Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 147
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Chochliku mój, kochanie mojeikonka kopiowania

Autor: Shin twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Państwo Robertson mieli jeszcze córkę, gdy na wschodzie rozpętała się burza, a na niebie pojawiły się czerwone obłoki. Niektórzy mówili, że właśnie otworzyło się piekło, ale pani Robertson pomyślała, że na niebie rozkwitały kwiaty. Nie miała z resztą sposobności dłużej się nad tym zastanawiać. Od czasu pojawienia się wykwitów na niebie, zdarzenia potoczyły się dla małżeństwa zbyt gwałtownie i nieokiełznanie. Ich najukochańszy syn niespodziewanie znalazł się na szpitalnym łóżku, na którym, w przeciągu najbliższych godzin, miał zadziwiająco szybko upodobnić się do warzywa. Nic nie strapiło ich bardziej, niż ten widok, nic skuteczniej nie sprowadziło zmarszczek na ich twarze i łez na ich oczy.

     Mary nie zastanawiała się nad niczym takim, nawet przez chwilę. Nie widziała rodziców od poranka, gdy z jej bratem wyruszyli do miasta. Ostatnio tracili tam czas do późnej nocy, a ona nie czuła potrzeby robienia tego razem z nimi. W takie dni, jak ten, mogliby dla niej nie istnieć. Ten wieczór, jak wiele innych, spędzała samotnie w małym letniskowym domku nad jeziorem, należącym do rodziny.

     Przebywała w salonie, który

1




przytłaczał ją swoim przepychem. Jej rodzice chcieli w każdym kącie tego miejsca zaprezentować dostatek. Przez niewielkie okno dostrzegła błyskawice – oznaki rozgrywającej się daleko stąd burzowej potyczki. Dziewczyna wpatrywała się w nie jak w obrazek, na roztaczający się widok pogrążonego w ciemności jeziora. Po pewnym czasie do jej uszu dotarł grzmot, jednak nie był on ani tak fascynujący, ani tak straszny, jak te, których bała się w dzieciństwie. Siedziała w ogromnym fotelu, który wydawał się jej mieć setki lat, a przecież rodzice kupili go w Ikei zeszłej jesieni. Była przykryta grubym kocem, ale wciąż odczuwała zimno – jakby chłód pochodził z wewnątrz niej i to od niej rozchodził się po pomieszczeniu.

     Między udami trzymała całkowicie rozładowaną komórkę, więc nawet, jeśli zreflektowani państwo Robertson podjęliby próby skontaktowania się z córką – ich chęci nic by nie dały.
Mary nie czekała w żadnym wypadku na ich telefon, po prostu siedziała, wspierając ręką podbródek, ze spojrzeniem utkwionym między ramami okna. Myślała nad tym co zrobi, a raczej o tym, czego nie powinna więcej robić.

     Jeszcze

2




przed parunastoma minutami, chociaż równie dobrze mogło ich upłynąć parędziesiąt, na całkowicie czarnym teraz ekranie wyświetlała nagranie, które podesłała jej jedna ze znajomych. Odtwarzała je niezliczoną ilość razy, cały czas od nowa, siedząc pod ciepłym kocem, z rosnącym poczuciem chłodu wokół, aż bateria jej komórki zaprotestowała przeciw transmisji aktu czegoś, co Mary nie do końca umiała nazwać. Może zdrady? Podwójnej zdrady, jeśli już. Chociaż, czy to nadal była zdrada, jeśli Mary od dawna wiedziała, że jej chłopaka i najlepszą przyjaciółkę wiążą znacznie bardziej zażyłe stosunki niż przyjaźń? To nie było pierwsze nagranie, przedstawiające obściskującą się pod nieobecność Mary dwójkę, jakie do niej dotarło. Czemu za każdym poprzednim razem przymykała na to oko i udawała, że nic nie wie?

     Po prostu za wszelką cenę próbowała utrzymać pozory idealnego życia, ale nie liczyła się z tym, że na dłuższą metę jest to tak bardzo męczące. Tym bardziej, że mogła teraz być tam, gdzie para z nagrania i może ta trwająca od dawna symulacja przetrwałaby trochę dłużej. Chociaż w głębi duszy czuła

3




ulgę, że już po wszystkim.

     Nie chciała tutaj przyjeżdżać i spędzać dwóch tygodni z dala od swoich znajomych, ludzi ze szkolnego otoczenia. Tam, gdzie ich zostawiła, wakacyjne życie toczyło się teraz innym, dynamicznym tempem, zupełnie odwrotnym od tego spokoju i ciszy jeziora.

     W ten sposób zdała sobie sprawę, że nie ma już żadnych przyjaciół. Te przyjaźnie, które łączyły ją do tej pory, były sztuczne, a o ich trwałości świadczyło nagranie, które niedawno miała przed oczami. Jeśli wcześniej miała jakieś wątpliwości to teraz całkowicie się ich pozbyła. Znajomi byli tylko znajomymi. Prawda była taka, że została sama. Rodzice nie przejmowali się nią zbytnio, ogrom czasu poświęcając jej młodszemu bratu. A może to ona nie poświęcała czasu im? Sama już nie wiedziała.

     — Smutno mi jest, kiedy widzę, że ktoś męczy się życiem — rozbrzmiał głos nieopodal niej, wysoki, ale ciepły, choć sprawiał wrażenie opryskliwego i wyrozumiałego zarazem. Myślała, że jest w domu sama. Kto miałby tutaj zaglądać o tak późnej porze? Była pewna, że rodzice są jeszcze daleko, ponieważ wróciliby wraz z młodym Oliverem,

4




który od progu narobiłby mnóstwo hałasu. Mary zdziwiła się, ale była zbyt zmęczona, aby jakkolwiek zareagować. Była zmęczona, chociaż nie wiedziała czym.

      — Jest mi wtedy smutno, o wiele bardziej, niż tej osobie — rozległ się ponownie, następnie na krótko zamilkł, po czym znów przemówił. — Myślę, że nawet siedem razy bardziej.

     Mary odwróciła się za siebie, ponieważ dźwięk dobiegał z tyłu. Przed drzwiami spiżarni siedział rudy kot. Gdy na niego spojrzała, podniósł się, prężąc grzbiet i ogon. Mary pomyślała: Czy my mamy kota?

     — Oczywiście, że nie — głos znów rozległ się, jakby pochodząc od zwierzęcia, ale jednocześnie nie docierając do jej głowy przez uszy, tylko jakby na odwrót. — To nie rodziny mają koty, tylko koty mają rodziny.

     Rudzielec zaczął się do niej zbliżać, ocierając się po drodze o meble i wywijając ogonem w prążki, który zdawał się hipnotyzować. To, że kot do niej przemawia, nie robiło na niej wrażenia. Uznała nawet, że w porównaniu ze zwykłym, ludzkim gadaniem, ten mówi bardzo ciekawe rzeczy.

     — Naprawdę? — zapytała, ironicznie unosząc brwi. On zamruczał

5




zawadiacko.

     — Kot, który miał waszą rodzinę, umarł dawno temu — zaczął, a Mary przysłuchiwała się każdemu słowu. — Był to bardzo mądry i bardzo smutny kot. Koty zazwyczaj są bardzo mądre, ale rzadko bywają smutne. Smutek to choroba ludzi, którzy sami rozprzestrzeniają ją wszędzie, gdzie dotrą — prychnął zniesmaczony, a nad jego nosem w kształcie trójkąta pojawiły się fałdki skóry i sierści.

     Zamilkł na chwilę, a Mary autentycznie zobaczyła na kocim pyszczku zamyślenie. Dotychczas nie wiedziała, że koty mogą być zamyślone. Tymczasem on podniósł łeb i kontynuował, jakby zmartwiony, a Mary przyglądała się mu, dlatego że zmartwionego kota również nie widziała nigdy.

      — Ten był bardzo smutny, dlatego zmarł. Smutek podszedł mu pod gardło i powiesił na jego własnym ogonie.

     Wtedy Mary spostrzegła, że jego ogon wcale nie był hipnotyzujący, dlatego, że był w prążki i się poruszał. Tak naprawdę ogon ten był połamany, powyginany pod dziwnym kątem, dlatego wyglądał, jakby był w ruchu. Pomyślała, że to było straszne, ale o wiele bardziej smutne.

     — Czemu myślisz, że męczę się życiem? —

6




zapytała, jakby zadawanie pytań kotom było najnaturalniejszą rzeczą na świecie.

     Ten wskoczył na najbliższy fotel obok niej i usiadł na nim, tak jak każdy dostojny i przykładny kot potrafiłby usiąść.

     — Tak sobie. Bywam tu i ówdzie, dlatego wiem, że zmęczeni ludzie, to nie ci, którzy są wyczerpani po całym dniu pracy, tylko ci, którzy są wyczerpani tym, że są zmęczeni, zanim są wyczerpani. Rozumiesz, prawda?

     Mary pokiwała głową, bo poczuła się zbyt ciężka, by zrobić cokolwiek innego. Rozumiała, chociaż zwierzę mówiło rzeczy, o których nie przyszło jej usłyszeć od nikogo przedtem.
Nadal siedziała w fotelu, nie przejmując się zbytnio tym, że rozmawia na głos z kotem, ani tym, że rodzice powinni byli dawno wrócić. W tym momencie była zmęczoną i zbyt zgorzkniałą nastolatką, żeby przejmować się takimi sprawami.

     Wyjrzała przez okno. Nad ciemnym lasem, który rozciągał się za jeziorem, unosiła się jaskrawoczerwona łuna. Pomyślała, że właśnie otworzyło się piekło, jak wiele innych osób w tamtym czasie. Na odległym niebie nie widać już było błysków, a grzmoty ucichły, nie wiadomo kiedy. Burza odeszła,

7




nawet się nie witając.

     Spostrzegła, że kot spogląda na nią wyczekująco. Nie przyszło jej do głowy nic lepszego, jak odpowiedzieć ponownie.

     — Rozumiem — powiedziała i poczuła się trochę lżej, a kot ponownie tego wieczoru zamruczał głośno i figlarnie.

     Co jej jednak przyszło z tego rozumienia? Czy to, że przemyśli parę rzeczy, sprawi, że jej chłopak i przyjaciółka, którzy prawdopodobnie w tym momencie spędzają ze sobą imprezę życia, wyjaśnią jej wszystko twarzą w twarz? Czy to mogłoby naprawić ich relację? Oczywiście, że nie. Mary w głębi duszy już wiedziała, chociaż nie przyznawała się przed samą sobą, że to koniec, zarówno jeśli chodzi o jej związek, jak i przyjaźń. Te dwa najbardziej zakłamane w jej życiu kontakty nie były warte dalszego poświęcenia.

     Tymczasem miała już dość nierozwiązanych spraw, rzeczy, na które nie miała wpływu i tego zmęczenia, być może takiego, o jakim mówił kot. Z tym chciała coś zrobić. Opuściła swój wygodny fotel, otulając się szczelnie kocem. Usłyszała, jak rudzielec także zeskakuje ze swojego legowiska i rusza w ślad za nią.

     — Myślę też, że ci, którzy

8




najbardziej się w życiu starają, najszybciej okazują się zmęczeni. — Dźwięk stawianych za nią łap rozlegał się przez pewien czas, po czym gwałtownie ucichł, pozostał jedynie odgłos jej własnych kroków na drewnianej podłodze. Jednak głos, przyjemnie ciepły i jakby sypki, nadal rozbrzmiewał w jej głowie. Mary odwróciła się i nie zobaczyła za sobą zwierzęcia, chociaż nadal czuła w pomieszczeniu obecność głosu. Nie rozglądała się. W jej głowie pojawiła się niepodważalna pewność, że kot o rudej sierści nie pojawi się już przy drzwiach spiżarni.

     Z barku, w którym rodzice chowali zapasy alkoholu, wyciągnęła butelkę szkockiej whisky.
Głos, o którym wcześniej myślała, że był kotem, okazał się nim nie być.Czy było w tym coś, czym powinna się przejąć? On, czyli ten głos, który był kotem, ale już nim nie był, musiał być bardzo inteligentnym stworzeniem.

     Po jednym łyku z butelki, który pozwolił jej zorientować się, że jej myśli błądzą bez sensu, wylała resztę zawartości do zlewu. Nawet nie zauważyła, kiedy znalazła się w kuchni i patrzyła, jak ciecz złotego zabarwienia opuszcza butelkę z

9




dziwnym odgłosem, typowym dla opuszczających butelki złotych cieczy.

     — Kim jesteś? — Mary zadała pytanie, które w jej głowie zabrzmiało bardziej jak “Kim jestem?”. Nie spodobało się to dziewczynie, dlatego zmarszczyła brwi w wyrazie irytacji i troski.

     Oczywiście, że jestem sobą, pomyślała.

     — A więc nie wiesz kim jesteś? — zapytał głos, co jeszcze bardziej wyprowadziło Mary z równowagi. Jaki sens w ogóle miało to pytanie?

     — Lepiej powiedz mi, kim ty jesteś? — Ten zwrot wydawał się jej niezwykle wygodny i trafny. Z pustą butelką w dłoni odwróciła się w stronę salonu. Niecałe dwa metry przed nią pojawiło się stworzenie, które przemawiało głosem o pudrowym zapachu, ale nie był to kot, z którym rozmawiała wcześniej.

     Stworzenie to zbudowane było z unoszących się w powietrzu błękitnych pyłków, które migotały w świetle żyrandola. Pyłki kumulowały się w jednym punkcie, jednak wyglądały tak, jakby miały się za chwilę rozlecieć, każdy w inną stronę. Gdzieś pośrodku tego kłębowiska znajdowała się para źrenic, okalana ogromnymi białkami, oraz usta, które raz po raz zapadały się i

10




wyłaniały z błękitnej otchłani.

     — Jestem tym i owym. Najczęściej bywam Chochlikiem i zajmuję się wskazywaniem ludziom następnej drogi życia, gdy swoją własną już zgubili — powiedział stwór i uśmiechnął się jakoś dziwnie, tak, jak uśmiecha się ktoś, kto przez wiele lat tego nie robił.

     To bardzo dobrze, że jesteś, panie Chochliku, bo z mojej drogi życia akurat nic już nie będzie.

     Chochlik nie miał rąk, ani nóg, jego eteryczne ciało unosiło się w powietrzu.

     A więc dobrze, pomyślała Mary, odstawiając butelkę na blat kuchni i owijając się szczelniej kocem. Czuła bijącą od stwora niewyobrażalną odpowiedzialność i sama też miała ochotę mu zaufać, aby pozbyć się wszystkich problemów.

     — Więc czego ode mnie chcesz? — Uśmiech Chochlika znów rozmył się w jego wnętrzu, a on sam, lewitujący w powietrzu, zdawał się opaść parę centymetrów w dół. Błękitne pyłki wędrowały wokół, jednak nie wychodziły poza kuchnię, w której Mary się znajdowała. Gdy brała oddech, czuła ich pudrowy zapach.

     — Rozmowy z ludźmi zazwyczaj są bardzo płytkie, bo żeby jakąkolwiek z nimi przeprowadzić, trzeba

11




mieć konkretny powód — powiedział. — Czy każda rozmowa musi mieć jakiś cel? Słońce świeci i nie myśli o tym, że ma jakiś cel, a i tak robi wspaniałe rzeczy.

     Mary wyminęła Chochlika i przeszła przez salon. Stanęła przy oknie. Wyglądając na jezioro, pomyślała o swoim życiu i wszystkich rzeczach, które okazały się bezcelowe.

     — Robienie czegoś bez celu to marnowanie czasu — odpowiedziała mu, bo była o tym przekonana. Najgorszym było, że sama nie miała już żadnego celu, nie widziała żadnej przyszłości. Jak bardzo bezwartościowe musiało być jej życie, skoro zwykła zdrada chłopaka doprowadzała ją do takich wniosków? Takie myślenie sprawiało, że czuła się jeszcze ciężej.

     — To w życiu trzeba mieć cel, trzeba gdzieś iść. Nawet mała dżdżownica, którą tu widziałem, ona też gdzieś idzie. I to dobrze, że nie wie, że idzie na śmierć. Może jest teraz szczęśliwa. Może jest w tym momencie najszczęśliwszą dżdżownicą na tym świecie — zamyślił się Chochlik, podążając za nią powoli. Unosił się nad drewnianą podłogą, a błękitne kruszyny krążyły wokół niego oraz w jego wnętrzu.

     — Nie

12




ma szczęśliwych dżdżownic — Mary była już zmęczona, bardzo zmęczona. Pudrowy zapach ją dusił, jednak pomyślała, że nie chciałaby już nigdy oddychać zwykłym, czystym powietrzem. — To głupota.

     — Uważasz tak dlatego, że nigdy takiej nie widziałaś — odparł Chochlik, a ona zapragnęła znów zaprzeczyć, byleby kontynuował dalej to, o czym mówił. — Ludzie też patrzą na siebie nawzajem i nie wierzą już, że mogą być szczęśliwi. Ich własny smutek podchodzi im do gardła i niewiele brakuje, by koty, których są, podusiły się wszystkie na własnych ogonach.

     — Nigdy nie widziałam, ani szczęśliwej dżdżownicy, ani szczęśliwego człowieka.

     — Ona jest tu, niedaleko, ta dżdżownica, o której ci mówiłem — powiedział Chochlik, nie będąc niczym innym, jak zmęczonym równie jak ona, nieforemnym, wielkim pyłkiem. — Chodź ją zobaczyć.

     Potem sprawy potoczyły się już bardzo szybko, a Mary z głowy uciekło wiele niezwykle ważnych rzeczy, jakby robiła je nieświadomie albo jakby ktoś pochłonął pewne przestrzenie czasowe w jej pamięci i zgrabnie posklejał pozostałe wycinki w jeden film ze skaczącymi co chwilę

13




scenami.

     Była na ganku. Nie mogła już wtedy dokładnie zlokalizować Chochlika, jednak wyczuwała jego obecność wokół siebie, jakby był wszędzie, ale nigdzie konkretnie. Powietrze było ciepłe, Mary czuła w nim zapach ozonu i zapach głosu unoszącego się wokół niej.
Potem była już nad jeziorem. Koc, którym była otoczona przy wyjściu z domu, zniknął z jej ramion. Prawdopodobnie leżał pozostawiony gdzieś na trawniku, zdawała sobie sprawę tylko z jego nieobecności.

     Pal licho koc, pomyślała. Chochlik otaczał ją już całkowicie, był pyłem w powietrzu, które wdychała, magicznym proszkiem, który osadzał się wewnątrz jej dróg oddechowych. Wiedziała, że prowadzi ją nad jezioro, ale pogodziła się z tym, zanim sobie to uświadomiła.
Pomyślała o tym, co może stracić i nie wzbudzało to w niej przejęcia. Tak naprawdę mogła normalnie wrócić do szkoły, odbudować relacje z odpowiednimi ludźmi, rozmawiać z rodzicami tak, jak zwykle i nawet cieszyć się z tego, co ma. Jednak równocześnie poczuła się okropnie zmęczona tym, że i tak nie będzie to trwałe rozwiązanie. To było takie zmęczenie, o jakim mówił jej Chochlik.

14




Niewiele wystarczy, aby wszystko znowu rozprysło się jej w rękach. Po co w kółko coś zyskiwać i tracić, a potem znowu odzyskiwać i tracić? Mary była zmęczona zarówno tym, co już się stało, jak i tym, co mogłoby się stać, gdyby próbowała to pozbierać do kupy. Wydawało się jej, że przewidziała już wszystko, co mogłoby ją spotkać i pomyślała, że jest to o wiele zbyt męczące. Z tym założeniem zrobiła pierwszy krok w otchłań jeziora. Nie pamiętała, jak znalazła się na jego brzegu, w zamyśleniu mechanicznie wykonując kroki.

     Na ciemnym niebie krwiste kwiaty bladły i znikały, jednak czerwona poświata nadal posiadała moc, w skutek której Mary po raz kolejny pomyślała: Właśnie otwarło się piekło.

     Woda była zimna i w konsystencji przypominała jej trochę budyń, ale Mary wydawało się, że to dobrze. Brnęła coraz dalej, podczas gdy otaczająca ją ciecz sprawiała wrażenie coraz bardziej gęstnieć, aż Mary była już całkowicie przekonana o tym, że woda jest budyniem, tak samo pudrowym i nierealnym, jak pyliste powietrze, którym oddychała. Do jej nozdrzy docierał nawet słodkawy zapach, który ledwo przebijał się

15




przez woń głosu Chochlika.

     Ach, właśnie, gdzie był teraz Chochlik?
Był kotem, pilnującym całkowicie innej spiżarni, w całkowicie innym miejscu.

     — Wydaje mi się, że twoja dżdżownica umarła, ale była to naprawdę szczęśliwa dżdżownica. Była najszczęśliwszą dżdżownicą, jaką widziałem — powiedział głos.

     Zanim czerwone wykwity zniknęły raz na zawsze z nocnego nieba, Mary pochłonęło jezioro.

     Chochlik — złośliwy, psotny duszek, słowiańskie bóstwo domowe, przybierające postać kota i pilnujące spiżarni.

16




Wyrazy: Znaki: