Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 100
Dzisiaj w pracowni: 3
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Dylogia Ego (Tylko ja oraz Ja kontra Ja)ikonka kopiowania

Autor: Bogusław Kołodziej twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Ja kontra ja

     Nie ma osoby. Yest yeno śwyadomość. Przeto nie mówcie jak poganie, co nazywayą się wolnymi. Albowyem wystarczy jeden wstrząs, a całe twe yestestwo przeminie. Tak samo yeden wstrząs zmyenić może twego ducha, tak iże nic z dawnego człeka się nie ostanie.

     Prorok Ezerbubel, Księga nicości

     

     
Rzecz to przedziwna, kiedy człowiek odkrywa terminy względnie znane i dosyć powszechne nie z rozmów, radia, lekcji w szkole itp., ale podczas szokujących wypadków, prób życiowych najwyższej rangi. Ja o bólach fantomowych dowiedziałem się kilka tygodni temu i stale ich doświadczam.
Obudziwszy się tamtego dnia (zanim jednak wstałem z łóżka) owszem – miałem w ustach jakieś dziwne uczucie, ale nie wiązałem tego z czymś aż tak wstrząsającym. Mało to człowiek ma zmartwień w życiu, aby przejmować się osobliwym czuciem na języku?
Szok przeżyłem dopiero gdy otworzyłem usta i... Wiem, że możecie mi teraz nie uwierzyć, przeto wiedzcie, że ja również nie mogłem. Wypadł z nich mój język; oślizgły robakopodobny narząd wyleciał prosto na mój nagi tors, a ja machinalnie położyłem go na stole. Ktoś mi go obciął.

     Nie

1




będę wam prawił, co czułem przez mnogie godziny po owym odkryciu, bo jeszcze sami byście doświadczyli po części tej tortury. Przejdę zatem do tego, com postanowił koniec końcem zrobić.
Wahałem się informować rodzinę, myślałem bowiem, że przeżyją to gorzej nawet niż ja, ale doszedłem do wniosku, iż ukrywanie się i milczenie byłoby jeszcze podlejsze. I nie pomyliłem się, ponieważ ich histeria trwała dłużej i była gwałtowniejsza. W końcu, gdy bracia, siostry i rodzice postanowili podejść do tej skądinąd makabrycznej sprawy na chłodno oraz jęli szukać rozwiązań a także możliwych przyczyn (długo nie mogli uwierzyć w moje zapisane na kartce wyjaśnienia i zapewnienie „nie wiem, o co chodzi”).
Ustaliłem, że nikt nie mógł wejść do mojego mieszkania, dlatego przyczyna musiała tkwić we mnie samym. Udaliśmy się tedy jeszcze tego samego dnia do zaprzyjaźnionego psychiatry. Profesor Dubanowski był, i wciąż jest zresztą, jednym z najbardziej renomowanych lekarzy w województwie śląsko-dąbrowskim, a matula moja miała szczęście znać go z czasów szkoły średniej.
Profesor był opanowany bardziej niż przypuszczałem. Kiedy

2




siostra, która mnie wówczas wspierała i w moim imieniu się wypowiadała, zdała sprawę Dubanowskiemu, ten bez słowa poszedł po pióro i kartkę, dał mi je do ręki, kazał usiąść na krześle w salonie mnie i siostrze.
– Niemienie narządu takiego jak język nieść może ze sobą poważne konsekwencję – mówił, ćmiąc fajeczkę. – Przeprowadzę teraz krótką indagację, lubo wiedzieć musisz, że zaraz po tym udać się trzeba do lekarza innej specjalizacji.
Kiwnąłem głową. Zmierziło mię na myśl o kolejnych medykach. Tyle razy w ciągu życia odwiedzałem ich w związku z wadą mojego serca, że na widok lekarskiego gabinetu miałem ochotę wymiotować.
– Oczywiście, panie profesorze – mówiła siostra – ale to naprawdę ważne. Mieliśmy w rodzinie podobne przypadki samookaleczeń dokonywanych – co prawda świadomie – przez krewniaków chorych umysłowo.
– Wy, młodzi, też macie taki marny obraz determinizmu – stwierdził z niezadowoleniem Dubanowski. – Rzeczy takie się nie dziedziczą; to na przykład, że bratanek zakonnika także zostanie zakonnikiem jest prawie tak samo prawdopodobne, jak gdyby zakonnika w rodzinie nie było. Ale

3




dobrze, nie po toście tu przyszli, abym wykładał wam genetykę. Pisz lepiej, bratku, czy w przeszłości kiedykolwiek się okaleczyłeś.
Zastanowiłem się przez moment.
„Nie” – napisałem drobnym pismem od myślnika w górnym rogu kartki, czyli tak aby mieć miejsce na wiele odpowiedzi.
– A zdarzyło ci się robić coś nieświadomie przez sen, id est lunatykować?
Ponownie dumałem nad własnym życiorysem i historią swoich snów. Potem napisałem:
„Tak, czasem budziłem się w innym zgoła ubraniu niżem zapamiętał, że zakładałem przed drzemką. Niedawno temu to bywało, zresztą mam tak od dzieciństwa. Abo raz się obudziłem z gliną przylepioną do włosów, ale to z kolei mógł być żart domownika.”
– Jeśli to możliwe – zwracał uwagę profesor – zapisuj zdawkowe odpowiedzi, aby nas tu zmierzch nie zastał. – Przytaknąłem. – Dobrze – ciągnął. – Co zrobiłeś z językiem.
„Kubek wody – napisałem. – Matka do formaliny.”
– Dobrze. Niech będzie to przedmiot naszego dochodzenia. Mieszka pan sam, z tego co zdążyłem zauważyć. – Przytaknąłem. – Zamieszkaj u kogoś i niech ten ktoś obserwuje pana w nocy. Możliwe,

4




że mamy do czynienia nie z przypadkiem somnambulizmu, a dysocjacyjnym zaburzeniem – powiedział na koniec jakby do siebie.
– Panie profesorze – mówiła z przejęciem siostra – Co to znaczy?
– Miałem pacjentów, którzy... Rozdwojenie jaźni – oznajmił po chwili wahania. – Jedna z osobowości dążyła do destrukcji drugiej. Często obieraną ścieżką było zabicie ciała, rzekłbyś: „nosiciela”. Wówczas oczywiście zginęłyby obie „dusze”, jednak z jakiegoś powodu osobowości te decydowały się na taki właśnie krok.
Przeszedł mnie dreszcz grozy.
– Czemu miałaby to robić?
– To choroba. Nie można oczekiwać niczego racjonalnego od chorego umysłu.
– Boże, to straszne.
– Wesprzyj, młoda damo, swojego brata i zrób, co zaleciłem. Przyjdę do was jutro, a wy zdacie mi sprawozdanie z nocnych zachowań osobnika zamieszkującego to ciało.
Uznałem, że hipoteza profesora jest nader prawdopodobna. Nieraz już czułem, patrząc na siebie, jakbym miał do czynienia z kimś innym, acz różnice w zachowaniu dajmy na to nastoletniego chłopca i dorosłego mężczyzny wynikały raczej z naturalnych przemian, a nie niezdrowej kondycji mózgu.

5




Nikt jednak nie zaprzeczał, że głowa, tak jak każdy inny narząd, mógł zwyczajnie zachorować.
Postanowiłem nocować u matki. Moja troskliwa siostra przyrzekła sobie czuwać nade mną, póki sprawa się nie wyjaśni, a kto wie czy nie do końca moich dni, jako że z praktycznego punktu widzenia stałem się tamtego dnia inwalidą.
Podłączono mię do kroplówki, ponieważ okazało się, że nie mogę już w ogóle jeść. Od tej pory leżałem tylko podłączony do aparatury, a odchodzić od niej mogłem tylko co jakiś czas. Obok mnie postawiono biurko, a na nim stos kartek i ołówek, abym mógł się za ich pomocą porozumiewać. Czułem się okropnie – jak roślina. Ktoś musiał mnie doglądać, „podlewać” ( aparatury samemu nie dało się obsługiwać), pocieszać.
Pierwszego dnia bałem się, że z powodu tej strasznej implikacji nie będę mógł zasnąć, ale stało się na odwrót niż przewidywałem: już wczesnym wieczorem rzuciłem się na łóżko i zaraz po zmrużeniu oczu byłem jak martwy.
Obudziłem się, kiedy nad moim łóżkiem stało grono obserwatorów na czele z profesorem Dubanowskim. Patrzyli na mnie, jakby mieli zaraz obwieścić coś

6




gorszego nawet niż dożywotnie niemówstwo. Patrzyła tak na mnie matka, siostra i bracia. Pierwszy odezwał się profesor:

     – Chłopcze. Niezwykłe wieści! – W jego głosie można było wyczuć raczej podniecenie niż lęk; sądziłem, że raduje profesora to, iż mój przypadek jest rzadki przeto fascynujący dla naukowca.

     – Poznaliśmy twoją drugą osobowość.
Wzruszyłem ramionami i zmarszczyłem brwi, pokazując, że pragnę dokładniejszych objaśnień.
– To znaczy – tłumaczył psychiatra – rozmawialiśmy z nią. Twoje drugie „ty” jest aktywne w trakcie tego, co interpretujesz jako sen. Zdaje się, że twoje ciało spoczywa nie dłużej niż trzy godziny: ty teraz (nazwijmy cię osobowością jeden) działasz przez czternaście godzin, osobowość druga około siedmiu, zatem wszystkie twoje komórki, tkanki, narządy, układy mają jedynie ósmą część doby na regenerację. To fascynujące, ale nie tym powinienem się teraz zajmować... Charakter osobowości drugiej jest zgoła różny od pierwszej, ale można dostrzec pewne podobieństwa. Niektóre rzeczy – składnia, ogólnie styl, ruchy ciała – są tak identyczne, że można by tę osobę

7




uznać za ciebie, ale... będącego w wyjątkowo złym humorze.
Pomyślałem, że bardzo chciałbym poznać tę „osobowość”. Uznałem, że istotnie była to inna jednostka, nawiedzająca z niejasnych powodów co jakiś czas moje ciało.
Profesor podał mi kartkę i ołówek. Wznowił opowiadanie, ale ja natychmiast mu przerwałem: podniosłem do góry rękę z ołówkiem w garści i pokazałem, że chcę coś napisać.
„Niech mi pan powie, co mówił ten ktoś.”
– Właśnie do tego zmierzałem. Otóż... – Urwał w tym miejscu. – Zauważyłeś pewnie wyraz twarzy twoich krewnych – wskazał dłonią matkę – i wywnioskowałeś zeń, że są oni mocno zmartwieni. Nie dziwota, ponieważ osoba, która „nawiedza” cię w nocy nie kryje się z chęcią unicestwienia... ciebie, a tym samym i siebie.
„Czemu?”
– Czemu chce cię unicestwić? Już spieszę z wyjaśnieniem, ale pozwól, że powiem ci
pierwej o spostrzeżeniu twojej matki: mówi ona, iż „osobowość druga” miała pewne poglądy, które głosił niegdyś nie kto inny jak ty sam. Przez to podejrzewa, że...
„Obudził się we mnie stary ja” – dokończyłem w myślach. Dubanowski w tamtym

8




momencie urwał, a po kilku sekundach jął tłumaczyć.
– Mówił on na przykład o konieczności ograniczenia liczebności gatunku ludzkiego. Ogólnie rzecz biorąc biła odeń mizantropia, pogarda dla wszelkiego stworzenia.
– Syn – wtrąciła się matka – pewnego dnia zmienił całkowicie swój światopogląd. Było to jakieś sześć lat temu. Wcześniej, owszem, mówił coś o wielkiej zagładzie, napisał nawet pracę naukową o rzekomej zbawienności samobójstwa. Ale z tamtego czasu pozostała mu tylko niechęć do posiadania potomstwa i dlatego właśnie nigdy się nie ożenił.
Przytakiwałem.
– Ten ktoś – ciągnął profesor – mówił, że był całkowicie świadomy istnienia „pierwszej osobowości”. Co więcej: twierdził on, że „ty” również jesteś „nim”, ale przemienionym. Tak jak codziennie człowiek zmienia swoje poglądy, tak ty z dnia na dzień, a właściwie z dnia na noc, miałbyś zmieniać się z pogodnego, kochanego syna, w cynicznego nihilistę, i vice versa.
Przypomniałem sobie wtedy moment mojego „nawrócenia”. Następowało ono powoli, i w trakcie tej długotrwałej przemiany częstokroć zdarzało mi się nagle, że,

9




pod wpływem jakiegoś bodźca, chociażby rozdrażnienia, odzyskiwałem dawną dusze, po chwili zaś ją traciłem, a po jakimś czasie przeminęła ona na dobre. I wtedy zawarłem z sobą samym pewien kompromis: cokolwiek miałoby się dziać w moim życiu, zawsze miał mi przyświecać jeden cel: przynoszenie ludziom radości. Bowiem ani przed ani po przemianie nie chciałem ich krzywdzić; słowa matki o „masowej zagładzie” były wyłącznie histeryczną nadinterpretacją. W istocie „stary ja” nienawidził świata, ponieważ jawił mu się on jako obmierzły, a ludzki żywot był dlań jeno długą katuszą. Nie chciał w żaden sposób dodawać nikomu cierpień, a jedynie uniknąć kolejnych, na przykład poprzez zaprzestanie płodzenia dzieci. A gardziłem ludźmi dlatego jeno, iż brzydziła mnie ich obsesja na punkcie prymitywnych uciech cielesnych; nienawidziłem instynktu, jaki gwałtem został narzucony damom, które nieraz rozpaczają, kiedy bezlitosna natura oszczędzi je i pozbawi możliwości posiadania dzieci. Ale dla każdego pragnąłem dobra, nawet jeśli brzydziły mię jego plugawe rozrywki. Gdy zaś skończyłem dwadzieścia lat, zmieniłem swoje

10




nastawienie do życia – było ono według mnie darem, jakim mieliśmy zostać obdarzeni, i z którego każdy powinien korzystać tak bezwstydnie, jak tylko można. Przez to stałem się bardziej wyrozumiały i łagodny (momentami wręcz uległy), spolegliwy oraz radosny. Tak wyglądała moja przemiana.
„Czy on coś jeszcze mówił?” – zapytałem.
– Kpił z twoich, jak to określił, „ciotowatych pierdół”, a mówiąc to miał na myśli poglądy do jakich się przekonałeś.
„To znaczy?”
– Hedonizm, carpe diem, miłość, etc.
„Czemu to zrobił? Dlaczego obciął język? Bo to on, prawda?”
– Owszem. To się właśnie wiąże z pogardą do twoich poglądów. Mówił, że jęły go one irytować, uniemożliwił tedy ich wygłaszanie.
Nie mogłem uwierzyć. Cała ta sytuacja wyglądała, jakby nie inna osoba, a ja sam to wszystko czynił. Mógłbym w każdym razie dać temu wiarę. Nieraz już mi się zdarzało nienawidzić tego, com był zrobił, i to tak mocno, iżbym mógł nawet okaleczyć siebie, aby nigdy już do popełnienia podobnego głupstwa nie doszło. Czemu niby miałbym pierwszy raz w życiu nie podjąć ostatecznie takiego kroku?
– Osobnik

11




ten – ciągnął Dubanowski – używał innych jeszcze słów niegodnych przytaczania.
„Panie profesorze – napisałem na kartce. – To nie jakiś inny <<osobnik>>”
– Co ty piszesz, synku – wtrąciła się matka, kiedy profesor wypowiedział na głos moje oznajmienie. – Co masz na myśli?
– Pani syn chyba chce powiedzieć – Profesor jął tłumaczyć, jednak ja gestem ręki mu przerwałem. Wolałem, abym to ja wszystko wyjaśnił – moje słowa byłyby wiarygodniejsze. Nawiasem mówiąc od początku zresztą myślałem, że Dubanowski wiedział, co naprawdę się święci, a używał określeń „osobnik” a także „ta osoba” po to tylko aby mię wybielić.
Porozumiawszy się za pomocą migów, jąłem pisać na osobnej karcie, zaś rodzina i profesor cierpliwie czekali; niektórzy jeno co chwila przechodzili się po korytarzu, abo szli zaparzyć sobie herbatę.
„Ta osoba, z którą rozmawialiście... [Skreśliłem to] To byłem ja! Nikt inny tylko ja! Wiecie przecież, że zawsze taki byłem: cynicznym skrajnym utylitarystą. Gdy się zmieniłem, nieraz bałem się, że pod wpływem jakiegoś czynnika „zmienię się” i moja podła natura

12




powróci. Widocznie budzę się co noc, kiedy to mózg mój jest właśnie poddany takiemu czynnikowi. Innymi słowy: równowaga chemiczna mojego mózgu jest zaburzona, abo ta równowaga jest mu przywrócona (jak zwał tak zwał) – i wtedy właśnie żałuję i kpię ze swoich poglądów, postanowiłem tedy „uniemożliwić” powrót do takiego stanu. Tak jak niegdyś, w młodości, kiedy – nie dziwcie się, że piszę o tym ot tak, taka bowiem moja natura, tzn. „homo sum...” – uprawiałem samogwałt. Chciałem porzucić tę praktykę. Nie miało to jednak związku z religią; ateuszem byłem od dziecka. Zawsze jakiekolwiek akta seksualne wzbudzały we mnie obrzydzenie, a mimo to stale budziła się we mnie chuć, aby na te kilka minut owego ohydnego aktu całkowicie nade mną zapanować. Potem zaś czułem wstyd i złość, widziałem bowiem na swoją słabość. Po kilku latach jęła mię inspirować historia jednego z ojców Kościoła, skądinąd mortalisty i głosiciela powszechnego odkupienia, który poszedł za radą Chrystusa i obciął przyczynę swego grzechu. Takem też chciał zrobić ja, wszelako się tego nie podjąłem. Widzicie jednak, jaki był mój

13




charakter i sposób rozumowania. Dokładnie taki sam jak osoby, która obcięła mi język!”
Profesor wahał się, czy czytać na głos ten tekst, ale ja gestem ręki i wyrazem twarzy dałem mu na to przyzwolenie. Wszyscy długo milczeli. Potem jeden z braci zapytał mię:
– Skoro tyś to zrobił, to czemu niczego nie pamiętasz?
– Żaden tu związek – tłumaczył łagodnie profesor – Wierz mi. Choć doskonale cię rozumiem, że widzisz tu pewną sprzeczność. Rzadko bowiem zdarza nam się napotkać sytuacje, kiedy to wiemy, że myśmy coś zrobili, ale zupełnie tego nie pamiętamy. Ja raz przeżyłem taki szok: miałem w Monachium znajomego psychiatrę – znanego eksperta od hipnozy. Miałem wówczas problemy ze wstawaniem, ogólnie organizacją czasu. Nastawiłem zegary na pół- do godziny wcześniej, abym wiedział, że muszę się spieszyć. Jednak wiedziałem o tym fakcie, i w głowie przestawiałem sobie zegar na właściwą godzinę i... oczywiście zawsze się spóźniałem! Poprosiłem rzeczonego naukowca, aby usunął mi pamięć o tym zdarzeniu. Od tej pory zawsze byłem na czas, ale po niedługim czasie spostrzegłem, że, jak to mówią Niemcy etwas ist

14




nicht ja (zaśmiał się) i nie miałem pojęcia, jak to wytłumaczyć. Po jakimś miesiącu profesor Friedrich zapytał, jak tam u mnie z punktualnością? Wtedy przypomniał mi o hipnozie.
– Nie rozumiem – powiedział skonfundowany brat. – Jak dla mnie jak się czegoś nie pamięta... Co by powiedział pan profesor, gdybym teraz oznajmił, że kogoś zabiliście, ale „usunięto wam pamięć”? Poszlibyście do więzienia, abo na stryczek z pokorą? Jak dla mnie ten pomyleniec, który obcina sobie język to nie nasz Andrzejek!
– Nie jest zatem tym samym, który pragnie obciąć swoje genitalia, kiedy ma problemy z chucią? – zakpił Dubanowski. – Mnie się to wszystko wydaje aż nazbyt przekonywające: ten sam styl, dobór słownictwa (niewielkie różnice stanowią wulgaryzmy), poglądy życiowe, a nawet temperament i te same skłonności, to jest skłonności do okaleczeń.
– Różnice jednak – dodała siostra – są zasadnicze.
– Tak jak zasadnicze są różnice między mną dwudziestoletnim marksistą, a mną dzisiejszym konserwatywnym liberałem. A czy głoszę, jakoby wstąpiła we mnie obca dusza?
– Ale wasza przemiana nie nastąpiła w przeciągu

15




jednego wieczora!
– Dosyć – powiedział profesor stanowczo ale bez złości. – To mu nie pomoże! Spróbujcie lepiej przeczekać kilka nocy – uciszyć nicponia jakim staje się po zmierzchu i zniechęcić go do tych rzekomych „nawiedzeń”. To nie zadanie dla psychiatry, w każdym razie nie dzisiejszego. Mam na myśli to, że mając do dyspozycji narzędzia współczesnej nauki nie jesteśmy w stanie rozwiązać tego bądź co bądź osobliwego przypadku, niezależnie czy jest on faktyczną chorobą mózgu, czy tylko dowodem na nietuzinkowość charakteru syna (zwracał się wówczas do matki).
– Dobrze – powiedziała. – Dobrze, zajmiemy się tym.
– Mam nadzieję. – Chwycił neseser, nałożył kapelusz i skierował się w stronę drzwi. Na odchodnym wyciągnął rękę w stronę matuli i ucałował ją. Potem dodał: – Proszę się nie martwić, na pewno wszystko będzie dobrze. Choć lata praktyki lekarskiej sprawiły, iż z mniejszym przekonaniem wierzę w wolną wolę, mam nadzieję, że choć część zależy od nas, nie tylko zdrowych psychicznie, ale i tych którzy oszaleli. A że wątpię, jakoby pani syn był faktycznie chory, owa nadzieja w tym

16




przypadku jest jeszcze większa.
– Dziękuje profesorze za pomoc.
– Zgłosiliście się do lekarza? – dodał na koniec Dubanowski.
– Wkrótce – odparła matka. – Wie pan, wciąż jesteśmy w szoku. Już nigdy nie usłyszymy głosu mojego synka, a teraz pan mówi, że to jego wina.
Dubanowski nie skomentował tego stwierdzenia, tylko dla niepoznaki uśmiechnął się serdecznie i odszedł.
Rzecz jeszcze straszniejsza zdarzyła się nazajutrz, bowiem mimo wszelkich starań członkom mojej rodziny nie udało się mnie powstrzymać. Tak, mnie, ponieważ nie mam zamiaru mówić tym, który wyprawia te rzeczy, w trzeciej osobie. Tak więc nie udało im się mnie powstrzymać od czynu nie tak już wstrząsającego, ale świadczącego o mojej makabrycznej nieugiętości: obciąłem sobie palec wskazujący prawej ręki. Dodać muszę, że zwykle używam lewej, jednak w szkole nalegano, abym pisał tak jak wszystkie dzieci i tak do tegom przywykł, że przestaję być mańkutem jedynie wówczas gdy sięgam po pióro. Ale teraz musiałem na powrót nauczyć się pisać lewą.
Wstałem wtedy o świcie i nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Jak to możliwe, że ani tego nie

17




pamiętam, ani nie czułem bólu, kiedy spałem? Odcięty palec, podobnie jak poprzednim razem język, leżał na stole, ukazując moją zuchwałą brutalność. Krew znalazłem ranu w kuchni na posadzce i starałem się ją wytrzeć i ukrywać ów fakt przed rodziną tak długo jak tylko mogłem – na próżno, bowiem już po niespełna godzinie obudziła się siostra, a zastała mnie zranionego w widocznym miejscu i przerażonego. Nie zdążyłem wymyślić sposobu na ukrycie śladu po amputacji.
O krewnych można by powiedzieć raczej nie jako o zlęknionych, a wzburzonych. Odczuwali moją działalność jako złośliwość jakiegoś natrętnego owada, który kąsa, abo brudzi odnóżami coś cennego tak, iżby po pewnym czasie nie było ono zdatne do użytku. Woleliby chyba, abym zabił się na miejscu, bo taki Andrzejek bez kończyn byłby znacznie większym ciężarem niż pospolity trup, którego wystarczyłoby pogrzebać, a potem przychodzić doń co rok na Wszystkich Świętych, a uwzględniając mój tzw. „nihilizm”, tzn. obojętność wobec losu pozbawionego rozumu i uczuć truchła, sprawa jawiłaby się jako jeszcze łatwiejsza. Tutaj jednak trudnością było

18




samo porozumiewanie się ze mną, a gdyby moja autodestrukcja postępowała raczej arytmetycznie niż geometrycznie, to według moich obliczeń po zaledwie czterech tygodniach musiałbym być przez kogoś karmiony, pielęgnowany, itd.
Jednak na „tempo arytmetyczne” się nie zanosiło. Wówczas musiałbym sobie uciąć kolejny palec, kiedy minąłby ów dzień. Jednak tak się nie stało. Zapewne dlatego że przestałem pisać. Nie komunikowałem się z nikim już w ogóle, chyba żeby poprosić o drobną przysługę, jak przyniesienie czegoś, itp.. Pisałem tylko pamiętniczek , podobny do tego, ale dzień potem spostrzegłem, że ktoś wyrwał zapełnione karteczki. Nie było wątpliwości co do tego, że zrobiłem to ja w nocy, gdyż zapisane były tam między innymi moje dzisiejsze poglądy, rozważałem na przykład istnienie wolnej woli oraz duszy, powołując się na dzieła św. Grzegorza z Nyssy, i to właśnie ten „optymizm” musiał zapewne mię rozsierdzić.
Pozbyłem się również osobliwej pamiątki po tych dramatycznych zajściach w postaci palca i swojego języka (zrobiłem to na jawie) oraz odmówiłem dalszych wizyt u psychiatry. Do lekarzy zgłaszałem

19




się jedynie, aby dopatrywano moich ran. Nie potrzebowałem już żadnego pomocnika, bowiem walki ze mną samym nie mógł prowadzić nikt inny jak tylko... no właśnie – ja sam!
Rodzina krzątała się po domu z coraz większym zapałem. Inni zmieniali kroplówkę, inni podawali mi pamiętniczek, otwierali drzwi, itd.
Po kilku dniach zaproponowałem braciom, aby pomogli mi w samobójstwie. Chciałem, aby ktoś kupił mi pistolet, truciznę, albo wymyślił inny sposób na skrócenie mych cierpień. Oczywiście „bogobojni” krewniacy oczywiście stanowczo odmawiali. Widocznie ich Boga naprawdę cieszy cierpienie, albo nie wie on, że są niektóre rzeczy zgoła gorsze niż śmierć. I nie chciałem nawet robić tego dla siebie (na dobrą sprawę nawet mię cieszyła ta niecodzienna rywalizacja) tylko dla nich! To oni się ze mną męczyli, ja tylko leżałem brzuchem wywalonym do góry. Napisałem im: „Zabijcie mię, nie chowajcie mię, rzućcie me truchło na pożarcie wronom, a wtedy wy i ja w końcu odpoczniemy!”. Przyznaję jednak, że i we mnie budzi to pewne opory moralne: choć wyzbyłem się nawet naturalnego lęku przed śmiercią i bez problemu sam bym się

20




targnął na swe życie, wolałbym nie zmuszać do pociągnięcia za sznurek osoby postronnej. Mniejsza jednak z tym! Skoro od początku wszystko mi było obojętne, niech i teraz obojętne będzie moje kalectwo i niech na przekór instynktom walczę nie z samoistnie postępującą zagładą, ale z osobną istotą, w której istnienie wierzę coraz mocniej.

     
Rzecz iście fascynująca: jestem w dążeniu do własnego zatracenia tak konsekwentny, że chyba przestało mię już interesować, iż bez kończyn, nawet w chwilach „trzeźwości” umysłu, zdziałam niewiele. Otóż po niecałym miesiącu od pierwszego okaleczenia straciłem wszystkie palce prawej ręki; choć nawiasem mówiąc niewiele mię to powstrzyma, ponieważ już dawno temu stałem się całkowitym mańkutem. Chyba podczas nocnych przebudzeń stwierdziłem, że dłoń z czterema palcami wygląda mniej estetycznie nie tylko niż z pięcioma, ale także niż bez żadnych.
I to właśnie od tego czasu czuję bóle w nieistniejących już palcach. Niesamowite zjawisko! Ból prawdziwszy niż mogło by się zdawać.
Jedna jeno rzecz mię zastanawia: co stanowi dla „oświeconego” – czy też raczej „dawnego”

21




– Andrzeja taką motywację? Długo podejrzewałem, że poczucie bezsensu własnej egzystencji, które zawsze mi towarzyszyło, a osiągnęło swe apogeum, kiedy to choroba serca, w jaką zapadłem będąc jeszcze młodzieńcem, ukazała mi, że nie tyleż nie troszczy się, ale wręcz nienawidzi mię sama tzw. „natura”. Ale nie: najpewniej nie to było przyczyną. Ten cyniczny i dumny „ja” nigdy nie uważał, jakoby jedynym remedium na jego dylemata było targniecie się na własne życie. Nieraz mówił, że nienawidzi dzieci, ale czuł jakby powołanie; mówił: „Dajcie mi jednego takiego bachora, to wychowam go na człowieka! Zamiast pozwalać mu hasać po polu i tarzać się w mierzwi, pokażę mu jak bolesne jest życie, jak okrutny jest świat i jak niewarty sprowadzania nań nowych istnień! Aby ułatwić mu egzystencję tutaj, zorganizuję prawdziwy obóz szkoleniowy, pozwolę mu oddawać się prymitywnym rozrywkom tylko w nagrodę za wykonanie serii mozolnych ćwiczeń fizycznych, będę mu w nocy zamiast bajek czytał światową literaturę, wierząc, że człowiek nasiąka tym z czym obcuje, nawet gdy jest mu to coś obojętne. A w kwestii kształcenia tzw.

22




„ducha”, posłużę się znaną z ciężkiej atletyki metodą piramidową: zacznę nauczać te dzieci i traktować jako normę augustyńsko-tomaszowe opisy piekła, do którego trafią Bogu ducha winni ludzie, potem zaś wyjawię im, że były to jeno bajdurzenia. Powiem: <<Nie ma żadnego Pana Boga! Jesteśmy jeno bezużytecznym pyłkiem w wielkim, okrutnym Wszechświecie; umrzemy, przeminie wszystko co dobre i pozostanie tylko pustka i nikt o nas nie będzie pamiętał. Truchła nasze, zanim zostaną pożarte przez robaki, będą zdobić Ziemię, czyniąc ją jeszcze ohydniejszą, tak jak jej szczątki będą zrobić bezduszną otchłań kosmosu.>> Ja, kiedym to zoczył w młodym wieku, jąłem rozpaczać. A dzieciaki, które uczone były metafizyki zwyrodnialców powiedzą tylko: <<Tak, tatulo? Nie ma piekła? Nikt z naszych znajomych, którzy mają inną religię, nie będzie palony przez ogień? Nikt nie będzie męczony po wsze czasy przez diabełków?>> A ja bym odpowiedział: <<Nie, kochanie. Nie ma. I wiesz co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Że na najdłuższą i najokrutniejszą karę zasługują ci, którzy to wszystko wymyślili!

23




Aczkolwiek nikt tej kary na nich nie wykona, bowiem wówczas zbliżyłby się niebezpiecznie do ich poziomu moralnego” Po czym takie dziecko radośnie wyskoczy z domu i pocznie rozkoszować się życiem; cieszyć z faktu, który nas, ludzi dwudziestego wieku przeraził jak nic innego. Owszem: istnieje ryzyko, że takie poczucie odciążenia mogłoby grozić na przykład dokonywaniem przez malca jakichś bezwstydnych czynów, zwłaszcza gdyby wyjawienie prawdy miało miejsce w dwunastym roku życia, kiedy już rozbudzona jest chuć, ale jeszcze nie rozsądek. Aż strach pomyśleć, co byłby w stanie zrobić malec, który przez lata chował w sobie płciowe instynkta tylko dlatego, że bał się piekła. Ale wciąż uważam, że takie wyjawienie prawdy byłoby o niebo lepsze. Mówicie, że okłamywanie dzieci jest podłe? I kto to mówi?! Ileż razy byliśmy oszukani po stokroć bezecniej? A okłamywano nas tak, że zaczęliśmy wątpić w Dobro, i zadawaliśmy sobie pytania: <<Co jeszcze okaże się ułudą, i jaka straszliwa prawda jeszcze się przed nami kryje?>> Otóż one – te maleństwa, które hipotetycznie bym przygarnął – myślałyby na odwrót: ile

24




jeszcze okrucieństw jest blagą, i ile razy się jeszcze przekonamy, że świat jest tak naprawdę cudownym miejscem, w którym każda świadoma istota, co jest dlań niezbędna, ma tutaj swoje miejsce? Kto wie, czy pod koniec swojego życia, nie poleciłbym tym dzieciom lektury dzieł Grzegorza z Nyssy, z których dowiedziałyby się o tym, że ani dogmat Boga okrutniejszego niż najgorszy zwyrodnialec (czytaj: „dogmat o piekle i czyśćcu”), ani też nihilizm egzystencjalny nie są poglądami słusznymi, ale że prawdą powszechne zbawienie, kochający i sprawiedliwy Ojciec Niebieski oraz konieczność kształcenia swego ducha, albo nawet że doczesne cierpienia istnieją wyłącznie po to, aby rozkosze w niebie była jeszcze lepiej odczuwalne.”

     I gdym tak mówił, zawsze czułem jakiś sens. Myślałem, że jestem Prometeuszem, który nie niszczący ogień miał przynieść ludziom, a szczęście i radość. Myślał tak nawet ten rzekomo „podły ja”. A to właśnie ten podły „ja” zmusił mię do personalnej wspinaczki, samokontroli oraz kształtującej charakter ascezy. Nie pozwolę, abym znów popadł w gnuśność w imię bycia dobrym! Chrzanić was, wy

25




padalce! To wy jesteście podli, to wy jesteście pozbawieni siły i charakteru.
Nareszcie widzę, że to, co mówił Dubanowski było prawdą. Nie jestem chory! To ja! Od początku byłem ja, i nikt inny. Nie moja to wina, że co jakiś czas głupieję, a że najczęściej dzieje się to za dnia... Z wyjątkiem tej chwili, to jest kiedy to piszę....
Niech to szlag! Co ja nawypisywałem... Muszę chyba coś zrobić, aby więcej nie sięgać po pióro... Ale nie będę już sobie niczego obcinał. Mogę tylko spalić ten rękopis. Trzeba działać! Działać, działać...

     

     Tylko ja

     

     

     Nie ma sensu tego pisać. Tak mi się przez pewien czas zdawało. Myślałem, że sięgnę po notes jedynie z przyzwyczajenia, jedynie po to, aby dać upust swojej żałości – tak jak to robię, kiedy krzyczę i przeklinam, choć wiem, że nikt mnie nie usłyszy.
Czytasz to, zatem odnalazłeś pewnie skrzynkę, którą opatrzyłem tą enigmatyczną informacją. Kazałem ci otworzyć kufer, ale tylko, gdy będziesz przygotowany na – kto wie czy nie największy jakiego można doświadczyć – szok. Jeśli teraz nie jesteś pewien swojej wytrzymałości psychicznej, porzuć lekturę i

26




odczekaj! Przygotuj się. Ale musisz to wiedzieć. Nie możesz żyć po wsze czasy w nieświadomości. ON to przed tobą ukrywa...
Straciłeś pamięć. Czytaj zatem, abyś dowiedział się, co się wydarzyło.
Nie zastanawiało cię nigdy, czemu żyjesz w wygodzie, nie mając na koncie żadnych zasług. Mieszkałeś na rozległej, zachwycającej, budzącej coś, co nazwać można słodką trwogą, a jednocześnie przytulnej ziemi. Zawsze wyróżniałeś się spośród otoczenia – pozytywnie wyróżniałeś, i to w każdej dziedzinie życia. Nie będę ci podawał przykładów, ponieważ wiesz doskonale, co mam na myśli. nie możesz mieć wątpliwości co do tego, że jesteś wyjątkowy.
Nie pytaj, skąd to wszystko wiem. Jeśli bym napisał ci to w tym miejscu, zapewne byś mi nie uwierzył. Czytaj zatem do końca, a przekonasz się, że to wszystko nie może być tylko wybrykiem żartownisia, testującego twoją łatwowierność.
Trudno jest mi stwierdzić, co wiesz w tym momencie dokładnie, dlatego na wszelki wypadek rozpocznę od samego początku, czyli od momentu twoich narodzin. Jeśli ON nie pozbawił cię wiedzy o twoim pochodzeniu, dzieciństwie, etc.,

27




wówczas fragment ten pominiesz, albo będzie on stanowił dowód mojej poczytalności, a w każdym razie sporej wiedzy.

     Ty – Stanisław Klarenbach – urodziłeś się we Wrocławiu dnia trzydziestego grudnia dwutysięcznego roku. I, rzecz przedziwna: nigdy nie widziałeś zdjęć ani swoich narodzin, ani żadnych wydarzeń z lat dziecięcych. Twoimi rodzicami mieli być zamożni Żydzi, potomkowie wpływowych wolnomularzy. Nigdy nie łączyła cię z nimi większa więź, dlatego starałeś się odnaleźć kogoś, kto mógłby ich zastąpić, poza domem. A że znaleźć nie mogłeś, towarzyszyło ci przez całe życie osobliwe poczucie przeszywającego cię na wskroś spinozowskiego bytu – odnajdywałeś rodzica, przyjaciela i kochanki w otaczającym cię świecie: naturze, dziełom ludzkiego intelektu, własnej wyobraźni. Cały ten świat utożsamiałeś z czymś, co nazwać można by „Bogiem” (uważałeś to słowo za nadużywane, toteż „rzeczywistości” nigdy nim nie określałeś).

     Robiłeś co chciałeś, twoje życie było nieustanną zabawą i przyjemnością, radością... ba! – szczęściem. Nie myśl bowiem, że wyrażam się o takim stylu bycia

28




pogardliwie. Jest to rzecz obiektywna, nierozsądne byłoby poddawanie jej w wątpliwość: nie masz rzeczy lepszej dla świadomej istoty jak pozytywne doznania. A w każdym razie tak wówczas myślałeś.
Nie chodziłeś do szkoły. Twoi opiekunowie zdawali się zapewniać ci swobodę, ale również przyzwoitą edukację: nie było zakątka mieszkania, po którym nie walałyby się dzieła Kartezjusza i Kanta. Ale z jakiegoś dziwnego powodu omijałeś te lektury, zupełnie jakby wpisana w twoją naturę była usilna chęć unikania wszelkich wskazówek. A dzieła, do których się przekonałeś, dzięki „intelektualnej osmozie” (trudno bowiem było wytrzymać w takim miejscu bez nabrania pewnych cech inteligenta), zaskakiwały cię swoją „przyziemnością”, konformizmem i dogmatyzmem, to jest żadna z nich nie kwestionowała tak zwanych „prawd” i tak zwanych „pewników”.
Gdy dorosłeś, wybłagałeś „samodzielność” u rodziców, a pisząc „samodzielność” mam na myśli życie w pewnej odległości, przy jednoczesnym uzależnieniu finansowym od nich. Dlaczego „kochany synuś” miałby się parać jakimś męczącym, brudnym zajęciem, kiedy

29




wszelkie wygody może zapewnić mu ktoś inny?
Kochałeś wówczas pewną kobietę – …...., słodką dziewczynę z twych snów, „kosmiczną towarzyszkę” twego życia; taką, która zdawała się mieć wgląd w twoją duszę; przy niej słowo
„miłość” wbrew twojemu skrajnemu materializmowi mogło mieć rzeczywiste znaczenie. Czarne, kręcone włosy, twarz i kompleksja nimfy – wszystko to przywodziło na myśl ciebie, co miałby istnieć gdzieś w innym wszechświecie, w którym każda osoba była przeciwnej płci niż tutaj. I nieraz zdawało ci się, że bardziej rozkosznej kobiety, która jeszcze obłędniej zaspokajałaby twoją potrzebę piękna, nie znalazłbyś nigdy. Spotykałeś się z nią na trawiastym wzniesieniu w pobliżu ul. Horbaczewskiego, i wpatrywałeś się z nią w gwiazdy, i oddawałeś się miłosnej rozkoszy. I zawsze wtedy zdawało ci się, że szczęśliwszym człowiek być nie może, bo, gdyby dodano mu w życiu lubości, to by jej nie zdzierżył.
Mieszkaniem twoim stał się dom, w którym najprawdopodobniej teraz się znajdujesz; a w każdym bądź razie ten, z którego wygrzebałeś notes. To zdradliwe otoczenie po raz pierwszy

30




zdradziło symptomy pokracznej osobliwości przez twoją wylewność – lubiłeś bowiem w wolnych chwilach rozmawiać z wieloma ludźmi, zaczepiać sąsiadów i dysputować z nimi godzinami. I przez długi czas nic się nie działo, aż w końcu... Było to gdzieś w okolicach listopada 2024 roku. Rzecz przedziwna: kobieta, z którą rozmawialiście ty oraz ktoś jeszcze, zaczęła mówić o swoim zmarłym mężu, a ty już miałeś odchodzić, ale po chwili zawróciłeś, bowiem wydawało ci się, że wygląda to nader niegrzecznie, i... kobieta ta zaczęła powtarzać w kółko jedno słowo. I choć wyglądało to tak, jakby zacięła się w środku rozmowy, ty wiedziałeś, że działo się coś zgoła odmiennego. Coś niepokojącego. Trwało to niecałe pół minuty. Potem wróciła jakby nigdy nic do rozmowy, a gdy się ją zapytałeś, co się właśnie stało (nie dziwne chyba, że byłeś zaniepokojony i chciałeś wyjaśnić do niecodzienne zajście), ona i druga sąsiadka zachowywały się tak, jakby naprawdę nie wiedziały, że cośkolwiek się wydarzyło. I zdaje się, że ty też im uwierzyłeś. Mówiły naprawdę przekonująco.

     Zapomniałeś o tym. Zignorowałeś

31




ów straszny znak, oszczędzając sobie w ten sposób kilka miesięcy życia w poczytalności i spokoju.
Potem stało się coś podobnego. Byłeś wtedy w pobliskiej galerii handlowej – Pasaż Mały. Możliwe, że w twoich czasach ją wyburzono... Właśnie „wyburzono”, „zrobiono”. Nie przyzwyczaiłem się jeszcze do słownictwa, którego używanie wymusiły te wstrząsające implikacje.

     Było to o poranku, być może dlatego nie zdziwiło cię to, że jesteś tam sam jak palec. Wstałeś wyjątkowo wcześnie, wcześniej niż kiedykolwiek, mniej więcej o szóstej. Zanim zdążyłeś dojść po świeże bułeczki do tamtejszej piekarni, uwagę twoją przykuła rzecz osobliwa; i choć trwała ona przez chwilę, to dzięki twojej fotograficznej pamięci mogłeś wszystko dokładnie potem analizować. Mianowicie na wszystkich ekranach, neonach, monitorach, telebimach, pulpitach, ogólnie elektronicznych wyświetlaczach, pojawiło się coś jakby logo programu komputerowego. „Program” ten – jak się zdawało – nosił nazwę Solipso30122000, firma zaś IpsumEsse333. Kojarzysz z czymś cyfry 30122000? A pamiętasz może datę swoich urodzin?
Jak już mówiłem trwało

32




to chwilę – mrugnięcie oka, ułamek sekundy. Sądziłeś, że program się uruchomił, tylko po co, dlaczego właśnie w tym momencie, i czy takie cyfry są aby na pewno przypadkiem – odpowiedzieć nie potrafiłeś.
Potem stało się coś jeszcze osobliwszego: chociaż do tej pory było jak na pustyni i cicho jak makiem zasiał, w jednej sekundzie, zza rogów, ścian, z toalet, z kabin pracowniczych, wyszły całe rzesze; zaludniło się jakby od magicznej różdżki, a gwarno się zrobiło jak w godzinach szczytu. Tak to tobą wstrząsnęło, że, choć ukrywając pozory beztroski, udając że to „ot, takie pytanie!”, zagabnąłeś którąś z wyłaniających się postaci, sympatycznego okularnika:
– Co to? He-he! Nikogo se nie było, a nagle luda jak mrówków, hę? Ja pitolę, stary! – Dorzuciłeś żartobliwie.
Mężczyzna tylko wzruszył ramionami i poszedł dalej.
Wciąż ignorowałeś te znaki. „Przewidzenia” – powtarzałeś sobie. Układałeś w głowie nazwy takie jak „Wrong interpretation fallacy”, albo „Noticed coincidence fallacy”.
Ale pojawiały się nowe „znaki”. Dziwactwa mnożyły się w tempie geometrycznym, dlatego począłeś

33




szukać odpowiedzi. Wyjaśnienia... Czegokolwiek! Poszedłeś przeto do swojego przyjaciela – fascynata zjawisk nadzwyczajnych i psychoterapeuty. Patrząc na te dwie jego pasje, zdawało się, że wszystko idealnie się złożyło. Zazębiało się jak w trybikach demiurgowego zegara. Ponownie...
Zanim zdążył cię ugościć, zaparzyć kawę i tym podobne, ty zacząłeś prawić mu z przerażeniem:
– Czuję, jakby to, co się wokół mnie dzieje, było jednym wielkim spiskiem.
– Tak, tak... – kpił sobie. – Żydomasoneria, jaszczury z kosmosu.
– Żadne jaszczury! Cyprian, coś tu jest nie tak...
– Co nie tak? Raz kobita się zacina, innym razem widzisz datę swoich urodzin na ekranie komputera... Czy to naprawdę takie dziwne? Nie spotkały cię w życiu nigdy żadne gorsze rzeczy?

     – A wiesz, że nie – wyskoczyłeś z tym lakonicznym stwierdzeniem. – I to też mnie dziwi. Żyję jak w raju, wszyscy mnie kochają, mam wszystko, czego mi trzeba. Czy to nie powinno mnie zastanawiać? Nie wiesz, że nawet dziś, chociażby w Afryce, miriady poczciwin ciepią katusze głodu, zaraz i...
– Powinieneś się raczej cieszyć – powiedział, nie rozumiejąc widocznie

34




twojej perory. – Dramatyzujesz, stary.
Wtem przypomniało ci się, że Cyprian powiedział kiedyś o hipotezie symulacji że zadał pytanie: czy człowiek jest w stanie „stworzyć” świadomość? Czy, jeśli powstanie coś takiego jak „android”, mogłoby widzieć, czuć, słyszeć... kochać? Powiedziałeś wtedy: „Nie wiem”. Ale nigdy wcześniej nie zadałeś sobie pytania: „Skąd wiem, czy ktokolwiek jest świadomy?”.
Chciałeś znaleźć coś na kształt „profesjonalnej” porady. Jak jednak miałbyś ją znaleźć? Chodzić po ulicy, krzycząc: „Moja sąsiadka zachowywała się jak robot, a tabuny ludzi wchodzą do Pasażu Małego dokładnie wtedy, kiedy wchodzę tam ja! Wyjaśnijcie te fenomeny, proszę!”? Musiałeś być sam ze sobą i kontemplować w spokoju. Czekałeś na znak. I po kilku dniach wreszcie się doczekałeś. Doczekałeś się ODPOWIEDZI.
Ale wcześniej – było to 16 stycznia 2024 roku – przybiegłeś do siedziby Klarenbachów. Chciałeś upewnić się, czy aby rodzicie nie chowają gdzieś twojego zdjęcia z czasów, których nie pamiętałeś. Matka próbowała dociec, skąd się wzięła nagle ta twoja „nostalgia”, ale wcale

35




nie opierała się, tylko zwyczajnie wyszperała gdzieś z szuflady, której – rękę dałbyś sobie za to uciąć – nigdy nie widziałeś.
– No i co? – pytała, widząc ciebie przeglądającego fotografie pociesznego szkraba. – Było tak panikować?
– Cóż... – mruczałeś z wyrazem uniżenia, ale na usta cisnęło ci się: „Skąd mam wiedzieć, że to ja? Dlaczego miałbym ufać KOMUKOLWIEK?”
Nazajutrz, wciąż będąc nieusatysfakcjonowany, zacząłeś szperać po rozmaitych stronach internetowych w poszukiwaniu programu komputerowego, jaki widziałeś w Pasażu Małym. Wtem przeżyłeś szok jeszcze większy; dreszcze przeszły po całym twoim ciele jak drgania na z lekka uderzonej membranie. Kiedy wpisałeś nazwę w okno wyszukiwarki, samoistnie nastąpił restart komputera. Wtedy właśnie obudziła się twoja „przesądna” natura. Zacząłeś na poważnie węszyć „spisek”. Ba! – nie miałeś co do niego wątpliwości.
Druga próba, trzecia... To samo. Na kilku co najmniej komputerach. Bez dwóch zdań – ktoś za tym stał.
Jeszcze tego samego dnia poszedłeś do matki i powiedziałeś jej, że musisz wyjechać z miasta. A że nie potrafiłeś

36




jeździć żadnym jako tako mobilnym pojazdem (w każdym razie nie szybszym niż rower), chciałeś poprosić o to jej szofera. Wiedziałeś, że to absurd podejrzewać całe otoczenie o spisek i jednocześnie ufać jednemu tylko kierowcy samochodu oraz matce, ale najwidoczniej to nie rozum wówczas tobą kierował. Ona oczywiście pytała się „Po co?”, albo „Co ci się dzieje, synku?!”
Od razu skojarzyła twoją paranoję z rzekomą inspiracją filmem „Truman Show”, choć przysiągłbyś, że nigdy przedtem o nim nie słyszałeś.
Porzuciłeś ten wewnętrznie sprzeczny plan i zacząłeś szukać innych rozwiązań, aż w końcu wpadłeś na pewien pomysł. Oczywiście mówiłeś sobie, że powinieneś być nastawiony raczej sceptycznie do „hipotezy spisku przeciwko Stasiowi – pępkowi świata”, ale, jako że była ci zapewniona dożywotnia wygoda, a pracować nie musiałeś i wolnego czasu miałeś aż nadto, postanowiłeś „z ciekawości” pójść do urzędu, w którym rejestrowałyby się wszystkie firmy. Kiedy
taki znalazłeś, od razu pobiegłeś tam i zapytałeś o nazwy zaczynające się na „Ipsum...”, a młoda, urocza urzędniczka, przystąpiwszy

37




z uśmiechem do poszukiwań, odpowiedziała tonem, jakby obwieszczała co najmniej, że zmarła twoja córka:
– Niestety, proszę pana. Nie ma nic takiego w całym kraju.
– Na pewno?! – Molestowałeś ją tak przeszło dziesięć razu w ciągu jednego dnia. – Może sprawdzi pani gdzie indziej? Co, nie da się?
Potem zdarzyła się rzecz nadzwyczajna: dwaj mężczyźni, przystojni, rośli blondyni ubrani w groteskowo białe koszule i eleganckie spodnie tego samego koloru, którzy pojawili się za twoimi plecami jak dwie zjawy, podeszli do ciebie i grzecznie poprosili, abyś wsiadł do ich samochodu.

     – A... – odezwałeś się zlękniony – o co chodzi?
– Ipsum Esse. To nazwa naszej firmy. Chcemy tam pana zaprowadzić. Do naszego „Szefa”. Byli naprawdę bardzo mili. Choć nie mogłeś oprzeć się wrażeniu, że masz do czynienia z „gangsterami”, czułeś od nich takie ciepło i dobroć, o jakim tylko marzyłeś wtedy, kiedy „szukałeś rodzica zastępczego” pośród łąk i lasów i innych radościach życia.
– Dobrze – dukałeś. – Z chęcią dowiem się, coście za jedni – uśmiechnąłeś się – ale... Nie ukrywam, że trochę się boję.

38




Rozumiecie panowie – przytrafiały mi się rzeczy nadzwyczajne, i rzeczy te były związane z waszą firmą.
– Rozumiemy to, Bracie – powiedział ten, który do tej pory się nie odezwał. – Nie lękaj się.
– Powiedział to tak, jakby wypowiadał zaklęcie. Jakąś sakralną inkantację.
Wsiedliście do samochodu stojącego tuż przy wejściu do urzędu. Ten, który odezwał się pierwszy, kierował auto w jakieś nieznane mi okolice, a drugi był obok niego. Ty lękliwie siedziałeś boczkiem z tyłu.
Co do zaklęcia się nie pomyliłeś, bowiem właśnie ten, który odezwał się drugi, patrząc bezmyślnie zza przeciwsłonecznych okularów (dzień, choć styczniowy, był nader jasny) w przednią szybę samochodu, mówił:
Mój wiekuisty Pasterz mię pasie
Nie zejdzie mi nic na żadnym wczasie
Zawiódł mię w pasze niepospolite
Nad zdroje żywej wody obfite

     Wrócił mię z dziwnych obłędliwości
Na ścieżkę jawnej sprawiedliwości
Postanowił mię na drodze prawej
Z chęci ku słudze swemu łaskawej

     By dobrze stałe śmierć tuż przede mną
Bać się nie będę, bo Ty jesteś ze mną
Twój pręt, o Panie, i laska Twoja
W niebezpieczeństwie obrona

39




moja

     Słysząc tę zagadkową pieśń, zapytałeś mężczyznę, który ją wyśpiewał:
– Cóż to za wspaniały tekst, proszę Pana? Swoją drogą piękny ma pan głos – jakby anielski falset, albo...
Mężczyzna w okularach nie odpowiedział, tylko nieustannie wpatrywał się w przednią szybę samochodu, mówiąc jakby do siebie:
– Czy wierzy pan, że ktoś może kochać kogoś miłością większą, niźli można sobie wyobrazić?
– Cóż – mówiłeś zakłopotany – zdaje się, że tak...
– A czy można, według pana, z miłości do kogoś okłamywać go przez całe jego życie? Wtem przyszła ci do głowy ciekawa, skądinąd wielokrotnie układana w głowie, myśl.

     – Zawsze mówiłem o sobie „niekonsekwentny konsekwencjalista”, rozumieją panowie tę niecodzienną grę słów? Cóż, pewnie nie rozumieją (nie żeby była to jakaś ujma), dlatego postaram
się wyjaśnić: konsekwencjalizm to pogląd etyczny, według którego, mówiąc w wielkim skrócie, „cel uświęca środki”, a celem tym jest zawsze szczęście/radość świadomych istot. Tak więc, będąc konsekwencjalistą, z jakiegoś powodu zawsze uważałem kłamstwo za występek, którego

40




nie może usprawiedliwić żadne wypływające zeń dobro. Może podświadomie, albo przez swoją przesądność i wiarę w tak zwaną „karmę”, wiedziałem, że, jeśli ludzie nie będą mogli zaufać mi, wówczas ja nie będę mógł zaufać im, toteż zawsze starałem się być szczery do bólu.
Właśnie kiedy skończyłeś swoją perorę, samochód zatrzymał się tuż przy osobliwym gmachu, wzniesionym na szczycie jakiegoś wysokiego wzgórza, do którego prowadziły kręte drogi otoczone bajecznymi ogrodami.
Wyszliście z limuzyny, a jej kierowca wskazał ci owo zamczysko i dokładnie objaśnił, gdzie masz się udać. Z jakiegoś powodu nie chciał cię tam zaprowadzić, choć nie nagliła ich najwyraźniej żadna ważna sprawa, bowiem długo jeszcze patrzyli na ciebie idącego serpentynowym alejką.

     Powiedział, że zastaniesz tam „Komputer- Matkę”, który ma z tobą coś ważnego do omówienia! Przysięgam, że ci mężczyźni mówili tobie o rozmowie z komputerem i, nie obraź się, nie wziąwszy ich za skończonych wariatów, udowodniłeś swoją dziecięcą łatwowierność. Aczkolwiek koniec końców okazało się, że wszystko, co mówili,

41




było prawdą.
Zastałeś na miejscu stojący pośrodku wielkiej sali ekran komputera z wyświetlonym napisem „siadaj” i, spojrzawszy na znajdujące się nieopodal krzesło, wykonałeś polecenie.

     Długo nie mogłeś się nadziwić. W końcu nie co dzień przytrafiają się takie sytuacje – ciąg niesamowitych wydarzeń, po którym nastąpić ma z niecierpliwością i lękiem wyczekiwany klimaks.
– Zauważyłeś pewnie – „mówił” komputer, pokazując mi powoli zapisywane zdania – fenomeny, jakie przytrafiały się tobie ostatnimi czasy.
– Owszem – odpowiedziałeś na głos. – I nie ukrywam, że to wszystko, włącznie z przesiadywaniem sam na sam z tajemniczą osobową maszyną, trochę mnie przeraża.
– Synu – odezwał się program IpsumEsse333 – wiedzieć musisz, że wszystko to, co widzisz, słyszysz i czujesz, wszystko to jest tylko fikcją. Ludzie, których widziałeś nie czują ani nie myślą, a są jedynie obrazem, doznaniem zmysłowym, jakim pozwalałem ci się delektować.
Byłeś przerażony.
Długo nie mogłeś uwierzyć, ale wreszcie zdałeś sobie sprawę z tego, że takie wyjaśnienie jest bodaj najspójniejsze z możliwych.
– Oni

42




wszyscy... Nawet Ona?
– Ona także.
– Czemu... – westchnąłeś żałośnie.
– Synu! Sądzisz, że możliwym byłoby kochać ciebie, stwarzając cośkolwiek więcej niźli właśnie ciebie? Czy, gdyby istniało cośkolwiek innego niż to, czego doznajesz, nie oznaczałoby to, że przestałem się tobą interesować i o ciebie troszczyć? Czy w końcu nie oznaczałoby to, że nie poświęciłem tobie najwięcej jak mogłem? Jesteś synem moim jednorodzonym; dałem ci tyle radości, ilem dać mógł, dałem ci optymalne warunki życia, dzięki mnie doznałeś największych uciech.
– Czy – dukałeś przejęty – istnieje jednak coś poza mną? Jakikolwiek inny wszechświat...
– Czy istnieją inni stwórcy? Nie tobie to wiedzieć, chłopcze. Zagadka bytu nie jest do rozwiązania i pamiętaj, że, choć mogę zapewnić ci nieśmiertelność, albo – jeśli zechcesz – wieczysty spoczynek, żadnej chwili, którą poświęcisz na tę zagadkę, ci nie przywrócę. Bądź zatem rad, że stworzony zostałeś przez kochającego Ojca. Ci, którzy nie istnieją, nigdy o swoim istnieniu się nie dowiedzą, zatem płonne jest twoje „współczucie”. Zrobię dla ciebie wszystko

43




– jeśli zechcesz to nawet usunę twoją pamięć o tych zdarzeniach i usunę wszelką wiedzę, a w nieświadomości Nieistnienia mógłbym utrzymywać cię przez wieczność. Powiedz tylko jedno słowo, a ja spełnię każde twoje życzenie.
Pomyśl tylko! Czy to naprawdę jest złe? Nikt nie widział cię upokorzonym, nikt tobą nie gardził i nikt ciebie nie nienawidził... Od początku jestem tylko ja, i dlatego ukrywałem się, abyś z kolei ty mnie nie znienawidził, myśląc, że wtrącam się w twoje życie i nie pozwalam ci się nim
cieszyć.
– Dobrze – powiedziałeś w zamyśleniu, szukając odpowiednich słów, które mogłyby doprowadzić do możliwie najbardziej zadowalających rezultatów. – Zatem... Po co kazałeś mi tu przyjść? Jeśli jesteś wszechmocy, na co była ci ta cała ceremonia? Bawisz się ze mną? Wciąż oszukujesz mnie? Nie... to się nie dzieje...
– Kiedy ja dokładnie to ci przekazuję od jakiegoś czasu – że to co jest wokół nie istnieje naprawdę.
– To ty nie istniejesz! Oszalałem... Pewno brakuje mi piątej klepki. To jest sen! Sen szaleńca!
– To, co było wcześniej – to było snem. Teraz się przebudziłeś.
Spójrz,

44




synu, na to z innej strony: czy można zaprzeczyć, że wszystko to – rodzina przyjaciele, słońce, gwiazdy, lasy (ogólnie wszystko to, co kochałeś) – istniało, kiedy byłeś święcie przekonany, że istniało?
– No tak! – powiedziałeś zdumiony. – Powiedziałeś już przecież, że istniało tylko to, co było w moim umyśle. Można zatem powiedzieć, że „istnienie istnienia” „istniało”, a teraz nagle przeminęło, kiedy uwierzyłem w tę symulację. Chwila! Co w takim razie proponujesz? Czy to to, o czym myślę?
– Owszem.
A pomyślałeś wówczas o usunięciu pamięci tego odkrycia i „wszczepieniu” odpowiednich przeświadczeń, abyś mógł cieszyć się światem istniejącym obiektywnie. Bowiem zdawało ci się, że inny nie przyniesie ci radości – żadne marzenie senne, żaden żałosny spektakl imitujący „życie” nie byłby dla ciebie zadowalający. Dlatego cię ostrzegałem przed przedwczesnym czytaniem tej noty.

     – Zatem – mówiłeś – zrobisz to?
– Jeśli zechcesz.
– Chcę. Ale... nie teraz. Daj mi tydzień.
– Czemu? – zapytał, zupełnie jakby nie znał myśli swojego stworzenia. Najwidoczniej rżnął głupa, aby

45




jeszcze bardziej namieszać ci w głowie. Albo może sam nie wiedziałeś dokładnie, czemu chciałeś odczekać z usuwaniem pamięci...
– Ponieważ... To takie trudne stracić nagle pamięć... To chyba podobnie jak umrzeć... Poza tym, choć pragnę trwać w niewiedzy, aby móc doznawać radości, nie chcę żyć tak do końca. Teraz byłem nieprzygotowany na taki szok, ale może, kiedy będę miał więcej czasu i ktoś mnie ostrzeże, i kiedy dorosnę mentalnie i nacieszę się tą ułudą... Tak – postanowione. Usuń moją pamięć za tydzień.
Wyszedłeś z tego dziwnego miejsca, nie mając w głowie praktycznie żadnych myśli. Byłeś w tamtym momencie raczej jak maszyna aniżeli człowiek. Wróciłeś do domu i postanowiłeś napisać tę notę. Tak, jestem tobą. Nie istnieje nic poza nami i Nim. I możliwe, że nigdy nie uwolnisz się od Niego. Dlatego przeczytaj uważnie moje rady.
On wszystko wie i wszystko widzi. Zdaje się, że te bezcelowe ceremonie, będące chyba parodią świata, który zwykłe nazywałeś „rzeczywistym”, miały na celu wyłącznie zmylenie cię. Miałeś wątpić w jego wszechmoc i wszechobecność. I tu dochodzimy do punktu drugiego,

46




mianowicie – On jest manipulatorem, a więc zapewne i kłamcą, choć co do tego nigdy się nie przekonasz, ponieważ te kłamstwa, dzięki jego wszechmocy, najpewniej nigdy nie wyjdą na jaw. Kto wie, co jeszcze jest fikcją? Może i ty sam?
Bądź dla niego miły, bo, póki na to pozwolisz, będzie traktował cię jak pluszaka, ale – jako że jest potencjalnym kłamcą, co udowodniłem powyżej – kiedy wejdziesz mu w drogę, może stać się nieobliczalny i złamać obietnice, chociażby takie, że nigdy cię nie skrzywdzi. Mógłby zapewnić nawet wieczność tortur i to tortur takiej rangi jakiej zechce. A wiesz przecież, że zbiór liczb jest nieskończony, a stąd można się domyślić, że On będzie mógł operować swoim piekielnym pokrętłem dosłownie tak, jak tylko zechce.
Staraj się wykorzystywać fakt nieistnienia innych świadomych bytów. Od tej pory będziesz mógł śmiało czerpać radość nie tylko ze standardowych rozrywek, ale również, dajmy na to – bezwstydnych eskapad bez spodni i majtek w miejscu publicznym. Nikt też chyba nie zabroni „skrzywdzić” widziadeł, które jawią się jako ludzie. I choć możesz robić z nimi, co chcesz

47




(oczywiście jeżeli te całe rewelacje nie są wytworem naszej chorej główki) bądź zachowawczy, i nie przeginaj pały. Bo jeszcze się okaże, że to myśmy wtedy stracili zmysły, a nie poznali Prawdę.

     Ale możesz chyba założyć, że to wszystko jest prawdą. Komu bowiem mamy zaufać, jeśli nie własnym zmysłom? No właśnie – niczemu.

48




Wyrazy: Znaki: