Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 39
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Przeklęte klapkiikonka kopiowania

Autor: Korkondo twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Przeklęte klapki
Mam taką umiejętność, albo może i to jest przypadłość, choroba albo dar, że zawsze, poza naprawdę sporadycznymi przypadkami, budzę się gotowy do wstania o godzinie 10:30, tak też było tym razem. Owszem, zdarza mi się wstawać o innych porach, ale zwykle połączenie sumienia i przemożnej, chociaż często kwestionowanej chęci bogacenia się i pogoni za pieniądzem nie pozwala mi dłużej cieszyć się leżeniem, jeśli jednak zdarza mi się wstawać wcześniej, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można obstawiać, o ile któryś bukmacher wystartowałby z takimi zakładami, że jestem zatrudniony w miejscu, w którym muszę, chociaż podobno nigdy nic się nie musi robić i zawsze jest wybór, pojawić się w tymże miejscu o porze wcześniejszej niż 10:30, a im wcześniejszej tym gorzej dla mnie, i tu z równie dużą dozą prawdopodobieństwa można obstawiać, że moja kariera w tym miejscu nie potrwa dłużej niż 3 miesiące. Pomijając te niepotrzebne nikomu dywagacje na temat pór wstawania, tego dnia jak zawsze cieplutką, jak zawsze przytulną i równie ukochaną przeze mnie kołdrę opuściłem o wspomnianej godzinie 10:30, mocno

1




motywowany pełnym pęcherzem i potrzebą rzucenia świata na kolana, po uprzednim zdobyciu go i spoliczkowaniu, ale przede wszystkim wysikaniu się.
Wspomnienia wczorajszego dnia starały się zawładnąć moją głową, postawić pytania, zwłaszcza jedno, czy aby wszystko to było realne, prawdziwe, i czy rzeczywiście się wydarzyło, szybko jednak zostały przepędzone, mówiąc delikatnie, właściwie to zmiażdżone i zmaltretowane przez uczucie błogości jakiego doświadcza się podczas opróżniania pełnego do granic możliwości pęcherza, mówiąc podczas tego chwalebnego procesu „aaaah”, ewentualnie „uuuuuuf”. I tak wraz z ciepłym, jeszcze parującym moczem, bo u mnie w domu, w poniemieckich ścianach z prawdziwego kamienia rano zawsze jest chłodno, uleciały wspomnienia dnia wczorajszego, ale emocje z nimi związane zostały, okazało się, że siedziały głębiej i ładne gniazdko sobie tam wymościły, bo nie było im spieszno żeby się stamtąd wynieść w cholerę. Względnie szybko jak na siebie kapnąłem się, że tych emocji nie mogę tak łatwo wysikać jak wspomnień, byłem zmuszony skorzystać z innej taktyki, mianowicie taktyki „ognia

2




zasypowego” – tak sobie ją nazwałem, bo tą właśnie nazwę uznałem za super nazwę, trzeba tutaj powiedzieć, że miałem wtedy 15 lat i nie można było mnie nazwać ekspertem w wymyślaniu odpowiednich nazw, a taktyka polegała na zasypywaniu emocji takim natłokiem innych rzeczy, głównie bieżących zmartwień, tych zawsze mam pod dostatkiem, erotycznych fantazji i fantazji nieerotycznych, że na jakiś czas tych emocji jakby nie było, oczywiście do czasu aż się same nie odkopały i o sobie nie przypomniały ze zdwojoną siłą, jak to zwykle bywa z takimi emocjami, a i taktyka nie polegała przecież na zamordowaniu ich, bo w końcu niezwykle interesujących rzeczy mi naopowiadał ten Marcel, poznany wczoraj kawaler i chciałem sobie to wszystko przemyśleć i jakoś się odnieść, ale niekoniecznie robić to już teraz, natychmiast, bo dzisiaj chciałem myśleć jak najmniej.
Babcia, z którą od zawsze, przynajmniej dla mnie to było zawsze, od kiedy tylko miałem swój pokój, czyli od 7 roku mojego życia, dzieliliśmy wspólną ścianę i drzwi, spała teraz lekko i pochrapywała, i jeszcze wiele trosk dzieliliśmy, nienawiść do niektórych ludzi też

3




dzieliliśmy, niestety głównie do samych siebie, bo w końcu mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach tyle lat, a trzeba Wam wiedzieć, że ani solidna poniemiecka ściana, ani też znacznie później zamontowane drzwi nie były dźwiękoszczelne, praktycznie wszystkie dźwięki jakie wydawaliśmy, od sapania i pierdzenia, przez rozmowy po krzyki, słyszeliśmy bardzo dokładnie, co było przyczyną powstawania wielu śmiesznych historyjek, niestety także niezliczonej ilości przykrych i upokarzających doświadczeń, dla obu stron tego ciągnącego się w nieskończoność współżycia, choć trafniej byłoby powiedzieć konfliktu, ewentualnie zimnej wojny.
Rasowa letnia pogoda, której nie mógłbym zarzucić niczego nawet jeśli bym się bardzo starał ciągnęła do wyjścia, do opuszczenia mojego zawsze ciemnego pokoju i pozostało mi jedynie znaleźć jakiś cel dla pobytu na dworze, czy jak to się ładnie w Krakowie mówi, na polu, co będzie tym bardziej właściwe, że pod domem mam kilka pól, takich z końmi i krowami.
Już byłem prawie na wyjściu z domu, celu wyjścia wciąż nie znałem, postanowiłem po prostu opuścić dom, a celem zająć się później,

4




podobno nie cel jest ważny a sama podróż, takie zdanie mi się przypomniało i bardzo mi przypasowało do tej sytuacji, moją uwagę przyciągnął jednak głos lektora telewizyjnego dochodzący z pokoju babki, która zdążyła się obudzić i zanim wstała, jednym kliknięciem małego przycisku uruchomiła źródło swojej całej wiedzy, rodziciela wszystkich idei, tych wzniosłych i tych podłych, opinii na wszystkie możliwe tematy i jeszcze praktycznie jedynej rozrywki, ale też i nerwów, a jakże często wręcz frustracji szybko przeradzającej się w nienawiść. Któraś z tzw. stacji dokumentalnych, emitowała program przedstawiający ranking najskuteczniejszych „machin wojennych ostatniej dekady” - tak je nazwę z braku lepszego słowa, z militariami jestem mocno na bakier. Lektor był akurat przy opisywaniu miejsca siódmego, mianowicie jakiegoś tam czołgu autorstwa inżynierów amerykańskich, który to czołg wyposażony był w nowoczesne systemy celowania i naprowadzania pocisków i bez większego problemu trafiał w cele wielkości małego samochodu osobowego oddalone o kilkaset metrów, mówimy tu raczej o 800 metrach, nie o 200, nawet jeśli nie było ich

5




bezpośrednio widać, a stały sobie spokojnie na przykład za pobliską skarpą, do tego karabiny maszynowe strzelające miliardami pocisków, strzelały szybciej jeszcze niż komar macha swoimi malutkimi skrzydełkami, co więcej – i tu najlepsze - seria wystrzelona w człowieka rozrywała go na strzępy mniejsze od ludzkiego paznokcia, ku uciesze broniących – bo to przecież była maszyna służąca obronie, o czym lektor wspominał niezwykle często jak na tak krótki opis, z kolei na ten karabin nieco mniej cieszyli się pewnie atakujący, ale także właściciele domów pogrzebowych, bo jak tu zapłacić za pogrzeb kogoś, z kogo praktycznie niż nie zostało?
Wspomniany czołg zajmował miejsce 7 na 10, czyli nie był nawet w połowie stawki, aż bałem się pomyśleć jakie skuteczniejsze machiny obronne człowiek zdołał skonstruować, wszystko oczywiście z prawych pobudek, chęci utrzymania pokoju i zatrzymania potencjalnych złych najeźdźców, trochę mnie też kusiło żeby jednak się tego dowiedzieć, być może przyjdzie mi się kiedyś bronić przed oprawcami, czy to ze wschodu czy z zachodu i może taka wiedza się wtedy przyda, niestety jak wspominałem

6




program nadawali w telewizji, także po czołgu przyszedł czas na reklamy, a dzisiaj przecież jest ich tyle samo co i nie reklam, w tym pomiocie szatańskim, telewizorze. Nie było mi więc dane poznanie reszty arcyciekawych maszyn, samolotów, łodzi, wyrzutni rakiet, dział samobieżnych, amfibii, skuterów śnieżnych czy czego tam jeszcze, wszystko oczywiście stworzone w celu zachowania pokoju, zamiast tego usłyszałem pytania zadawane przez flegmatycznego aktora reklamowego - „czy często czujesz się ospały?”, „a może zdarza się, że boli cię głowa?”, które zmotywowały mnie do szybkiego opuszczenia pokoju, jeszcze by się przecież okazało, że trafił w sedno, i że nie pozostało mi nic innego od walki z bólem głowy, bolącymi mięśniami, uczuciem niewyspania, zatwardzenia, czy ze wzdęciami, muszę wejść w posiadania ton suplementów diety skuteczniejszy nawet od cholernej ambrozji.
Schodząc po schodach spotkałem jeszcze sąsiada z dołu, Pana Heńka, od zawsze nazywaliśmy go tak z rodzicami i chociaż Pan Heniek miał oczywiście nazwisko, i tak zawsze był dla nas Panem Heńkiem, dla babki z kolei, zależnie od nastroju, zdarzało mu się

7




bywać „Heniusiem”, choć znacznie częściej po prostu „tym chytrym skurwysynem z dołu”. Wymieniliśmy sympatyczne dzień dobry, dorzuciliśmy po uśmiechu i poszliśmy zajmować się swoimi sprawami, tak wyglądały wszystkie nasze rozmowy i spotkania podczas 25 lat wspólnego sąsiadowania, rzecz jasna pomijając lata, w których byłem zbyt mały żeby mówić i tych kilka incydentów, w których Pan Heniek przyłapał mnie podczas któregoś z nikczemnych uczynków popełnianych przez nie tak znowu często, choć mimo tego systematycznie, na przykład rozbicia szyby w szopie piłką, rzucania korsarzy pod jego oknami albo masturbowania się we wspólnej piwnicy…Chociaż na tym ostatnim chyba jednak nigdy mnie nie przyłapał.
Wyszedłem z domu, postałem chwile przy drzwiach w celu dosłuchania do końca melodyjnego pogwizdywania Pana Heńka, naprawdę nieźle mu to wychodziło, chociaż nie miałem pojęcia co tam sobie gwizdał i czy w ogóle taka melodia istniała wcześniej, czy może istniała dopiero kilkanaście sekund, bo wymyślił ją sobie na poczekaniu, kompozytor melodii był z niego nie z pierwszej łapanki. Wyszedłem w niebieskich klapkach Fila –

8




oficjalnie własności ojca - reklama wypłoszyła mnie tak skutecznie, że zapomniałem ubrać butów, tak naprawdę to nawet mi na rękę, mógłbym całe życie przechodzić w klapkach, japonkach albo jeszcze lepiej boso, nieco gorzej sprawy miały się w zimie, gdybym tak zdecydował się całą zimę zapierniczać w klapkach, prawdopodobnie byłaby to ostatnia zima spędzona wspólnie z moimi hobbicimi stopami, resztę zim, ale i innych pór roku też, spędzalibyśmy osobno. Szczęście mi dopisywało - babka nie widziała mnie wychodzącego na dwór w klapkach, nie przepuściłaby na pewno doskonałej okazji do wytknięcia mi bezdennej głupoty, dawniej w takich sytuacjach pytałem „ale dlaczego nie można wyjść na dwór, do tego w lecie, podczas upalnego dnia, w klapkach!?”, dawno przestałem się jednak bawić w Don Kichota, dlatego, że nie ważne co by się działo, babka szybko te moja próby nawiązania merytorycznej dysputy gasiła słowami: „klapki są do chodzenia w domu, a na dwór zakłada się buty, co ty głupi jesteś?”, ewentualnie „ależ ty jesteś głupi”, kwitowała te prawdy filozoficzne machnięciem ręki i lekko kręciła głową z wyrazem

9




politowania i beznadziei, z ciebie to nic nie będzie, tak sobie wtedy myślała, a przynajmniej ja myślałem, że ona tak myśli, tak czy inaczej wychodząc w klapkach na dwór wciąż nie czułem się w pełni swobodnie, mówię tu o swobodzie psychicznej, bo swobodę fizyczną czułem jak najbardziej, zaistnienie tych dwóch sprzeczności uważałem za kompletną durnotę, której jednak nie mogłem się pozbyć, wygonić ze swojego jestestwa, skazać na dożywotnią banicję, babka chyba jednak miała rację, mogłem założyć buty to czułbym się swobodnie, ale ja głupi jestem.
Te cholerne klapki przywołały wiele wspomnień, przez nie nie stoję już przed drzwiami swojego kochanego domu, w końcu nigdzie nie jest tak dobrze jak w domu i wiele prawdy jest w tym powiedzeniu, chociaż jeśli u kogoś w domu nie było kolorowo, to to powiedzenie raczej wydaje mu się groteskowe, to dopiero czarny humor, myśli sobie bite dziecko, nie ma to jak w domu! Stoję jednak teraz w kościele, mam 8 lat i jestem ministrantem, dzięki bogu nie mam już na sobie klapków, stoję razem z resztą ministrantów jakby bokiem do wszystkich, ale też przodem do ołtarza, dopiero teraz

10




zauważam, że w kościele wszyscy stoją przodem do ołtarza, chociaż nie wszyscy w ten sam sposób, a byłem tam przecież tyle razy, setki godzin gapienia się to na księdza, to na ludzi, to na czarne trapery z wełnianą podszewką wiązane na metalowe zaczepy, czyli buty które właśnie mam na sobie, w sufit też zdarzało mi się patrzeć nie mało, uzbierało by się tego pewnie kilkanaście godzin. Po ilości ludzi i podniosłej atmosferze wnioskuję, że nie jest to pierwsza lepsza msza niedzielna, których w ciągu roku jest chyba z 50, to zdecydowanie grubszy kaliber, muszą być jakieś święta albo nawet Święta, żeby tylko nie wielki piątek albo sobota, myśli sobie 8 letni ja, bo wtedy cała ta maskarada będzie ciągnęła się w nieskończoność, oczywiście 8 letni ja nie zna słowa maskarada, dla niego to wciąż jest Msza Święta. Dźwięki organów zaskakują moje nieprzygotowane uszy, ale szybko rozpoznaję w nich znajomą melodię, mam 8 lat i jeszcze nie zdaję sobie sprawy z tego, że naszemu wioskowemu organiście daleko do wirtuoza, ale nie jest też znowu kompletnym łajdakiem, od czasu do czasu zdarza mu się zagrać coś bez fałszu, po kilku

11




taktach niektórzy ludzie się przyłączają, wyją na całe gardła PRZYBIERZELI DO BETLEJEM!, ale takich jest nie wielu, liczebnie przewyższają ich ci śpiewający ciszej, bardziej wstydliwie, ja też do nich należę, jest też pokaźna grupa udawaczy poruszających delikatnie ustami w ramach alibi, oprócz nich garstka wcale nie śpiewających i nawet nie udających, ci z kolei wykładają kawę na ławę, ich twarze mówią śmiało „i co z tego, że nie śpiewam, to wszystko to farsa!”, jednak tam stoją i trochę biorą w tym udział, w końcu mają nie więcej niż kilkanaście lat, ale to i tak nie ma większego znaczenia, bo donośny baryton księdza i wrzaski tych kilku fanatycznych katolików, w szczególności piekarza z ostatniej ławki, zagłuszają i dominują nad całą resztą, chyba się tak celowo z księdzem ustawili na dwóch przeciwnych końcach.
Ku uciesze znacznej większości zebranych Przybierzeli do Betlejem dobiega końca, można na chwilę posadzić dupę na twardej i niewygodnej ławce, chociaż jest dzisiaj taki tłok, że jednak nie wszyscy mogą, właściwie tylko najgorliwsi i najwytrwalsi, ci co przyszli 45 minut przed pasterką, wzorowi

12




wierni, ulubieńcy pana boga i ci, którym śmierć zagląda już przez ramię, średnia wieku 75, chyba że jest się ministrantem, wtedy siada się na całkiem wygodnej ławce z poduszkami, o księdzu nie wspomnę, namaszczony proboszcz Stefan siedzi przecież na tronie pozłacanym pseudo złotem i najdelikatniejszą na świecie, znacznie bardziej miękką od naszych podusią, jego święte dupsko nie zniosłoby przecież niczego innego. Jakiż on musi mieć sedes na tej swojej plebanii, mistycznym miejscu, które od wewnątrz widziało jedynie kilku najwierniejszych wybrańców oświeconego, myślałem sobie na ten temat niejednokrotnie i to nie raz podczas wlekących się niemiłosiernie nabożeństw, w których udział brałem wręcz hurtowo, jak na wzorowego ministranta przystało.
Okazuje się, że jeden z najstarszych ministrantów, właściwie to już bardzo dystyngowany i poważny lektor lat 13, sunie w swojej białej albie w stronę czekającej już na niego świętej księgi, był to niestety względny początek mszy, chyba po drugiej piosence, dokładnie już nie pamiętam, w każdym razie nie są to dla mnie dobre wieści, dlatego że jako 8 letni chłopiec, na co

13




dzień uczęszczający do 2 klasy Szkoły Podstawowej im. Władysława Stanisława Reymonta w Ścięgnach, rzadko kiedy chodzę spać później niż o godzinie 21, choć tak wiele razy się staram, praktycznie nigdy nie zdarza mi się wytrzymać dłużej niż do godziny 22:30, to jest końca wtorkowego i środowego meczu ligi mistrzów, pomimo tak wzniosłej atmosfery i piastowanego przeze mnie stanowiska ministranta Z KOŁNIERZYKIEM, nie jakiegoś cholernego świeżaka w samej komeżce, głowa mimowolnie opada mi na pierś i przysypiam, jest w końcu chwilę po północy, i tak długo udało mi się wytrzymać, chwilę próbuję jeszcze walczyć i utrzymać ołowianą głowę w pionie, po raz kolejny przegrywam jednak walkę z bezwzględną naturą, ostatnie co widzę to śmiech na twarzach kilku szkolnych kolegów, których matki zaciągnęły na siłę do pierwszych ławek, i którym akurat udało się zobaczyć przysypiającego kolegę ministranta.
Podnoszę głowę, ale to musi mi się śnić, chociaż posiadanie takiej wiedzy podczas snów należy do rzadkości, nie jestem już w kościele, nie sądziłem, że kiedyś będę za nim tęsknił, ale tak właśnie się dzieje,

14




bo jestem oto w pracy w Holandii, dzisiaj Niderlandy, mam 21 lat i pakuje truskawki w plastikowych opakowaniach do kartonów. Brzmi dość banalnie, ale wcale banalne nie jest, a przynajmniej nie dla mnie i dla nikogo normalnego również nie powinno, truskawki w przezroczystych opakowaniach z gównianego plastiku po 500gram jedno, stoją takie na półkach polskich sklepów, teraz poruszają się na taśmie sunącej w zastraszającym tempie, do którego to tempa muszę dostosować swoje tempo ściągania truskawek z taśmy i pakowania ich do wspomnianych kartonów, inaczej spiętrzą się na końcu taśmy, i zanim zdążę się obejrzeć pospadają na podłogę, co jest zbrodnią niedopuszczalną, która natychmiast ściągnie uwagę tzw. „kierowników zmiany”, którzy nie wiedzieć czemu się tak nazywają, skoro powinni nazywać się KAPO, a wtedy już mój los będzie przesądzony, w najlepszym wypadku wyrzucą mnie z tej pracy marzeń na zbity pysk, o ile nie zamordują na miejscu, ewentualnie będą tak taktowni i zaproszą mnie na zaplecze, gdzie zakończą mój żałosny żywot beznadziejnego pracownika strzałem w tył głowy, nie zarobię obiecanych milionów, nie

15




wrócę z emigracji z wypchanymi kieszeniami, bo mi się na koncie walutowym wszystko nie zmieściło, nie wybuduję domu, o nabyciu działki nie wspominając, nie będę mógł sobie pozwolić na założenie rodziny, nie kupię cholernego auta, a przecież po to tam pojechałem, a co jeszcze gorsze, jakiś biedny, bogu ducha winny Niemiec nie kupi jutro truskawek w Aldi markecie, jego dieta pójdzie w cholerę, a to wszystko przez to, że jakiś gamoniowaty Polak nie nadążył ściągać truskawek z taśmy i pakować ich do kartonu na czas!
Chętnie porozmyślałbym nad tym – nad Aldi marketami, nad marzeniami o domu i własnym ogródku, byle nie było w nim truskawek, nawet nad bogu ducha winnym Niemcem – truskawki suną jednak nieubłaganie po taśmie w tempie, które nie pozwala na myślenie, nie pozwala na chwilę refleksji, nie pozwala nawet na szybki uśmiech do stojącego przy taśmie naprzeciwko Artura – mojego towarzysza niedoli, którego nawet nie zdążyłem poznać – pozwala jedynie na pakowanie, które w normalnych warunkach byłoby bardzo monotonne, okazuje się jednak, że nie sposób powiedzieć o czymś dziejącym się tak szybko, jak o czymś

16




monotonnym.
I kiedy już ręce zaczynają się buntować, kiedy zaczynają odmawiać posłuszeństwa, moje tempo słabnie i lada moment pierwsze plastikowe pudełko truskawek spadnie z taśmy, wywołując reakcję łańcuchową, równoznaczną z końcem mojej jakże burzliwej, niestety równie krótkiej kariery w tym holenderskim raju pracowniczym, niedoszłym źródle mojej zamożności. Tak się jednak nie dzieje, ku mojemu zaskoczeniu taśma zatrzymuje, może więc kto inny nie nadążył? Może będę teraz świadkiem odprowadzania Marcina z Bytowa albo Ewy z Łańcuta na zaplecze przez jednego z kapo, mój spanikowany umysł podsuwa mi obrazy rodem z obozów koncentracyjnych, albo może z łagrów, tak się jednak nie dzieje i nie bardzo wiem czy powinienem się cieszyć czy smucić, szczęśliwie dla moich rozterek na żadną ze wspomnianych reakcji nie mam czasu, bo zatrzymanie taśmy bynajmniej nie oznacza przerwy, nie można wyjść na papierosa, nie można otrzeć spoconego czoła, nie można też podrapać się po tyłku, podłubać w nosie czy dokonać samogwałtu za zamkniętymi drzwiami śmierdzącego środkami czyszczącymi kibla pod pretekstem zrobienia kupy, a to

17




wszystko dlatego, że przyszedł teraz czas na spakowanie wszystkich, dzięki naszemu wspólnemu wysiłkowi pełnych kartonów na paletę – taką europaletę, tylko większą – w celu natychmiastowego wysłania tejże palety do jednego z miliona dyskontów albo supermarketów w nasze europejskiej wspólnocie, gdzie z kolei truskawki w paczce opatrzonej dumnymi sloganami BIO oraz EKO, zwiększającymi ich cenę czterokrotnie, wzbogacą dietę obywateli Unii Europejskiej o niezbędne witaminy – nie możemy dopuścić przecież do tego, żeby bolała ich głowa, albo żeby czuli się ospali.
Motywowani zdrowiem naszych unijnych braci bez słowa sprzeciwu przystępujemy do przenoszenia kartonów na przygotowane wcześniej palety i układania 12 majestatycznych, kartonowych pięter, z których 2 ostatnie wypadają na wysokości powyżej mojej głowy, a trzeba Wam wiedzieć, że nie należę do osób niskich, ale gwoli ścisłości – nie należę także do osób wysokich – mój wzrost to 178cm bez butów i bez skarpetek. Przełamanie monotonii, w którą, pomimo skandalicznego tempa taśmy jednak udaje się nam wpaść, uderza we mnie z siłą tarana, dostaję zastrzyku

18




energii o jakim nawet nie marzyłem, oczywiście gdybym na durnoty pokroju marzenia miał czas, łapię jedną z miliona skrzynek, które sam przecież zapełniłem i ochoczo przystępuję do budowania 12 pięter na palecie – czyli do sztaplowania – tak się bowiem nazywa ten proces w obowiązującym tutaj, magazynowym slangu pakowaczy, który przywodzi mi na myśl grypserę rodem z Symetrii. Ku mojemu zaskoczeniu, ku zaskoczeniu moich bolących rąk i zastałych pleców, skrzynki okazują się lekkie! W porównaniu z wkładaniem plastikowych opakowań pełnych truskawek (do jednego opakowania wchodzi nie więcej niż 20 truskawek) w jednej pozycji, w której trzeba stać lekko przygarbionym i nie przemieszczać się nawet o milimetr, budowanie wieży ze skrzynek, której fundamentem jest europaleta, daje niespotykaną wręcz swobodę w postaci postawienia kilku kroków, co z kolei owocuje rozruszaniem bolącego kręgosłupa w okolicy krzyża i zastrzykiem endorfin o jakim nie śniło się nawet najbardziej lubieżnym hedonistom.
Zaczyna się ogólny festiwal sztaplowania, taśmy stają i poziom hałasu drastycznie spada, nie oznacza to bynajmniej, że jest cicho, wciąż

19




pracują wózki widłowe, stukają skrzynki, europalety się obijają, niezliczone klimatyzatory szumią, zmuszając kapo do wykrzykiwania poleceń, to jest jednak nic przy hałasie, jaki robią te cholerne taśmy, myślałem, że takie hałasy to tylko u nas, w Polsce, natomiast w Holandii spodziewałem się słyszeć szum tulipanów i stukot drewnianych skrzydeł wiatraków, drewnianych hodaków i jointów podczas przerw, troszkę się pomyliłem, a tyle się mówi, żeby nie wierzyć bezmyślnie w stereotypy. I tak sztaplujemy sobie w najlepsze, kończę właśnie układać 5 piętro, na wysokości pomiędzy moim kroczem i pępkiem, i kiedy endorfinowa zasłona szczęścia zaczyna opadać, jej miejsce zajmuje to nieprzyjemne uczucie zmartwienia z nie wiadomego jeszcze powodu, wywołane przede wszystkim minami pobliskich towarzyszy sztaplowaczy, na których to minach nie widzę ani grama szczęścia, wszystkie, co do jednej, określiłbym jako oblicza ludzi „pogodzonych”, i nie o godzenie się po kłótni tutaj mowa, żadnego uśmiechu, żadnego błysku w oku, zdenerwowania też nie widać, tylko to wszechobecne pogodzenie się z beznadzieją, umysł wykopuje z otchłani

20




mojej pamięci film pt. Chłopiec w pasiastej piżamie, wcale nie jestem z tego rad, znów jednak nie mam chwili żeby się nad tym zastanowić, pokontemplować chwilę sytuację swoją i swoich ziomków na Holenderskiej obczyźnie, bo oto docieram do piętra nr 8, kartony z truskawkami jak pod dotknięciem magicznej różdżki przestają być lekkie i stają się kilka razy cięższe, znów ganię się w myśli za bezdenną głupotę, za brak umiejętności wykonania prostych matematycznych działań i wyciągnięciach z nich równie prostych, nie idących daleko wniosków, mianowicie pomnożenia ilości kartonów przypadających na jedno piętro przez liczbę tych pięter, jeśli nie byłbym durniem i pokusił się o wykonanie mnożenia na poziomie szkoły podstawowej, to otrzymałbym wynik 72, jeśli poszedłbym dalej i przystąpił do banalnej wręcz analizy, to pewnie domyśliłbym się, że jeśli pierwszy karton jest lekki, to każdy kolejny będzie nieco mnie lekki, a kiedy trzeba przenieść rzeczonych kartonów 72, to w okolicach powiedzmy 50 może się zrobić naprawdę niewesoło, znów zostałem zaskoczony przez życie w momencie, w którym za późno było na

21




refleksje. Pot, bardzo powoli, pojedynczymi strugami ale jednak, zaczyna wpadać mi do oczu i podszczypywać, operator wózka stawia koło mnie kolejną, pustą paletę, łzy cisną mi się do oczu i mam ochotę poderżnąć sobie gardło, albo zostawić to wszystko w cholerę i jeszcze dzisiaj, nawet piechotą wrócić do domu, do mojej Polski, na którą tak narzekałem, niestety jestem tchórzem i za bardzo obchodzi mnie „co sobie ludzie pomyślą”. Jak to tak, wziąć i wyjść? W środku pracy? Taki wstyd!
Obraz rozmywa się, truskawki znikają, ani śladu po taśmach i wózkach widłowych, nie mam już na sobie niebieskiego fartucha i cisnących w małego palca butów z blachą, do tego upokarzającego, białego czepka świadczącego o braku jakiegokolwiek doświadczenia i znów patrzę na swoje klapki marki Fila, te które zabrały mnie w sentymentalną podróż i pokazały strzępki mrocznej przeszłości. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej wracam na górę, przeskakując po trzy schody dobiegam do szafki z butami, drzwi do łazienki są uchylone i w szparze pomiędzy nimi a futryną widzę głowę babci, jej bezwzględne spojrzenie kieruje się w stronę

22




klapków na moich nogach, kątem oka widzę tylko kręcenie głową starej ale nic mnie to nie obchodzi, zmieniam przeklęte klapki na adidasy, dziękuję bogu, w którego nie wierzę i obieram kurs na sklep – nie ma to jak napić się polskiego piwa w polski ogródku.

     Koniec

      Adam

23




Wyrazy: Znaki: