Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 85
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Klątwa Horddrigaikonka kopiowania

Autor: Tomasz R Czarny twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Krasnolud Bronko drugi raz w swoim życiu zalał się łzami. Tym razem jednak były to łzy radości. Pierwszy raz płakał, gdy jego żona urodziła mu pierwszego syna i okazało się, że zmarł zaraz po porodzie. Potem przez długi czas nie mogła zajść w ciążę, aż w końcu udało się. Urodził mu się syn. Zdrowy. Łzy szczęścia skapywały po długiej brodzie Bronko. Wiedział, że jest przeklęty, dlatego też niezwłocznie ściągnął do swej chaty dwie czarodziejki. Były to jego znajome sprzed dawnych lat.

     – Proszę was, o wielkie i potężne czarodziejki, o błogosławieństwo dla mojego syna i zdjęcie klątwy z niego, ciążącej na mnie i mojej rodzinie. – Bronko padł na kolana przed czarodziejkami.

     – Nie możemy zdjąć tej klątwy – powiedziała pierwsza czarodziejka.

     – Ale możemy ją trochę zmienić – dodała druga.

     Następnie Bronko poprowadził czarodziejki do nowo narodzonego syna. Leżał cichutko w objęciach matki. Podeszły i nałożyły na niego ręce w geście opieki.

     – Jakie nadałeś mu imię? – zapytała jedna z czarodziejek.

     – Horddrig – powiedział Bronko.

     Czarodziejka kiwnęła głową na znak zgody. Obie

1




wyciągnęły kryształy magiczne. Jedna z nich władała zieloną magią, a druga błękitną. Skierowały kryształy w stronę dziecięcia i zaczęły mamrotać zaklęcia. Po chwili kryształy zapłonęły, jeden zielonym światłem, a drugi błękitnym. Oba światła zalały dziecię i otuliły go poświatą.

     Bronko, padł na kolana i zaczął się modlić do wszystkich bóstw, jakie znał.

     Zaklęcia trwały kilka godzin. Obie czarodziejki były wyczerpane. Bronko, zaprosił je do salonu, proponując coś do jedzenia i poczęstował miodem pitnym na wzmocnienie sił.

     – Udało się? – zapytał zniecierpliwiony, siadając naprzeciwko czarodziejek.

     – Chyba tak – powiedziała pierwsza.

     – Jego przyszłość jest bardzo niewyraźna – dodała druga.

     – Co to znaczy? – zaniepokoił się Bronko.

     – To znaczy, że cały czas jest ruchoma i zależna od wielu czynników.

     – Ja widziałam duże nieszczęście, ale również to, że będzie wielkim wodzem.

     – Jakim wodzem? – Przeraził się Bronko.

     – Nie wiem – odparła szczerze druga.

     – Ja natomiast widziałam śmierć.

     – Czyją?

     – Śmierć kroczącą za nim krok w krok. Gdziekolwiek się pojawi,

2




tam ona będzie z nim. Wszyscy wokół niego będą cierpieć.

     – Czy mogę coś zrobić? – zapytał załamany Bronko.

     – W jednym zgadzamy się obie. Dopóki nie przeleje krwi, śmierć będzie się trzymała od niego z daleka, jednak gdy tylko przeleje krew żywej istoty, jego jedyną partnerką będzie śmierć.

     – Nigdy nie zazna szczęścia i zawsze będzie samotny.

     Czarodziejki zostawiły Bronko ze smutnymi przepowiedniami. Jedyną pociechą, jaką znalazł w ich słowach, był fakt, że obie były zgodne, iż będzie żył.

     

     

     Horddrig dorastał sobie beztrosko pod opieką rodziców. Był silny, zdrowy i wesoły, jak zwykły, młody krasnolud. Nic nie wskazywało, że jest obciążony klątwą. Bronko, zaczął wierzyć, że udało się jej pozbyć. On, jego żona i mały Horddrig tworzyli szczęśliwą rodzinkę krasnoludów. Powoli z każdym dniem Bronko zapominał o klątwie. Przestał sobie zawracać nią głowę. Spał spokojnie jak za dobrych czasów.

     Pierwsze oznaki niepokoju pojawiły się, gdy Bronko postanowił przyuczać syna do fachu kowala. Młody Horddrig miał talent do kowalstwa, ale niestety nie miał do niego serca. Jedynym zamiłowaniem

3




obdarzał sztukę wytwarzania mieczy. Martwiło to Bronko, gdy widział, z jaką pasją syn wyrabia miecze, jak wkłada w tę sztukę całego siebie, jak patrzy na oręż z błyskiem w oku.

     Kolejnym powodem do niepokoju i spędzania snu z powiek był fakt, iż młody Horddrig poświęcał wolny czas na wysłuchiwanie opowieści o pojedynkach, walkach i potyczkach. Każdą wolną chwilę spędzał w miejscach, gdzie wojacy i żądni przygód spotykali się przy trunkach i opowiadali swoje przygody, niejednokrotnie wyolbrzymiając swe zasługi. Zaniepokojony Bronko zakazywał synowi chodzenia do szynków i karczm, tłumacząc mu, że głównie chodzi o jego bezpieczeństwo.

     – Tam zbierają się różne szumowiny i chleją wińsko, a po alkoholu bywają niebezpieczni – mawiał synowi.

     Pomimo przestróg i próśb, Horddrig wymykał się po kryjomu, aby posłuchać ekscytujących opowieści. Potem w samotności wyobrażał sobie, jak to sam przemierza świat i walczy ze złem w imię dobra. Pokonywał różne stwory, niegodziwe szajki zbójów, okrutnych tyranów, wyswobadzając uciśnionych, ubogich i piękne kobiety krasnoludowe.

     

     Tak minęło Horddrigowi dzieciństwo.

4




Nadszedł czas młodzieńczego buntu. Jak na prawdziwego krasnoluda przystało, na twarzy Horddriga pojawił się zarost. Był z niego dumny i starannie go pielęgnował. Coraz bardziej ciągnęło go do wojaczki. Pomagał ojcu w kowalstwie, ale widać było, że nie ma do tego serca.

     – Ojciec – zagadnął któregoś dnia podczas pracy w kuźni.

     – Co tam?

     – Chcę się uczyć fechtunku – powiedział Horddrig i z obawą spojrzał na ojca, wyczekując jego reakcji.

     – Do czego ci to potrzebne? – warknął Bronko.

     – Nie chcę całego życia spędzić w kuźni.

     – Walka do niczego dobrego nie prowadzi, ciągnie za sobą tylko śmierć, ból i cierpienie.

     Bronko, udawał obojętnego, jednak w środku, aż dygotał ze strachu, z ledwością unosił młot. Wszystkie siły uszły z niego, z chwilą oświadczenia syna, że chce się uczyć fechtunku.

     – Ktoś jednak musi pomagać tym, którzy sami nie potrafią się bronić – upierał się Horddrig.

     – I tym kimś masz niby być ty, tak?

     – A czemu nie? – odparł zawadiacko.

     – Bo nie i koniec tematu!

     Horddrig wściekły rzucił narzędzia na ziemie i wyszedł z kuźni. Bronko nie próbował go

5




zatrzymać. Rozumiał syna. W jego wieku był taki sam. Opowiedział wieczorem o wszystkim żonie.

     – Powiedz mu – rzekła.

     – Nie mogę.

     – On zrozumie.

     – Jeszcze nie teraz.

     – Stracisz go.

     Bronko ciężko westchnął.

     

     Nadeszły ciężkie czasy dla mieszkańców Hafejduty. Pod miastem, w podziemiach zagnieździł się Bazyliszek. Na samym początku był nieszkodliwy, a nawet pożyteczny. Buszował w podziemiach i żywił się umarlakami i topielcami. Niestety z biegiem czasu Bazyliszek rósł, a wraz z jego wzrostem rósł jego apetyt. Robił się coraz zuchwalszy. Wypuszczał się na polowania na powierzchnię. Nie przebierał w diecie i atakował każdego, kto stawał na jego drodze. Miasto ogarnął strach. Włodarz miasta wysłał zbrojnych do zrobienia porządku z bazyliszkiem, niestety żaden nie powrócił żywy. Wyznaczono nagrodę dla śmiałka, który zabije bazyliszka. Zjechało kilku takich odważnych i pewnych siebie. Weszli do podziemi i słuch po nich zaginął. Bazyliszek natomiast cieszył się wyjątkowym zdrowiem. Wkrótce miasto zaczynało wymierać. Przestali zajeżdżać podróżni, kupcy omijali Hafejduty z daleka, a co mądrzejsi i

6




odważniejsi opuścili je. Nad tymi, co pozostali zawisły czarne chmury. Handel całkowicie zamarł, zaczęło brakować pracy i towaru. Miasto wymierało, szerzyło się zepsucie, bieda i zdegenerowanie.

     

     Kryzys także dotknął Bronko i jego rodzinę. Mieli coraz mniej klientów, a co za tym idzie mniej pieniędzy. Wszystkie oszczędności zostały wydane. Widmo biedy zaświtało do ich domostwa.

     – Dokąd idziesz? – zapytała żona, widząc, że Bronko zbiera się do wyjścia.

     – Do kuźni.

     – Przecież nie masz nic do roboty.

     – Muszę coś robić, bo mnie cholera weźmie.

     – Powinniśmy się wyprowadzić.

     Bronko nic nie odpowiedział, tylko westchnął ciężko i poszedł do warsztatu. W środku zastał Horddriga. Był odwrócony tyłem do wejścia i pochylony nad czymś.

     – Co tam modzisz? – zapytał Bronko.

     – Nic – odparł pospiesznie i szybko się wyprostował. Speszony odwrócił się w stronę ojca.

     – Co tam chowasz? – Zachowanie syna wydało mu się trochę podejrzane.

     – Nic.

     – Jak nic, skoro widzę, że coś ukrywasz.

     – Nic takiego.

     – Odsuń się.

     Bronko podszedł do syna i odsunął go na bok. Nie stawiał oporu. Oczom Bronko

7




ukazał się ciężki miecz z rodzinnymi runami, który leżał na metalowej tarczy. Tarcza była tak mocno wypolerowana, że odbijała obraz jak lustro.

     – Co to jest? – zapytał.

     – Miecz i tarcza.

     – To widzę! Czyje to jest!?

     – Moje.

     – Sam to zrobiłeś?

     – Tak.

     Bronko fachowym okiem obejrzał oręż. Był dumny z syna, to była mistrzowska robota.

     – Po co ci to?

     – Idę zabić bazyliszka – oświadczył Horddrig.

     – Chyba żartujesz. Lepsi od ciebie próbowali i nie dali rady, a ty oświadczasz sobie, że idziesz zabić bazyliszka.

     – Wiem jak to zrobić.

     – Nic z tego.

     – Ale…

     – Żadne, ale!

     – Jestem dorosły!

     – Powiedziałem, nie! Koniec dyskusji, opuść kuźnie i masz zakaz wchodzeniu do niej.

     – Za chwilę skończą się nam oszczędności albo będziemy klepać biedę, albo będziemy musieli opuścić to miasto.

     – Nie twoja w tym głowa.

     – Nie masz prawa.

     – Mam! Wynoś się!

     Horddrig wypadł z warsztatu ze łzami w oczach, zatrzaskując za sobą drzwi. Bronko ciężko opadł na taboret i schował twarz w dłonie. Nie wiedział, co ma robić.

     – Powiedz mu.

     Bronko drgnął, słysząc głos swojej żony. Nie

8




spodziewał się, że była w pobliżu i słyszała ich kłótnię.

     – Nie – warknął.

     – Jest inteligentnym młodym krasnoludem, zrozumie.

     – Nie.

     – Stracisz go. Pamiętasz, jaki ty byłeś w jego wieku?

     – Taki sam jak on – przyznał ze smutkiem.

     – Powiedz mu.

     

     Bronko jeszcze przez długi czas bił się z myślami, w końcu przyznał żonie racje. Postanowił porozmawiać z synem. Horddriga jednak nie było w domu. Była już późna pora. Postanowił więc, że porozmawia z nim jutro rano. Niech się wyszaleje i ochłonie. Rano na spokojnie porozmawiają. Położył się spać. W nocy zbudziły go hałasy. Dobiegały z kuźni.

     – Co to? – zapytała się wystraszona żona Bronko.

     – Rabuś, kurwi syn – zaklął Bronko.

     Wyskoczył z łóżka i chwycił pałkę.

     – Uważaj Bronko – powiedziała żona troskliwym głosem.

     – Niech lepiej ten chędożony kurwi syn uważa – warknął i dziarsko poszedł w stronę warsztatu.

     Wrócił po chwili i bez słowa zaczął się pospiesznie ubierać.

     – Co się stało? – zapytała się żona.

     – To nie był chędożony rabuś. – rzucił ponuro Bronko, nie przestając się ubierać.

     – Horddrig.

9




– Domyśliła się.

      Nie odpowiedział jej, tylko bez słowa ruszył do wyjścia.

     – Bronko! Kocham cię! – krzyknęła za znikającym mężem.

     Wychodząc, chwycił topór. Wszystko się popieprzyło. Nic nie było tak, jak zaplanował sobie. Musiał uratować syna, nie miał wyboru. Skazywał się na śmierć i dobrze o tym wiedział, ale nie mógł pozwolić, aby Horddrig zmarnował sobie życie. To była jego wina, a nie syna. Przyszedł czas na zapłatę za swoje grzechy młodości. Pogodził się ze swoim losem.

     

     Tunele nie były zbyt przyjemnym miejscem. Ciemne, mokre i śmierdzące. Bronko wskoczył do środka przez właz. W tunelach rozległ się głośny plusk. Musiał jak najszybciej znaleźć syna. Horddrig na pewno wziął ze sobą pochodnię. Przystanął i zaczął się rozglądać za łuną światła, jaką musiała roztaczać wokół siebie. Nic. Same ciemności. Ruszył przed siebie, brodząc w ściekach.

     Była jeszcze nadzieja dla niego, ale musiał znaleźć syna, zanim on znajdzie bazyliszka. Była to nikła nadzieja i Bronko nie miał złudzeń.

     – Horddirg! – wrzasnął i krzyk rozlał się po tunelach jak grzmot po niebie.

     Wiedział, że nie

10




tylko syn usłyszy jego wołanie. Odczekał, chwile nasłuchując. Zero odzewu. Cisza. Ruszył ponownie przed siebie.

     – Horddrig! – wrzasnął ponownie.

     – Zwariowałeś ojciec? – Z ciemności wynurzył się Horddrig.

     – Jesteś – odetchnął Bronko.

     – Czemu się drzesz?

     – Musimy stąd uciekać.

     – Nigdzie się nie ruszam. Posłuchaj ojciec, bazyliszek hipnotyzuje swoje ofiary wzrokiem i dlatego nikt nie mógł go pokonać.

     – Jesteśmy przeklęci. Wisi nad nami klątwa.

     Horddrig chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Usłyszał głośny plusk i zobaczył, jak ze ścieków wynurza się ogromne cielsko bazyliszka. Jego zielone oczy żarzyły się w ciemności jak gwiazdy na niebie.

     – Odsuń się ojciec! – krzyknął Horddrig i wyciągnął swoją tarczę w kierunku potwora, zasłaniając się przed jego wzrokiem.

     – Nie! – wrzasnął Bronko.

     Horddrig nie zwracał uwagi na krzyki ojca. Adrenalina napompowała mu żyły. Poczuł, że to jest to, czego zawsze pragnął.

     Bazyliszek spojrzał w tarczę i zobaczył swoje odbicie. Jego hipnotyzujący wzrok odbił się od jej wypolerowanej powierzchni. Bestia zamarła i stanęła jak słup soli.

     –

11




Nie rób tego synu! – krzyczał Bronko, chcąc uchronić syna przed klątwą.

     Ręka młodego krasnoluda wzięła zamach.

     Bronko wiedział, co się zaraz stanie. Nie miał innego wyjścia. Jednym machnięciem topora wbił go w cielsko bazyliszka, zatapiając w miejscu, gdzie wydawało mu się, że jest tętnica bestii.

     Spóźnił się, Horddrig wbił swój miecz w szyję bazyliszka, w miejscu, gdzie kończył się jego łeb.

     Raniona bestia szarpnęła się do tyłu. Krew zaczęła tryskać fontanną z ran. Uciekało z niej życie. Zaczęła miotać się i machać na ślepo ogonem.

     – Udało się, ojciec! – krzyknął szczęśliwy Horddrig.

     Spojrzał w stronę, gdzie stał Bronko.

     – Zabiliśmy go…

     Ojca nie było tam, gdzie powinien być. Słowa ugrzęzły mu w gardle.

     Bazyliszek padł martwy.

     Horddrig zobaczył leżącego w ściekach ojca. Był ranny. W szale bólu bazyliszek uderzył Bronko swym masywnym ogonem. Horddrig podbiegł do niego.

     – Ojciec!

     – Przepraszam – wydusił z siebie resztkami sił Bronko.

     – To nie twoja wina – powiedział poprzez łzy Horddrig.

     – Moja… Powinienem… ci powiedzieć wcześniej.

     – Nic nie mów, zaniosę cię do

12




domu. Będzie dobrze, zobaczysz.

     Horddrig dźwignął ojca z ziemi i zaczął go wlec do wyjścia.

     – To nic nie da – wydusił z siebie Bronko. Mowa sprawiała mu trudności.

     – Będzie dobrze – powtarzał sobie Horddrig, bardziej chcąc przekonać siebie niż ojca.

     – Nie będzie synu.

     Bronko wyślizgnął się z objęć syna.

     – Będzie! Słyszysz mnie!? Będzie dobrze! – wrzeszczał Horddrig, patrząc w martwe oblicze ojca.

     

     Słońce powoli zaczynało wschodzić, gdy Horddrig przywlókł ciało ojca. Złożył je w kuźni i usiadł zmęczony obok. Spojrzał na niego i ponownie załkał.

     W drzwiach kuźni pojawiła się matka. Spojrzał na nią ze smutkiem i rzucił się jej w ramiona.

     – To moja wina. Przepraszam – mówił przez łzy.

     – Nie obwiniaj siebie – powiedziała matka, tuląc go do siebie i głaszcząc po bujnej czuprynie.

     – Ojciec wspominał coś o klątwie.

     Westchnęła ciężko, teraz gdy był w rozpaczy, chciała mu oszczędzić tych wiadomości. Miała zamiar mu powiedzieć, dopiero gdy ochłonie.

     – Nie kłopocz się tym.

     – Co to za klątwa?

     – Nie teraz. – Broniła się przed wyznaniem mu gorzkiej prawdy.

     – Ojciec

13




uważał, że to jest ważne. Chciał mi powiedzieć, ale ja nie słuchałem. Powiedz mi.

     – Dobrze. Usiądź.

     Zaczęła mu opowiadać z ciężkim sercem.

     – Widzisz, twój ojciec za młodu był taki sam jak ty, napalony do wojaczki. Wyruszył z domu wbrew rodzicom z mieczem w pochwie. Uczestniczył w wielu bojach i przelał morze krwi najróżniejszych istot. Któregoś razu pozbawił życia o jedno istnienie za dużo i została na niego rzucona klątwa. Miał nie zaznać szczęścia do końca życia. Musiał patrzeć na śmierć swoich bliskich. Nie mógł też przelać żadnej krwi, za groźbą śmierci. Wrócił do domu i wtedy zaraza zabrała mu całą jego rodzinę, przyjaciół i znajomych. Klan, do którego należał, wygonił go. Tułał się po świecie i za każdym razem, jak kogoś obdarzył choć sympatią, ta istota umierała. Zaczął się trzymać z dala od wszystkich.

     – A ty? – zapytał Horddrig.

     – Ja też byłam jego przekleństwem.

     – Jak to?

     – Widzisz, klątwa pozwoliła mu na miłość, niestety nie mogliśmy mieć dzieci. Wszystkie dzieci, jakie powiłam, umierały zaraz po urodzeniu. Jak ty miałeś przyjść na świat, ojciec wezwał dwie

14




czarodziejki, które za pomocą czarów zmieniły trochę klątwę. Dlatego żyjesz.

     – Ale?

     – No właśnie. Nie wolno ci było przelać krwi.

     – Dlatego ojciec chciał mnie powstrzymać, dlatego pierwszy zadał cios, poświęcił swoje życie dla mnie – powiedział z ciężkim bólem Horddrig.

     – Teraz klątwa przeszła na ciebie, z tym wyjątkiem, że nie umrzesz od przelania krwi.

     – Co to oznacza?

     – Śmierć będzie ci towarzyszyć na każdym kroku. Będziesz patrzył, jak zabiera ci twoich bliskich, przyjaciół i tych, których choć trochę polubisz, sam zaś nie zaznasz jej.

     

     

     – Wkrótce zaraza dotknęła całe Hafejduty. Horddrig widział śmierć swojej matki, przyjaciół i znajomych. Tak zamiast bohatera stał się przeklętym. Opuścił Hafejduty i powędrował w świat. – Stary bajarz zakończył opowiadać legendę.

     – Co się stało dalej z Horddrigiem? – zapytało jedno z dzieci.

     – Nie mam pojęcia. Krążyły później plotki i legendy o nim, ale nie mam pojęcia czy są prawdą. – odrzekł bajarz.

     – Opowiedz nam jakąś legendę o Horddrigu – poprosił drugi dzieciak.

     – Na dzisiaj starczy, pan bajarz jest pewnie zmęczony

15




– wtrąciła się matka jednego z dzieci.

     – Proszę pana, a znał pan Horddriga? – zapytało dziecko, zanim matka pogoniła je spać.

     – Tak – odpowiedział smutno starzec, głaszcząc się po długiej siwej krasnoludzkiej brodzie.

     – A ja myślę, że to pan jest Horddrig – powiedziała szczebiotliwie, zawadiackim głosikiem dziewczynka.

     Starzec nic na to nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął.

16




Wyrazy: Znaki: