Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 148
Dzisiaj w pracowni: 5
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Terapiaikonka kopiowania

Autor: Marhol twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Terapia.
Przygotował duży worek, zastanawiając się teraz nad kwestią; czy potnie je, porąbie i spali, czy też po prostu zakopie. Właściwie wcześniej wybrał już odpowiednie miejsce na tę drugą opcję, więc odłożył na bok trzymane bezwiednie, solidne nożyce i tasak. Nie wiedział dlaczego to robi ale właśnie chciał nie wiedzieć. Nie wiedzieć niczego, nie pamiętać, nie rozumieć. Przecież to one doprowadziły go do tego obłędu i dlatego musiały zniknąć. Cieszył się na samą myśl, że nie będzie więcej na nie patrzył. Początkowa fascynacja, później chory rodzaj uwielbienia aż wreszcie uciążliwe zboczenie kazały mu szukać coraz to nowszych doznań. Kiedy doszedł do momentu losowej selekcji; od grubych, po kolorowe, stało się wiadomym, że jest niebezpiecznie.
Po, mniej więcej godzinie, dojechał na wyszukany tydzień temu, skraj lasu osłonięty wysokimi krzewami. Z tylnego siedzenia zabrał, uwalane nieco, łopatę i grabie. Kilka dołów wykopał w czasie pierwszej tu bytności, więc znacznie ułatwił sobie dzisiejsze zadanie. Zamierzał tylko zasypać to, co tu zakopie, zagrabić lub porobić niepozorne stożki. Zakamuflować jakoś

1




owo cmentarzysko.
Było z nim źle. Zdarzały się gwałtowne wybuchy złości, wręcz szaleństwa, gdy obcował z którąś. Niekiedy nawet rzucał na podłogę jedną z nich i na taką rozwartą, bezbronną oddawał mocz.
- Jesteś fałszywa, kłamliwa! Nic mi nie dałaś! Żadnej rozkoszy, żadnego uniesienia!
Krzyczał w strasznym amoku, nie mogąc się uspokoić. Hałasy z jego mieszkania słyszano coraz częściej, coraz głośniejsze i bardziej niepokojące. Sąsiedzi mieli dość. Pewnego wieczoru, gdy powtórzyła się jatka zza jego drzwi, zadzwonili na policję. Przyjechali, zapukali, otworzył, nie wpuścił, przeprosił, przyrzekł, zamknął. Po kilku kolejnych, równie bezskutecznych interwencjach dostał wezwanie na komisariat. Odebrał je poleconym od listonosza, któremu jeszcze ufał. Zjawił się tam w oznaczonym terminie i wyglądał na wyluzowanego. Czekał cierpliwie swojego wejścia do pokoju przesłuchań. Nie był o nic oskarżony, miał być zaledwie upomniany, uprzedzony o grożącym mu mandacie za zakłócanie ciszy, miru. Poproszony o zastosowanie się do ogólnych zasad współżycia sąsiedzkiego, tyle. Kiedy wreszcie wszedł i usiadł naprzeciw

2




oficera śledczego, uległ jakiejś panice. Wpatrzony obłąkańczo w opasłe tomisko kodeksu karnego, leżące na biurku zaczął wygadywać jakieś bzdury. Policjant nie mogąc do niego dotrzeć żadnym pytaniem, pozwolił mu mówić a raczej bełkotać coś, zdawałoby się bez sensu. Słuchając go, nabierał jednak coraz większych podejrzeń o poważne przestępstwo jakiego mógł dokonać. Nagle przesłuchiwany podniósł się i zrzucił na podłogę gruby kodeks karny a potem z impetem kopnął biurko. Policjant odskoczył ale za chwilę próbował obezwładnić furiata. Na pomoc wbiegło kilku funkcjonariuszy, razem powalili kopiącego, gryzącego i wrzeszczącego szaleńca. Zastrzyk uspakajający podziałał ułatwiając założenie kaftana bezpieczeństwa oraz ulokowanie pacjenta w karetce.
Przy łóżku stanęli dwaj inspektorzy lokalnego wydziału kryminalnego. Byli wyraźnie zawiedzeni, czuli przegraną. Udowodnienie wariatowi zbrodni ogranicza się później, jedynie do współczucia ofierze. To tak, jakby oskarżać sprawcę-widmo. Wyciągnęli notesy i posypały się pytania.
- Więc ile ich pan zakopał?
Zakończył starszy inspektor wiedząc, że pyta

3




retorycznie.
- Całą masę, nie pamiętam ile.
Taka odpowiedź tylko podsumowała bezsensowność ich wizyty w szpitalu. Sprawę musiano prowadzić innym torem, poszlakowo. Wywiady z sąsiadami wniosły trochę lecz tak naprawdę niewiele. Nikt, nigdy nie widział żadnej, nawet nie słyszał. Mówiono jedynie o jakichś tajemniczych, wielkich pakach, które taszczył po schodach. W górę, i na dół. Bez problemu zdobyto nakaz rewizji i spenetrowano dokładnie jego mieszkanie. Niczego nie znaleziono, nawet kartonów po rzekomych pakach. Lokum wyglądało jednak dziwnie i śmierdziało uryną. Panował tam jakiś chory nieład, podobny jak w zrujnowanej bibliotece. Sprawdzono też samochód, którego bagażnik zawierał pewne ślady, parę narzędzi ogrodniczych; zardzewiałą lekko łopatę i takież grabie. To było już coś. Policja nie miała jednak żadnych nowych zgłoszeń zaginięć a archiwa także zaprzeczały okolicznościom tej zagadki, choć były tak typowe. Niemniej zagadkę należało rozwiązać, z obowiązku poszanowania prawa i może zwykłej ciekawości, jaka w przypadku tego wariata, pozostała do spełnienia. Uruchomiono zatem ogromny front poszukiwań,

4




analizę zapisów monitorów na wszystkich drogach wyjazdowych z miasta, badano grudki ziemi z łopaty i grabi, z opon samochodu, przeczesywano okoliczne lasy.
Zaraz po rutynowym, porannym obchodzie, gdy tylko lekarze wychodzili z sali następowała zbawienna cisza. Tym razem słyszał ich nadal, szeptali złowrogo, naradzali się jakby. Zakrył głowę kołdrą, drżał, czekając na najgorsze bo oni wracali; powoli, majestatycznie, z dostojeństwem jakimś, niespotykanym, dramatycznym. Otaczali go coraz liczniej, zbyt licznie aby to byli oni. Więc kto. Zsunął zakrycie i rozejrzał się. Wokół zgromadziło się mnóstwo znanych mu postaci, rozpoznawał twarze wielkich filozofów, teologów, etyków. Znanych pisarzy, nawet noblistów. Doktorów ekonomii i innych dziedzin, aż po medycynę. Wszyscy z widocznym wyrzutem na swych obliczach, głęboką pretensją w źrenicach sprawili w nim osobliwe uczucie winy. Nie mógł tego zrozumieć. Nagle nastąpiła kulminacja tej sceny, trzy monumentalne sylwetki powstały znikąd; nie weszły, nie sfrunęły, zaistniały. Bez oczu, bez nosów, bez ust, zdradzały ich tylko szaty. Razem; Pan Bóg, Jahwe i Mahomet, zgodni bezgłośnie

5




wydobyli z siebie gorzką skargę.
- Dlaczego wszystkie?
Wiedział o co mieli żal. Wiele razy jednak tłumacząc swoją pustkę, posądzał je o ten stan w sobie. Posądzał, dowodził i karał. Teraz leżał obojętny, nieobecny, wyzuty. Nie podniósł się nawet, kiedy przygnębieni, bezszelestnie opuszczali jego pokój. Został znowuż sam; osierocony, bez nadziei, bez wiary ale bez wyrzutów sumienia.
Poszukiwania zawęziły się do ukrytej w gęstwinie drzew i krzewów, niepozornej polany. Namierzył ją użyty w tym celu policyjny helikopter, który podał tylko namiary nie mogąc tam wylądować. Dojechały jednak samochody z grupą dochodzeniową. Śledczy zaraz odkryli, że na tym skrawku ziemi dokonano kilkunastu wykopów, zasypanych później i zagrabionych. W jednym, jedynym przypadku, nad takim miejscem utworzony był stożek piasku. Przygotowana ekipa wyciągnęła sprzęt; łopaty, kilofy, motyki i rozpoczęła pracę. Na pierwszy ogień poszedł stożek. Stosunkowo płytki dół, ku kompletnemu zaskoczeniu rozgrzebujących, zawierał średniej wielkości parciany wór, z którego wysypały się trzy pokaźne księgi; Biblia, Koran i Tora. Pozostałe wykopaliska

6




przynosiły podobne odkrycia. Setki książek o różnej tematyce,w lichych workach.
- Gość pogrzebał tu całą swoją bibliotekę! Mordował książki?
Odezwał się zrezygnowany inspektor kreśląc sobie znaczące kółko na czole.
- Tyle pracy na nic! Żeby chociaż jakiegoś autora zabił. Sąsiadkę natrętną, kuriera, kogokolwiek. Książki mu kurwa przeszkadzały! Na cholerę tyle ich nakupił? Przeczytał to wszystko? Chyba tak, bo mnie by odwaliło już po dwóch takich czytadłach.
Dywagował, wracając do samochodu z dwoma egzemplarzami pod pachą, wybranymi na chybił trafił z wielkiego stosu. Nie bardzo wiedział co robić, co teraz zakomenderować. Polecił tylko zrobienie tam porządku, takiego według uznania, aby krajobraz nie ucierpiał. Bez oglądania się już za siebie, wsiadł i odjechał.
Postawienie konkretnej diagnozy rzuciło w tym wypadku duże wyzwanie, zajmujących się nim lekarzom. Poznali fakty, jak też finał tej historii ale szukali przede wszystkim przyczyny dziwnego zachowania swojego pacjenta. Konsylium zdecydowało o przeprowadzeniu wywiadu, stosując odpowiednie metody. Okazało się jednak, że mają do czynienia z czymś bardziej

7




skomplikowanym. Człowiek ów, nie tylko rzeczywiście przeczytał tę masę dzieł przeróżnych ale znał je na pamięć, przemawiał nimi. Był równocześnie; teologiem, filozofem, inżynierem, lekarzem wszystkich odmian i dziedzin tych profesji. Wywiad szybko przybrał niespodziewany obrót. To on egzaminował lekarzy, poddawał ich metody naukowej obróbce, wynajdywał błędy, pouczał i obnażał drastyczny brak wiedzy u tych fachowców od psychoanalizy. Udowodnił wreszcie, że jest mentalnie na wyższym poziomie od swoich medyków. Na koniec podał im przykład prawdziwej paranoi, którą odkrył u jednego z inspektorów przesłuchujących go wcześniej. Wpadli w panikę, musieli działać teraz szybko i siłowo, dobrać odpowiednie leki aby zneutralizować faceta.
Miejscowa klinika, nieznana szerzej w kraju, raczej anonimowa, była zakładem ściśle zamkniętym. Leczono tu osoby, które poważnie mogły zagrażać bezpieczeństwu społeczeństwa oraz takie, u których pojawiły się objawy choroby psychicznej, trudnej do zdiagnozowania. Uznał potrzebę zmiany taktyki, za bardzo się odkrył i wystraszył ich. Intensywnie myślał nad jakimś planem, kiedy nagle z

8




korytarza dobiegły go przeraźliwe krzyki i siarczyste przekleństwa. Po chwili, bez zdumienia rozpoznał głos rzeczonego inspektora. Przewidział taką kolej rzeczy; niezaspokojony stróż prawa, po powrocie do domu wyjął z barku butelkę wódki i ku własnemu niedowierzaniu, zaczął lekturę przyniesionych z akcji książek. Przeglądał obie, opróżnił butelkę i zamyślił się pozornie. W głowie miał tak przeraźliwe nic, że trzymany teraz przy niej pistolet, wydawał się być najwłaściwszym odruchem. Nie strzelił do siebie. Poszedł do kuchni i kierując broń w stronę żony, wypalił. Zrobił to samo w pokoju syna. Pojechał po tym na swój komisariat zabijając tam wszystkich kolegów z pracy. Kula, która wreszcie miała być przeznaczona tylko dla niego, nie trafiła, zmęczonej ręce zabrakło precyzji, spowodowała lekkie otarcie. Poddał się bez oporu pozwalając nałożyć kaftan bezpieczeństwa.
Ich sale prawie sąsiadowały ze sobą, słyszał niekończące się, głośne przekleństwa i wręcz zwierzęce wycie. Po kilku dniach nastąpił spokój, obaj wyczuwając swą bliskość zaczęli dumać nad czymś. Pewnego wieczoru, po uśpieniu czujności

9




opiekunów, stanął przy łóżku inspektora-mordercy. Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się diabolicznie.
- Udało mi się przemycić mały rewolwer. Mam go w bucie.
Zakomunikował inspektor otrzymując pełne aprobaty skinienie. Nie musieli się długo naradzać, plan był dziecinnie prosty. Zaskoczyli ich w auli konferencyjnej podczas popołudniowej narady. Broń w ręku wielokrotnego mordercy sparaliżowała towarzystwo; doktorów, profesorów, ordynatorów i cały personel szpitala. Po krótkiej segregacji rozmieścili wszystkich w osobnych salach, przywiązawszy każdego do łóżka. Kiedy już znaleźli się w gabinecie ordynatora, pogratulowali sobie i serdecznie uściskali.
- Dobra robota!
Pochwalił inspektora.
- Mam jeszcze pytanie. Podobno przeczytałeś jakieś książki z mojego zasobu. Które cię tak powaliły?
- Dwie. Wziąłem tylko dwie i nie czytałem, przecież wszystkie je obsikałeś. Wąchałem, i tak nawąchałem się tego twojego smrodu, że zrozumiałem.
- Co zrozumiałeś?
- Zrozumiałem jak działa ten zasrany świat, jakim gównem karmieni są ludzie.
- Ludzie? Przecież zabiłeś kilkoro z nich. Dlaczego?
- Bo to są prawdziwe, chodzące księgi,

10




olewane bez przerwy, cuchnące swoimi śmierdzącymi problemami w tym klozecie życia.
Rozesłali po kraju fax, który informował o zablokowaniu nowych przyjęć w klinice. Odizolowali ją i wyłączyli z krwiobiegu medycznego. Byli zupełnie swobodni, nietykalni. Zaintrygowały go jednak ostatnie słowa inspektora, zastanawiające ale też niepokojące, przyspieszyły decyzję, którą dawno już podjął. Podczas wspólnej kolacji niepostrzeżenie podał mu środek nasenny a potem nieprzytomnego zaniósł do ostatniej wolnej sali. Nazajutrz rozpoczął pierwszy, samodzielny obchód, przysiadał przy łóżku każdego ze swoich, unieruchomionych pacjentów i wdrażał im własną terapię, literaturo-wstrząsową. Znając na pamięć dzieła rzeszy klasyków, filozofów, naukowców, mógł pełnić rolę unikatowego, żywego audiobooka. Pozwalał tym, bardziej oczytanym na wybór pozycji, którą recytował przepięknym, hipnotyzującym językiem wprawiając ich w psychodeliczny trans. Gdy stanął u wezgłowia związanego inspektora, był już bardzo zmęczony.
- A tobie przeczytam coś wyjątkowego.
Zaintonował początek powieści a po kilkudziesięciu zdaniach, zobaczył

11




spływające po twarzy leżącego nieszczęśnika, ogromne łzy.
- Co to jest?
Dławiony przeszywającą rozpaczą ledwie zapytał.
- Zbrodnia i Kara.
Odpowiedział mu z nieukrywaną satysfakcją.

     Marek Urbaniak
21 maja 2020, Gdańsk.

12




Wyrazy: Znaki: