Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 42
Dzisiaj w pracowni: 1
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Parnassus - Legenda | Rdz 1ikonka kopiowania

Autor: marcelloartist twarz męska

grafika opisu

rozwiń




- Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą co tu się dzieje, krótki raport:
W Lythei jest siedem królestw. Na obszarze przymorza znajdują się trzy osady, w tym my, Ferralitowie. Jak dobrze wiecie, jesteśmy potęgą morskiego handlu. Ponadto sprawujemy militarną ochronę nad kontynentem. Przez lata wszystkim pasował taki stan rzeczy, czy raczej nikomu nie przeszkadzał, dopóki na tronie naszego północnego sąsiada nie zasiadł dekiel, który postanowił podbić cały kontynent. Ze względu na naszą wartę nad regionem, Caspijczycy rozpoczęli od naszego królestwa, mącąc tym samym ład i porządek Ferralitów.

     Dowódca spojrzał po kadetach w eleganckich szatach, pośród których było kilku znanych magików, zielarzy i uzdrowicieli oraz alchemików. No i byłem ja, ubrany w stary, przetarty na łokciach płaszcz dziesięciolatek, stojący obok ojca skryby - tata znał pradawne runy, dlatego wzięli go za czarodzieja. Nie znajomość run czyni czarodziejem, lecz drzemiąca weń moc i wiedza.

     - Lecz nie to jest clue sprawy. Za jego koronacją stoi nie kto inny, jak skurwysyn d'Ambre! No i cały problem polega na braku... czegokolwiek - broni, wojowników, czy choćby

1




wiedzy i technologii, która pomogłaby powstrzymać świtę d'Ambrego. Bronimy się przed Caspijczykami nie wiedząc jak się bronić!

     Nastała cisza przerywana stłumionym pokrzykiwaniem kupców i szczekaniem psów. Cała niby magiczna hołota stała w karnym szeregu, uważając, by być możliwie daleko ode mnie. Wedle wielu, klątwą idzie się zakazić, a może się mnie zwyczajnie bali? Tata mówi, że nie bez powodu.

     - Czyli jeśli dobrze rozumiem - odezwał się jeden z „magików”, - mamy walczyć z magami d'Ambrego? Generale. Nasze zdolności nie będą żadnym orężem wojennym.
- Z całym szacunkiem Jordano, mów za siebie - odezwał się mężczyzna w długiej srebrno-fioletowej szacie. - Jestem alchemikiem, mogę przygotować wybuchowe i samozapalające się ciecze i ciała. Choć magią nie dysponujemy, przeciwnie do chłopaka, z chęcią przyłączymy się do kampanii.
- Zgłaszamy gotowość generale! - Wykrzyknął podchmielony mistrz gildii zielarskiej.
- Czas druidów z dawna przeminął, mówili, - odezwał się starzec z długą siwą brodą, w eleganckiej tunice barwy fioletu, - my jednak udowodnimy, że jest inaczej. Balagot, Ó Brolaigh, od dziś

2




będziecie współpracować jako Gildia Druidów.

     Mężczyźni pokłonili się starcowi i odeszli ze swoimi ludźmi na bok. Fionn pokiwał głową w zamyśleniu. Stary do niego przemówił cicho, niemal niedosłyszalnie, wiedziałem jednak, że mówią o mnie. Generał podszedł do mnie.

     - A ty, młody adepcie, co potrafisz?
- Gdzie generał krył się latami? - Zaśmiał się Jordano. - On nosi klątwę. Chłopak jest niebezpieczny.
- Natomiast ty podajesz się za maga - rzucił obojętnie stary. - A ludzie tobie wierzą.

     Magik zamilkł upokorzony. Spojrzałem na ojca, ten ścisnął moją dłoń dodając odwagi.

     - Gdy czytam runy, zwierzęta głupieją bombardując okiennice, występują zjawiska zaprzeczające prawom natury, czasami też następował mrok w słoneczny dzień.

     Pośród udawanych czarodziei rozległ się ledwo słyszalny szmer - wyraz kpiny jakim mnie darzyli. Generał podał mi rękę mówiąc cicho "Udowodnij im". Nie trzeba było mi dwukrotnie powtarzać. Ojciec podał stary zwój znaleziony dawno temu w grocie u podnóża gór wulkanicznych w Berrelem. Rozwinąłem go i zacząłem czytać, a ten zalśnił, potem mocniej i mocniej, w

3




końcu oślepiał wszystkich wokół, z wyjątkiem mnie.

     Kilku magików z Jordano na czele, zaczęło pokrzykiwać, że to klątwa, lecz Fionn szybko ich zgromił. Zaczęła we mnie narastać energia, by w przeciągu ułamków sekund wystrzelić w niebo. Stało się, zapadła ciemność w samo południe i cisza jak w środku nocy. Tylko zwój rzucał swoje zwyczajowe nikłe światło.

     - Oto czarodziej! - Rzekł Kirgin, stary mag stojący u boku generała Fionna.

     Następnego dnia poszedłem z ojcem do Wielkiej Bibioteki Lytheańskiej na spotkanie jego cechu. Budynek wyglądał jak mały, kilkupiętrowy pałac z dwiema okrągłymi wieżyczkami po przekątnej. Mury zbudowane były z ogromnych bloków białego kamienia, zaś szpiczaste dachy z szarych, połyskujących płytek. Wykusze kryjące eleganckie okiennice ze szprosami w roślinne, geometryczne i spiralne ornamenty, ozdobione były złotymi elementami. Wysokich drewnianych wrót strzegł fronton zdobiony sceną z legendarnej bitwy ze smokiem, który przed wiekami wypędził krasnoludy z Montane Riva.

     Członków gildii słychać było daleko od biblioteki. Nic z resztą nowego. Kronikarze na marne usiłowali ustalić z

4




erudytami przebieg legendarnych bitew. Kilkunastu znanych bardów, w tym wcale ładna dziewczyna z lutnią, stanęli wokół bogato zdobionej harfy, intonując znane i nie znane ballady. Poeci i poetki, uciekający od hałaśliwej zgrai, na zmianę deklamowali i oceniali swoje dzieła, niejednokrotnie w niewybrednych słowach. Kilka osób o innych niezwykłych umiejętnościach, w tym mój ojciec, przysiedli w najodleglejszym kącie sali, by we względnym spokoju dzielić się wynikami badań i je wspólnie omawiać.

     Dziś pośród kamratów taty był również inny gość. Wydawał mi się dziwnie znajomy. Gdy tylko weszliśmy do komnaty, ten odwrócił się w naszą stronę.
- Czy to nie jest Kirgin? - spytałem.
Ojciec zwrócił się do przybysza: - Witaj przyjacielu! Cóż cię tu przygnało?
Starzec podszedł do nas, uścisnął rękę ojca, po czym zniżył się do mnie. Długo na mnie patrzył z błyskiem ciekawości i zachwytu w oku.

     - Przyszedłem do ciebie młodzieńcze - chwycił mnie za bark. Ukradkiem wcisnął mi w rękę mały kanciasty przedmiot na złotym łańcuszku. - To szmaragd czarodziejów. Miej go zawsze przy sobie. - Następnie zwrócił się do

5




zgromadzenia. - Przyszedłem do czarodzieja! Do wybrańca, któremu przeznaczonym jest ocalić narody!

     Nastąpiła cisza. Na karku czułem blisko setkę oczu, czekających na to, co nastąpi. Kirgin wstał i przechadzał się po komnacie obserwując zgromadzonych tu mędrców i trubadurów. Byłem zmieszany, zdziwiony, zawstydzony tą sytuacją. "Przecież jestem tylko dzieciakiem z klątwą. Sprowadzam nieszczęścia" pomyślałem. Czułem również wzrok pięknej dziewczyny z lutnią, której delikatna dłoń niemal niezauważenie przesuwała się po strunach lutni. Starzec przemówił po chwili.

     - To, co przodkowie zapisali w pradawnych księgach, o chłopcu wybranym pośród wielu, wyklętym przez swoich młodym magu, dysponującym mocą, której pozazdrościć mogą mu wielcy tego świata... właśnie się spełniło - zamilkł oglądając się po zgromadzonych. - Dziś, zagrożeni ze strony Caspijczyków, jesteśmy uczestnikami początku końca naszego świata. Lecz również jesteśmy świadkami rodzącej się nadziei, której światło nie zgaśnie do późnej starości chłopaka, któremu na imię Parnassus.

     Mój wzrok jakby przyciągnięty magnesem,

6




padł na dziewczynę z lutnią, która cicho intonowała legendę, przytoczoną przez maga. Jej delikatny, pełny słodyczy dziewczęcy głos, niósł słowa znanej wszystkim przepowiedni, której zgromadzeni słuchali z zapartym tchem. Przepowiedni, którą odkrywali na nowo. Przepowiedni, którą usłyszeć miała wkrótce cała Lythea i okolice.

7




Wyrazy: Znaki: