Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 34
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Spożywcze dylematy w obliczu pandemii ikonka kopiowania

Autor: cupofdamngoodtea twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




W ramach zażycia świeżego powietrza, oczywiście na tyle na ile maseczka go przepuszczała i dobicia tygodniowej normy 1000 kroków wyruszyłam punkt dwunasta do spożywczego. Idąc spokojnym krokiem, bez szaleństw, by nie przekroczyć limitu ustawionego w endomodo, co krok musiałam robić taktyczne skoki w boki. Mijane chordy wyłaniających się, jak grzyby po deszczu starszych osób wywierały na mnie taką presję tym świdrującym spojrzeniem, jakby próbowały wywiercić mi dziurę między oczami. Szczelnie zakryci maseczkami z filtrem i domieszką jonów srebra dla wirusobójczych właściwości cwanie ukrywali swój wyraz twarzy, by dodać sobie dramatyzmu. Najpewniej nie krył się za nimi uśmiech, ale dla dodania sobie otuchy tak właśnie zakładałam. Nie mając czasu na wdawanie się w dyskusję szybko przeszłam najbardziej zaminowany odcinek, aż doszłam do przejścia. Jak zwykle dzieło rąk szatańskich nie zawiodło mnie nawet w czasach pandemii. Uspakajając się w myślach i łagodząc wychodzącego ze mnie żywcem zalanego szałem człowieka próbowałam skupić się na czymś innym. Licząc w głowie wszystkie żony Henryka VIII po latach świetlnych,

1




w końcu światła zrobiły rachunek sumienia i wskoczyły na zielone barwy. Nie bawiąc się już w spokojny, dostojny krok ruszyłam świńskim truchtem w boczne alejki bazarku i wylądowałam przed celem mojej tułaczki. W tym świetle spożywczak wyglądał jeszcze bardziej podupadłe niż zazwyczaj, a spadający tynk koło moich nóg tylko dodał temu obrazkowi pikanterii. Wydychając powietrze w maseczkę ruszyłam w nieznane.. ku możliwemu miejscu mojego pochówku. Będąc w środku nie trwoniłam czasu na zbędne podziwianie tego kunsztu architektury, idealnie prostych stropów i już mniej idealnie nałożonej farby. Weszłam w alejkę z nabiałem kolidującą zbyt blisko z działem herbacianym. Kuszona wonią hibiskusa z bergamotka ujrzałam czającego się w ciemnościach Liptona, który łypał na mnie tą paskudną muffinką jagodowa na opakowaniu. Z obrzydzeniem spojrzałam na niego i w ostatniej chwili zrobiłam ostry zakręt w stronę pułki z serem.
- Gouda, gouda… - powtarzałam jak w transie. – Podlaski, brie, camembert, radamer, gorgonzola, bryndza, cheddar, mimolette… Na litość boską zachciało się bawić w kuchnie świata. Gdzie jest zwykła gouda

2




?!
Błądziłam wzrokiem, wzdłuż i wrzesz, ale natłok nazw i odmian innych serowatych był tak przytłaczający, że w panice wzięłam pierwszy lepszy z brzegu. Mając to za sobą weszłam w kolejne działy, odhaczając, co chwila pozostałe produkty. Dumna z tej szybkiej akcji między alejkami, unikając z gracją wszelkich interakcji międzyludzkich udałam się w kierunku kas. Stojąc w kolejce ostatni raz przejechałam wzrokiem po liście i już zamierzałam zbić ją w kule i cisnąć w spodnie, gdy ujrzałem go… Mały druczek schowany za zgiętym rogiem, jak w umowach firmy krzak, który nie zauważony sprowadziłyby na mnie serie zdarzeń przyśpieszających mój żywot na tej planecie. Otarłam krople potu z czoła i drżącymi dłońmi odkryłam pod zgięciem ukrytą treść. Serca na moment zatrzymało się w miejscu, a świat wokół zaczął wirować kurcząc się przeraźliwie. ,, Kup jakieś dobre ciastka do domu” tak głosiło pradawne pismo matki. Z bólem i ogromną skruchą, że niestety będzie mi dane odezwać się dziś do kogoś ścisnęłam kartkę w pięści. Gdy nadeszła moja kolej, na spokojnie bez niepotrzebnych, gwałtownych ruchów zaczęłam

3




wyjmować produkty z koszyka. Ustawiałam je w dalekich odstępach, pod różnym kątem i nachyleniem byle spowolnić proces nabijania ich na kasę. Niestety kobieta, która mnie obsługiwała była niezwykle obeznana w swoim fachu i zwinie wywijała w powietrza pięcioma zupkami chińskim. I tak po niespełna 5 minutach wszystko było w torbie. Pod wrażeniem jej umiejętności, aż odebrało mi mowę i stałam tak w bezruchu.
- Należy się 45,60 – odparła za plastikowej szyby, która skutecznie utrudniała rozmowę, więc zamiast cichego podania ceny pani wydarła się na cały sklep.
Ocknęłam się gwałtownie porażona siłą jej głosu i prawie zapłaciłam za zakupy, gdy wróciła do mnie jak bumerang myśl, że muszę wziąć i kupić te cholerne ciastka. Skruszona i lekko zakłopotana spojrzałam przez zaparowane okulary, a właściwie na ślepo próbowałam ustawić głowę, tak bym nie mówiła do sufitu.
- Ja…- zaczęłam niewyraźne, po czym przypominając sobie o murze nas dzielącym dokończyłam głośniej – JA CHCĘ JESZCZE KUPIĆ TE CIASTKA OBOK ŻUBRÓWKI.
Czułam, jak paręnaście par oczu zwraca się w moją stronę. Twardo stałam nie wzruszona

4




udając, że w blacie przede mną coś mnie zafascynowało. Może promocja na śmiej żelki, albo dziwna dziura koło kasy. Pani zerknęła na mnie ukradkiem i szybko nałożyła owsiane ciasteczka z żurawiną. Dziękując w sercu, że nie jest tym rodzajem sprzedawcy, który próbuje nawiązać rozmowę komentując wszystko co kupiłeś podważając przy tym twoje żywienie. Już wyjmowałam przygotowaną kartę w stronę terminalu, gdy wtem wbił się koło mnie, jakiś starszy pan.
Zdezorientowana patrzyłam na niego, a on wykorzystując to zaczął swój dylemat.
- Przepraszam, ale czy to ma dużo alkoholu w sobie ? – zaczął kierując swe pytanie do sprzedawczyni.
- No tak średnio powiedziałabym. – zerknęła na trzymaną przez niego butelkę. – Prawie, jak piwo tylko w lepszym opakowaniu.
- A rozumiem. – zmarszczył brwi. – A, co może mi pani polecić ?
- KAŚKA, ANKA chodźcie no na chwile, trzeba pomóc panu – zawołała na zaplecze.
Po chwili kłębiły się przy nim 3 kobiety wymachując w dłoniach butelkami.
- Ja polecam jakieś dobre whiskey – zaczęła tzw Anka – dobrze się prezentuje, szumi w głowie i wchodzi, jak pierogi babuni. Może

5




Jack Daniel’s albo Dalmore ?
- Niech pan nie słucha – wcięła się Kaśka. – Ja wczoraj piłam te jej whiskey i czułam się trzeźwiej, niż teraz w pracy. Niech pan kupi tradycyjną polską wódkę. Schłodzona, jak woda, a wejdzie proszę pana jak nóż w masło.
- O proszę to fantastycznie ! – zawołał entuzjastycznie staruszek. – Ale nadal nie jestem pewien. Whiskey, wódka wszystko brzmi kusząco, ale jak chce robić.. wiedzą panie, jakieś drinki dla znajomych?
Wtedy do rozmowy wcięła się pani mnie obsługująca.
- A trzeba było tak od razu – oparła dłoń na biodrze. – Niech pan idzie w rum, albo może tequila ? A tu jest taka dobra ! Bardzo polecam u mnie w domu zawsze chociaż jedna na półce stoi.
Stojąc tak obok próbowałam na trzeźwo analizować tą fascynująca historię. Trzy kobiety i starszy pan grubo po swoich świetnych latach młodości. Powiedziałabym, że zbliżał się do 80, ale kto wie może miał asa w rękawie i bajerował ludzi mówiąc, że ma 60, w dowodzie 45, a naprawdę 90 ? Byłam wielce poruszona tą sytuacją. Czułam tą kręcącą się łezkę w oku, ale szybko zapanowałam nad emocjami. Pozwoliłam panu, by

6




wszedł przede mnie i kupił zasłużone paręnaście butel trunków. Gdy ustąpił mi kawałek blatu na moje zakupy, w końcu przyłożyłam kartę, zapłaciłam i miałam zrobić zwrot o 180 stopni w stronę drzwi. I będąc już tak w gotowości nagle z drugiej strony wyłonił się młodszy jegomość prawdopodobnie, jakiś pracownik z tyłów sklepu. Widząc, jak starszy pan męczy się z pakowaniem toreb szybko do niego podbiegł z pomocą.
- Niech no panu pomogę ! – zawołał. – O cholera jakie ciężkie, co tam pan m.. Ile tego panie ?! Robi pan zapasy na wypadek zamknięcia sklepów ? – zażartował.
- Nie, skądże ! – odparł. – Właśnie się zastanawiam, czy na jeden wieczór to nie za mało…
Wszyscy śmiali się nie w te duchu, posyłając sobie rozbawione spojrzenia, jakby właśnie usłyszeli naprawdę dobry żart. Stałam, patrzyłam i dotarło do mnie, że zrobiłam zakupy z listy, którą wymiętoloną 2 tygodnie wsadziłam w te same spodnie, w których stałam, a prawidłowy skrawek papieru był w drugiej kieszeni.

     THE END

7




Wyrazy: Znaki: