Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 34
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Demony nie śpiąikonka kopiowania

Autor: Rafau twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Stary, drewniany zegar wybił jedenastą wieczorem, budząc mężczyznę z odrętwienia. Za chwilę znowu zamarł, czekając w milczeniu, aż czasomierz przestanie bić. Gdy ucichło nawet najmniejsze echo, wstał z krzesła i ostrożnie rozruszał zastałe członki, przeciągnął się kilka razy. Powinien bardziej się pilnować; już któryś raz tego wieczora zapadł w letarg, trwając w zawieszeniu pomiędzy jawą a snem.
Niestety, nawet najlepsze zmysły się tępią, pomyślał.
Spojrzał na porzucony kawałek kartki. No tak, atrament zupełnie się rozmazał, mógł się tego spodziewać. Zresztą i tak nie było dość dobre. Napisze to lepiej, od nowa, odbuduje nieudany wiersz.
Delikatnie otworzył szufladę wiekowego biurka, nawet nie patrząc w kilka sekund wymacał zimny, kanciasty kształt. Był tutaj, jak zawsze, jego najwierniejszy i w tej chwili jedyny przyjaciel. Jedyny, który został z nim od tamtego czasu.
Zdecydowanym ruchem wyciągnął przedmiot i skierował go w kierunku słabej żarówki. Był to rzecz jasna pistolet, kawał solidnej i mocnej broni. Obejrzał go dokładnie, sprawdzając czy każdy element mechanizmu działa bez zarzutu i nigdzie nie

1




brakuje mu smaru. Prawdę mówiąc sprawdzał go w ten sposób przynajmniej raz dziennie.
Bardzo nie lubił niedbalstwa; zbyt wiele razy widział, jak kosztowało ono życie innych ludzi, a on miał już serdecznie dość oglądania trupów.
Pistolet był bardzo specyficzny; o nietypowym kształcie, z przedłużoną lufą i uchwytem na kolbę. Idealny na trochę większe dystanse, ale jednocześnie nie był na tyle długi, żeby przeszkadzać w okopach. Wiele razy uratował mu życie. Niby powinien był go zdać po zakończeniu służby, ale wolał zgłosić jako utracony w walce i zachować na powrót do domu.
Odruchowo wymacał i wcisnął przycisk zwolnienia blokady magazynka. Sprawdził. W środku już od dawna był komplet amunicji. Odbezpieczył, przeładował i ruszył wolnym krokiem, trzymając broń gotową do strzału. Ostrożnie obszedł wszystkie pomieszczenia, za każdym razem będąc gotowy do zabicia intruza.
Tyle, że żadnego intruza nie było. Mieszkanie było puste, od kiedy zamknął się w nim przed kilkoma tygodniami. Sam już nie wiedział, ile czasu tak spędził. Wszystkie dni mijały mu, podobne do siebie. Jadł tyle, żeby przeżyć; znacznie więcej za

2




to pił.
Po dokładnym obchodzie wrócił na swój posterunek, niosąc ze sobą kolejną butelkę absyntu. To nie tak, że zaczął pić na froncie; tam po prostu do tego przywykł. Jak sam powtarzał zainteresowanym, inaczej nie był w stanie przyjąć rzeczywistości. Alkohol pomagał mu przenieść się choć na chwilę do świata, w którym zapominał o wszystkim, co zobaczył.
Odkorkował, nalał do szklanki, rozcieńczył. Przed pierwszym łykiem zaciągnął się mocnym piołunowym zapachem. Pociągnął pierwszy łyk, gorzki smak rozlał mu się po gardle. Absynt wciąż mu nie smakował, ale już dawno przywykł zarówno do smaku, jak i uczucia, jak gdyby ktoś mu przepalał gardło.
Z szuflady wyjął fajkę. Była to jedyna pamiątka po koledze z drużyny, którego pocisk rozerwał na setki kawałków. Trwało to sekundę, może dwie. W jednej chwili był człowiek, a zaraz potem już go nie było. Pamiętał dokładnie, jak podnosił się z ziemi, zrzucając z siebie kawałki mięso-munduru i zobaczył tę jedną fajkę, która leżała na dnie leja, jak gdyby ktoś ją po prostu upuścił. Nie mógł jej tam tak po prostu zostawić.
Kiedyś z ochotą palił z niej

3




tytoń, wspominając martwego kamrata. Obecnie robił to tylko w lepsze dni; znacznie częściej nabijał ją opium. Mimo to wciąż wszystko widział.
Nie był w stanie pozbyć się fajki, nie potrafił jej po prostu wyrzucić. Od tamtego dnia zaczął zadawać sobie pytanie, dlaczego to nie jego trafił tamten szrapnel. Najracjonalniejsze wytłumaczenie, że po prostu nie znajdował się na półprostej wyznaczającej tor jego lotu było dla niego śmieszne. Zresztą śmiał się za każdym razem, gdy ktoś próbował przedstawiać mu wojnę matematyką.
Od tamtego momentu śmierć go omijała. Zawsze był tuż obok niej, ale nigdy nie trafił do niej samej, mimo tylu okazji. Za każdym razem wroga kula przelatywała obok, czasem drasnęła go w ramię, albo po prostu zabiła towarzysza z lewej czy prawej strony. Wiele razy był ranny, raz nawet miał bagnet w brzuchu, nigdy jednak nie było mu dane umrzeć.
Nie miał pojęcia czy było to działanie Boga, Szatana, przewrotności losu, zwykłego przypadku czy jego zwierzęcego instynktu przetrwania. Nie modlił się od momentu, kiedy uświadomił sobie, że nie wie do kogo właściwie mówi. Kapelan co niedziela powtarzał puste

4




słowa o bożym świecie, a tymczasem on żył w piekle, jakby był potępiony przez samo to, że się tam znalazł, skazany na wieczne unikanie śmierci i umieranie w kawałkach, razem z każdym z przyjaciół.
Mimo to trwał, z każdym dniem coraz mniej czując się człowiekiem. Ale wojna przecież w końcu się skończyła. W jej ostatnich dniach stracił ostatnich przyjaciół, ginących często w najgłupszy możliwy sposób; od snajperskiej kuli po zapaleniu papierosa, od nadziania się po ciemku na drut kolczasty. Niektórzy po prostu ze sobą kończyli, on nigdy nie był w stanie. Potrafił zabijać ludzi patrząc im w oczy, strzelać do nich, wbijać w nich bagnety i tnąc zaostrzonymi saperkami, ale z jakiegoś powodu nie potrafił zabić siebie.
We wszystkich tych chwilach po prostu działał, instynktownie, odruchowo, często też pod wpływem adrenaliny lub morfiny, chętnie wydawanej przez frontowych konowałów. W takich chwilach nie czuł i nie myślał zupełnie nic, po prostu zabijał, żeby przeżyć. Wszystko to oczywiście wracało, ale tydzień, miesiąc, czasem rok później. O każdej takiej chwili myślał jak o chwilowym zatrzymaniu, wyjęciu z

5




człowieczeństwa, którego dokonywał tak wiele razy.
Nie, nie mógł myśleć o tym zbyt dużo. Gdy zbyt długo analizował i rozmyślał nad wszystkim, co zrobił na froncie, czuł się przytłoczony. A wtedy ratowało go picie i ćpanie.
Pamiętał dzień, w którym wrócił tutaj, do rodzinnego miasta. Na zwycięskiej defiladzie szedł z piersią obwieszoną medalami za odwagę i rany, jako jedyny żołnierz swojego plutonu, oficer i cztery drużyny strzelców w jednym. Chciał wtedy płakać, ale nie potrafił. Szedł jedynie, stukając podkutymi butami o twardy bruk, z pustym wzrokiem wpatrzonym w dal.
W tym czasie w mieście zaczęła szaleć dżuma, a ludzie, jak głupcy, wypełzli z bezpiecznych jam domów i mieszkań, żeby podziwiać, jak myśleli, malowanych żołnierzyków, a w rzeczywistości zgraję żywych trupów i ludzkich wraków, cudem trzymających równy krok.
Opium było za słabe, więc znów widział to wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Popił więcej absyntu, krztusząc się przy tym od nadmiernej ilości. Gdy zrobiło mu się lepiej, wstał, podszedł do imponującego regału z ciemnego drewna i prawie że po omacku sięgnął

6




książkę.
Usiadłszy, usiłował skupić wzrok na rozbieganych literach i ułożyć je w wyrazy. Wreszcie zaczął czytać. Przeczytał zaledwie kilka pierwszych zdań, gdy nagle poczuł czyjąś obecność. Nerwowo chwycił pistolet i rozejrzał się, celując po ścianach.
Na jednej z nich, zarysował się kształt, który przypominał kruka. Gdy przetarł oczy i popił absyntu, kształt zamiast zniknąć, stał się jeszcze bardziej wyraźny. To go przeraziło. Kruki przylatywały na każde pole bitwy, żeby wyjadać mięso z trupów, zanim dobiorą się do niego larwy.
- No i czego chcesz? Przyszedłeś mnie tu straszyć? Takich jak ty, twoich czarnych braci, widziałem setki. Kim jesteś? Jednookim bogiem na tronie świata? Szatanem czy śmiercią? Co chcesz mi powiedzieć? Kolejne swoje ‘’nigdy więcej’’? Przerabiałem to wystarczająco wiele razy, więc nie wiem co jeszcze możesz mi odebrać. Jeśli chcesz mi odebrać Ją, to spóźniłeś się. Dżuma była szybsza niż ty, ptaszku. Ciekawe czy jesteś kuloodporny?
Zdenerwowany obrócił się, sięgając po pistolet. Gdy już wymierzył i położył palec na spuście zorientował się, że ptaka już nie ma.

7




Oszołomiony zerwał się, rozglądając po pokoju i celując po ścianach.
Kruk zniknął.
Mimo wszystko spokojniejszy, wrócił do lektury, co i rusz robiąc notatki i podkreślając co ważniejsze słowa. Nie mógł jednak zapomnieć o kruku. Postanowił, że następnym razem od razu będzie strzelał. Tyle, że następny raz nie nadszedł; kruk nie pojawił się już ani razu. A może w ogóle go tam nigdy nie było?
W końcu uspokojony był w stanie sięgnąć po kartkę i zacząć pisać. Wiedział, że wiersze, które tworzył nie będą chętnie czytane. Te obecne były bardziej przerażające niż piękne. Nie było w nich już nic wzniosłego, ale mimo to je pisał. Nie miał nadziei, czy przetrwają, a świat pozna, co kłębiło się w jego duszy. I prawdę mówiąc, nie obchodziło go to. Już dawno porzucił sny o wielkości i sławie. Teraz po prostu ciągnął, nie wiedząc za bardzo po co żyje i do czego dąży.
Z rozważań wyrwał go jakby stłumiony szept, który od razu zwrócił jego uwagę. Głos z pewnością dobiegał spoza mieszkania. Nie mógł być to stróż; jednooki, kulawy samotnik, który za dnia sprzątał kamienicę i co kilka dni przynosił mu

8




jedzenie.
Odpowiedź mogła być jedna. To byli Oni. Znaleźli go nawet tutaj, teraz naradzali się przed szturmem. Przez piętnaście minut trwał w dziwnym letargu, z ręką zaciśniętą na rączce pistoletu i drugą trzymającą butelkę. W końcu zaczął się uspokajać. Może jednak byli dość daleko, a on był jeszcze bezpieczny. Z trudem zmusił się do wiary we własną myśl.
Kolejne dźwięki były podobne tym, które wydaje czołgający się człowiek w pełnym oporządzeniu, zahaczający guzikami i sprzączkami o podłoże. Następne było coś jakby kilkukrotne syknięcie zapalniczki. To jednak były drobnostki, po których jeszcze był w stanie się prędzej czy później uspokoić.
W końcu usłyszał jasny znak. Odgłos podkutych butów, delikatnie uderzających o wysłużone drewniane schody. Teraz nie miał wątpliwości.
Przyszli po niego.
Wcześniej wybili cały jego oddział, a on był ostatni. I do tego był sam. Ci z jego kompanii, którzy wrócili do miasta, szybko zmarli na dżumę lub jeszcze szybciej skończyli ze sobą. Paru po prostu zniknęło w nocy i do tej pory nie znaleziono nawet śladu po nich.
Mieszkanie było bardzo solidnie zamknięte, okna

9




zasłonięte, a on zawsze miał gdzieś w pobliżu broń. Niemniej, jego decyzja mogła być tylko jedna. Nie będzie siedział i czekał na śmierć. Pójdzie, zabije ich, pomści swoich braci i wywalczy odrobinę jeszcze życia dla siebie. Chociaż do następnej nocy.
Pospiesznie dopił absynt i cicho odstawił pustą butelkę. Ostatni raz zaciągnął się opiumowym dymem i przygasił fajkę, którą schował do kieszeni. Z szuflady i skrytek wyciągnął wszystkie zapasowe magazynki jakie posiadał. Chowając je, zauważył, że trzęsą mu się ręce. O nie, na to nie mógł sobie pozwolić.
Z drewnianej skrzyneczki wyciągnął strzykawkę i ampułkę z morfiną. Wlał płyn do środka, podciągnął lewy rękaw koszuli i wbił igłę prosto w żyłę. Nawet nie wzdrygnął się przy zakłuciu; tak bardzo potrzebował uodpornić się na ból, nawet jeśli miał być to jego ostatni raz. Wierzył, że dzięki przyjętej mieszance będzie widział więcej, mniej przy tym czując.
Chwilę potem zapiął rękaw i rzucił jeszcze jedno spojrzenie na niedokończony wiersz. Jeśli wróci, to go dokończy. A jeśli nie wróci, to i tak nic już nie będzie miało znaczenia.
Cicho i

10




ostrożnie przeszedł do korytarza, z coraz większym trudem utrzymując równowagę. Wciągnął wysokie, skórzane buty, uprzednio wyjmując z nich żabkę z bagnetem i zatykając ją za pas. Założył płaszcz, pomacał kieszenie. Zdobyczny rewolwer, mniejszy i poręczniejszy od pistoletu był na swoim miejscu.
Jeszcze przez chwilę stał przy drzwiach, nasłuchując, ale w końcu stwierdził, że pewnie czekają na niego na dole, bo od jakiegoś czasu niczego nie słyszał. Ostrożnie otworzył drzwi, mozolnie siłując się z każdym z ciężkich zamków.
To śmieszne, pomyślał. Tyle czasu siedziałem tu zamknięty, żeby być bezpiecznym, a teraz kiedy przyszli, sam do nich wychodzę. Irracjonalne.
Nie zauważył, ani nawet nie poczuł, w którym momencie zacisnął dłoń na pistolecie aż do białości. Był już gotowy otworzyć drzwi, ale jeszcze się zawahał. Dla pewności od razu wyciągnął bagnet.
Przepełniało go dziwne, nerwowe napięcie, które miało już za chwilę ujść. Chwiał się na nogach, oczami błądził po każdym detalu drzwi, a jednocześnie usiłował przyjąć odpowiednią postawę. Walczył tak ze sobą dobrą minutę, aż w końcu zebrał w

11




jednym momencie wszystkie swoje siły i zmysły i nacisnął klamkę.
Gdy już otworzył drzwi, na tyle szeroko, żeby się w nich zmieścić, niewiele myśląc wypadł w ciemność. Sekundę później zniknął w niej, całkowicie pochłonięty przez czarną otchłań.
Zaledwie parę chwil później w pustym mieszkaniu dało się usłyszeć rozrywające nocną ciszę odgłosy wystrzałów, a zaraz po nich przerażający, zdający się dochodzić z najdalszych piekielnych czeluści śmiech czarnego ptaszyska.

12




Wyrazy: Znaki: