Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 29
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Mafia r.1ikonka kopiowania

Autor: Katarzyna B twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




1

     Stałam właśnie przed szafą w sypialni, zastanawiając się, co powinnam włożyć na dzisiejszy wieczór, gdy nagle usłyszałam huk za drzwiami. Zamarłam z rękami zawieszonymi nad głową, a sukienka, którą właśnie miałam na siebie włożyć, wysunęła mi się z palców i wylądowała na dywanie.

     Moje mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze starej kamienicy, a składało z małego przedpokoju połączonego z salonikiem, niewiele większej sypialni, łazienki i wnęki kuchennej. W tym momencie tkwiłam zakopana po uszy w stercie ciuchów, gdyż nie mogłam się zdecydować, czy lepiej włożyć coś seksownego, czy raczej niezobowiązującego... Z Marcinem spotykałam się już któryś raz z kolei, lecz do tej pory nie byłam pewna, czy chcę przejść, że tak powiem, na nieco wyższy poziom znajomości...

     Słysząc hałas, wybiegłam z sypialni akurat w momencie, gdy do mieszkania wpadł z impetem jakiś facet. Szybko zatrzasnął drzwi i odwrócił się w moją stronę. Miał obłęd w oczach, który na kilka długich sekund został zastąpiony zaskoczeniem, gdy zobaczył nagusieńką (no prawie, bo przecież miałam na sobie bieliznę) kobietę

1




stojącą na środku pokoju.

     Muszę przyznać, że mnie również zatkało. Bo czy ja go już gdzieś nie widziałam?

     Niestety, nie dane było mi się nad tym zastanowić, bo mężczyzna, w przeciwieństwie do mnie, szybko oprzytomniał i zaczął się zbliżać. Chciałam krzyknąć, ale nie zdążyłam. Doskoczył do mnie, chwycił za nadgarstki i przycisnął do ściany.

     - Ani piśnij - warknął, i przycisnął usta do moich w wyjątkowo mokrym pocałunku. Jęknęłam z obrzydzenia i zaczęłam się szarpać, przecież to nienormalne, aby jakiś obcy facet napastował mnie we własnym mieszkaniu, ale zaraz znowu znieruchomiałam, gdy drzwi ponownie stanęły otworem i ukazała się w nich kolejna sylwetka.

     - O, przepraszam - zmieszał się w pierwszej chwili intruz i już zbierał do wyjścia, ale wyraźnie się zawahał. Niestety, ponieważ nie chciałam mieć z nim do czynienia! W przeciwieństwie do pierwszego, który może i wtargnął nieproszony do mojego mieszkania, jednak wyglądał dość pospolicie i raczej nieszkodliwie, ten drugi miał ze dwa metry wzrostu, ręce wielkie jak łopaty i zarośniętą gębę, przeciętą w poprzek, dość nieprzyjemnie

2




wyglądającą, blizną. Nie wspominając już o bi- i tricepsach naszpikowanych koksem, doskonale widocznych spod koszulki z krótkim rękawem - a to wszystko zdecydowanie wystarczyło, żebym bała się go spotkać w ciemnej uliczce. - Ekhem… Nie widziała pani tutaj… takiego jednego… - spytał, przestępując niepewnie z nogi na nogę, co, mimo zaistniałej sytuacji, wydało mi się dość komiczne, biorąc pod uwagę jego gabaryty.

     W tym momencie zza jego pleców wychylił się kolejny mężczyzna, niższy o jakieś dwie głowy od tego drugiego, dwa razy szczuplejszy i o tysiąckroć zwinniejszy. To po prostu było widać! Zatrzymał się tuż za swoim kolegą i obrzucił nas dziwnym spojrzeniem. Następnie grzmotnął swojego kompana… kolbą pistoletu! Chryste, on miał broń! Jęknęłam rozpaczliwie, bojąc się odezwać, czując jednocześnie jak nieznajomy nr 1 wkłada mi kolano między uda, co chyba prawidłowo zinterpretowałam jako ostrzeżenie, żeby nie zrobić przypadkiem nic głupiego. Oderwał ode mnie usta i wtulił twarz w szyję, oddychając ciężko. Udzieliło mi się jego zdenerwowanie i też zaczęłam dyszeć. Na szczęście nowo przybyły

3




zrozumiał to nasze zasapanie po swojemu, bo rzucił do swojego kumpla:

     - Benny, ty zboczeńcu, mało ci rozrywek? Spadamy!

     Gdy tylko zniknęli z widoku, udało mi się wreszcie odepchnąć nieznajomego.

     - Co ty sobie, do jasnej cholery, wyobrażasz?! - wrzasnęłam, wymierzając mu siarczysty policzek. Sama nie wiem, kto był bardziej zaskoczony tym wybuchem, ja czy on. Staliśmy tak, gapiąc się na siebie w oszołomieniu, aż w końcu zaczęła do mnie docierać nienaturalna cisza, która zapanowała po tym uderzeniu. Zanim jeszcze ujrzałam lufę pistoletu wyłaniającą się zza framugi drzwi, nieznajomy chwycił mnie za ramię i wepchnął do sypialni, zatrzaskując drzwi w momencie, gdy uderzyła w nie kula. Wrzasnęłam, nie wiem, czy bardziej z zaskoczenia czy strachu i popchnęłam nieproszonego gościa w stronę okna, sama zaś przepchnęłam fotel stojący koło drzwi, aby je zabarykadować.

     - Spadaj pan, nie w głowie mi kłopoty! - warknęłam, wypychając intruza na schody przeciwpożarowe. Lecz ten, o dziwo, nie kwapił się do wyjścia.

     - Hola, hola, panienko, idziesz ze mną! - powiedział, chwytając mnie za ramię.

     - Zwariowałeś? Do mojego mieszkania

4




włamało się trzech facetów, ty mnie napastowałeś, a tamtych dwóch ma broń! I najwyraźniej chcą dopaść ciebie, a nie mnie! Dzwonię na policję!

     - Nie! - przeraził się nie na żarty. - Zresztą... Widziałaś ich! Na pewno cię nie wypuszczą żywej! - Zawahałam się, tylko na sekundę, ale to wystarczyło, żeby uścisk na moim ramieniu stał się mocniejszy. Facet objął mnie ramieniem w talii i próbował przełożyć przez parapet.

     - Puszczaj pan! - Wyrwałam się, bo może i byłam mała, ale za to niewiarygodnie silna i zwinna. Podbiegłam do drzwi i przyłożyłam do nich usta. - Jestem uzbrojona! Wynoście się z mojego domu albo dzwonię na policję! - wrzasnęłam. W tym momencie przypomniałam sobie, że stoję na środku pokoju w samych majtkach i staniku. Wycofałam się rakiem i namacałam na łóżku jakąś szmatkę, którą okazał się cieniutki, jedwabny szlafroczek. Wkładając go, nasłuchiwałam odgłosów zza drzwi. W końcu odezwał się mniejszy z bandziorów:

     - Szanowna pani, dobrze pani wie, że nie chodzi nam o panią, tylko o tego dżentelmena, który schował się w pani pokoju. - Tu spojrzałam tryumfalnie na "mojego"

5




dżentelmena, lecz po kolejnych słowach zaczęła mi rzednąć mina. - Pani przecież niczemu nie zawiniła, wręcz przeciwnie, została pani całkiem przypadkiem wplątana w tą niefortunną sytuację. Mogę pani obiecać, że włos pani z głowy nie spadnie, natomiast chętnie zabierzemy stąd mężczyznę, który przetrzymuje panią w tym pokoju wbrew pani woli… - Głos był coraz bliżej. O Boże...

     - Stój, bo go zastrzelę! - spanikowałam. Czy on właśnie powiedział, że włos mi z głowy nie spadnie? Co za bzdura! Każdy bandzior tak mówi! Przecież widziałam ich twarze! Dżentelmen miał rację! Zresztą… I tak już zbyt długo przebywałam w jednym miejscu. Może pora zmienić miasto? Wyjęłam spod łóżka niewielki plecak i rzuciłam go stojącemu w oknie mężczyźnie. Z wytrzeszczonymi oczami wyglądał po prostu uroczo. - Strzelam! - wrzasnęłam, wywracając oczami, z nadzieją, że prawidłowo zinterpretuje ten gest. I bingo!

     - Ona… - odchrząknął. - Ona mówi prawdę! Ma pistolet…

     - Zamknij się! - Walnęłam go pięścią w brzuch, żeby bardziej uwiarygodnić fakt, że mnie wkurzył, ujawniając takie szczegóły i jestem zdolna do

6




wszystkiego. Jęknął na tyle głośno, żeby tamci go usłyszeli i zgiął się wpół. Bardzo dobrze, niech wiedzą, że ze mną nie ma żartów! Słyszałam jak faceci szepczą coś do siebie za drzwiami, naradzając się i wiedziałam, że nie zostało nam zbyt wiele czasu. Rzuciłam ostatnie pełne miłości spojrzenie na moją kunsztownie urządzoną sypialnię, po czym wspięłam się na parapet, przepchnęłam obok nieznajomego, wyrwałam mu z rąk plecak i rzuciłam do ucieczki.

     - Hej! - usłyszałam za sobą, ale nie obejrzałam się. Schody trzeszczały pode mną złowieszczo, gdy pędziłam po nich jak oszalała, niemal na wyczucie, z powodu zapadających na zewnątrz ciemności. Boże, czemu ja? Czemu teraz? - Zaczekaj!

     Zeskoczyłam lekko na chodnik i proszę, już biegłam w kierunku głównej ulicy. Tylko ten szlafrok… Zaraz, zaraz, tu niedaleko jest świetny butik, trzeba tylko wstąpić na chwilkę, kupić, co trzeba, a potem wio, na autobus, tylko gdzie by tu…

     Nagle coś twardego niemal zwaliło mnie z nóg, udało mi się jednak wyrwać, zamachnęłam się plecakiem i prawie, prawie trafiłam! Szlag!

     - Oddawaj mi plecak! - syknęłam, biegnąc za

7




facetem z powrotem w głąb uliczki. I hurra, potknął się i prawie orła wywinął! Skoczyłam mu na plecy i razem wylądowaliśmy na stercie śmieci koło śmietnika. - Oddawaj, ty cwelu, ty…mmmppf… - Chwyciłam go za nadgarstek, chcąc oderwać jego rękę od moich ust, ale zamilkłam natychmiast, gdy usłyszałam zbliżające się głosy.

     - Benny, ty zjebie, jak mogłeś ich zgubić?!

     - To nie moja wina, szefunciu, już prawie ich miałem, kiedy wszedłeś i… - odgłos uderzenia. - Ał!

     - Nie mów do mnie „szefunciu”! - warknął Szefuncio. - Trzeba ich znaleźć i to szybko. A potem się ich pozbyć.

     - Ale szefie… ta laska…

     - Ją też! Bez dyskusji! Tu ich nie ma, ale nie zwiali daleko, jestem tego pewien. Weźmiesz kilku ludzi, popytacie w okolicy… Ktoś na pewno zwróci uwagę na totalnie gołą laskę. Jacksona chcę dostać żywego, muszę odzyskać nagrania.

     - Ale szefie, widział pan jej ciało? Bogini… Brałbym taką…

     - Nie ma na to czasu, jełopie! Ta suka widziała nasze parszywe mordy, trzeba ją kropnąć, zanim spiknie się z naszym zdradzieckim sukinkotem i to oni nam dadzą po mordach! Więc rusz dupę i leć za nimi, nie mogli

8




uciec zbyt daleko.

     - Się wie, szefunciu... - Łup! - Ale to ciało…

     Głosy oddalały się, aż w końcu całkiem ucichły... Z irytacją opędziłam się od bzyczącej mi koło czoła muchy, uświadamiając sobie jednocześnie, że trzymam rękę na czymś gąbczastym i bardzo, bardzo mokrym. A dokładnie na przemoczonym pampersie.

     - Argh! - wzdrygnęłam się odruchowo, bo tak naprawdę nie zrobiło to na mnie zbyt wielkiego wrażenia. W końcu pracowałam w żłobku jako niańka i z gorszymi rzeczami miało się do czynienia... Pracowałam? Nie, nie mogłam rzucić tej roboty! Nie mogłam znowu wiać, nie teraz, gdy zaczęłam zapuszczać tu korzenie!

     Powoli zaczął do mnie docierać cały absurd sytuacji, w której się znalazłam. Dzień zaczął się zwyczajnie. Czekała mnie fajna randka. Być może jakieś tańce... Winko... Łóżko... I nagle bum! Wpada dwóch... trzech bandziorów! Jeden mnie napada, w rezultacie czego dwóch innych chce zabić, chociaż nie mam pojęcia, kim są i co robili w moim mieszkaniu, za to widziałam ich "parszywe gęby"... Może to tylko zły sen?

     Niestety, to nie był sen. Pierwszy z facetów nadal tu był. I właśnie, gdy

9




miałam zerwać się na równe nogi i uciec od tego wszystkiego, po raz wtóry tego dnia chwycił mnie za ramię i przyciągnął do siebie. Chciałam się wyrwać, ale położył palec na ustach i wskazał ruchem głowy okno, przez które wcześniej wyszliśmy. Z tego miejsca doskonale było widać łysego faceta z brzuszkiem, w czarnych rękawiczkach i chustce zakrywającej usta i nos, który przetrząsał szafki w (już nie)mojej sypialni.

     - W kuchni jest pewnie drugi - szepnął mój towarzysz. - A tam na dole... - wskazał w kierunku ogrodzenia, za którym, jak na zawołanie, zatrzymało się właśnie czarne BMW - kilku kolejnych.

     - O jakich nagraniach mówił ten mafioso? - zapytałam, bo to pierwsze, co przyszło mi do głowy. Starałam się za wszelką cenę nie wpadać w panikę na widok dwóch mięśniaków w czarnych garniturach, którzy właśnie wysiedli z pojazdu. Jeszcze bardziej wtuliłam się w śmietnik, gdy jeden z nich spojrzał w kierunku naszej kryjówki.

     - To… - zawahał się i westchnął przeciągle. - Słuchaj, przykro mi, że cię w to wplątałem. Nawet mnie nie znasz…

     - Powinno ci być bardziej niż przykro! A ja powinnam urwać ci jaja! -

10




rozzłościłam się nagle. Cholera, naprawdę lubiłam to mieszkanie! - Słuchaj, potrzebuję po prostu kilku nowych ciuchów i zniknę. Najlepiej teraz! - Niecałe dwieście metrów od nas czają się jacyś mafiosi, a ten tu czeka nie wiadomo na co... Na oklaski chyba! Przez sekundę pomyślałam tęsknie o dzieciakach ze żłobka, ale szybko odgoniłam te myśli. Dzieciaki rodzą się wszędzie. A tata zawsze powtarzał: Miej zabezpieczone tyły! No więc mam przy sobie ten głupi plecak... Tylko że nadal tu jestem!

     - Nie znikniesz! - Chwycił mnie z emfazą za ramiona, zmuszając, abym na niego spojrzała. - Nie widzisz, że przeszukują właśnie twoje lokum? Z pewnością znaleźli już jakieś papiery czy inne dokumenty… Znajdą cię i zabiją!

     - Nie znajdą, jeśli natychmiast stąd zniknę!

     Wstałam i wychyliłam głowę zza kontenera na śmieci. Do głównej ulicy, niestety mało ruchliwej o tej porze, było około trzysta metrów, do tego w międzyczasie zapadły ciemności… Jeśli będę dalej zwlekać, w końcu zamkną mi wszystkie sklepy, a nie bardzo miałam ochotę włóczyć się po mieście w - nawet jedwabnym - szlafroczku. W dodatku z bandziorami na

11




karku... A do mieszkania faktycznie wrócić już nie mogę, choćbym chciała.

     Zrób krok do przodu, przekonywałam się w myślach. Nowe miasto, kolejna tożsamość, bez oglądania się za siebie. To takie proste. Już nie raz to przerabiałaś. Po prostu to zrób.

     Spojrzałam za siebie na kucającego wśród śmierdzących worków mężczyznę, który znów obserwował tyły kamienicy, i to pomogło mi podjąć decyzję. Przycisnęłam się plecami do ściany i zaczęłam przesuwać wzdłuż niej, wabiona światłem z ulicznej latarni. Z ciemności dobiegł mnie stek przekleństw.

     - Co ty wyprawiasz?! - zaklął. - Zdurniała baba! - Kolejne przekleństwo. - Idiotko, jesteś doskonale widoczna na tle tej ścia… - Nim zdążył dokończyć, zza załomu budynku wyłoniła się ubrana na czarno sylwetka z czymś, prawdopodobnie telefonem, przytkniętym do ucha. Widziałam jak stanęła na środku chodnika jak rażona piorunem, by po sekundzie rzucić się w moim kierunku.

12




Wyrazy: Znaki: