ratunku?
- Albo stał się jednym z nich, albo został złożony w ofierze. No, proszę się już nie dziwić, wiem więcej niż się Panu wydaje. Za każdym razem, gdy Władek był poza domem czytałam jego notatki. Każdą jedną, niektóre kilka razy. Dla pewności.
- Czyli wie Pani,

27




że Władysław...
- Zabił swojego przyjaciela? Wiem. Ale proszę nie myśleć o Władku jak o potworze, wierzę, że robił to dla dobra nas wszystkich.
...Było warto...

     Ciąg dalszy nastąpi

28




Wyrazy: Znaki: