Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 30
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Nadzieja Rosemary. Rozdział I.ikonka kopiowania

Autor: Alina twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Tej soboty ciche śniadanie przerwał wrzask dobiegający z pokoju nad naszymi głowami. Wzdrygnęłam się. To był krótki, rozdzierający krzyk, najczystszej postaci wyraz przerażenia i szoku. Matka zesztywniała, odłożyła srebrną łyżeczkę na spodek i uniosła wzrok znad gazety. Sprawiała wrażenie człowieka, który doczekał się czegoś od dawna spodziewanego. Za jej plecami, w kuchni, rozległ się brzęk upuszczonej garnka i jakieś zdumione pomruki. Zanim zdążyła wstać lub wykonać jakikolwiek ruch, na schodach już dudniły szybkie męskie kroki. W ciągu kilku chwil przedpokój zapełnił się ludźmi. Słyszałam tupot stóp po suficie. Matka drgnęła. Chudą ręką odłożyła gazetę po prawej stronie talerza i wstała. Tkwiłam na krześle naprzeciwko, sparaliżowana przez dźwięk, który wciąż dzwonił mi uszach. Przez moje ciało przeszła fala zimna. Matka znalazła się już na schodach. Kamerdyner zbiegł na dół z rozszerzonymi oczami, rzucał sie nerwowo.
- Nie może pani tam wejść, pani Alden! Nie może pani iść!
Zanim zdążył wykrzyknąć, wyminęła go, odtrącając nachalne ręce, które starały się ją unieruchomić. Zza

1




otwartych drzwi jadalni obserwowałam, jak wspinała się po schodach. Kamerdyner o wyglądzie wystraszonego zwierzęcia osunął się, zwisając z poręczy, na parter i powlókł na tył domu. Wydał gardłowy odgłos, jakby się dławił albo wymiotował, i puścił się biegiem do łazienki dla służby. Nagle byłam całkiem sama. Ześlizgnęłam się z krzesła, zwlekając z odstawieniem filiżanki z herbatą. Filiżanka była ciepła, bezpieczna, a to co czekało mnie na piętrze nie mogło takie być; zaciskałam na niej dłonie.
Powłóczystym krokiem wyszłam wreszcie z jadalni. Nie chciałam iść na piętro. Część mnie wiedziała, co tam zastanę i wcale pragnęła do tego nie dopuścić. Schody opustoszały. Wdrapałam się na piętro i prześlizgnęłam między stłoczonymi ludźmi. Zaaferowane pokojówki, sprzątaczka, niewyspany posługacz i podstarzała pokojowa i podtrzymujące ją pomocnice kucharki wymieniające spojrzenia. Wyglądali jak figury woskowe, sztywne, z zastygniętymi na twarzach masami strachu, zdumienia, odrazy.
- Zatelefonowano. - wyrzucał z siebie stłumiony głos. - Zatelefonowano, tak, lekarz dyżurny. Pośpieszą się. Nie wolno niczego

2




dotykać. Trzeba stamtąd zabrać panią Alden.
Odór dotarł do moich nozdrzy dopiero, gdy przebyłam połowę przedpokoju. Nigdy jeszcze nie czułam tego zapachu, ale gdzieś głęboko doskonale go znałam. Zatrzymałam się i przymknęłam oczy. Zapragnęłam zawyć. Wydostałam się z labiryntu bezcelowo stłoczonych ciekawskich ludzi. Aż wreszcie stanęłam na progu tego pokoju - no jasne, nikt nie zamknął drzwi - i zobaczyłam wszystko na własne oczy.
Pierwszym, co uderzyło moje oczy była cała ta czerwień. Przeskoczyły nad królewskim łóżkiem na środku beżowej sypialni, brudo-białą pościelą, rozrzuconą przez kogoś, kogo śmiertelnie przeraziło co pod nią znalazł; między warstwami tkaniny biało-szarego, półnagiego właściciela tej sypialni i tego łóżka. Największa plama czerwieni, nie czystej, lecz ciemnej, zropiałej, na jego klatce piersiowej; potem w górę ku szyi; plamy czerwieni na prześcieradle, plamy czerwieni na odwrocie kołdry. Jedyne płaty koloru w pokoju.
Zastygłam w progu, oczarowana niezrozumiałym widokiem. Matka stała z plecami w otwartym oknie, przyciskając do twarzy nasączoną perfumami haftowaną chusteczkę. Drżała,

3




był luty. Ślepo wpatrywała się w ciało na łóżku, wzrokiem sugerującym, że myślami jest bardzo daleko. Nikt spośród zaaferowanej służby stłoczonej w przedpokoju nie odważył się powstrzymać przed wejściem żadnej z nas. Byliśmy, jak to się rzadko zdarzało, i jaki się okazało po raz ostatni, tylko we troje: ja, matka i ta dziwna, cuchnąca skorupa po ojcu.
Lekarz przepchnął się obok mnie w drzwiach i zaraz stanął jak wryty, wytrzeszczając oczy pełne obrzydzenia na groteskowego, rozkładającego się ojca. Zatkał sobie nos palcami, konwulsyjnie wykrzywił twarz. Potem przebił matkę spojrzeniem, i, szurając plecami o ścianę, aby ominąć łóżko szerokim łukiem, zbliżył się ku niej. Krótką, trzęsącą się ręką rzucił na parapet torbę ze swymi makabrycznymi narzędziami.
- Pani Alden…
Lekarz był starym, małym człowiekiem o kanciastych kształtach i ciężkiej pomarszczonej głowie. Jego oczy chowały się pod dzikimi, siwymi brwiami, które dominowały jego twarz i nad nosem tworzyły łuk. Przyjmował pacjentów w miasteczku, zaledwie kilka minut samochodem od posiadłości Alden, ale ojciec i matka nigdy się tam do niego nie

4




udali. Zjawiał się u nas czasem gdy ojciec dostał wyjątkowo przykrej zgagi lub matka ataku histerycznego kaszlu. Teraz wyglądał nieporadnie i śmiesznie. Tak jakby do jego umiejętności należało zajmowanie się rzeczami takimi jak to, co działo się na łóżku. Sterczał nad łóżkiem, z powagą przyglądając się ojcu, skąpanym we wpadającym zza okna radosnym światle poranka.
Matka tkwiła za plecami lekarza, nieśmiało wyglądając zza jego kanciastego ciała swojego martwego męża. Zapanowała cisza, wszyscy zamarli w bezruchu, jakby podczas jakiegoś wielce dostojnego rytuału. Znieruchomiały wszystkie części mojego ciała, aż po myśli wewnątrz głowy. Jedynie oczy podążały za parówkowatymi palcami lekarza, które biegały po torsie ojca. Nie miałam pojęcia, cóż istotnego on jest w stanie robić. Nie miałam pojęcia, co robią lekarze ze zwłokami, wiedziałam, że to coś budziło grozę i obrzydzenie. Lekarz wymamrotał, że należy wezwać kaznodzieję.
Matka stała po lewej stronie łóżka, przy oknie, które ktoś otworzył w nadziei wywietrzenia przytłaczającego zapachu rozkładającego się ojca. Leżał na plecach, z rozciągniętą

5




klatką piersiową i dwiema rękami rozrzuconymi na boki, jakby był próżny, jakby wulgarnie afiszował się ze wszystkim, co było nie tak. Matka marszczyła nos i kuliła się, zdegustowana i zawstydzona. Prawa ręka ojca zwisała z łóżka blisko żywego ciała żony. Zdawał się usiłować ją dotknąć. A ona przyciskała ciało do framugi okna, z wygiętymi plecami i wciągniętym brzuchem, rzeczywiście się tego obawiając. Pustymi oczami celowała w jego tors, jakby pragnęła wypalić w nim kolejne ziejące dziury. Tych dziur było sześć i to z nich musiała wylać się cała czerwień. Ja również nie mogłam oderwać od nich wzroku. Najwyraźniej dobrały się w pary. Dwie na lewej piersi, dwie na środku, dwie tuż nad obojczykiem, głębokie i szersze od pozostałych. Przeszedł mnie dreszcz. To pewnie dlatego, że w tamtym miejscu ciało jest tak miękkie, łatwiej je przebić. Wyobraziłam to sobie na własnym ciele. Położyłam dłoń na swojej klatce piersiowej, poczułam, jak ulega pod naciskiem.
Jakże bezbronne było to ciało. Widoczny był kawałek białej kości. A na brzegach obszarpana, gwałtem rozdarta skóra, brunatna od zeschniętej krwi i

6




jednocześnie poszarzała. Zdawała się być sucha jak papier, na którym drukują czytane przez matkę gazety. Jakby całą krew, która powinna być w środku wyciśnięto niczym z gąbki, została tylko sucha, krusząca się skóra. Skrzepnięta i pociemniała maź sklejała ciało z prześcieradłem, na którym leżało, i przyklejała każdy włosek na torsie do szarej skóry. I wreszcie same dziury. W każdą mogłabym wetknąć palec, a gdyby bardzo chciała to i dwa. Ciekawiło mnie, jak były głębokie.
- Czy powiadomiono posterunek policji? - zapytał ochryple lekarz, unosząc się i mrugając energicznie, jakby intensywność czerwieni pokrywającej ojca mogła razić jego wąziutkie oczy. Wzdrygnęłam się na dźwięk głosu.
Matka zadrżała. Nie uniosła wzroku ani nie się odezwała. Za plecami poczułam zmianę powietrza wywołaną przez zbiór ludzi, z których każdy jednocześnie drgnął.
- Powiadomiono. - rozległ się zza progu pokoju równie ochrypły głos jednego ze służących, który wystąpił naprzód. Głos odchrząknął nerwowo i rozległo się niespokojne potupywanie. - Panie doktorze.
- Doskonale. - mruknął lekarz, wpatrując się w ojca

7




spod zmarszczonych brwi.
- Pan inspektor powiedział, że zaraz się zjawi, i że nie wolno niczego dotykać. - Nerwowe przytupywanie. - Na… miejscu zbrodni. - Chrząknięcie i przełknięcie śliny. - Panie doktorze.
- Tak, tak. Tak zawsze mówią, prawda? - zwrócił się lekarz, do ojca, w zamyśleniu. Skrzywił się.
Pokręcił głową, odwrócił na pięcie i wbił oczy w matkę, niemal przyciskając się do niej klatką piersiową na tym wąskim odcinku podłogi między łóżkiem a oknem. Jeszcze bardziej wciągnęła brzuch.
- Pani Alden. Nie powinna pani tu być. Patrzeć na to. To nie widok dla dam. Proszę przejść do salonu, tam się z panią rozmówię, kiedy już skończę swoje… ekhm. - machnął ręką.
Sięgnął do przodu, a ona się wzdrygnęła, choć jedynie chwycił torbę z parapetu. Rzucił ją w nogach łóżka i hałaśliwie rozsunął zamek błyskawiczny, pochrząkując. Matka zajrzała do środka czarnej torby, jej źrenice rozszerzyły się i zaraz prześlizgnęła się przy ścianie w stronę drzwi. Lekarz jeszcze spojrzał na nią.
- Pani Alden. - zrobił wysiłek, aby wyciągnąć się do przodu i chwycić jej dłoń w geście, który można

8




by łaskawie interpretować jako pokrzepiający. - Jest mi bardzo przykro. Proszę pamiętać, że we wszystkim, co nas spotyka, Bóg ma swój plan. Nie zsyła na nas nic, czego nie będziemy w stanie zdzierżyć. Wszystko, co się stanie, miało się stać.
Szyja matki drgnęła konwulsyjnie. Uniosła podbródek i bokiem wysunęła się z pokoju. W przejściu wpadła na mnie, prawie się przewróciła. Zacisnęła długą, zimną dłoń na moim ramieniu. Drżała, jej wzrok był otępiały. Ostre paznokcie wbiły się w skórę po wewnętrznej stronie mojego ramienia. Złapawszy w żelazny uścisk, pociągnęła mnie za sobą przez przedpokój. We własnym domu wykonywała polecenia tego absurdalnego człowieczka, niższego od niej o głowę i pół.
Służba rozstąpiła się, aby przepuścić nas przez schody. Matka zdawała się nie stąpać po podłodze, lecz sunąć do przodu, ze wzrokiem wbitym w jeden punkt w powietrzu. Wbiłam wzrok w jej plecy. Przez zaaferowaną służbę przepływały łagodne fale pomruków i szeptów. Dosłyszałam jakieś pojękiwania o otwartej trumnie i jakie to wszystko przygnębiające. Brakowało mi odwagi, aby patrzeć na boki wiedząc, że

9




stłoczone w przejściu trzy pokojówki wpatrują się nas dwie oczami pełnymi współczucia. Nie w pełni jeszcze rozumiałam dlaczego.
Matka zostawiła mnie na dole schodów.
Na inspektora policji czekała w salonie. Nie wiedząc, co zrobić ze sobą, usiadłam w fotelu naprzeciwko. Jej pusty wzrok przechodził przeze mnie, jakbym była przezroczysta. Zastanowiłam się, czy zdaje sobie sprawę z mojej obecności. Mogła zapomnieć o moim istnieniu. W całym domu wybrzmiewała cisza. Lekarz, bez zbędnej konsultacji z otępiałą matką, kazał wezwać do zwłok przedstawiciela Świątyni. Młody, chudy kaznodzieja o twarzy gładkiej jak u dziecka, którego kazań słuchałyśmy co niedzielę, milcząc ominął matkę i wprosił się do sypialni denata. Po piętnastu minutach wyszedł - a właściwie wybiegł - kłaniając się wszystkim konwulsyjnie i wycierając z czoła kropelki potu drżącą ręką. Matka zdawała się nie zauważyć.
Służący zaanonsował przybycie inspektora policji. Ożywiła się jednak dopiero, gdy do salonu wszedł niski mężczyzna w granatowym mundurze. Sztywno wstała z fotela. Prześwietlił ją wzrokiem. Pani Alden. Panie inspektorze. Moje

10




kondolencje. Dziękuję. Będę musiał zobaczyć to, ekhm… miejsce.
Znowu stałyśmy w tym czerwonym pokoju. Inspektor miotał się, lekarz pochylał nad łóżkiem. Te cholerne drzwi, dlaczego nikt ich przede mną zamknął? Dlaczego mnie tu wpuścili?
Wymieniano formułki, których nie rozumiałam. Ale słuchałam z uwagą. Do środka wepchnął się fotograf z policji. Głośne trzaski aparatu, błyski lampy wycelowane w ojca. W milczeniu śledzono fotografa wzrokiem. Inspektor klikał językiem. Cmokał, kręcił głową i poprawiał pas od spodni munduru. Sprawiał wrażenie człowieka wiecznie pochłoniętego przez pracę, a w każdym razie sprawianie wrażenia pracy. I za to mu chyba płacono.
- I to jest, była, sypialnia pana Alden?
- Tak, to była, jest, znaczy była, jego sypialnia. - odpowiadał jąkający się służący.
Matka stała sztywno oparta o ścianę i milczała.
- I tutaj tak po prostu leżał? Kto go znalazł?
Długopis inspektora skrzypiał po kartkach notesu w czarnej skórzanej oprawie. Służący zawiesił wzrok na tym długopisie.
- Pokojówka go… znalazła. Dzisiaj rano. I zaalarmowała.
- Wcześniej do sypialni nikt nie wchodził?
Służący

11




rozejrzał się po pokoju.
- Zawsze polecono nam zostawiać sypialnię pana Aldena zamkniętą, gdy go nie było.
- Gdy go nie było? Ależ był, najwyraźniej. - inspektor niezręcznym gestem wskazał na łóżko, na które nie patrzył.
Służący rozglądał się na boki, zagubiony.
- Wszyscy żeśmy myśleli, że dotąd nie wrócił z podróży. Pan Alden podróżował często, dla pracy. Wrócić miał w poniedziałek.
- A wyjechał kiedy?
Chwila zastanowienia.
- W zeszłą sobotę.
- Sobotę. - inspektor uniósł brew.
- Z samego rana.
Inspektor zapisał.
- A więc dlaczego pokojówka weszła dzisiaj do sypialni? Może ją zawołamy?
- Dziewczyna zemdlała. - oznajmił służący pośpiesznie. - Cucą ją w kuchni. Nie mogła przestać płakać.
- Nie wiemy więc, czemu weszła.
Służący jeszcze raz poruszył głową na boki.
- Czuliśmy… zapach. Zza drzwi, więc postanowiła zajrzeć i posprzątać czy okno otworzyć. Nie wiedzieliśmy, co to za… zapach.
Inspektor bez słowa skinął głową, mruknął coś pod nosem. Służący minął mnie w progu, wychodząc. Uwagę zwrócono na doktora.
Ofiarę zabiły ciosy w klatkę piersiową. To nie ulegało wątpliwości.

12




Sekcja zwłok nawet nie była potrzebna. Sześć dziur w torsie. Zadanych nieznanym, cienkim lecz tępym narzędziem. W środku ciała nic nie zostało. Wykrwawił się, ale krwi na miejscu było na to wyjątkowo mało. Do zdarzenia pewnie doszło gdzie indziej, ciało trafiło tu później. Inspektor sceptycznie uniósł brwi. Ciało leżało od dość dawna. Nic dziwnego, że służba czuła odór. Do zgonu musiało dojść od sześciu do ośmiu dni temu.
- Tydzień. - mruknął inspektor, kręcąc głową. - Tydzień.
W każdym razie ciało szybko się rozkłada. Trzeba je stąd natychmiast zabrać. Wezwano już kogoś od tego.
Inspektor trochę się pokręcił, potem przypomniał sobie o przyklejonej do ściany matce i położył dłoń na jej ramieniu - nie zwrócił uwagi, że się wzdrygnęła - tłumacząc, dlaczego musi wyjść. Drzwi sypialni wreszcie się zamknęły, za nami. Lekarz na korytarzu pakował do torby swoje dziwne przyrządy trzęsącymi się rękami, rzucając matce spojrzenia o jakimś znaczeniu. Nieznanym mnie, opartej o barierkę na dole schodów. Gdy się wyprostował, zatrzymał się jeszcze na chwilę, spojrzawszy jej głęboko w oczy.
- Tydzień

13




minął od zgonu, pani Alden. Jak to możliwe, że nikt nie zdał sobie z tego sprawy?
Pokręcił głową.
Spojrzenie matki było puste. Lekarz skinął głową na służącego, wziął od niego swój płaszcz i zaraz drzwi wejściowe się za nim zamknęły. Matka skierowała się na kanapę w salonie. Podążyłam za nią. W ciszy czekałyśmy, aż zjawią się ludzie z domu pogrzebowego, a nieprzyjemny inspektor się wyniesie. Tydzień. Tydzień minął od zgonu. Tydzień, tydzień. Ojciec leżał tam od tygodnia. Czy to możliwe?
Usiłowałam przywołać w pamięci ten dzień, tydzień temu, dzień wyjazdu ojca. Nie, nie, nie. To bez sensu. Nie zobaczyłam go tego dnia. Powiedziano mi, że wyjechał jeszcze przez poranną modlitwą. Później nie widziałam go aż do dzisiejszego ranka. A przedtem?
Pamiętałam ten wieczór. Moje ostatnie wspomnienie z żywym ojcem pochodziło z piątku przed jego wyjazdem.

     To był jeden ze spokojniejszych wieczorów, bo ojciec miał pracować do późna. Matka zamknęła się w swoim pokoju i zdaje mi się, że szyła. Guwernantka miała dzień wolny, więc pozostawiono mnie samej sobie. Od wielu godzin siedziałam przy biurku w swoim

14




pokoju, przepisując nuty na najbliższą lekcję.
Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, kiedy zza okna dobiegł szelest kół samochodu na żwirze, a kilka minut później ciche otwieranie tylnych drzwi. Ojciec wrócił wcześniej niż się spodziewano. Poruszenie wśród służby. Znałam odgłosy kroków, otwierania drzwi, tłuczenia się w przedpokoju. Słyszałam tyle, aby półświadomie wychwytywać, co się dzieje w całym domu. Na schodach szybko zastukotały buciki dwóch czy trzech służących. Chciały uniknąć natknięcia się na ojca, gdy był w stanie w jakim zwykle był. Niedługo potem usłyszałam jego kaszel na schodach. Kroczył nierówno i bełkotał coś do kamerdynera, który usiłował mu pomóc, odzywając się tylko ściszonym głosem, taktownie i zawsze wyrozumiale.
Usiłowałam skupić się na własnych sprawach, chociaż ręka mi drżała. Pozostawałam czujna, nasłuchiwałam, jak to miałam w zwyczaju. Wbiłam wzrok w zgrabne kształty nut na papierze do pisania.
Ojciec dotarł na piętro. Jego rechot przyprawił mnie o ciarki. Szedł powoli, najwyraźniej potykając się o własne nogi. Dokładnie wiedziałam, jak teraz wyglądał, chociaż

15




dzieliły nas drzwi. Gdy dźwięki kroków zaczęły zbliżać się do mojej sypialni, zesztywniałam, bojąc się wydać choć jeden dźwięk. Na sekundę uniosłam oczy, aby upewnić się, że drzwi są zaryglowane. Obserwowałam cienie jego butów poruszające się w szparze pod drzwiami. Jeśli zacznie szarpać za klamkę, udam, że śpię.
Minął mój pokój. Wypuściłam powietrze z płuc i usiłowałam na powrót skupić uwagę na pracy domowej.
Szedł w stronę pokoju matki. Zacisnęłam rękę na wiecznym piórze. Starałam się wsłuchać w skrzypienie końcówki na papierze. Szelest kartek ciężkiego podręcznika. I mój własny, głośny oddech. Aby tylko nie słyszeć dźwięków z zewnątrz; nie myśleć, co się tam dzieje, nie wyobrażać sobie, zapomnieć. Zająć się własnymi cholernymi sprawami.
Ale nie mogłam przestać ich słyszeć. Ojciec usiłował teraz otworzyć drzwi sypialni matki, klamka nie ustąpiła. Ze środka dobiegały jakiś stłumiony głos, brzmiał jak pojękiwanie ranionego zwierzęcia; szlochała cichutko. Ojciec zaczął hałaśliwie walczyć z klamką. Potem coś ciężkiego uderzyło w drzwi. Czułam jego wściekłość, ciało

16




przechodziły dreszcze.
Szelest. Czarne linie na papierze. Przewracanie stron aby znaleźć tę, którą zgubiłam.
Matka otworzyła. Jej stłumiony głos brzmiał niemal jak syk. Wokół ojca wszyscy mówili ściszonymi głosami. Zaśmiał się rubasznie. Po chwili niezrozumiałego bełkotu drzwi zamknęły się. Korytarz był pusty.
Wpatrywałam się w kartkę, aż nuty i litery zaczęły się rozmazywać. Tymczasem z pokoju matki dobiegały jeszcze głośniejsze wycie. Gruby głos ojca prawie zagłuszał jej. Zdawało mi się, że coś piskliwie wykrzyknęła. Nie słyszałam już go. Rozległy się odgłosy przywodzące na myśl szamotaninę. Szelest ubrań.
Wstałam od biurka i uciekłam w głąb pokoju. Moje serce biło jak oszalałe. Schowałam się w swojej łazience i zastygłam w miejscu, zaciskając powieki, przyklejając plecy do ściany. Pragnęłam, aby wszystko się skończyło, gdy wyjdę.
Po kilku czy kilkunastu minutach zdawało się, że odgłosy z sypialni matki rzeczywiście przycichły. Coś jedynie huknęło i zapadła cisza. Ojciec musiał zasnąć.
Usiadłam przy biurku. Na schodach brzdękały naczynia na tacy niesionej przez służącą. Zapukała do

17




matki, wołając, że przyniosła jej wieczorną filiżankę kawy.
- Dzisiaj jej nie chcę, Anno! - krzyknęła zza drzwi.
Po jej głosie poznałam, że długo płakała. Wyższy niż zwykle. Matka wycieńczona. Służąca zniknęła pośpiesznie, bez pytań. A ja przepisywałam dalej. Siedziałam i pisałam, nie ruszając się z miejsca, przez kilka godzin, cóż innego miałam zrobić, nie zamierzałam opuścić bezpiecznego pokoju. Później drzwi pokoju matki otworzyły się ponownie, na korytarzu rozległ się szelest, jakby ciągnięto coś ciężkiego po podłodze. Nie zastanawiałam się, nie wyjrzałam na korytarz. Drzwi zamknięto a w domu pogaszono światła.

     W tym miejscu urywały się moje wyblakłe, poszatkowane wspomnienia ojca.
Nagle poczułam się za coś współwinna, choć to coś nie wykrystalizowało się w moim umyśle. Spojrzałam na matkę. Siedziała w całkowicie prostej pozycji na kanapie, nieobecnym wzrokiem wpatrując się w wyłączony telewizor. Jedynym, co w jej ciele się poruszało, były długie dłonie z pożółkłymi paznokciami, oparte na kolanach. Nerwowo pocierała palcami o siebie, ale nie mogła sięgnąć po papierosa, na którego tak

18




bardzo miała ochotę. Trzeba zaczekać przynajmniej, aż ci wszyscy nieprzyjemni ludzie się wyniosą. Niech o niej nic złego nie pomyślą.
Wreszcie, zdaje się, że po wielu godzinach, wreszcie to zrobili. Matka wypuściła powietrze z płuc dopiero w chwili, w której drzwi wejściowe zatrzasnęły się za inspektorem policji. Na dłuższą chwilę zamknęła oczy. Wbiła paznokcie w poduszkę kanapy. Dom został nam przywrócony. Nawet ojca już w nim nie było.
Spojrzała na mnie. Jakby dopiero teraz przypomniała sobie o mojej obecności. Wbijała we mnie twarde spojrzenie. Przyglądałam się jej w ciszy.
Wyglądała na dekadę starszą niż dziś rano przy śniadaniu.
- Chodźmy, Rosemary. - brzmiała jak martwy człowiek.
Podążyłam za nią do jadalni.
Nagle zdałam sobie sprawę, że moja matka zginęła wraz z ojcem. Już jej nie było. Nigdy nie czułam się bardziej sama niż w tamtej chwili.
Służący odsunął jej krzesło. Usiadłyśmy do stołu, którego od kilku godzin nikt nie tknął.
- Kawa wystygła. Proszę przynieść mi nową. - powiedziała zmęczonym głosem.

19




Wyrazy: Znaki: