Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 72
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Niepokalaniikonka kopiowania

Autor: Sivyane twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




− To chora kobieta – powiedział stary człowiek spoczywający na krzesełku wędkarskim. Trudno odgadnąć było jego tożsamość płciową. Ciało miał eteryczne, kontrastujące ze szpakowatymi, zaniedbanymi włosami. Z winy nieleczonej szpotawości, nogi starowiny układały się na kształt rombu, przywodząc na myśl medytującego mnicha.

     − Powiedzcie mi coś, czegom nie słyszał – pokręcił łysą głową mężczyzna kurczowo trzymając się lewą dłonią za oparcie krzesełka. Choć wyglądał na czterdziestolatka, a taka ksywka pasuje do małego dziecka, nadal wołano go Mańkut. Matka była ostatnią osobą, która pamiętała, pod jakim imieniem figurował w księgach kościelnych. Zmarła dwa miesiące wcześniej na sepsę. Jej stan pogorszył się tak nagle, że nikt nie zdążył zapytać, jakie właściwie imię nosi Mańkut i po jakim ojcu ma mieć nazwisko – Znowu pojechała na miasto.

     − Gdyby cię zdradzała, tobym rozumiała – niezwykle podobna do Mańkuta kobieta spróbowała zaciągnąć się resztką papierosa, która ledwie dłuższa była niż szerokie palce Mańkutki. Nie dała rady wydobyć już rakotwórczego dymu więc tylko

1




wyrzuciła kiepa w siną dal. Spojrzała na swą lewą dłoń, pożółkłą od wieloletniego nałogu – Te, Mańkut, mam nadzieję, że się za to nie obrazisz, ale z tobą to się wytrzymać nie da. Nic dziwnego, że Mańkutowej odbiło.

     − Ty to mówisz, bliźniaczko?

     − No ja przynajmniej włosy mam – ze śmiechem odrzuciła na plecy cienką, jasną grzywę. Z trzyosobowej rodziny leworęcznych uchodziła za najbardziej urodziwą, choć do stereotypowej piękności sporo jej brakowało. Symetryczne, ostre rysy twarzy nie mogły ukryć przetłuszczonej, niezadbanej cery. Długie i zgrabne nogi rekompensowały poniekąd brak wyraźnego wcięcia w talii, jednakże prostokątny korpus nadawał kobiecie wygląd przedziwny, niby przysadzisty. Ubytki te dałoby się łatwo zakryć, ale Mańkutka nie miała powodu, by tuszować niedostatki. Nie było w miasteczku dla niej męża, a przesadna dbałość o wygląd mogłaby uchodzić za próżność.

     − A co ma to do rzeczy? – mężczyzna ociężałym ruchem odwrócił łeb w stronę siostry. Nie nadążał. Nie nadążał za jej tokiem myślenia i małżeństwem, i za samą żoną, i wsią, i pracą, i myślą, i życiem, i

2




miastem, i wiarą, i sobą. Mańkut zawsze był flegmatyczny. Chciał spędzić spokojne, przeciętne życie w niewymagającej pracy, przed starym telewizorem, z pulchną, uroczą żonką u boku. Niestety, świat zadecydował inaczej.

     − Nie marudzić mi nad uchem – rozkazał matuzalem – Do roboty! Za Mańkutową słać nikogo nie będziemy. Wróci to wróci, nie wróci to jeden problem mniej dla księdza. Sądzi, że to przez waszą trójkę nieurodzaj panuje – zielone oczy starowiny błyszczały złośliwie, gdy bliźniaki w te pędy ruszyły do centrum miasteczka. Jednoosobowa starszyzna opuściła pomarszczone powieki i oparła podbródek na zasuszonej klatce piersiowej, by oddać się słodkiej drzemce.

     Nikt właściwie nie wiedział, kim dokładnie była najstarsza osoba w miasteczku. Nawet za młodu sześćdziesięciolatków chadzało się ponoć do starowiny po radę. Niewielu wprawdzie wierzyło świadectwu dwojga seniorów, którzy przebywali w szpitalu psychiatrycznym albo dlatego, że wyznali sobie miłość (a byli obydwoje płci męskiej), albo dlatego, że jeden z nich w środku nocy wybiegł nago na ulicę wrzeszcząc coś o tajemniczych prześladowcach;

3




w tym wariancie, drugi z nich miał trafić na oddział zupełnie niezależnie – mówiono, że wpadł w katatonię.

     Dom starego człowieka mieścił się na końcu uliczki odbiegającej od wschodniego krańca rynku. Był to brzydki, komunistyczny budyneczek, wystarczająco mały, by dawny rząd nie przydzielił lokatorów i wystarczająco duży, by budzić szacunek i zazdrość sąsiadów. Wnętrze było nadal wyposażone w ciężkie, ciemne, lakierowane meble z lat 70. Ze zniszczonym linoleum w pakiecie, dawały one efekt przytłaczający, wręcz odstraszający. Podwórko za to zdawało się zbyt lekkie, podatne na każdy powiew wiatru czy też ruch ludzkich ciał. Trawa rosła rzadkimi kępkami, plastikowy stół i tandetne krzesełka drżały nieustannie w rytm wybijany przez dzwonki wywieszone w maleńkim ogródku. Tron nieformalnego króla, czy też nieformalnej władczyni Giezenka stał przed chatą. Dzięki niemu głowa miasteczka zyskała miano „Wędkarza”. O formę żeńską nikt się nie martwił, bowiem i nikt nie przypuszczał, że może istnieć pełnoprawne słowo „wędkarka”.

     Gdy Wędkarz spał w oczekiwaniu na kolejne wizyty i prośby o najmniejszą

4




poradę, bliźniacy wrócili za ladę sklepową. Sklep obuwniczy wraz z warsztatem szewskim przekazywano z dziada pradziada. Lokal cieszył się zawsze doskonałą opinią, jednak od czasu otwarcia galerii handlowej, a co za tym idzie – taniej sieciówki, rodzina ledwie wiązała koniec z końcem. Ludzie woleli tanie, popularne modele od tych odrobinę droższych, małomiasteczkowych. Jak kiedyś traktowano właścicieli niczym swego rodzaju szlachtę, tak teraz patrzono na nich z pogardą. Byli blisko początku łańcucha pokarmowego. Połowa sąsiadów czaiła się na lokal, który według niektórych mógłby przynieść niezły zysk, gdyby tylko odpowiednio go zagospodarować. Inni zwyczajnie wykorzystywali marną sytuację finansową Mańkutów, prosząc ich o pomoc w drobnych pracach w zamian za marne grosze wynagrodzenia. Nie, żeby ktoś rzeczywiście nie mógł obyć się bez ichniej usługi, jednakże wielu cieszyła możliwość wykorzystania drugiej osoby.

     Mimo problemów, sklep nadal trwał. Wyglądał prawie tak samo jak przed stu laty. Niegustowna boazeria i trzeszczący parkiet sprawiały wrażenie, jakoby klientów zamykano w ogromnej, ciężkiej skrzyni.

5




Wysokie półki ciągnęły się wzdłuż trzech ni to równoległych, ni to prostopadłych ścian, uwydatniając panującą asymetrię i bezkształtność pomieszczenia. Pomiędzy regały wciśnięto także przeszklone wejście, które było jedynym powiem nowości wśród wystawy staroci. Czwarta ściana, przed którą stała kasa, kryła drzwi prowadzące do małego warsztatu.

     Nie sposób było odmówić mańkutowym butom jakości i szyku. Każda para, jako ręcznie robiona, wyróżniała się spośród pozostałych. Gdyby warsztat umieścić w wielkim mieście, obuwie reklamowano by jako wegańskie, ekologiczne i ponadczasowe. Ale tutaj, usłyszawszy te słowa, ludzie co najwyżej parsknęliby śmiechem. Dla pokolenia Ikei liczyła się taniość, odrobina wygody i zrównanie z przeciętnością. Jeśliby nawet znaleźć awangardę w Giezenku, opierałaby się ona na młodzieży, która finansowo pozostawała zależna od rodziców.

     − Chyba nie martwisz się za bardzo Mańkutową, co nie? – zapytała kobieta.

     − Ona stąd ucieka, siostrzyczko. Ona już tu w końcu nie wróci – odparł brat Mańkutki, ledwie powstrzymując drżenie głosu – Nie po to się człowiek

6




próbuje na warsztaty jakieś zapisywać, żeby tkwić do końca życia w tej dziurze – wskazał z rezygnacją na drzwi, za którymi widać było obskurny pub i dwójkę pijanych mężczyzn wyrzuconych dopiero co ze speluny.

     − A dopiero piętnasta – z obrzydzeniem, choć i niejaką fascynacją pokręciła głową blondynka.

     Widząc, że nikt nawet nie zagląda do sklepu, Mańkut zaczął porządkować wystawę a jego siostra zabrała się za sprzątanie i tak już szpitalnie czystego warsztatu. Układanie materiałów to, wbrew pozorom, zajęcie pasjonujące i relaksujące. Kobieta sortowała tkaniny według gatunków, barw i ceny. Każdy gatunek miał odrębną półkę, na której tworzyła się paleta kolorów, od najjaśniejszych po lewej, do najciemniejszych po prawej. Im droższy był materiał, tym wyższą zajmował półkę. Kiedyś było w magazynie więcej tkanin, ale gdy przyszła Mańkutowa, zdecydowanie sprzeciwiła się materiałom pochodzenia zwierzęcego. Teraz niektóre z półek pozostawały puste, ku czci umarłej części szewstwa.

     − Wracajmy do domu – zaproponowała Mańkutka – Jeśli ktoś będzie chciał wejść, to zauważymy przez

7




okno.

     − Idź, jeśli chcesz. Ja zostanę.

     Kobieta wyszła ze sklepu. Niedługą drogę miała do przebycia, wystarczyło przejść przez bramę na tyły budynku i wejść po schodach na pierwsze piętro kamienicy. Mieszkanie rodziny mieściło się tuż nad sklepem, więc mężczyzna mógł usłyszeć stukot butów siostry, gdy ta przeszła do swojego lokum. Składało się ono z niewielkiej sypialni z rozkładaną kanapą, komodą i okrągłym stolikiem, na którym postawiono telewizor oraz z łazienki, w której ledwie mieściła się pralka, prysznic i toaleta. Zlewu nie było. Kuchni także, na posiłki Mańkutka musiała odwiedzać domostwo brata i jego żony.

     Legła na sofie. Nie miała niczego innego, czym można by zagłuszyć ponure myśli, więc wyciągnęła z kieszeni telefon. Niestety, przeglądanie Instagrama nie było zajęciem wymagającym choć krzty namysłu.

     Dlaczego ta cholerna baba musi skupiać na sobie uwagę całego miasta? Te jej ucieczki, kaprysy i wielkie, przerażone oczy. Ale naiwna, niewinna minka to tylko przykrywka i Mańkutka doskonale o tym wiedziała. Wewnątrz kryła się szczwana manipulatorka i egoistka. Kto inny mógłby na całe dnie

8




uciekać od własnej rodziny, może nieidealnej, ale jednak rodziny, by spełniać swe ekstrawaganckie kaprysy?

     Mańkut miał inne zdanie. Żałował kobiety, którą skazano na życie w tym mieście, w tej dysfunkcyjnej społeczności, bardziej będącej martwym reliktem przeszłości niż rzeczywistym światem. Bliźnięta tam pasowały, ale Mańkutowa miała w sobie pewien człowieczy blask, którego przeznaczeniem jest kreacja, oddech, chwila. Szewc nie umiał tego co prawda nazwać, jednak gdy leżał w krótkim łóżku ze swoją żoną, czuł spazmatyczne drżenie jej ciała, nierówny oddech i ciepło głośno bijącego serca. Była niczym dusząca się na powietrzu ryba. Niechaj już odpłynie na głębiny.

     − Mańkut! – do warsztatu wszedł pierwszy tego dnia klient. Przywitał się z rezerwą, jakby nie chciał spojrzeć w oczy staremu kumplowi. Choć w liceum za sobą przepadali, dorosłość okrył cień uprzedzeń i trosk.

     − Stasiu! No, kawał czasu odkąd tu ostatnio byłeś.

     − Poszły mi niedawno buty – Stasiu położył parę męskich, zimowych trzewików na ladzie. Brązowy, tandetny czub lewego buta odchodził od brudnej podeszwy. Prawa cholewka

9




była przetarta, niemal dziurawa. Mańkut pomyślał, że powinien być wdzięczny przynajmniej za brak odchodów pod obuwiem. Dziękował też opatrzności, że akurat tylko on był w sklepie gdy przybyły buty – dzięki temu mógł scedować obowiązek czyszczenia zabłoconego blatu na siostrzyczkę. On wszak ciężko pracował, gdy Mańkutka leniła się na kanapie, niech i ona poczuje trud walki o byt.

     − Przyjdź po nie we wtorek. Czyszczenie piętnaście, podeszwa trzydzieści, do prawej cholewy łata także za trzydzieści – wymienił szewc, lekko zawyżając swoje zwyczajowe ceny. Zrobił to bez namysłu, uważał, że tak jest uczciwie – Siedemdziesiąt pięć złotych.

− Tyle prawie to ja za nie zapłaciłem w sklepie. Jakaś zniżka, po znajomości?

     − Gdybyś kupił porządne, tobyś nie musiał oddawać ich do naprawy – wzruszył ramionami właściciel warsztatu. W jego sklepie było dobre obuwie. Wiedział, że gdyby ludzie kupowali u jego rodziny, płaciliby niewiele drożej, a przynajmniej mogliby cieszyć się wygodą i trwałością produktu.

     − Sądziłem, że ty jesteś lepszy kolega – Stasiu zerknął spode łba na Mańkuta. Odwrócił

10




się na pięcie i wyszedł, skinął tylko jeszcze głową na pożegnanie – Do wtorku.

     − Do wtorku! – krzyknął za wychodzącym szewc i odkleił uśmiech ze zmęczonej twarzy. Co się stało ze starym Stasiem? Kiedyś był to miły chłopiec. Zawsze zdawał się delikatny, bardziej wrażliwy od rówieśników. Chuda sylwetka i anemiczna skóra wraz z wrodzoną nieśmiałością prowokowały drwiny znajomych. Z czasem uodparniał się na złe słowa, tak jak i na częste choroby. W końcu przemienił się w opryskliwego cwaniaczka, który przyjaźnił się tylko z tymi, co mieli coś do zaoferowania.

     A według Stanisława Brolla, Mańkutowa do zaoferowania miała wiele. Nie była szczególnie ładna, ale Broll widział w niej coś pociągającego. Raz poczuł na sobie jej bystre spojrzenie i przepadł bezpowrotnie. Ciekawiła go tajemnicza postać, ciekawiły też plotki krążące po całym Giezenku i wydatne usta, które z rozkoszną czułością muskać musiały wargi kochanków. Stasiu nie miał wątpliwości co do powodów, dla których kobieta jeździła do miasta. Z pewnością rządziły nią namiętność i pożądanie. W stosunku do przystojnych, silnych

11




mężczyzn czy nawet do młodych, delikatnych panienek. Choć nie przyznałby tego na głos, podniecała go w szczególności ta druga fantazja.

     W gruncie rzeczy tylko dla niej oddał buty do naprawy. Miał nadzieję zobaczyć swoją dulcyneę. Dziś jej nie było – nic straconego. Pewnie znowu wyjechała. Za drugim razem Stanisławowi dopisze szczęście, w końcu uczciwie na nie zapracował. Pasmo nieszczęść skończyło się lata temu. We wtorek może uda się zamienić słówko z Mańkutową, ba! Może nawet dotknie jej kościstych ramion i ledwie zaokrąglonego pośladka? Poprosi o pomoc w wyborze butów na wiosnę i przypadkowo, bezwiednie przeciągnie dłonią przez skrawek jej ciała.

     Zawinął jasny wąs na palcu. Szedł na rynek, szumnie zwany „centrum”, od którego dzieliło sklep jakieś trzydzieści kroków. Stanisław pokonał tę drogę najszybciej, jak tylko się dało. Wąska, zniszczona uliczka wydawała się bliska zawalenia. Wysokie piętra zamykały się, zbliżały, aby wpierw stworzyć kopułę, następnie zgnieść, zmiażdżyć, zniszczyć intruza. Przykre, klaustrofobiczne wrażenie potęgował jeszcze pogłos, rozbrzmiewający z każdym

12




krokiem. Stukot przyspieszał, turkotał, zapętlał się, splątywał kostki. Stasiu potykał się, oglądał za siebie, dyszał ciężko jak maszyna. Trzydzieści kroków, dwadzieścia, dziesięć, trzy, dwa, jeden…

     Rynek nie walił się na Stasiową głowę, dlatego właśnie tutaj mężczyzna kupił mieszkanie. Było nieco droższe ale w centrum można było przynajmniej odetchnąć. Reszta miasteczka może i byłaby urocza, gdyby po ulicach krążyli ludzie a budynki wyremontowano, czy przynajmniej pomalowano, by nie przyprawiały o lęki przypadkowych przechodniów. Największym marzeniem Stanisława było ujrzenie Giezenka przerobionego w myśl spójnej wizji architektonicznej. Siebie widział jako księcia, protegowanego Wędkarza. Starszyzna zawsze uważała, że Stasiu ma głowę na karku. Broll stałby dumnie na wzgórzu za miastem, z żoną po prawicy i Mańkutową po lewicy. Jednak w rzeczywistości przemierzał samotnie opustoszałe ulice i nie umiał powstrzymać dziwnego strachu, który wiązał jego trzewia i ściskał za gardło. Lęki napadały go od dziecka, jednak nie ważył się nigdy zdradzić ze swoją słabością.

     Żył na ostatnim, trzecim piętrze

13




wąskiej kamienicy. Pięćdziesięciometrowe mieszkanie w sercu miasteczka było, jak na standardy Giezenka, rzadkim luksusem, na który stać było radnych, lekarza i burmistrza. Wnętrze właściciele określali jako „wystarczające”. Posiadali wszystko, czego potrzeba do życia i nic ponad to. Szczególnie odczuwali brak zmywarki, wanny z hydromasażem, ekspresu do kawy, miłości, garderoby, a przede wszystkim robota kuchennego, o którego stoczyła się w jadalni niejedna walka. Czasem mąż bliski był ugięcia się pod ostrym jak noże nad ramieniem żony spojrzeniem. Zawsze zwyciężał jednak portfel, ciążący swoją lekkością.

     − Tato – zawołała niska dziewczynka, jak tylko zobaczyła, kto przekroczył próg mieszkania i wszedł do salonu – Czemu nie mogę dostać dziesięciu złotych?

     − A po co ci dziesięć złotych? – zapytał ojciec bez większego zainteresowania – I czemu niby nie miałabyś ich dostać? – spojrzał na dziecko przyklejone do jego nogi. Piegowata istotka była brzydka jak noc listopadowa. Chuda, o pociągłej, szczurzej twarzy i pajęczych kończynach, z pierwszym pryszczem na orlim nosie, zwiastunem trądziku, który miał

14




opanować jej twarz na najbliższe lata, powodując blizny zarówno na policzkach, jak i na nadgarstkach.

     − Bo mama mówi, że jesteś skąpiec – powiedziała radośnie jedynaczka. Doskonale wiedziała, że ojciec nie ucieszy się, gdy to usłyszy. Wiedziała także, że dzięki tej uwadze ugra więcej. Brollówna, jak prawie każde dziecko, miała w sobie dozę okrucieństwa. Z ledwie powstrzymywanym uśmiechem patrzyła na czerwieniejący łeb swojego rodziciela.

     − Mama tak mówi? – zapytał mężczyzna kierując wejrzenie zwężonych ślepiów w stronę kobiety, z którą łączyło go wspólne mieszkanie, dziecko i czujne oko sąsiadów. Siedziała przy stole i podpisywała jakieś dokumenty. Głębokie bruzdy na policzkach nadawały jej surowy, ascetyczny wygląd – Może mama nie pamięta, kto kupił jej dom – pani Broll prychnęła z rozbawieniem. To był jej jedyny komentarz – Po co ci pieniądze?

     − Bo idę z kolegą na lody.

     − Masz tu dwie dychy – Stasiu wyciągnął z kieszeni portfel i niedbale przekazał banknot – Kiedy się spotykacie?

     − Za dwadzieścia minut przy budce – wycofała się z salonu, czując napiętą atmosferę. Nikt nawet

15




nie zastanawiał się, czy warto jej odpowiedzieć.

     Broll usiadł na beżowo-białej kanapie. Poczuł sprężynę wbijającą się w pośladek i z trudem stłumił przekleństwo, zanim dotarło ono do zaciśniętych ust. Ze złością kopnął nogę stołu, który stał tuż przed kanapą. Mimo że salon był największym, centralnym pomieszczeniem domostwa, ledwie możliwym było przejście przezeń bez kolizji z porozstawianymi wokół meblami.

     − Nie kop w stół – zarządziła żona, stawiając zachwiany podpis na urzędowej pieczęci – Czuć od ciebie winem. Na kilometr.

     − Od ciebie nigdy niczym nie czuć – oskarżającym tonem zarzucił Stasiu – Ani perfum, ani alkoholu, ani niczego – siedział sztywno, jakby zmroził go chłód partnerki. Gabriela Broll po raz pierwszy uniosła głowę znad papierów i zmierzyła męża spojrzeniem zielonych oczu. Poczuła się urażona tym, że ktoś, kto zna ją długie lata, sugeruje coś takiego. Ona czuła, ona kochała, ona nienawidziła, umiała żyć emocjami. Ale i tak zawsze była tą najporządniejszą, najnudniejszą, najbardziej nieznaczącą.

     − Tak żałujesz każdego grosza a ile wydajesz na wino, piwo i

16




Bóg wie co jeszcze – zacisnęła w pięści zniszczone dłonie – A ja? Co będzie ze mną?

     − Ja, ja, ja – przedrzeźnił Gabrielę mężczyzna – Tobie tylko o własną dupę chodzi, zawsze byłaś tylko ty – uderzył z całą siłą w blat stołu. Napiął każdy mięsień, żyły wybrzuszyły się na jego skórze. Zmarszczył ptasi nos i zmrużył pociemniałe oczy zdobione niewieścimi rzęsami – A ja? Co ze mną będzie? – zapytał, nie oczekując żadnej odpowiedzi. Wiedzieli, co mają sobie do zarzucenia i żadne z nich nie zamierzało powtarzać tego po raz kolejny.

     Najpowszechniejsza prawda brzmi: „wina zawsze leży po drugiej stronie”. Tak Gabriela, jak i Stanisław mogli potwierdzić jej niepodważalność. Każde z nich wszak było bez winy, każde z nich miało być wynagrodzone za swoje cierpienie w następnym życiu. Ba! Mogliby być wręcz uznani za świętych, nieskalanych, najczystszych, dziewiczych, nienaruszonych. Byli po prostu ludźmi.

17




Wyrazy: Znaki: