Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 17
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Świętuj z namiikonka kopiowania

Autor: Bogusław Kołodziej twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Właśnie ukończyłem liceum; noc była chłodna, ale przyjemna; mroczna i bajkowa; napawająca lękiem, mimo iż piękna; unoszący się zaś w powietrzu zapach – osobliwie przyjemny. Zapowiadało się długie świętowanie.
Miałem mnóstwo możliwości. Po pierwsze: Cyprian organizował wieczór gier połączony ze skromną bomblerką; i choć oficjalnie nie zaprosił nikogo, każdy znajomy mógł przyjść. Miały być tam dziewczyny, chłopaki, mężowie, damy, starcy, Polacy, nie-Polacy, Żydzi, goje, adwentyści dnia siódmego i Bóg wie kto jeszcze, toteż gdybym miał owego wieczora ochotę na międzynarodową integrację i pozbycie się wizerunku odludka, z rozkoszą bym wstąpił właśnie do Cypriana.
Jednak nie była to jedyna opcja: miałem również pójść na imprezę mojej słodkiej siostry-bliźniaczki, której znajomych lubiłem może nawet bardziej niż ona i z którymi chętnie spędziłbym tę urokliwą noc. Było to wprawdzie nieblisko, bo gdzieś na Kazimierza Wielkiego, jednakże łatwo byłoby mi pojechać tam tramwajem – na przystanek „Park Zachodni” poszedłbym bez problemów, wszelkie zaś kluby dla miłośników zakrapianych przygód

1




znajdowały się kilkaset metrów od stacji „rynek”.
A według relacji co poniektórych znajomków podobne uroczystości miały miejsca właśnie tego dnia w całym mieście – wśród przeróżnych grup moich kolegów.
Nie mogłem się na nic zdecydować, toteż czekałem na jakiś znak od losu – choćby ciut silniejszy powiew w odpowiednim kierunku albo dwuznaczne hasło posłyszane w radio – kręcąc się w okolicach ulic Horbaczewskiego, Bajana i Drzewieckiego, chłonąc błogi zapach majowego wieczoru i szukając choćby jednego niezamkniętego jeszcze sklepu. Kto wie – czy nie uniosę się dumą i nie spędzę spokojnie sam nocy, chlipiąc ździebełeczko nietaniego trunku, medytując o północnej głuchej dobie i znudzonym siedząc sobie, z dala od plebsu, lubującego się w libertyńskich hulankach i w zakłócaniu snu sąsiadów. Nawet – tłumaczyłem sobie – jeśli coś tracę, to jak wiele zyskuję!
Gdzieś przed dwudziestą trzecią, czyli przed zamknięciem pobliskiego sklepu (nie mówmy lepiej jakiego, bo aż trudno się w ostatnich czasach połapać, o co chodzi z tym całym rozporządzeniem o ochronie danych; dodajmy lepiej, że jego nazwa

2




pochodzi od terminu określającego niezbyt urokliwego kręgowca) postanowiłem kupić piwo. Wszedłem zatem do [nazwa płaziego sklepu]. Ledwie uchyliłem drzwi, a już zrezygnowałem z zakupu czegokolwiek, albowiem zastała mnie tam niezbyt zachęcająca sceneria.
Tuż przy kasie siedziało grono nieciekawie wyglądających mężczyzn: większość z nich jawiła się jako skrzyżowanie człowieka, ogra i nocnej zmory; ci zaś, który przedstawiali się ciut lepiej, dyskutowali z pozostałymi jak równy z równym – co oznaczało, że również należą do bandy.
Nie minęła sekunda, zanim powitał mnie ochrypły bas, zda się, lidera grupy: muskularnego, szerokoszczękiego, o głowę ode mnie wyższego (a jestem niemały, mierzę bowiem sto osiemdziesiąt centymetrów), obdarzonego fizjonomią tak szpetną i groźną, że na sam widok miałem ochotę krzyknąć – przed czym cudem się powstrzymałem.
– A kolega to, ten, no… – uniósł wysoko podbródek, patrząc na mnie; chciał widocznie, abym odpowiedział przed wypowiedzeniem przezeń swojej myśli – wchodzi czy wychodzi – wydukał wreszcie.
Dziwne to było pytanie, zwłaszcza że, jak już

3




wspomniałem, patrzałem na ich wesołą grupkę przez okamgnienie – nie mogło być zatem mowy o żadnym „wchodzę czy wychodzę”. Jak krótko powinien człowiek stać w progu!? Nie przyszło mi do głowy, że pytanie tego osobnika było co najmniej nie na miejscu. Ba! Chyba dałem sobie wmówić, że wahałem był się, czy wejść (w istocie bowiem miałem ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie, i to od razu), gdyż zacząłem się pokracznie tłumaczyć.
– Ja ten… tylko – wykonywałem palcem jakieś osobliwe ruchy, których znaczenia za Chiny ludowe nie dało się odgadnąć – A panowie to… że tak powiem: chcą?
– Czego? – mówił ów rosły, powabny inaczej mężczyzna.
– Żebym tu był.
– A co ty, leszczu! – Przywódca przybrał teraz bojowy wyraz i agresywny ton; nie wątpiłem, że zaraz dostanę, jak to się mówi, „bęcki” od podchmielonych osiłków i wrócę – jeśli w ogóle wrócę – do domu bez portfela, a jeśli trafili mi się złośliwi, to i bez spodni i majtek. – Mama ci nie powiedziała, żebyś się nie szwendał o tej porze?! Właź do środka.
Wykonałem polecenie, jednakże nie bez wahania (idąc w stronę

4




osobliwej ferajny, starałem się oszacować, czy mogę uciekać – okazało się, że nie powinienem, miałem bowiem na sobie ciasne spodnie od garnituru, podtrzymywane przez pasek, przy ściąganiu którego zawsze napotykałem trudności). W końcu stanąłem kilka metrów od niego. Dokładniej zlustrowałem fizjonomie całej kompanii, a gdy zauważyłem, że żaden nie bierze mojej strony (nic nie zapowiadało odsieczy w stylu „Stary, co ty? Zostaw chłopaka!”), spojrzałem w bok, na osobę, którą do tej pory ignorowałem, czyli kasjera… i odkryłem rzecz straszną – on był z nimi. Dlatego gawędzili sobie tuż przy kasie! Byłem zgubiony.
Prawie popuściłem ze strachu w spodnie, stałem jednak, udając milczącego twardziela (co by robił Brudny Harry – powtarzałem sobie w myślach). Czekałem jakby na wyrok śmierci, gdy nagle znikł groźny wyraz twarzy przywódcy i zmienił się w ironiczny uśmiech, a ja z konsternacją rozejrzałem się po pozostałych twarzach.
– Patrzcie, no – rzekł przywódca do równie rozbawionych kompanów – mały dał się nabrać.
– Ach – westchnąłem, kiedy wszyscy wybuchli sympatycznym śmiechem – „Chłopaki z

5




ferajny”, znam to – z roztargnienia przekręciłem tytuł arcydzieła Martina Scorsese.
Uśmiechałem się do nich nieszczerze. Zastanawiałem się, co powiedzieć, ażeby rozluźnić atmosferę (jakby nie była wystarczająco luźna!), lecz wyręczył mnie ów charyzmatyczny wielkolud.
– Matura, widzę, już za tobą – wnioskował po nieściągniętym jeszcze przeze mnie garniturze i wyglądzie typowego nastolatka.
– Tak. – Teraz udało mi się uśmiechnąć dość przekonująco, radością bowiem napełniła mą duszę myśl, że czekają mnie cztery miesiące bezwstydnego nieróbstwa i że gehennę edukacji mam już w pewnym sensie za sobą.
– He-he – zaśmiał się rubasznie, klepiąc mnie z lekka po ramieniu (pamiętaj słowa Fryderyka II – z kanaliami nie można się spoufalać, myślałem sobie) – dobra, dobra. Świętuj se, młody. Ja to podstawówki nie ukończyłem, więc wiem, że się uczyć powinno. Bez wiedzy to – (tu szepnął słowo nienadające się do druku). I tyle, młody.
Wypowiedziałem jakąś nieszczerą sentencję, niby to uznając jego słowa za mądrość, a w rzeczywistości zbywając natręta celem rozejrzenia się po półce

6




z piwami i napojami energetycznymi (przez ten cały stres aż zapomniałem, że alkoholu i kofeiny nie powinno się łączyć).
Dalej coś między sobą mówili, tak iż nie mogłem się skoncentrować na tym, co oglądam.
– A wiesz ty, (nie do druku), że u mnie to w wannie są takie wielkie kłaki, co zatykają wannę? – mówił jeden. – Jak się pozbyć tego cholerstwa? Rumcajsem?
– Kretem, jełopie – rzekł inny.
– To był żart – powiedział z irytacją pierwszy.
– A goliłeś jajka nad wanną?
– Tak, ale to nie od tego. Ja kłaki z jajec od razu wyrzucam do kosza.
„Nie podawać kobietom w ciąży – próbowałem szukać informacji o zawartości cukru i słodzikach w przeglądanych przeze mnie napojach – Może zawierać orzechy brazylijskie…”
– To musi być od pralki, bo do wanny wylatuje woda po praniu, wraz z kawałkami ubrania.
Chciałem skupić się na czymkolwiek innym, choćby na tych nieszczęsnych kobietach, którym „podaje się” (czyżby na siłę?) napoje kofeinowe – ale nie byłem w stanie. Nieustannie myślałem o tych gorylach i ich dylematach moralnych i filozoficznych oraz mimowolnie przysłuchiwałem się ich

7




rubasznym żarcikom. Zamyśliłem się i dokonałem intelektualnej auto-trepanacji, dzięki której doszedłem do wniosku, że przysłuchuję się mimowolnie debacie na temat higieny miejsc intymnych nie dlatego, że w głębi duszy mnie ona interesuje – ja po prostu się bałem. Bałem się, że kulturalni inaczej panowie, jeśli tylko „zajdę im za skórę” (co mogło oznaczać wszystko: nadepnięcie na stopę, krzywe spojrzenie czy nieopatrznie użyte słówko), spuszczą mi solidne manto, i choć samym przysłuchiwaniem nie mogłem temu zapobiec, to instynktownie wietrzyłem zagrożenie, aby w razie potrzeby uciekać.
Podszedłem do kasy. Zapytany, czy potrzebuję czegoś oprócz napoju kofeinowego, podałem markę alkoholu, zapłaciłem zań i już miałem uciekać z tamtej jaskini wszeteczeństwa, kiedy – nie wiedzieć zupełnie czemu – postanowiłem odezwać się miło do zgrai łobuzów. Uznałem, że są na tyle przyjaźni, że można powiedzieć im coś szczerze i dzięki tej szczerości zaskarbić sobie ich sympatię, dzięki której może uniknąłbym łomotu.
– Pawiem panom szczerze, że trochę się wystraszyłem.
Z twarzy większości mężczyzn nagle

8




znikły uśmiechy.
– W jakim sensie? – pytał przywódca.
– No – mówiłem, wciąż się uśmiechając – panów.
– Czemu?
– No, bo przyszedłem tutaj, a panowie – dosyć muskularni, wysocy – trochę z agresywna każą mi „wchodzić albo wychodzić”.
Liczyłem na odpowiedź w stylu „No co ty, chłopcze, nas się bać! Przecie byśmy nawet muchy nie skrzywdzili”, jednakże przywódca uderzył w inny ton.
– Że co, że ja niby i moi koledzy jesteśmy (nie do druku) gorylami, którzy spuszczają (nie do druku) przypadkowo napotkanym młokosom dla przyjemności?
– Cóż… – uśmiech znikł z mojej twarzy i zastąpił go wyraz zakłopotania.
– Że należy się nas bać, bo mamy tatuaże, chodzimy na siłownię i niektórym z nas nie wyszło w życiu?
Wreszcie zrozumiałem, o co chodzi: powtórka z rozrywki. Facet ponownie bawił się w straszenie mnie. To jest to!
– Ach, rozumiem! – krzyknąłem, uśmiechnąwszy się ponownie. – „Chłopcy z ferajny”. Dobre żarty nigdy się nie starzeją.
– Śmieszy cię to? – powiedział znów złowrogo. – Tak cię śmieszy, mały gnojku?!
W jednej chwili zamarłem. Przywódca dał sygnał

9




kompanom i wszyscy ruszyli na mnie.
Rzuciłem się do ucieczki.
„Cholera” – pomyślałem, kiedy zorientowałem się, że nie mogę otworzyć drzwi. Zacięły się.
Dwóch osiłków chwyciło mnie za ramiona i ustawiło w takiej pozycji, ażebym zmuszony był patrzyć na ich „króla”.
– Lubisz oceniać książki po okładce? – Przybliżył się do mnie twarzą. – Do dostaniesz taką książkę, jakiej chciałeś – powiedział, zupełnie chyba nie zdając sobie sprawy, że to zdanie brzmi raczej żałośnie niż błyskotliwie czy złowieszczo.
„Dobra – pomyślałem. – Będą torturować mnie dla przyjemności, zabiją, zgwałcą czy tylko spuszczą lanie i okradną?”
Choć szanse na to, że nie dożyję jutra, nie były zbyt wysokie, zrozumiałem, co ludzie mają na myśli, gdy mówią, że „życie przeleciało im przed oczami”. Przypomniałem sobie wszystko, co dobre i piękne na tym świecie: mój pierwszy pocałunek, to, jak jako dziecko biegłem, aby spocząć w ramionach swojej mamy; przyjaciół, znajomych, wrogów, płatki kwiatów, wierzby muskane wiatrem i – rzecz dziwna – słynnego aktora, Leslie Nielsena (nie ukrywam, że lubię ten

10




typ humoru, jednak wolałbym, aby nie był on ostatnią osobą, o której będę myślał przed śmiercią).
Zaczęli mnie siłą wyprowadzać ze sklepu. Zanim doszli ze mną do drzwi, dostrzegłem twarz sprzedawcy, który – o zgrozo – się uśmiechał, i znienawidziłem go. Nie gardziłem najbardziej złem, jakie mi wyrządzano, lecz akceptacją (ba! uznaniem), z jaką się ono spotkało. „On tylko wykonuje rozkazy” – pomyślałem, choć w istocie wcale żadnych rozkazów nie wykonywał… a może? Może go zastraszyli, by siedział cicho, a mnie się tylko wydawało, jakoby się szyderczo uśmiechał. Szczerze mówiąc, niewiele mnie to interesowało, bo zaraz zgraja osiłków mogła mi przewietrzyć odbytnicę bądź zasztyletować, więc wymierzenie sprawiedliwości „zezwalającemu na zło” powierzyłem Bogu.
O ile do tej pory organizm mój przygotowywał się na walkę o przeżycie – tętno przyśpieszyło, źrenice rozszerzyły i w ogóle poczułem przypływ energii – to ja, zdawszy sobie sprawę, że jeden nic nie zdziała przeciw wielu, postanowiłem dać za wygraną, trzymać nerwy na wodzy i liczyć na cud.
– Panowie – powiedziałem z przesadnym

11




uniżeniem – jeśli już… ten tego… to mogliby panowie powiedzieć, co zamierzają ze mną zrobić.
Milczeli.
Wówczas przyjrzałem się wyraźniej innym twarzom. Naliczyłem siedmiu chłopa. Dwóch chyba było braćmi, dosyć przystojni, wysocy, w kurtkach ze skóry. Dwaj inni byli to mężczyźni z nadwagą, o urodzie harlejowców. Był też szczupły starzec o fizjonomii typu „rosyjski powieściopisarz” – chyba zaginiony brat bliźniak Lwa Tołstoja. Powiernikiem przywódcy był wyraźnie niższy (choć w porównaniu z normalnymi ludźmi i tak wysoki) mężczyzna, łysawy, niezbyt atrakcyjny, który jednak zdawał się miły.
Prowadzili mnie tak dosyć długo, milcząc, aż wreszcie odezwał się jeden z braci.
– Zdenerwowałeś Stacha, wiesz. Nieładnie jest tak denerwować innych ludzi.
– Panowie – podjąłem rozmowę z nadzieją, że całej osobliwej kompanii znudziło się milczenie. – Wiem, że może się wam to wydać kiepską wymówką, ale ja naprawdę nie chciałem was urazić. Po prostu się wystraszyłem; czasem tak bywa. Gdybym w ciemnej uliczce, w takiej okolicy i o takiej porze spotkał gdzieś w mroku własną matkę, to i jej bym się

12




wystraszył. Halo! Czy ktoś mnie słyszy? Mam prawo do adwokata! Nie mogą panowie przeprowadzić samosądu.
– Możemy – prostował jeden z „harlejowców” – ale nie powinniśmy.
Słuszna uwaga. Mogą – bo co ich zatrzyma?
Stach, to jest przywódca, kazał się zatrzymać przy boisku szkolnym przy szkole im. Orlińskiego. Przyznam, że taka decyzja wprawiła mnie w konsternację i że wymyślałem najprzeróżniejsze teorie, dlaczego mieliby mnie tam zaciągnąć.
– Dżejkob – powiedział Stach do któregoś z towarzyszy (później okazało się, że do „Tołstoja”) – przynieś no gałę.
– Się robi, szefie!
„Szefie! Zatem istotnie, jest to jakiś przywódca. Ale właściwie po co nimi dowodzi? Czym jego grupka się zajmuje? Nie jest to chyba normalne, żeby wśród zwykłych przyjaciół mówiono, nawet do najcharyzmatyczniejszego członka grupy, per szef”.
Kiedy rzeczony „Dżejkob” ruszył wypełnić swoją powinność, nagle, bez wyraźnej przyczyny, doznałem zamroczenia – przez kilka, kilkanaście sekund nie wiedziałem, gdzie się znajduję, co właśnie się działo i kim jestem.
Potem znalazłem się przy jednej z dwóch bramek.

13




Stałem pod poprzeczką, otoczony przez grupkę wpatrujących się we mnie srogim spojrzeniem mężczyzn, całkowicie skonsternowany i wzburzony.
– Kolega – mówił „Tołstoj” na poły życzliwie, na poły surowo – potrafi się podciągać?
– Potrafić potrafię – rzekłem z wymuszonym ciepłem.
– A ile razy? – powiedział jeden z braci.
Przybrałem ton przemądrzałego inteligenta i zacząłem prosić o sprecyzowanie pytania:
– Podchwytem, nachwytem, chwytem młotkowym, do pełnego wyprostu w łokciach, do zapadnięcia się łopatek, do klatki piersiowej, do podbródka, poniżej podbródka i powyżej klatki, do oczu, chwytem małpim czy klasycznym? Potrafię też na palcach wskazujących.
Nie wiem, czemu zachciało mi się bawić z nimi w tę grę, jednakże kiedy już przystąpiłem do ataku, wprawienie ich w taką konsternację dało mi ogromną radochę. Patrzałem z radością na twarze wyrażające zakłopotanie i chyba tylko cudem powstrzymałem się od wybuchu dzikiego śmiechu.
– Patrzcie, no, jaki mądrala nam się trafił – wrzasnął jeden z „harlejowców”. – Szkoda, żeś taki bystry nie był, jak obraziłeś Stacha.
– Wybaczcie,

14




panowie – ponownie wróciłem do tematu rzekomej obrazy, ażeby teraz nakłonić ich za pomocą racjonalnych argumentów do racjonalnego myślenia – ale nikogo nie miałem zamiaru obrazić. Być może wasze wzburzenie wynika z jakiejś nadinterpretacji mojej wypowiedzi. Apeluję, ażeby panowie to przemyśleli – oszczędzimy bowiem dzięki temu irytacji i rozstaniemy się pogodzeni.
– Rozstaniemy? – powiedział Stach. – Czemu mielibyśmy się rozstawać? Tak bardzo byłeś nami zainteresowany, to może chcesz trochę nas poznać.
W tym momencie jak grom z jasnego nieba spadła na mnie rozpacz. Żałowałem każdego słowa, jakie wypowiedziałem tamtego wieczoru, gdy zjawiłem się w owym sklepie; żałowałem, że się w ogóle tam zjawiłem. Gdyby nie naszło mnie na „udobruchanie” grupki zbirów, gdybym po cichu kupił koniak i bez zwłoki stamtąd wyszedł, teraz świętowałbym z Cyprianem i jego ferajną albo tańczył makarenę z kolegami siostry. Zamiast tego musiałem użerać się z przesadnie wrażliwymi na swoim punkcie jegomościami, których zamiarów nie za bardzo znałem i którzy – bardzo możliwe – chcieli za wszelką cenę spuścić mi łomot

15




i mnie okraść.
Zrozumiałem, że muszę uważać na każde słowo, albowiem ta banda oryginałów wszędzie mogła doszukać się jakichś niemiłych aluzji do ich wyglądu, pochodzenia czy inteligencji.
– Zatem – ozwałem się w końcu, uderzając w oficjalny ton – sądzą panowie…
– Jeszcze raz powiesz „panowie”… – krzyknął wściekle któryś z nich.
„Aha. Panowie też źle. Przy nich, używając języka polskiego, czuję się, jakbym chodził po polu minowym.”
– Zatem sądzicie, że za te, bądź co bądź niezbyt odpowiednie uwagi, zasługuję na karę. Jeśli tak, wymierzcie mi ją – niech sprawiedliwości stanie się zadość, ale pozwólcie mi odejść jeszcze przed północą. Dzisiaj właśnie ukończyłem ostatni egzamin ustny z matury, podobnie jak większość moich znajomych, i nie chcę, by ten dzień kojarzył mi się z…
– Z czym? – odezwało się kilku, kiedy się zaciąłem.
– Z… No z tym.
– Słyszycie? – zwrócił się do towarzyszów Stach. – Kolega chce, byśmy go ukarali.
Nie wiem, czy to, co się podówczas wydarzyło było cudem, czy tylko przypadkiem ten niezręczny dialog przerwał właśnie w tamtym

16




momencie Dżejms, ogłaszający przyniesienie piłki i nawołujący do rozpoczęcia „gry”.
Co owa „gra” miała oznaczać, wolałem nawet nie zgadywać i zmierzyć się z tą okropnością, nie będąc uprzednio ostrzeżonym. Mimowolnie jednak przeleciały mi przez głowę pewne przypuszczenia. Czy miałem grać o przeżycie, tak jak w „Ucieczce z Nowego Jorku” grano w koszykówkę? Czy miało mnie gdzieś przywiązać, a potem dla zabawy rzucać bądź kopać we mnie tą piłą z całej siły? Czy chcieli mi ją wsadzić w…
– Wybierasz składy – wskazał mnie Stach – razem ze Zdzichem – tu zaś wskazał „harlejowca”.
Zatem gra o przeżycie. Niesamowite. Dawno nie grałem w piłkę nożną, byłem jednakże wysportowany: szybki, zwinny, skoczny i wytrzymały, a przeto odpowiedni do tej dyscypliny. Lękałem się jednak, że od wszystkich zawodników ważyłem znacznie mniej, zatem, zwłaszcza że było ciemno i mglisto, mogli mnie przypadkiem stratować – sędziego zaś, który mógłby odgwizdać foul, nie było.
Nie podobało mi się spełnianie ich dziwacznych zachcianek – wolałem chyba biernie być ukarany, choćby pobiciem (wówczas bowiem

17




mógłbym się z honorem bronić, tu zaś jak piesek bawiłem się w dziwaczne gierki na ich zasadach). Po pewnym jednak czasie gra zaczęła sprawiać mi niebotyczną przyjemność; na nowo przeżywałem rozkosz chłopięcych harców i z entuzjazmem oczekiwałem możliwości wykazania się własnymi umiejętnościami.
Nie pomyliłem się: byłem od nich szybszy, zwinniejszy i zdecydowanie dominowałem na boisku. Problem stanowiła jedynie celność, jednakże strzały na bramkę z daleka starałem się ograniczać, a podawanie na tak małej przestrzeni i wśród tak nielicznych graczy zupełnie się nie opłacało. Poza tym w swoich popisach musiałem być powściągliwy, bałem się bowiem wpaść z impetem na któregoś z zawodników – z drużyny przeciwnej czy mojej – wszyscy w końcu byli jakby moimi „oprawcami”. Nie wspominając już o spodniach, przez które w pierwszym momencie powstrzymałem się od ucieczki przed nimi, a które okazały się nie takie wcale niewygodne (lecz mimo wszystko bieganie w jakimś stopniu, mniejszym bądź większym, utrudniały).
Trwał bezbramkowy remis, kiedy w polu bramkowym wśród roślejszych zawodników doszło do sprzeczki

18




dotyczącej rzekomego foulu. Ja stałem po przeciwnej stronie boiska, przyjąłem bowiem rolę obrońcy-bramkarza. Ich dyskusje była tak zacięta, że zdawali się nie zważać więcej na mnie i miałem wrażenie, że w ogóle zapomnieli o moim istnieniu.
Obejrzałem się za siebie, na otwarte pole, przez które… mogłem przed nimi uciekać. Chwilkę szacowałem, jakie mam szanse na umknięcie tej wesołej gromadce (myślałem też o konsekwencjach, jakie mogły mnie spotkać, gdybym dał się im pochwycić), i z radością doszedłem do wniosku, że owe szanse są dosyć duże.
Po chwili jednak zadałem sobie pytanie: przed czym i dla jakiej rzeczy uciekam? Przed tą wesołą kompanią młotków, którzy właśnie debatują nad faulem w polu bramkowym jak nad kwestią życia i śmierci? Dla rozpustnej zabawy wśród znajomych pozbawionych wszelkich wyższych uczuć? Dla świętowania czego? Zakończenia nauki i popadnięcia w obojętność na sprawy własnego intelektu, ciała i duszy? To miałem świętować? Świętować w jaki sposób? Głośną muzyką, alkoholem? Głupi ja!
Niemniej wciąż istniała możliwość, że ci ludzie, z początku dziwaczni i agresywni, a

19




potem weseli i przyjaźni – mają mimo wszystko zamiar wyrządzić mi krzywdę. Wahałem się jakiś czas, lecz mój dylemat znikł, kiedy to podszedł do mnie „Tołstoj” i spytał, czemu nie gram (wznowiono bowiem grę, czego nie zauważyłem). Odpowiedziałem, że się zamyśliłem, co on skwitował nazwaniem mnie „romantykiem”.
Po kilku minutach dziwaczny rytuał grania w piłkę z osobami poznanymi przed niespełna godziną dobiegł końca, nie odetchnąłem jednak z ulgą, albowiem sytuacja robiła się coraz osobliwsza. Ponownie dwaj bracia zniewolili mnie, chwytając me ramiona tak mocno, że czułem nieustanny ból; Dżejms wziął piłkę do rąk i ruszyliśmy w stronę ulicy Drzewieckiego. Lęk mój wrócił, ponieważ twarze porywaczy znów zmieniły swój wyraz – stały się złowrogie i jakby skupione. Widocznie zabawa w piłkę była jedynie „grą wstępną” do jakichś ohydnych rytuałów; miała uśpić moją czujność.
Zatrzymaliśmy się na chwile przy jakiejś bramie; wówczas jeden z nich (nie pamiętam teraz, kto) wyciągnął klucze i zaczął otwierać drzwi. Zdziwiłem się, bo myślałem, że mają zamiar mnie pobić gdzieś w ciemnej

20




ulicy, a nie zabrać do domu i… No właśnie! Zatem czekał mnie znacznie gorszy los niż bycie okradzionym i pobitym. Z powodu tego, oczywistego skądinąd, domysłu zacząłem się szamotać, krzyczeć i wyprawiać wszelkie dzikie dziwactwa.
Z początku porywacze nie reagowali, jednak gdy kilka zbudzonych przeze mnie osób otworzyło okna i wychyliło się, ażeby zobaczyć, co się dzieje, zaczęli się sprytnie tłumaczyć.
– Spokojnie, psze pani! Kolega za dużo dziś wypił i wariuje. Przepraszamy za niego.
Zwracał się podówczas do starszej kobiety, która – spośród wszystkich osób, której jakoś na moje krzyki zareagowały – znajdowała się najbliżej.
– Panowie! Co to?! Macie go zostawić.
Widziała bowiem, że mocno mnie trzymali i że wyglądam raczej na ofiarę przemocy niż pijanego chłopca, któremu trzeba pomóc wrócić do domu.
Wszyscy popatrzyli na siebie porozumiewawczo i po kilku sekundach skinęli głowami. Wówczas mnie puścili, a ja, oczywiście, zacząłem biec co sił w nogach w stronę ulicy Drzewieckiego (czemu akurat tam – nie wiem; może podświadomie czułem, że biec tam z jakiegoś powodu będzie bezpieczniej niż w stronę

21




własnego domu, który znajdował się na Ostatnim Groszu).
Chyba nie doceniłem inteligencji tych ludzi. Decyzja o wypuszczeniu mnie była dokładnie przemyślana i ustalona (bez otwierania do siebie ust!), i przede wszystkim – udana. Chcieli bowiem mnie dyskretnie obezwładnić i tym samym udowodnić, że muszą mnie doprowadzić do mieszkania.
Po ułamku sekundy biegu uderzyłem nogą jakiś wystający kawałek metalu, który Bóg wie, do czego służy. Przez to, że zdążyłem się rozpędzić do ogromnej prędkości, po uderzeniu o to coś nogą, padłem z impetem na ziemię i przez jakiś czas nie mogłem wstać.
– Widzi pani! – powiedział któryś z grupki przebiegłych zwyrodnialców. – Pijany, jak Boga kocham.
Nie miałem sił wstać; bolały mnie łokcie, żebra, podbródek, brzuch, a nawet jądra. Poza tym ponownie doznałem dziwnego uczucia oderwania od rzeczywistości – nie pamiętałem, jak się nazywam czy w jakim żyję wszechświecie. Zapewne jest to wrażenie, które w kreskówkach obrazuje się gwiazdkami, latającymi wokół głowy danej postaci.
Zanim doszedłem do siebie i odzyskałem świadomość, bracia – którzy dostali byli immunitet na

22




traktowanie mnie, jak chcą, od bacznie obserwującej całe zajście sędziwej kobiety – pochwycili mnie jeszcze mocniej, podnieśli z ziemi i ruszyli ze mną i resztą kompanii do budynku.
– Pijaki! Paszoł won! – krzyknęła ta sama kobieta, która przed momentem zainterweniowała, tak głośno, że nawet ja – oszołomiony, rozczarowany; ja, złamana, jałowa istota, znajdująca się już we wnętrzu budynku – zdołałem usłyszeć.
Mieszkanie znajdowało się na parterze. Przez kilka sekund krzyczałem „Pali się!”, ażeby usłyszeli mnie sąsiedzi i wyszli na pomoc (jak przypadkowi ludzie – nie daj Boże włącznie ze starszymi, kobietami i schorowanymi – powstrzymaliby siedmiu rosłych zbójów, nie wiedziałem, podobnie jak nie wiedziałem, ilu w ogóle by ich wyszło, bo na pewno nie siedmiu i nie więcej). Jednak jeden z braci zatkał mi usta i teraz już nie wydobywałem z siebie żadnego dźwięku.
Weszliśmy do mieszkania.
– Będziesz cicho? – spytał Stach. Choć jego słowa nie były groźbą ani nie brzmiały, jakby nią były, ja je tak potraktowałem; pokiwałem więc głową, a gdy zdjęto rękę z moich ust, milczałem.
Zaprowadzili

23




mnie do salonu. Było dosyć przytulnie; spodziewałem się raczej pełnej grzybów na ścianie, cuchnącej wódką i papierosami rudery – a znalazłem się w co najmniej przyzwoitym mieszkanku. Z bojaźnią chłonąłem majestat tego miejskiego Babilonu.
Wszyscy usiedli na kanapie, włącznie z braćmi, którzy do tej pory więzili mnie w swoich uściskach. Nie miałem zamiaru już uciekać i narażać się tym samym na ich wściekłość, a mimo to spojrzałem za siebie; chciałem zobaczyć, czy aby przypadkiem nie zostawili otwartych drzwi do mieszkania (były zamknięte, więc już całkowicie pogodziłem się z tym, że za moment spotka mnie męka i upokorzenie).
Zobaczyłem, że pozostawiono mi miejsce na fotelu, więc usiadłszy nań co żywo, jąłem myśli snuć przędziwo.
– Kawy, herbaty – powiedział „Tołstoj”.
„Co to za pytanie? – pomyślałem. – W takiej sytuacji?!”
– Nie pijam ani jednego, ani drugiego.
– A co pijasz?
– Yerba mate.
– Świetnie. Mamy nieużywaną bombillę.
To zdanie niosło ze sobą co najmniej dwie szokujące informacje. Po pierwsze: ta banda oryginałów pije yerba mate, podobnie jak ja i najwyżej garstka

24




obywateli tego kraju. Po drugie: użył liczby mnogiej, więc pewnie mieszkają tu razem (chyba że miał na myśli, oprócz siebie, żonę i dzieci, co wówczas jednak wydało mi się nieprawdopodobne).
– A jedzenie? Chciałbyś coś zjeść?
„Co jest?! Przed gwałtem i torturami będą mnie gościć? Może są kanibalami i będą chcieli mnie utuczyć? Za chwilę pewnie znajdę ‘Serve the man’ gdzieś na tej półce z książkami… Z książkami!?”
Istotnie, mieli (bądź miał) w mieszkaniu istną bibliotekę. Znajdowały się tam dzieła arcymistrzów, począwszy od Dantego, a na Prouście czy Dostojewskim kończąc.
Przyjrzałem się im – ich twarzom, sylwetkom, ubiorowi – i skonfrontowałem to z tym, co widziałem po przeciwnej stronie pokoju: siedmiu oryginalnych wydaniach „À la recherche du temps perdu” i książce ze zdjęciami obrazów Petera Bruegela. Co to wszystko miało znaczyć?
Dzięki tej niecodziennej obserwacji na moment ponownie odzyskałem nadzieję, wszelako potem ze smutkiem stwierdziłem, że potwierdza ona wyłącznie moje obawy. Nieraz już czytałem, że psychopaci są inteligentniejszy, że słuchają klasycznej muzyki, chodzą

25




do muzeum, są znawcami filozofii greckiej, miłośnikami myśli konfucjańskiej i Bóg wie, kim jeszcze.
– Nie, dziękuję. Nie jestem głodny – odparłem spokojnie.
Wówczas ten, który herbatę mi zaproponował, poszedł z radością do kuchni, ażeby mi ją przyrządzić.
Grupka, z którą pozostałem, przymilała się do mnie tak, jakby ze mnie kpiono. Poczułem się zakłopotany, jednakże ironiczne uśmiechy odwzajemniałem – robiłem to zaś w taki sposób, jakbym nie dostrzegał ich szyderstwa.
Wesołek od „kawy i herbaty” powrócił, ale bez zamówionego przeze mnie napoju, a z brązowawym płynem znajdującym się w jakimś prymitywnym, niekształtnym drewnianym naczyniu. Podszedł do mnie z tym czymś i kazał to pić.
– A, przepraszam… co to jest?
Milczeli.
– Nie to zamawiałem – powiedziałem, nie zdając sobie sprawy, jak osobliwie w takiej sytuacji brzmi słowo „zamawiać”.
– Napij się – powiedział ten, który przyniósł napój.
– Wolałbym nie.
– Czemu?
– Bo – zaciąłem się – gdybym gwałcił ludzi, to robiłbym to w taki sposób – zaryzykowałem.
– Sądzisz, że daliśmy tu jakąś pigułkę?
– No…

26




– przyznałem nieśmiało.
– Myślisz, że CIEBIE ktoś chciałby zgwałcić?
– Cóż… Są ludzie, którzy czują pociąg seksualny do grubych, pryszczatych nastolatków.
– No widzisz – powiedział z przekąsem – a ty nie jesteś ani gruby, ani pryszczaty! Więc pij.
Nagle jeden z nich (chyba jeden z harlejowców) chwycił mnie za nos, tak że odruchowo otworzyłem usta. Wlano mi ów napój do ust, jednakże połknąłem tylko odrobinę. Resztę wyplułem. Oni jednak zdawali się na to nie zważać; Stach powiedział tylko swoim ochrypłym basem:
– Będziesz czuł lekkie mrowienie na języku i w okolicach ust. To znak, że działa.
Istotnie, nie minęło ćwierć minuty, zanim nie doznałem takiego uczucia (czyżby siła sugestii?). Nie! Istotnie – działało. Czekałem tylko aż padnę nieprzytomny i obudzę się z przewietrzoną odbytnicą.
– I co!? – zapytał radośnie ten, który przyniósł mi to coś.
Nie wytrzymałem – ich zuchwałość była ohydna. Jako że sądziłem, iż niewiele mam do stracenia – teraz kiedy zapadł na mnie potworny wyrok – postanowiłem więcej nie skrywać swoich uczuć:
– Gówno!
Zgromadzenie wybuchło

27




śmiechem zmieszanym z krzykiem oburzenia.
– My tu ciebie gościmy, a ty tak… – mówiono z lekką ironią.
Jedynie Stach zachował spokój. Gdy wrzawa ustała, powiedział do mnie:
– No to, jak ty po maturze, to co zamierzasz robić?
Postanowiłem z nich szydzić.
– Są trzy opcje – mówiłem tonem błazna, okraszając wypowiedź zabawną gestykulacją – męska prostytucja, handel kokainą bądź wzięcie kredytu, ucieczka na Islandię i niespłacanie go do końca życia.
– To aż pięć – powiedział ktoś głosem przywodzącym mi na myśl stereotypowego przygłupa.
Nagle doznałem czegoś zaskakującego. Poczułem się dobrze, było mi ciepło. Miałem ochotę rozmawiać, śmiać się bądź – co zaskoczyło mnie najbardziej – zbić piątkę z każdym z tych oryginałów. Uczucie to jednak ukrywałem, ponieważ nie chciałem bratać się z kimś, kogo uważałem za przyszłego oprawcę.
Jednak choć bratać się nie chciałem, milczenie działało mi na nerwy, przeto zagabnąłem o rzecz, która mnie interesowała.
– Widzę, że lubią panowie Tołstoja.
Zrazu nikt nie odpowiedział. Stach wstał, przybliżył się do mnie twarzą i zaczął

28




indagować:
– Co ty wiesz o Tołstoju?
– Co nieco – odparłem z przekonaniem.
– Dlaczego za pierwszym razem zaręczyny Lewina zostały odrzucone?
Zacząłem grzebać w pamięci i po kilkunastu sekundach coś wygrzebałem.
– Choć Kitty go kochała, brała pod uwagę rady matki, która głosiła, jakoby lepszą partią dla córki był Wroński, który – warto dodać – Kitty również się podobał.
– Dobry – szepnął Stach swoim towarzyszom.
– A Proust? – rzekłem lakonicznie.
– „Niekiedy – zaczął recytować głosem łagodnym, ale nie sztucznym; płynnie, lecz nie za szybko; ze zmienioną intonacją, jednakże nie pretensjonalnie; słowem, idealnie – ledwiem zgasił świecę, oczy zamykały mi się tak prędko, że nie zdążyłem powiedzieć sobie: «Zasypiam». I w pół godziny potem, myśl że czas byłby zasnąć, budziła mnie: chciałem odłożyć książkę, którą zdawało mi się że trzymam jeszcze w ręce, i zgasić światło; nie przestałem, śpiąc, zastanawiać się nad tem, com przeczytał; ale te refleksje przybierały charakter nieco odrębny; zdawało mi się, że to ja sam byłem tem o czem mówiła książka:

29




kościołem, kwartetem, rywalizacją Franciszka I z Karolem V.”
Kiedy podniosłem szczękę z podłogi, odezwałem się w ten sposób:
– Żeleński – mówiłem to, aby raczej chwalić się znajomością tłumaczenia, aniżeli dawać do zrozumienia, że „w przekładzie to każdy może”. Stach zrozumiał to jednak w ten drugi sposób i na tę moją rzekomo złośliwą uwagę przystąpił jakby do kontrataku.
– Longtemps, je me suis couché de bonne heure. Parfois, à peine ma bougie éteinte, mes yeux se fermaient si vite que je n’avais pas le temps de me dire: «Je m’endors.» Et, une demi-heure après, la pensée qu’il était temps de chercher le sommeil m’éveillait; je voulais poser le volume que je croyais avoir encore dans les mains et souffler ma lumière.
Ponownie nie mogłem wyjść z podziwu. Jak on – pospolity brutal, nocny marek, pijaczyna-wagabunda – mógł w wolnych chwilach czytać Prousta w oryginale (i to tak namiętnie, że aż nauczył się tak długich i nieoczywistych w swym znaczeniu zdań)? Szykowałem się, aby, podobnie jak Stach, popisać się swoją elokwencją i oczytaniem (choć powinienem był się już zdążyć przekonać, z

30




kim miałem skrzyżować szablę).
– A ty?
Przyznam, że nie wiedziałem, co miało znaczyć to pytanie. Nie chcąc jednak wyjść na głupka (jakby „nie wyjście na głupka” było możliwe przy kimś kto zna na pamięć „W stronę Swanna”), zacząłem recytować:

     Raz w pół­noc­nej, głu­chej do­bie, gdym znu­żo­ny sie­dział so­bie
Nad księ­ga­mi daw­nej wie­dzy któ­rą wie­ków po­krył kurz -
Gdym się drze­miąc chy­lił na nie, usły­sza­łem nie­spo­dzia­nie
Lek­kie, ci­che ko­ła­ta­nie, jak­by u drzwi mo­ich tuż.
"To gość ja­kiś - wy­szep­ta­łem. - Puka snadź przy drzwiach mych tuż;
Nic in­ne­go chy­ba już."

     Ach - pa­mię­tam, jak­by wczo­raj - była przy­kra grud­nia pora,
Głow­nie mrąc to cień rzu­ca­ły, to blask ja­kichś krwa­wych zórz.
Tę­sk­nom cze­kał, by świt bia­ły błysł, bo księ­gi nie spra­wia­ły
Ulgi mej bo­le­ści sta­łej, od­kąd znikł mój anioł stróż,
Dziew­czę słod­kie, któ­re dzi­siaj zwie Le­no­rą anioł - stróż...
Tu bez na­zwy ona już!

     Strach zdej­mo­wał mnie nie­zna­ny, pe­łen gro­zy nie­zba­da­nej,

31





Kie­dy u drzwi za­sze­le­ścił pur­pu­ro­wy ko­tar plusz;
By uko­ić ser­ca trwo­gę, rze­kłem so­bie: "Po­jąć mogę:
To po­dróż­ny - zgu­bił dro­gę - zbłą­kał się śród śnież­nych wzgórz.
W drzwi me puka, ­zabłądziw­szy po­śród bia­łych śnież­nych wzgórz."
Więc na­braw­szy mę­stwa wsta­łem, z ugrzecz­nie­niem mó­wiąc ca­łem:
"Pa­nie albo pani, bła­gam, nie ob­ra­żaj się ni chmurz,
bo za­sną­łem ze zmę­cze­nia, a twe lek­kie ude­rze­nia
w drzwi mo­je­go tu schro­nie­nia nie zbu­dzi­ły mnie. Więc cóż
w tym dziw­ne­go, żem nie sły­szał?" Tu otwar­łem drzwi - i cóż?
Ciem­ność w krąg - nic wię­cej już.

     Pa­trząc w mrok ten na wsze stro­ny, sta­łem trwoż­ny i zdu­mio­ny,
Ro­jąc mary, ja­kich do­tąd głąb nie zna­ła ludz­kich dusz.
Lecz mil­cze­nie głu­che trwa­ło, ci­szy nic nie prze­ry­wa­ło,
Tyl­ko lek­ki szept nie­śmia­ło drgnął: "Le­no­ra?" - gdzieś tuż ,tuż.
Tom ja szep­nął i - "Le­no­ra!" - wy­szem­ra­ło echo tuż.
Tyl­ko to, nic wię­cej już.

     
Robiłem to zaś

32




znacznie mniej płynnie, bez odpowiedniej interpretacji (a gdy próbowałem ją wdrożyć, wychodziło to dziwnie, nienaturalnie i w ogóle jakoś słabo); częstokroć się zacinałem i wygrzebywałem z pamięci odpowiednie wersy.
– W przekładzie to każdy potrafi! – powiedział jakby urażony Stach.
– Once upon a midnight dreary, when I pondered weak and weary…
Oryginału nie pamiętałem.
Tu użyłem wobec niego wulgaryzmu, przypomniawszy sobie, że w sytuacji, kiedy nie mam niczego do stracenia, mogę sobie pofolgować i być tak opryskliwym, jak tylko się da.
– Po co ta agresja?
– „Po co agresja”! Przepraszam, ale to chyba nie ja was siłą zaciągnąłem do własnego mieszkania i nie…
Spojrzałem na swoje ubranie, przypomniawszy sobie mój nieszczęsny upadek, i zobaczyłem, że jest zupełnie brudne od podłoża. Strzepałem z siebie pył.
– Ale że to tłumaczenie Zenona Przesmyckiego, to mógłbyś wiedzieć – rzekłem, eksponując swój szeroki szyderczy uśmiech.
Spojrzałem na zegar na ścianie: zbliżała się pierwsza. Gdy odzyskałem nadzieję, że nie zginę marnie w tym miejskim Babilonie, zaczęła dręczyć mnie myśl, że

33




spędzę noc na droczeniu się z nietuzinkową bandą irytujących wesołków – a bardzo chciałem choćby zobaczyć owej nocy swoją siostrę. Jąłem tedy myśli snuć przędziwo jeszcze intensywniej i po kilku minutach zdało mi się, że na coś wpadłem. O tym jednak później.
Ujrzałem nagle, że ktoś wypił trochę tego samego napoju, który podano mnie. Zatem nie mogli chcieć mnie otruć (co najwyżej pobudzić trochę do rozkosznych igraszek, podobnie jak siebie samych, ale również wobec tej hipotezy byłem sceptyczny).
– Panowie – rzekłem – czy to od tej substancji czuję się tak…
– Bosko! – dokończył za mnie jeden.
– Właśnie – potwierdziłem.
– To kava. Napój z korzenia pieprzu metystynowego. W sam raz, by popić sobie w towarzystwie – dla rozluźnienia.
– Mamy nadzieję, że nie psujemy twoich planów – w głosie jego brzmiała troska, bez cienia ironii, jednak ja uznałem, że swą złośliwość doskonale ukrywa.
– No, powiem szczerze, że… Nie, nie – absolutnie. W dniu tak uroczystym tylko czekałem, ażeby porwała mnie banda… – spojrzałem z przestrachem na ich grupkę – grupka nieznajomych – poprawiłem

34




się.
– Co zamierzałeś robić? – zapytał chłodno.
– Świętować zdanie matury z siostrą (mam bliźniaczkę). – Tu mogłem zakończyć, zaspokoiwszy, zda się, wystarczająco ciekawość niebezpiecznych impertynentów, z jakiegoś powodu jednak pragnąłem ciągnąć rozmowę i, kto wie, może odwrócić ich uwagę oraz sprawić, by zapomnieli o krzywdzeniu mnie. – Nie wiem, gdzie trwa impreza, ale pewnie w (podałem nazwę klubu znajdującego się w okolicach Kazimierza Wielkiego) bądź w (nazwa podobnej spelunki).
– Zacnie, zacnie młodzieńcze.
Ponownie cisza, którą zakłócało jedynie tykanie zegara. Było ciut po pierwszej.
– Jak tam młody – podjął znów rozmowę Stach – na zakończeniu roku?
Z początku byłem poirytowany, że pytał o rzecz, która nie uchylała nawet drzwi prowadzących do dalszej rozmowy. Miałem mu opisać cały miniony dzień, włącznie z fascynującymi i pełnymi zwrotów akcji historiami opowiedzianymi przez panią „imperator” (tak nazywamy dyrektorkę); mówić o ściemnianiu nauczycielom, że było przyjemnością być przez nich uczonym; o niezręcznych uściskach ręki czy jeszcze ohydniejszych, rzekomo

35




grzecznościowych, gestach? Uznawszy, że zrobiło się wystarczająco wesołkowato, aby opowiedzieć sprośny nieśmieszny żarcik, odparłem:
– Podczas „obrzędów pożegnalnych” zdarzyło się coś godnego odnotowania (nie mogłem znaleźć lepszego określenia). Kiedy żegnałem się na oczach kolegów z atrakcyjną nauczycielką, ta chciała mnie uściskać. Ja odmówiłem i zwyczajnie podałem jej rękę. Koledzy pytają mnie potem: „Czemu?”. Na co ja, mrużąc porozumiewawczo okiem, odpowiedziałem: „Nikt nie kończy na jednym Oreo”.
Zapanowała całkowita cisza.
– Czyli że co? – prosił któryś o wyjaśnienie. – Że nie mógłbyś się powstrzymać i byś ją zgwałcił?
– Mniej więcej – przyznałem. – Ale to był taki żarcik. No, wie pan…
– Powiedz, jeszcze raz „pan” – krzyknął wściekle tak, że aż serce skoczyło mi do gardła.
Napięcie, choć już od dawna spadało w postępie geometrycznym, teraz na moment podskoczyło gwałtownie, acz nieznacznie – z tego względu postanowiłem atmosferę przywrócić do równowagi, a tym samym zrealizować misternie snuty plan.
– W literaturze może jesteś lepszy –

36




powiedziałem Stachowi – ale czy uprawiasz sport?
– Stary – rzekł. – Jeśliby na świecie była jedna osoba uprawiająca sport – byłbym to ja.
– Staniesz na rękach?
Odsunął stół, oddalił się nieco od nas – miał dzięki temu na tyle wolnej przestrzeni, by można było podrzucić dolną część ciała, nie uderzywszy nikogo ani niczego stopą. Stanął na rękach. Zrazu trudno mu było utrzymać równowagę, jednak po paru sekundach był tak sztywny, że można go było pomylić z manekinem.
Powiedziałem, że jestem pod wrażeniem; sam zaś pragnąłem udowodnić, że takie sztuczki to dla mnie pestka. Ściągnąłem spodnie (uprzedziłem gospodarzy, że czynie to ze względów utylitarnych i nie zamierzam robić niczego zdrożnego) i powiedziałem, żeby przypatrzyli się mnie uważnie.
W młodości uprawiałem breakdance i choć nie opanowałem tej pięknej sztuki do perfekcji, ażeby móc, dajmy na to, brać udział w mistrzostwach kraju, to rzeczy, jakie byłem w stanie zrobić ze swym ciałem, były naprawdę imponujące. Gdy dorosłem, ćwiczyłem regularnie, aby zachować sprawność i atletyczny wygląd, zatem pewien byłem, że wciąż jestem w

37




formie i że nie zawiodę.
Stach za moją namową wrócił na miejsce, a ja poszedłem tam, gdzie on stał był na rękach, i zrobiwszy dokładnie to samo, zacząłem opuszczać się i podnosić, tak jak się to robi przy pompkach.
Wykonawszy kilka powtórzeń tego niełatwego ćwiczenia, z radością spojrzałem na zdumione twarze członków widowni.
Następnie, nawet nie odpocząwszy (a tętno znacznie mi przyspieszyło, nie tylko ze względu na wysiłek, ale i stres), spojrzałem na sufit, aby ocenić, czy robiąc to, co chcę robić, nie zrobię sobie krzywdy (znajdował się bardzo wysoko), a następnie wykonałem salto w tył. Przyznam nieskromnie, że wyszło mi ono wówczas fantastycznie. Wyglądałem tak, jakbym robił to na co dzień – upadłem prosto na stopy, nie uderzając w podłogę palcami, i lądując, nawet na moment nie straciłem równowagi. Dokonawszy tego niecodziennego – przynajmniej jak na kogoś relatywnie mało doświadczonego, jak ja – wyczynu, zwróciłem oblicze w stronę widowni, ukłoniłem się, uśmiechnąłem i wykonałem jeszcze kilka niepoważnych gestów, aby pokazać, że swojego niewątpliwego talentu nie traktuję jednak zbyt

38




poważnie. Potem założyłem spodnie.
Pogratulowano mi i zaczęto pytać, gdzie się uczyłem. W takiej sytuacji nie mogłem zrobić niczego innego, jak udawać skromnego i zabronić się wychwalać. Potem poprosiłem o pozwolenie na wykonanie jeszcze jednej sztuczki.
– Będzie to jednak – oznajmiłem – wymagało otwarcia drzwi balkonu.
– Co zamierzasz zrobić?
– To parter, prawda? Wystarczająco wysoko, by uznać wyskoczenie stąd i zrobienie salta w powietrzy za wyczyn, lecz na tyle nisko, aby się nie zabić, próbując to salto zrobić. Zróbcie mi więc miejsce i pozwólcie pokazać, że czasy prawdziwej, radzieckiej gimnastyki jeszcze nie umarły.
Zgodzili się. Uznali, że skoro jestem tak dobry w te klocki, mogę w tej sytuacji nie kłamać, a przegapienie takiego widowiska byłoby okropnym pechem.
Otwarli drzwi od balkonu, porozsuwali wszystko, co mogło stanowić przeszkodę przy rozbiegu. Ja, owszem, rozbiegłem się, ale tylko po to, aby szybko i możliwie bezpiecznie zeskoczyć.
Gdy znalazłem się na ziemi, zacząłem biec, nawet nie oglądając się za siebie. Tamci na górze musieli gotować się z wściekłości.
Biegłem do

39




siostry.
***
Szczęśliwie, gdy przerażony wbiegałem na przystanek, światła zamieniły barwę na zieloną jakby na moje przybycie, a na tramwaj nie musiałem czekać dłużej niż minuty.
Zerknąłem na tablicę z rozkładem jazdy: było wpół do drugiej. „Noc jeszcze młoda” – chciałoby się rzec, gdyby nie moje niedawne przeżycia – kuriozalne i potworne zarazem. Mogłem jeszcze zdążyć na zabawę.
W tramwaju ogarnęła mnie paranoja: nieustannie oglądałem się przez ramię i nieraz miałem zwidy, że któryś z nielicznych pasażerów jest członkiem osobliwej grupki. Poza tym ogarnął mnie lęk sięgający dalej w przyszłość – porywacze musieli przecież mieszkać na Gądowie Małym albo co najmniej w jego okolicach, jaką miałem więc gwarancję, że prędzej czy później nie miną mnie gdzieś na ulicy i nie rozpoznają, a potem nie wypełnią wreszcie swojego wszetecznego planu?
Starałem się tym jednak nie zamartwiać, wiedząc, że nawet jeśli zostanę pobity i zamordowany, nie jestem w stanie nic z tym zrobić, a przeto powinienem korzystać z życia. Tamtej nocy przecież nic już mi nie groziło…
(Głupi ja zapomniałem, że owego

40




wieczora zdążyłem powiedzieć zbyt wiele!)
Siostrzyczkę i jej współbiesiadników zastałem w pierwszym klubie, jaki odwiedziłem. Ucieszyło mnie to, bo mocno się za nią stęskniłem. Zacząłem więc mówić z przerażeniem, kiedy ona patrzała na mnie rozbawiona.
– Nie uwierzysz, co się wydarzyło!
Tu opowiedziałem swoją historię.
– Ile wypiłeś? – spytała, uśmiechając się rozkosznie i wydając z siebie co jakiś czas chrząknięcia przypominające odgłosy świni (odpowiednik śmiechu typowy dla członków naszej rodziny; sam tak zresztą mam).
– No właśnie niczego! I to jest najgorsze.
– No to wiemy, co ci doskwiera. – Zawołała którąś z koleżanek. – Przynieś mu „Mokry sen Kwaśniewskiego” (tak żartobliwie nazywano jakiś mocny drink).
– Nie rozumiesz! – apelowałem. – Oni mnie zabiją! Pobiją, zgwałcą, a że są mocno (tu użyłem wyrażenia nienadającego się do druku) – to pewnie wysmarują masłem orzechowym oraz każą mówić z pamięci Konstytucję Rzeczypospolitej i klepać po grzbiecie muła.
– Rozumiem – stwierdziła zlękniona. – Ty ćpałeś!
– A ty dalej swoje! Takie rzeczy się

41




zdarzają.
– Nawet jeśli, to co ja na to poradzę? Mam ich pobić? Przecież możesz sam zadzwonić na policję.
Istotnie! Że też wcześniej na to nie wpadłem. Muszę wezwać pomoc!
– Choć sądzę, że policja ci nie uwierzy. Szczególnie jak im powiesz o Prouście i staniu na rękach.
– Po co mam im o tym wspominać? Wystarczy, że powiem, iż mnie porwali – to wystarczy.
– A jak im to udowodnisz?
– Są świadkowie.
– Mówiłeś, że ci świadkowie dali się nabrać tej bandzie, że wcale cię nie porwano i że byłeś pijany jak bela?
– Cóż… Fakt.
– Nie wspominając o tym, że zanim „wielki polski aparat przestrzegania porządku publicznego” jakoś zareaguje, ci rzekomi brutale mogą z ciebie zrobić placek po węgiersku.
„Na dnie piekła są ci, którzy odbierają nadzieję” – pomyślałem ze smutkiem oraz irytacją.
– To co proponujesz?
– Unikania nocnego łażenia, szczególnie w okolicach Szybowcowej, gdzie kręci się mnóstwo dilerów narkotykowych i wszelkiego marginesu społecznego (Pewnie są to jakiś handlarze, którzy chcieli ci podać narkotyk, uzależnić cię od niego i sprawić, byś kupował ich towar).

42




Poczekaj tu z nami do rana, aż ci recydywiści słodko zasną, wróć do domu i zrób sobie „wielki post” od nocnego łazikowania. Co ty na to?
– Boże, jaka ty jesteś mądra – powiedziałem z ulgą, radością i bez cienia szyderstwa, po czym mocno ją przytuliłem.
Usiadłem przy jednym z niezajętych stolików (a mówiąc ściślej, położyłem się bądź „klapnąłem”). Czułem niesamowitą ulgę; nie było jeszcze trzeciej, a ja mogłem nareszcie sobie pofolgować i w beztrosce trwać co najmniej do rana.
Nagle podeszła do mnie znajoma moja i siostry i z życzliwością zaproponowała mi coś na „rozluźnienie atmosfery”.
– Jasne! – odparłem, przymilając się do niej. – Przynieś coś; wiele dziś przeszedłem, jak pewnie już słyszałaś.
– Tak, słyszałam. Na mój koszt – oświadczyła, przeciwko czemu nie protestowałem.
Nie minęła minuta, zanim przyjaciółka przyszła z zamówieniem. Gdy zrozumiałem, co to było, z przestrachu aż podskoczyłem.
– W kulki ze mną lecicie?! – krzyknąłem wściekle do imprezujących jako kolektywu, domyślałem się bowiem, że wszyscy maczają palce w spisku.
– O co ci chodzi?
– Co

43




to jest? To brązowe?
– Skąd wiesz, że jest niedobre? Nawet nie spróbowałeś.
– Ano, właśnie spróbowałem! Spróbowałem.
– To powinieneś wiedzieć, że tego się nie pije dla smaku, a dla działania.
– Istotnie: działania! Co wy chcecie mnie zrobić? Bo chyba nie zgwałcić mnie.
– Oczywiście, że nie – oznajmiła z powagą siostra. – Tylko dokonać innej czynności seksualnej – tu się roześmiała, a wraz z nią wszyscy, którzy przysłuchiwali się rozmowie, włącznie z nieznajomymi współbiesiadnikami i barmanem.
– Tak cię to bawi?– podszedłem do siostry, chwytając ją delikatnie za barki i patrząc jej głęboko w oczy. – To podali mnie ONI! Wypiłem tego zbyt mało, ale gdyby wcisnęli we mnie więcej…
– Dali ci kavę? – była rozbawiona i zaskoczona.
– Ty sama jesteś kawa! Kawa tak nie smakuje; też jest ohydna, ale nie aż tak!
– K-A-V-A! Przez fał. To zupełnie co innego.
– Czyli że co?
– Bezpieczny zamiennik alkoholu.
– A wy co, abstynentki?
– Lepsze to niż celibat spowodowany wyglądem, tak jak w twoim przypadku – powiedziała, myśląc, że to arcyśmieszne szydzenie ze mnie zadziała na mnie

44




kojąco.
– Mogłabyś dać spokój? Nie wiedziałem, że ta sytuacja jest aż tak dziwna! Czyli że co ci goście chcieli ze mną zrobić, jak nie mnie znarkotyzować?
– Nie wiem pojęcia, co chcieli zrobić; wiem natomiast, że – szczególnie jeśli zamierzali zrobić coś złego – podanie ci kavy nic by im nie pomogło. Czy cię pocieszyłam?
– Nie! To robi się coraz dziwniejsze.
– Co w tym dziwnego?
– To, że chcąc mnie wziąć na kawkę, zabrali mnie siłą. Tak chyba nie robią kulturalni ludzie, prawda?
Chwyciłem się za czoło. Nie mogłem uwierzyć, że moja siostra tak beztrosko podchodziła do tego szczególnego wydarzenia, że nie widziała w tym niczego godnego zastanowienia się, a przede wszystkim – że zdawała się bronić tych zwyrodniałych osobników!
– Dobrze – powiedziała po jakimś czasie, widząc, że nie jestem usatysfakcjonowany jej apologetyką. – Myślmy logicznie, zaczynając od początku. Zdenerwowałeś ich… czymś. (Teraz to nieistotne, czym). Postanowili cię porwać. Co wtedy chcieli osiągnąć? Dać ci nauczkę? Nie sądzę – daliby ci ją bez problemu nawet w samym sklepie, zwłaszcza że sprzedawca był –

45




bez cienia wątpliwości – po ich stronie. Podroczyć się z tobą dla ich własnej satysfakcji? Z tego, co mówiłeś, nie wyglądało to, jakby czerpali perwersyjną przyjemność z twojego poniżenia. (Czy w ogóle cię poniżali?) Byli naćpani i sami nie wiedzą, co robią? Nie – sam stwierdziłeś, że zachowywali sprawność ruchową, a intelektualnie byli na wyżynach ludzkich możliwości; poza tym nie zdradzali żadnych szczególnych symptomów: żadnych rozszerzonych źrenic, niespokojnego zachowania, paranoi; nie mogli być zatem po prostu nawaleni.
Spojrzała na mnie osobliwie, jakby coś mi sugerowała.
– Wiesz, do jakiego dochodzę wniosku?
– No?
– Skoro nie można znaleźć żadnego logicznego, zgodnego z ludzką psychiką uzasadnienia działania tych ludzi, wniosek może być tylko jeden.
– Sądzisz, że moja opowieść jest niespójna?
– Mniej więcej.
– Czemu?
– Już ci powiedziałam.
– To do jakiego wniosku dochodzisz?
– Sądzę, że to wszystko się nie wydarzyło.
Poczułem się, jakby trafił mnie piorun.
– Że to wszystko – ciągnęła – twoja halucynacja.
– Mówiłem ci, że nie ćpałem.
– Ale jesteś

46




niewyspany i zmęczony! Mieliśmy kilka–kilkanaście matur z rzędu; ty się stresowałeś i przez to nie zasypiałeś. Teraz widzisz, jak taki styl życia się kończy.
Nagle podeszła do mnie, złapała rękoma za twarz, odsłoniła dolną część gałki ocznej i przyglądała jej się uważnie.
– Jesteś bardzo zmęczony. – Jej głos przybrał jakąś nienaturalną barwę; mówiła bardzo powoli. – Masz zwidy. Nas tu nie ma. Nie istniejemy. Jesteśmy tylko twoją halucynacją; leżysz pijany we własnym domu…
Do niej dołączyło kilka koleżanek, które z doskonałym zgraniem powtarzały razem: „To twoja halucynacja”.
– Myślicie, że to takie śmieszne?!
– To niedobrze tak mówić do własnego przewidzenia – powiedziała siostra, kiedy ja się od niej oddalałem, ażeby zostać na moment sam na sam z własnymi myślami.
– Przecież – dodała, poszedłszy za mną – nic ci się nie stało. A tak na poważnie, to faktycznie kilka rzeczy mogło ci się przewidzieć.
Nie komentowałem tej odważnej hipotezy; oznajmiłem tylko oschle, że muszę iść do toalety. Wskazała mi do niej droga; wówczas ja zauważyłem na jej twarzy wyraz wstydu i

47




współczucia. Zrozumiałem, że chciała mi pomóc, a nie mogła. Ba! Próbowała mi pomóc, przerywając klawą imprezę – pomóc komu? Wariatowi, który zapewne coś wziął i teraz każe wszystkim traktować swoje chimery na poważnie. Chciałem ją przeprosić za swoje zachowanie i przyznać, że miała rację, kiedy mówiła o nieszkodliwości moich – bądź co bądź – osobliwych przeżyć. Do wniosku tego doszedłem jednak, kiedy już wszedłem do toalety, gdzie zastał mnie widok wielce niepokojący.
Swoją potrzebę fizjologiczną załatwiał właśnie w pisuarze pewien mężczyzna łudząco podobny do „Tołstoja”, którego poznałem był tamtej nocy. Zwolniłem kroku, byłem ostrożny, choć wcale nie uznawałem za prawdopodobne, abym właśnie spotkał któregoś z porywaczy. Przeczucie kazało jednak nie wchodzić do kabiny, nie mówiąc już o załatwieniu potrzeby w pisuarze obok. Udawałem, że przyszedłem tylko wymyć ręce; jednocześnie starałem się bacznie obserwować odwrócone do mnie bokiem oblicze. Kiedy jegomość skończył to, co robił, i odwrócił swoją twarz, tak iż widziałem ją dokładnie, wydałem z siebie krótki okrzyk

48




przerażenia i bez słowa wybiegłem z toalety, jakby goniła mnie krwiożercza bestia.
To istotnie był „rosyjski powieściopisarz”.
Pobiegłem do siostry.
– Tysia! Nie uwierzysz, co się wydarzyło.
– A ten znowu swoje – powiedziała pod nosem. – Znowu o tych literatach?
– Tak. Widziałem jednego z nich w toalecie. Oni tu są!
– Ty naprawdę się naćpałeś! Może dodali ci coś do drinka?
– Albo się panicznie boi i teraz ma omamy – dorzuciła koleżanka, która właśnie do nas podeszła. – Tak jest: jak się człowiek czegoś lęka, widzi to na każdym kroku.
– Typowa paranoja – powiedziała siostra.
– Spotkał gościa w kiblu! Też mi coś. Zobaczcie lepiej, co tam się dzieje – wskazała coś palcem, a ja wprost zamarłem z przerażenia, kiedy zobaczyłem to, co zobaczyłem. – Myślałam, że goście grają w pijacką grę. Wiecie, tę, w której rzuca się piłeczka do ping-ponga do kubków ustawionych na stole, a jak się trafi, trzeba to wypić. Oni, owszem, rzucają piłeczkami, ale do kubków z wodą gazowaną.
– Zobacz, no – mówiła Faustyna do koleżanki – jakie to bysie. Może są sportowcami i dlatego nie

49




piją.
– Czy oni ci wyglądają na abstynentów? Zobacz na ich twarze! – tłumaczyła koleżanka.
– Z tej odległości niczego nie widzę; podejdę do nich.
Krzyknąłem. Zabroniłem jej do nich podchodzić, wiedziałem bowiem, że są to ci, którzy tej nocy napędzili mi stracha.
– Zaraz, ja chyba skądś ich… – szepnęła siostra, kiedy ja (już po raz trzeci tej nocy) krzyknąłem żałośnie. Jeden z nich – chyba Stach – dostrzegł mnie i kazał towarzyszom do mnie podejść.
Nie zastanawiając się nawet przez sekundę, wybiegłem z klubu, zostawiając za sobą grupkę przerażonych bądź zadziwionych znajomych i mając na tyłach brutali–abstynentów.
Dzięki ponadprzeciętnej sprawności fizycznej uciekałem w taki sposób, że żaden zwykły śmiertelnik nie powtórzyłby moich manewrów, nie mówiąc już o dogonieniu mnie. Przy czym tamci – Stach bowiem udowodnił to tamtego wieczora – również byli ponadprzeciętnie sprawni. W jakim jednak stopniu – miałem się właśnie przekonać.
Z początku nie oglądałem się za siebie, ale słyszałem ich krzyki; potem zaś, gdy przecisnąłem się zwinnie przez wąskie szczeliny, wbiegałem na

50




dachy i sunąłem po ciemnych uliczkach (o tej porze chyba niebezpieczniejszych niż sami goniący), co jakiś czas nawet się zatrzymywałem, aby oszacować, w jakiej sytuacji się znajduję, i złapać oddech.
Gdy z radością stwierdziłem, że udało mi się ich zgubić, przycupnąłem na jakimś prowizorycznym siedzeniu (najpewniej kawałku skrzynki, jednakże w ciemności nie byłem pewien). Gdy tętno wróciło do normy i nie musiałem brać głębokich oddechów, wstałem i ruszyłem – jednakże nie wiedziałem, gdzie.
Jako że czułem się bezpiecznie, chadzałem sobie beztrosko po ciemnych, brudnych siedliskach marginesu społecznego i z bojaźnią chłonąłem potworny majestat tego miejskiego Babilonu. Później (a dokładnie, kiedy poczułem skręcający kiszki głód) postanowiłem powrócić na łono cywilizacji i z trwogą stwierdziłem, że się zgubiłem.
Zrozumiałem też, że od kilkunastu godzin nie piłem wody (nie licząc odrobiny tego ohydnego, jakby mulistego napoju) i choć żadna krzywda przez taki krótki post nie mogła mi się stać, zechciałem zaspokoić jak najszybciej pragnienie.
Krocząc po miejscu, gdzie koncentrowało się całe

51




wszeteczeństwo miejskiej społeczności, poczułem lęk, tym razem inny niż ten, który towarzyszył mi w towarzystwie grupy „literat i literatka”. Chciałem się stamtąd jak najszybciej wydostać, lecz nie znałem drogi powrotnej. Zabłądziłem i musiałem wytrwać tam do rana.
Całe szczęście wytrwanie do rana nie było o tamtej porze sztuką; oszacowałem, że zbliżała się trzecia, czyli pora, kiedy pod koniec maja powinno się już rozjaśniać. Ponownie usiadłem, tym razem na schodach prowadzących do jakiejś bramy, i oparłem głowę o poręcz. Czułem, że mogę tam zasnąć i rano, kiedy Stach i jego towarzysze będą spać snem sprawiedliwego, bezpiecznie wrócić do domu.
Nie zasnąłem, ponieważ gdy moja jaźń znajdowała się gdzieś na granicy między jawą a snem, usłyszałem znajomy głos.
– Co tu robisz, ty mały gnoju?!
Nietrudno się domyślić, że była to moja ukochana siostra, Faustyna.
Otrząsnąłem się i zacząłem coś mamrotać, podobnie jak mamrocze osoba nagle wybudzona z głębokiego snu i zmuszona do wysiłku intelektualnego.
– Wiesz, jak się bałam i jak dziwnie się czułam, kiedy musiałam cię gonić?!
– Goniłaś

52




mnie? Jak w ogóle zdołałaś… – Tu pomyślałem nie tyle o tym, że jest dziewczyną, ile o jej sporych piersiach, które – tak przynajmniej zgadywałem – przeszkadzałyby, po pierwsze, w bieganiu, a po drugie we wspinaniu się i przeskakiwaniu przez spore przeszkody.
– Znam ciebie i wiem, gdzie byś się udał.
– Psychoanalityczka, nie ma co… – burknąłem, nie patrząc jej w twarz. – A tamci już poszli?
Faustyna wybuchła szaleńczym śmiechem.
– Co cię bawi?
– Chodź, to zobaczysz.
– Mam z tobą iść do klubu? Kiedy dalej są tam ci zwyrodnialcy?!
– Oj tam, od razu zwyrodnialcy. Osoby o niekonwencjonalnych metodach perswazji.
– Co ty wygadujesz?! – krzyknąłem, stanąwszy i spojrzawszy jej w oczy.
– No dobra, zdradzę ci sekret: ja ich znam.
– Znasz? Skąd?!
Tu zaczęła coś tłumaczyć, o czymś opowiadać, ale ja nic z tego nie pamiętam, usłyszawszy bowiem słowa „ja ich znam”, zamarłem i przestałem być świadomy istnienia otaczającego mnie świata, nie mówiąc już o skoncentrowaniu się na opowiadanej przez kogoś historii.
Widząc, w jaki popadłem stan, podeszła do mnie i chwyciła moją twarz.
– Wszystko

53




dobrze? – Patrzyła mi prosto w oczy. – Czy wszystko dobrze?
– Mam mówić szczerze czy zmyślać?
Pokiwała głową. Co ten gest miał oznaczać, nie mam pojęcia. W każdym razie odpowiedziałem szczerze:
– Brzydzę się tobą.
– O czym ty w ogóle mówisz?
– O tym, że nie dość, iż nie widzisz w znajomości z tymi ludźmi niczego zdrożnego, to jeszcze cała ta sytuacja zdaje się ciebie bawić. Czy to nie jest nie w porządku?
– Żartujesz sobie?
– Nie, nie żartuję.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu przez jakiś czas, aż wreszcie siostra powiedziała:
– Zamierzasz tak stać do rana?
– Niewiele zostało do rana.
Właściwie to już kiedy wypowiadałem te słowa, niebo przybrało ciemnoniebieską barwę.
Nie wiem jakim cudem namówiła mnie do powrotu i do rozmowy z moimi prześladowcami. Jakkolwiek do tego doszło, pół godziny potem byłem w klubie, gdzie czekała na mnie cała siódemka porywaczy.
Jak tylko ich ujrzałem, przybrałem surowy wyraz twarzy i kazałem się tłumaczyć z ich niecodziennych wybryków.
Ich wyjaśnienia były – nie jestem w stanie odnaleźć lepszego słowa – nieprzekonujące. Nie były wprawdzie

54




całkowitym obłędem, w przeciwieństwie do czynów samych w sobie, ale pod względem racjonalnego myślenia i rozsądku musiałem sobie nieźle pofolgować, by w to wszystko uwierzyć.
Siostra podobno znała ich, ponieważ przeprowadzała wywiad do gazetki szkolnej – wywiad dotyczący ludzi, którzy wyszli z życiowego dna.
Cała siódemka chodziła na zebrania anonimowych alkoholików (tam się zresztą poznali). Stach był prowadzącym zajęcia i to on najdłużej trwał w abstynencji. Ponadto bracia byli uzależnieni od amfetaminy, Tołstoj od jakiegoś barbituranu, a reszta od jeszcze innych świństw. Wszyscy wyszli z nałogów i zaczęli nowe życie – niektórzy, choć nie byli wykształceni (Stach, jak wspomniał, nawet nie skończył podstawówki) zaczęli prowadzić kulturalne życie: chodzili do opery, czytali światową literaturę, uczyli się języków obcych. Poza tym zaczęli dbać o zdrowie i uprawiać sport, czego przejawem były chociażby sztuczki, jakie był w stanie wykonać Stach, albo granie ze mną w piłkę nożną. Jako substytut uzależniających używek stosowali nieszkodliwe „umilacze nastroju” jak yerba mate bądź kava-kava.
Dlaczego

55




mnie porwali? Usprawiedliwienie tego czynu było najmniej wiarygodne. Otóż z góry zakładając, że mam do czynienia z marginesem społecznym, oceniając napotkanych ludzi po posturze bądź stroju, zdenerwowałem czy uraziłem Stacha i jego towarzyszy. Oczywiście nie chcieli mnie za to pobić, lecz „dać nauczkę”, ukazując mi dobitnie, że nie należy oceniać nikogo po pozorach.
– Chcieliśmy napędzić ci stracha – tłumaczył któryś – ale nie zrobić krzywdę!
– A wystraszenie kogoś to nie krzywda? Będziecie mi potem płacić za leki na nadciśnienie?! – powiedziałem na poły żartem, na poły serio. Humor dopisywał mi w pewnym stopniu, ponieważ cieszyłem się, że niebezpieczeństwo nie tyle zostało zażegnane, co nigdy nie istniało. Nie zmieniłem jednak zdania i wciąż twierdziłem, że stała mi się krzywda, nie kazałem nikomu jednak jej wynagradzać.
Po tych przeżyciach nie chciałem świętować nawet z siostrą, która okazała się zaprzyjaźniona z moimi dręczycielami, a gdy dowiedziałem się, że oni dołączali do zabawy, uciekłem czym prędzej z klubu. Przed tym jeszcze się napiłem wody i przekąsiłem coś lekkiego.
Było

56




już jasno.
„Tak jak myślałem. Noc przepadła. A zapowiadało się tak pięknie”.
Pojechałem szybko, ażeby porozmawiać o tym wszystkim z Cyprianem i być może załapać się na okruchy ze stołu pańskiego, jeśli impreza jeszcze trwała.
Kiedy zastałem u niego w mieszkaniu grupkę pijanych jak bela abiturientów i jego, ledwie żywego na kanapie, doznałem dziwnego uczucia; miałem wrażenie, że jestem od nich pod jakimś względem lepszy.
– Kim ty jesteś?
– No, to ja! Nie pamiętasz mnie?
Zwymiotował do miski, którą trzymał przy sobie.
– Ach, tak. Chlip!… Żałuj, że cię tu nie było.
– Nie żałuję – powiedziałem z uśmiechem.

57




Wyrazy: Znaki: