Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 173
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Żelazny bórikonka kopiowania

Autor: Adam Gabrysz twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Gardło Adama wypalił zbawienny, ciekły płomień, który wdzierając się do żołądka rozgrzał zmarznięte ciało. Za starą okiennicą mieszkania potępieńczo zawodził wiatr, targając z łatwością nagie, potężne dęby w każdą stronę, niczym kłosy zboża. Na dworze panował półmrok, słońce ustępowało miejsca swojemu nocnemu bratu. Mieszkanie państwa Potockich nosiło oczywiste znamiona poprzedniego ustroju; na podłodze wykładzina, gdzieniegdzie wypalona zapewne żarem z papierosów. Wiekowy Rubin na komodzie, a w nim „Awantura o Kasę” Porcelanowa lampa z pożółkłym kloszem i stare zdjęcie wysokiego pana z wąsem i niskiej, krępej kobiety w sukni, trzymającej dziecko w rękach.

     - Dziękuje za gościnę, ale będę zmuszony zaraz wyjść i poszukać noclegu, bo i tak dzisiaj nie wrócę do domu... – Powiedział Adam rozglądając się za kurtką.
- Niech pan zostanie na noc u nas, przecież mamy wolne łóżko, dobrze mówię, Halina? – Rzekł nieśpiesznie pan Władysław łypiąc jedynym zdrowym okiem na żonę, która zawołana wyrwała się na moment z wypełniania krzyżówki i jedynie mruknęła pod nosem odpowiedź, zapewne

1




pozytywną.
- I tak za dużo państwu zawdzięczam, nie będę sprawiał więcej problem... – nie dokończył, pan Potocki uniósł dłoń i stwierdził, że potrzebującym należy pomagać. Powiedziawszy to odpalił papierosa i polał następną kolejkę.
Deszcz pukał rytmicznie o szybę, na zewnątrz zapanowała noc – ulice Kosowa oświetlały szczątkowe lampy, po chodnikach płynęły z wolna stróżki wody. W oknach sąsiednich budynków paliły się różnokolorowe lampki i gwiazdki. Drzewa świeciły się bielą, czerwienią, jedne migotały – na innych na wzór wodospadu światło zdawało się opadać w dół. Władysław wyciągnął rękę z paczką Marlboro ku Adamowi, ten uśmiechając się pod nosem wziął papierosa i odpalił. Butelka wódki stojąca na środku drewnianego stolika była w połowie opróżniona. Pani Halina bez słowa wstała, nieznacznie kiwnęła głową i udała się do sypialni.
- Że też wam się trafiło, zepsuty samochód po środku niczego. Dobrze, że akurat wracaliśmy z zakupów, bo byście tam zamarzli. – Władysław odchrząknął i wypił zawartość swojego kieliszka. – Czemu wybraliście tę drogę, czyżby główną

2




znowu remontowali?
- Nie, wypadek był. Tam gdzie trasa koło lasu prowadzi. Ponoć sarna wybiegła komuś przed koła, a że zima trwa w najlepsze, to wpadł w poślizg i przypieprzył w barierki. A mnie się spieszyło, teraz pluję sobie w brodę. Mogłem zaczekać, a nie pchać się tym rzęchem na bezdroża. – Tym razem Adam polał kolejkę.
- Miejmy nadzieję, że to była tylko sarna – Zamamrotał cicho pan Potocki i momentalnie poczerwieniał, sapnął jakby miał zamiar ugryźć się w język.
- Dlaczego miejmy nadzieję?
Władysław Potocki spojrzał Adamowi głęboko w oczy, po chwili wychylił się w krześle i upewnił, że Halina śpi. Zza okna dobiegł głuchy grzmot pioruna, a błysk światła wypełnił na ułamek sekundy cały pokój. Gospodarz nie bacząc na pełny kieliszek gościa wypił swój, napełnił i znów wypił. Głęboko zaciągnął się papierosem, dym wypuścił pod stół. Przez moment panowała martwa cisza, szarpana jedynie ciężkim oddechem Władysława i okazjonalnym chrapaniem jego żony. Na podwórzu znów rozległ się dudniący grom. Wiatr wył i huczał, zrobiło się jakby chłodniej.

     - Ojciec, o ten, który jest na tym zdjęciu

3




opowiadał mi dawno temu o tym zagajniku. Kiedyś, gdy zagajnik był jeszcze pełnoprawnym lasem, a mój świętej pamięci tatko młodym mężczyzną, zarząd gminy postanowił ściąć nieco drzew, bo zwierzęta zbyt blisko wsi podchodziły, plony niszczyły, zdarzyło się nawet, że wilki zagryzły kilka krów. Nadleśnictwo wyraziło zgodę, więc przystąpiono do prac. Z początku szło gładko, ojciec pracował w tartaku, więc miał pomóc przy wyrębie. Planowano przesunięcie linii lasu o sto pięćdziesiąt metrów w głąb boru. Udało się o jakieś sześćdziesiąt. Z relacji taty w pewnym momencie topory nagle zaczęły się łamać po jednym uderzeniu w drzewo, piły się tępiły i wyginały. Próbowano nawet traktorem łamać te liche, zdawać by się mogło, sosny. Liny i łańcuchy pękały. Drzewom nie działo się absolutnie nic. Prace wstrzymano. Nadleśnictwo zadecydowało o zaprzestaniu prac, pod pretekstem zapewnienia bezpiecznej odległości od ludzkich osad. Takiego wała! Dziki dalej ryły w polach, a wilki zagryzały zwierzęta. Ale tak czy inaczej wyrąb się skończył, a sprawa na kilka lat poszła w zapomnienie. Aż do bożego narodzenia w roku

4




1919. Dokładnie sto lat temu w Żelaznym Borze, bo tak zwykliśmy go nazywać, w dzień bożego narodzenia stało się coś... niewyjaśnionego. – Przerwał na moment, wskazał na puste kieliszki. Adam nie protestował, opowieść pana Władysława zaciekawiła go, choć był wobec niej sceptyczny, nie zwykł dawać wiary chłopskim bajędom. Gdy przezroczysty trunek napełnił oba naczynia, a zapalone papierosy znów zatliły się w rękach rozmówców, Władek kontynuował.

     - Gdy ojciec wracał z pracy zobaczył w Żelaznym Borze jakieś światła. Jedne stały nieruchomo, drugie krążyły chaotycznie. Wystraszył się, bo już wtedy mówiono, aby dla własnego zdrowia nie wchodzić w las. A jeśli już się musi, to nie samemu – zaczęli tak gadać gdy stary Malicki, sąsiad ojca wybrał się tam kilka dni po zakończeniu wyrębu, ponoć zapomniał swojej siekiery. Na dwa dni zniknął! Stara Malicka już akcję poszukiwawczą zwoływała, gdy wieczorem Piotr stanął w drzwiach domu. Powiadał mój tatko, że jak go zobaczyli to Malicka zemdlała, a jeden z sąsiadów pobladł i zwymiotował na dywan. Panie kochany, toż on jak diabeł wyglądał – włosy

5




rozczochrane, brudny i śmierdzący jak siedem nieszczęść, do tego te bruzdy na ramionach, tatko myślał że jaki wilk go dopadł i poranił, ale nie – on sam sobie to zrobił! Wydrapał paznokciami skórę do gołych mięśni, płaszcz to aż sztywny od krwi. Ale to nie było najgorsze – jedno oko sobie wyłupił a w drugim miał taki szaleńczy wzrok, że nie szło w nie spojrzeć. Zmarł tego samego dnia, gdzieś o północy. Powiesił się na pasku od spodni. Ale zanim to zrobił, bredził i płakał. Krzyczał żeby przestały grać bębny, że światła rażą go w oczy. Po tym incydencie nikt nie odważył się wejść do Żelaznego Boru, a sprawa przetrwała tylko dzięki plotkom i opowieścią. Ojciec nie odważył się wtedy wejść do lasu i chwała mu za to, bo zapewne by nie wrócił. Adam, pijemy razem – to powiem ci jak się sprawy mają. Nie wracaj do samochodu ani dzisiaj, ani jutro. Bo jutro jest boże narodzenie, nie zbliżaj się do tego przeklętego lasu. Przeczekaj, za kilka dni rytuał się skończy...
- Jaki znowu rytuał? – Adam nie wiedział co myśleć. Prawdopodobnie staruszek bredzi, albo mocno koloryzuje, jak to na stare lata się zdarza.

6




Ale opowieść Władysława była zbyt dokładna i szczegółowa jak na wymyśloną historię, żeby postraszyć przyjezdnych.
- Zaczekaj chwilę...- Władek wstał i na paluszkach wyszedł z kuchni. Przez dłużącą się w nieskończoność chwilę słychać było tylko jego astmatyczne sapanie i zgrzyt zawiasów otwieranej szafy. Po kilku minutach Władek stanął w drzwiach od kuchni i nakazał ruchem dłoni wstać Adamowi. Gość wstał jednak nieco za szybko i zatoczył się z lekka. Gdy wróciła mu równowaga, poszedł za oddalającym się gospodarzem. Dom z zewnątrz wydawał się być większy, wewnątrz poprzez dużą ilość ścian i korytarzy przywodzących na myśl labirynt, miejsca było niewiele. Pan Potocki stał w korytarzu prowadzącym do wyjścia, przez ramię przewieszone miał dwa płaszczy przeciwdeszczowe i klucz w ręce.
- Załóż, na dworze leje jak z cebra. – Rzekł Władysław i podał płaszcz Adamowi.
Po chwili wyszli z domu wprost na ulewę, Adam nie przypominał sobie kiedy ostatnio tak bardzo padało. Obeszli dom dookoła i udali się ścieżką ku starej szopie. Błoto radośnie chlupało pod nogami, deszcz uporczywie wciskał się w oczy i

7




zalewał twarze. Oczom Adama ukazała się drewniana szopa, która w porównaniu do domu wydawała się być malutka. Władysław wyjął z kieszeni klucz, wsadził go w zamek i przekręcił. Mimo bycia kompletnie zardzewiałym, nie miał z tym większego problemu. Gospodarz otworzył drzwi szopy i prędko wszedł do środka, Adam nie czekając na zaproszenie wbiegł zaraz za nim. Po sędziwym i lekko świrniętym staruszku spodziewał się zobaczyć wiele, ale to co ujrzał w zabitej dechami komórce przeszło jego wszelkie oczekiwania.
Pierwszym, co poczuł był zapach stęchlizny i zbutwiałego drewna. Macki mroku rozgoniła niewielka żarówka wisząca na ścianie. Dawała słabe światło, lecz wystarczające by Adam mógł zobaczyć dziesiątki fotografii, setki notatek i kilka patyków wiszących nad biurkiem. Na pierwszy rzut oka zdjęcia były monotonne, na znacznej części z nich były drzewa, kamienie i wreszcie osobliwe patyki. Władek stał w milczeniu wpatrując się w widok zza okna, patrzył na tańczące chaotyczny taniec drzewa, na impulsywne drgania kęp wysokiej trawy, rosnącej wzdłuż drogi. Wydawać by się mogło, że na ten krótki, nieznaczący

8




absolutnie nic moment zatracił się w pieśni nocnego wiatru. Adam poczuł to również, nieznane mu dotychczas uczucie zawładnęło nim do reszty. Czuł euforię i narastający spokój. Bulgocząca irytacja na zepsuty samochód, na siąpiący i zimny jak sopel lodu deszcz, wreszcie na tragikomizm całej sytuacji – uleciała ku odległym gwiazdom, zostawiając go w tyle.
Władek obrócił się w stronę Adama, wejrzał głęboko w jego uczy i uśmiechnął się nieznacznie.
- Teraz jesteśmy bezpieczni. – powiedział.
- Czuję się nieco... – zaczął wolno Adam zapatrzony w burzę za oknem.
- Dziwnie, to chcieliście powiedzieć?
Adam nie odpowiedział, uczucie silnego uspokojenia, jakby po zażyciu sporej ilości leków z wolna traciło na sile. Huk wiatru i skrzypienie żerdzi przestały być duchowym doznaniem, stały się znów tylko zjawiskami, ciągiem przyczynowo skutkowym, który nie wzbudzał już emocji.
- Co to było? Przez moment wydawało mi się, że śnię. – Zapytał Adam spoglądając nieufnie na gospodarza. Jego oczy straciły koci blask, znów stały się tylko oczami starca.
- Nie pytaj. Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Ale najpierw spójrz na te

9




fotografię – przed oczami Adama ukazało się z pozoru normalne drzewo, lecz niewyjaśnione uczucie, lub intuicja nie pozwalała pozostać tylko na pobieżnym spojrzeniu. Drzewo było stare, kora mocno popękana. Najbardziej osobliwa była jednak rycina, dosłowny drzeworyt na jego powierzchni. Przedstawiała jedynie bliżej nieokreślone, symetryczne figury ułożone w kręgu. Wewnątrz niego wyryty był niepokojący symbol, jakby równoboczny trójkąt przekreślony w pionie.
- Nie umiem rozszyfrować tego symbolu, ale spójrz na inne zdjęcia. Na każdym z nich, czy to kamieniu czy drzewie widnieje dokładnie to samo. Te wszystkie zdjęcia zrobiłem, gdy dziesięć lat temu zaczęły nawiedzać mnie dziwne sny. Nie umiem ich opisać, wielu z nich pewnie nie pamiętam. Wybrałem się wtedy razem z sąsiadami do tego zapomnianego przez Boga zagajnika. Coś po prostu kazało mi tam iść, nie zrozumiesz. Gdy wróciłem, strasznie bolały mnie oczy. Wtedy właśnie straciłem w jednym wzrok. Samul, ten który wtedy poszedł ze mną dostał wylewu i trafił do szpitala. Do dzisiaj sepleni i nie potrafi normalnie gadać. Janek za to jest zdrowy, tylko nie je nic poza mięsem,

10




wszystko inne go obrzydza. Nie wiem co za tym stoi. Ale ty pewnie dalej mi nie wierzysz, co, Adam?
- Skąd to wiesz? – Adam autentycznie się zdziwił, mimo że Władek miał rację, to z wrodzonej kultury starał się chociaż udawać zainteresowanego.
- Widzę to w twoich oczach. Nie musisz mi wierzyć, ale zabrałem cię tutaj tylko z jednego powodu. Chcę abyś te dwa dni został tutaj, tylko tyle.

11




Wyrazy: Znaki: