Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 2
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Listy Heloizy do Abelardaikonka kopiowania

Autor: Waldemar Kubas  twarz męska

grafika opisu

rozwiń




LISTY HELOIZY DO ABELARDA

     

     5 października

     Drogi Abelardzie,

      Jakże jestem szczęśliwa, że mogę znowu zwracać się do Ciebie tymi słowy. Straciłam rachubę czasu i wczoraj spytałam lekarza, jak długo przebywam w szpitalu. Odpowiedział, że już drugi miesiąc. Jednak ja odnoszę wrażenie, że minęły całe wieki. Ale czy może być inaczej, skoro każdy dzień bez Ciebie to wieczność? Dopiero od paru dni do głębi odczuwam dojmującą tęsknotę. Wcześniej moja świadomość była wyraźnie przytępiona. To za sprawą silnych leków, które mi podawano w końskiej dawce. Podobno zawsze na początku aplikuje się pacjentowi dawkę uderzeniową, w dużej części w postaci środków uspokajających, po których śpi się niemal bez przerwy i praktycznie traci kontakt z rzeczywistością. Upływ czasu jest wówczas zupełnie inny.

Przed chwilą pielęgniarka oddziałowa przyniosła mi przybory do pisania, zakupione w sklepiku poza obrębem szpitala, i właśnie piszę swój pierwszy list do Ciebie. Pielęgniarka jest bardzo miła i to sprawiło, że ośmieliłam się ją poprosić. Wręczyłam jej drobne pieniądze i poprosiłam, by kupiła ładną papeterię,

1




jakieś dobre pióro i kałamarz z niebieskim atramentem. Ach, drogi Abelardzie, nawet nie wiesz, jaka to radość skreślać do Ciebie słowa pełne miłości! Nieodpowiedzialni i źli ludzie rozdzielili nas, stając się przyczyną wielu cierpień. Zapewne i Ty, mój najdroższy, przeżywasz męki z powodu bezsensownego oddalenia. Głęboko wierzę, że kochasz mnie nadal całym swoim sercem, i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.

      Bezduszni, źli ludzie tworzą złe prawa, a następnie egzekwują je z całą bezwzględnością. Jesteśmy żywym przykładem zastosowania tych nieludzkich praw. Co godnego potępienia było w tym, że młody profesor zakochał się z wzajemnością w swojej siedemnastoletniej uczennicy?! I że ich prawdziwa miłość naturalną koleją rzeczy podążyła ku pełni fizycznego zespolenia?…

      Ach, najdroższy Abelardzie, jak mi ciężko na duszy, gdy myślę o smutnych kolejach naszej tragicznej miłości. Ale nie zamierzam się poddawać, pragnę wierzyć, że wkrótce znowu będziemy razem, a z Ciebie zostanie zdjęta kara i piętno hańby. Wierzę wbrew okrutnym wizjom, które mnie prześladują, ufam na przekór temu, co usłyszałam

2




od swojego wuja, który przed paroma dniami przybył do mnie w odwiedziny z tą straszną wieścią. Zrelacjonował mi wszystko dokumentnie. Ponieważ trzymano Cię w areszcie i nie mogłeś odpowiadać z wolnej stopy, tyle chociaż dobrego, że proces toczył się w ekspresowym tempie. Wiem, że odbyły się łącznie trzy rozprawy. Jednak wyrok paryskiego sądu okręgowego okazał się niesprawiedliwy i hańbiący. W majestacie prawa zakazano Ci dalszego uczenia w szkole oraz wykładów na uniwersytecie. To kara za „uwiedzenie uczennicy Yolande’y Ponteneuf”. Jakiż niewyobrażalny absurd, jakież niedorzeczne prawa! Inna rzecz, że mój wuj Paul, który jest skądinąd dobrym i szlachetnym człowiekiem i troszczy się o mnie wielce, uważa, że to i tak za mała kara dla Ciebie. Oczywiście nie podzielam jego opinii, choć w jakimś stopniu go rozumiem. Przede wszystkim jednak mam nadzieję, że kiedy trochę ochłonie i minie pierwsza złość, wróci mu też rozsądek.

     Ale zostawmy wuja Paula. Przecież nie o niego tu chodzi. Ty jesteś najważniejszy. Czy zdajesz sobie sprawę, że zupełnie nie wiem, co się teraz z Tobą dzieje? A to przysparza mi tylko nowych łez

3




i bolesnej zgryzoty. Kiedy już napiszę niniejszy list, poproszę siostrę oddziałową, by poszła pod Twój adres, który jej zanotuję na karteczce, i przekazała to moje pismo. Mam nadzieję, że mieszkasz na swoim starym miejscu w pobliżu Notre Dame. W tamtym wynajętym pokoiku na poddaszu, w którym nasza miłość osiągała pełnię i gdzie doznawałam pierwszych miłosnych rozkoszy. Gdzież one teraz są, gdzie się podziały? Daremne pytać. Jak powiada Kohelet, nic nie trwa wiecznie, dobre dni przeistaczają się w swoje własne przeciwieństwo, a ja tymczasem pozostaję za murami zakładu zamkniętego. Wuj, który odwiedza mnie raz w tygodniu, w sobotę lub niedzielę, zawsze wyciąga z sakiewki parę franków na moje potrzeby stricte osobiste, więc będę mogła odwdzięczyć się tej jakże miłej siostrze za jej przysługę.

      Dziś, kiedy przed południem wyglądałam przez okno (wszystkie okna są tu zakratowane), zwidziało mi się doprawdy dziwne zjawisko. Wyobraź sobie, że w pewnej chwili wszystkie chmury skupiły się w jednym zakątku nieba, po jego południowo-wschodniej stronie, i zaczęły gwałtownie wirować. Jednocześnie ze środka wiru począł

4




wydobywać się głos, który mówił i wyjaśniał, dlaczego trafiłam do szpitala i muszę cierpieć. Zrozumiałam, że moje cierpienie jest w tej układance aktem ekspiacyjnym, pokutnym czy też przebłagalnym za rozkosze miłości, których doświadczyłam w Twoich ramionach. Mówiąc wprost – jest zadośćuczynieniem za grzech niebosiężnej miłości.

      Być może zastanawiasz się, dlaczego tak nagle przepadłam i nie było mnie potem na dwóch kolejnych rozprawach, włącznie z tą końcową, kiedy zapadł niesprawiedliwy wyrok. Na pewno było Ci bardzo przykro z powodu tej mojej nieobecności. W tak trudnych dla Ciebie chwilach nie miałeś przy sobie najbliższej Twemu sercu osoby, nie mogłeś się do niej przytulić, spojrzeć jej w oczy i wyczytać z nich, że kocha Cię doprawdy szaloną miłością. Kocha Cię tym bardziej, im okrutniejszy jest świat i jego prawa. Nieobecność u Twego boku owej drogiej Ci osoby i w konsekwencji przykry brak wsparcia na sali sądowej, musiały być dla Ciebie ciężkim ciosem i przysporzyły dodatkowych cierpień. Jednak sądzę, że jeśli nawet nie do końca rozumiałeś, co się dzieje, i dlaczego nie ma mnie przy Tobie, to

5




wolno przypuszczać, że w ogólnym zarysie domyślałeś się przyczyn. Pora je w pełni wyjawić. Najdroższy, masz zapewne w pamięci pierwszy dzień procesu, kiedy to na sali rozpraw dostałam ataku histerii, by nie nazwać tego napadem szału. To wtedy widziałeś mnie po raz ostatni. Atak czy też szał był tak silny, że bezzwłocznie wezwano karetkę i na sygnale odwieziono mnie wprost do szpitala psychiatrycznego. Nie opuściłam zakładu po dziś dzień, bowiem zdaniem lekarzy leczenie przebiega dość opornie. Nie czuję się z tym najlepiej. Odwołując się do sztuki lekarskiej, przypisano mi zaburzenia paranoidalno-depresyjne, które wymagają długiego leczenia. Na dobrą sprawę, ja sama, nie pamiętam dokładnie tamtego dramatycznego zdarzenia z sali sądowej. Traumatyczne przeżycie wymazało z pamięci wiele różnych szczegółów, a czasem całe wręcz sekwencje zdarzeń z bliższej i dalszej przeszłości. Moja pamięć funkcjonuje teraz dość wybiórczo. O tamtym tyleż znamiennym, co i dramatycznym zdarzeniu na sali rozpraw, opowiadał mi później mój wuj Paul. Prawdopodobnie zauważyłeś, że bezpośrednią przyczyną ataku nerwowego, który wprawił w

6




niepokój całe chyba audytorium amfiteatralnej sali, była przykra okoliczność, że sędzia główny absolutnie nie zamierzał uwzględnić mojego własnego zdania w sprawie mnie dotyczącej, choć u jej źródła, jak mnie przekonywano, było i jest wyłącznie moje dobro. Przedstawicielowi prawa nie przeszkadzało walczyć o moje własne dobro i jednocześnie nie brać pod uwagę mojego głosu w delikatnej kwestii, jak ja sama pojmuję i odczuwam swój dobrostan. W kółko słyszałam jedną tylko śpiewkę: świadek jest nieletni i czy mu się to podoba, czy nie, podlega szczególnej ochronie ze strony państwa. Tak stanowi prawo. Koniec. Kropka.

      No i to tak zwane prawo zatryumfowało w całym swoim majestacie.

      Najdroższy Abelardzie, na tym zakończę ten mój pierwszy list do Ciebie.

     
Bądź zdrowy, ukochany mój!

Twoja pełna smutku Heloiza

     

      8 października

      Drogi Abelardzie,

      Nie mam od Ciebie żadnych wieści, więc mój drugi list będzie pełen wspomnień i może też refleksji. Niestety niewesołych. Powodów ku temu nie brakuje. Przede wszystkim mój pierwszy list nie dotarł do Ciebie. Siostra Madeleine wróciła ze smutną i przygnębiającą

7




wieścią, że nie mieszkasz już pod adresem, który jej podałam. Jednocześnie usłyszała od właścicielki tamtego pokoju na poddaszu, że nie zostawiłeś adresu swojego nowego miejsca zamieszkania. Ale dlaczego?! Na szczęście siostra Madeleine jest nie tylko wspaniałomyślna, ale też wykazała się inicjatywą i poprosiła parę osób, z kręgu swoich znajomych, które obiecały, że jej pomogą. I zapewniły ją, że z całych swoich sił będą się starać odnaleźć Abelarda. Wielki Boże, spraw, by zdołały odnaleźć!

     Kłopotów mi nie brak, mój ukochany. Dostrzegam, że niektóre rzeczy zacierają mi się w pamięci. Czy bezpowrotnie? Mam nadzieję, że nie. Na pewno nigdy nie zapomnę tamtego pełnego dramatyzmu, wrześniowego poranka. Po wakacyjnej przerwie rozpoczęła się szkoła i był to dokładnie trzeci dzień nauki. A wtedy całkiem niespodzianie w Liceum Saint Louis pojawiła się policja. Dwóch uzbrojonych drabów weszło do naszej klasy, brutalnie przerwali Twój wykład z filozofii i na oczach zdumionych uczniów wyprowadzili Cię z lekcji. Nie mniej zdumiona byłam również ja sama. Jesteś szanowanym obywatelem, wykładowcą uniwersyteckim z

8




naukowym dorobkiem i cenionym nauczycielem, a z klasy wyprowadzili Cię w kajdankach, jakby jakiegoś złoczyńcę. Prócz zdumienia odczuwałam niewyobrażalny ból, który niczym sztylet przeszył moją pierś i uwiązł w gardle. Dlatego nie potrafiłam wypowiedzieć choćby jednego słowa i tylko łzy jak grochy spływały mi po policzkach. Ale podobnie było chyba z Tobą, ponieważ upokorzony, bezwolny i oniemiały patrzyłeś bezradnie to w moją stronę, to gdzieś w dal, nie broniąc się wcale i nie protestując. Wzrok też Ci się wyraźnie zamglił, brązowe oczy zaszkliły. Tak Cię widziałam po raz ostatni. Ze szkoły policja przewiozła Cię wprost do aresztu.

     W swoich listach nazywam Cię Abelardem i tak już pozostanie. Lubię ten przydomek, który, jak dobrze wiesz, nadali Ci uczniowie naszej szkoły. I przezwisko przylgnęło do ich nauczyciela filozofii. Jednak nie od razu wiedziałam, że to przezwisko. Kiedy przed niespełna trzema laty przyszłam do liceum i wśród uczniowskich rozmów, w odniesieniu do Ciebie, padało nazwisko Abelard, przez dłuższy czas sądziłam, że tak się po prostu nazywasz. Dopiero po upływie roku, jak byłam w drugiej

9




klasie, dowiedziałam się, że prawdziwe Twoje nazwisko brzmi inaczej, mianowicie Pierre Gaspard.

     Nie będzie też dla Ciebie żadnym odkryciem, gdy napiszę, że taki a nie inny wybór przydomka wiązał się z Twoimi filozoficznymi preferencjami. Sam najlepiej wiesz, że osoba oraz nauka średniowiecznego filozofa i teologa, Pierre’a Abelarda, szczególnie Cię fascynowała. Na lekcjach filozofii wiele czasu poświęcałeś Abelardowej koncepcji sermonizmu, która stanowi ważny wkład tego średniowiecznego scholastyka i dialektyka do słynnego sporu o powszechniki czy też uniwersalia, owego filozoficznego sporu, korzeniami swoimi sięgającego starożytności.

     Czy muszę dodawać, że niejeden z uczniów miał z całą tą wysublimowaną teorią spore kłopoty, co sprawiało, że ów pechowiec deprecjonował potem filozofię jako taką? Ale przez znakomitą większość uczniów byłeś wszak lubiany, cenili Cię dla Twojej wiedzy i Twoich kompetencji.

     Jakaś część spraw, o których piszę w swoim liście, nie będzie dla Ciebie żadną nowością. Przywołuję je jednak dla ćwiczenia pamięci, z którą mam ostatnio pewne kłopoty. To rezultat zaburzeń

10




psychicznych. Przeczuwałam to od dawna. Jednak nie o tym chciałam pisać. Nasza szkoła należy do wiodących liceów paryskich. Nie przypadkiem więc filozofię prowadziłeś Ty, którego macierzystą placówką była Sorbona. Ale nie tylko na filozofię kładzie się w naszej szkole duży nacisk. Podobnie jest z matematyką, która stoi na bardzo wysokim poziomie i której uczy również nauczyciel akademicki, niejaki Henri Bresson.

     Jak się rzekło, byłeś nauczycielem lubianym i cenionym, a niejedna uczennica kochała się w młodym i przystojnym profesorze. Dotąd jestem o nie zazdrosna i dziś, kiedy mam tak dużo wolnego czasu, zastanawiam się, co sprawiło, że wybrałeś właśnie mnie. Chyba nie dlatego, że byłam prymuską? Będę nieskromna i powiem, że jestem świadoma swoich zalet umysłowych. W szczególności Bóg nie poskąpił mi tego, co my, Francuzi, określamy mianem esprit brillant. Jednak nie satysfakcjonowałoby mnie, gdyby się okazało, że zakochałeś się we mnie tylko dla mojej inteligencji. A co z urodą i przymiotami charakteru? Naturalnie nie jestem jakąś skończoną pięknością. Ale chyba znacznie więcej niż zwykłą przeciętną

11




dziewczyną. Wiem to od wuja, mężczyźni przeważnie wolą blondynki. Tobie jako brunetowi, spodobałam się więc tym bardziej. Nad niektórymi jasnowłosymi dziewczętami mam jeszcze tę przewagę, że jestem blondynką naturalną. To cecha ze strony mamy i jej rodziny. Jestem przy tym dość wysoka, ładnie zbudowana i zgrabna. Ty sam mi to powiedziałeś. Mam nadzieję, że nadal tak sądzisz. Dla porządku napiszę, że nazywam się Yolande Ponteneuf. Ale zwracaj się do mnie nadal owym znaczącym imieniem Heloiza, tak jak to uczyniłeś po raz pierwszy w tamtym zacisznym pokoiku nieopodal Notre Dame, w owym błogosławionym czasie, kiedy wszystko zdarzało się po raz pierwszy, więc i ja oddałam Ci się po raz pierwszy, Tobie, Abelardowi, który stał się moim pierwszym i jedynym mężczyzną.

     Wspomniałam o mamie. Jednak prawie jej nie pamiętam. Podobnie zresztą jak i taty. Bardziej znam ich z rodzinnych opowieści oraz zachowanego albumu ze zdjęciami. Ojciec był inżynierem i projektował mosty. Mama była nauczycielką muzyki i dawała prywatne lekcje gry na fortepianie. Oboje zginęli w Chamonix, w roku 1920, przysypani lawiną śniegową. Ja miałam wówczas

12




zaledwie pięć lat. Po tamtym tragicznym zdarzeniu opiekę nade mną przejął bezżenny wuj Paul ze strony mamy. I pieczę sprawuje do tej pory. Jego małe przedsiębiorstwo handlowe zapewnia nam skromne, acz dostatnie życie. Mój opiekun zajmuje się skupywaniem i sprzedażą starych mebli zwanych antykami. Dziś lub jutro spodziewam się jego odwiedzin. Na tę okoliczność przynosi zwykle owoce cytrusowe i jakieś słodycze.

     Wiedz mój miły, że listy do Ciebie piszę w tajemnicy przed wujem. Zdradził mi bowiem, że Cię ostrzegł, że jak jeszcze raz zbliżysz się do mnie, to Cię zabije. Wuj Paul jest porywczy, ale ja nie wierzę w te jego pogróżki.

     To tyle w tym liście, drogi, najdroższy Abelardzie.

     
Bądź pozdrowiony,

     Twoja na zawsze Heloiza

     

     13 października

     Drogi Abelardzie,

     Wciąż nie mam od Ciebie żadnej wiadomości i to mnie nie tylko zasmuca, ale i wyraźnie niepokoi. Tęsknię za Tobą i nie wiem, jak mam sobie tłumaczyć Twoje zniknięcie i przedłużające się milczenie. Jak jeszcze długo przyjdzie mi się zadręczać? Ani siostra Madeleine (z którą się zaprzyjaźniłam, ponieważ jest dla mnie nie tylko bardzo miła i życzliwa,

13




ale też niewiele ode mnie starsza), ani jej znajomi, mimo usilnych starań, nie natrafili na Twój trop. Wspominałam już o tym. Ku mojemu wielkiemu zmartwieniu i zupełnej bezradności wyprowadziłeś się z tamtej izdebki przy jednej z uliczek w pobliżu katedry Notre Dame, nie podając właścicielce mieszkania swojego nowego adresu. Czyżbyś, domyślając się, że będę Cię szukać, zrobił to celowo, nie chcąc już więcej mieć ze mną do czynienia?! Bo doszedłeś do wniosku, że choć wbrew intencjom i mimo woli, to przecież złamałam Ci Twoją tak wspaniale zapowiadającą się karierę akademicką?! Nie, nie, po stokroć nie!!! Ta okrutna myśl nie może być prawdą! I raz na zawsze wyrzucam ją ze swojego umysłu! Jednak to nie rozwiązuje problemu. Nie mogę wszak pojąć, że Ty nie szukasz mnie. A może szukasz, tylko póki co nie możesz odnaleźć?! Albo, co o wiele gorsze, z jakichś bardzo poważnych powodów, o których boję się nawet myśleć, w ogóle nie podejmujesz tego trudu?! Jeśli w tym akurat leży przyczyna, to chyba nie wziąłeś na poważnie gróźb pod Twoim adresem mojego wuja Paula?!

     Jakkolwiek jest, nie jest dobrze. Moje cierpienie z

14




każdym dniem narasta, depresja się pogłębia. I zwłaszcza w późny wieczór, gdy nie mogę zasnąć, czuję nieokreślony lęk i wraz ogarnia mnie trwoga. W godzinach trwogi zbieram wszystkie swoje siły i gorąco modlę się do Przenajświętszej Panny już tylko o to, bym ostatecznie nie utraciła nadziei. Stan lęku i dojmującej trwogi opanowuje duszę nagle. Dopada mnie w dowolnym miejscu i o dowolnej porze. Może wystąpić tuż po przebudzeniu się ze snu, w czasie spożywania obiadu, którego wówczas nie mogę dokończyć, ale może też przytrafić się w szpitalnym ogrodzie podczas spaceru. Na szczęście stany te nie trwają zbyt długo, co najwyżej do jakichś kilkunastu minut, i nie zdarzają się często.

     Przedwczoraj, kiedy odwiedził mnie mój dobry wuj, poprosiłam go, by mi sprawił, odpowiedni do mojego wzrostu oraz sylwetki, strój zakonny. Gdy to usłyszał, zamilkł na krótką chwilę, po czym zapytał, czy zamierzam wstąpić do klasztoru. Jego twarz wyrażała niepokój. Powiedziałam tylko, że niewykluczone. Wtedy spojrzał na mnie inaczej niż zwykle, ale nic nie odrzekł. Dałam mu znak, by przez chwilę nie ruszał się z miejsca. Posłuchał.

15




Poszłam do gabinetu pielęgniarek i wróciłam z centymetrem. Podałam mu centymetr, wuj na miejscu wziął miarę i obiecał, że jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, przy następnej wizycie będę już miała swój upragniony strój. Strasznie się cieszę. Nie chcę już nosić się w sukniach świeckich, które mi dziwnie obrzydły. Myślę, że gdy przywdzieję czarną suknię zakonnicy i taki sam kornet z białą obwódką, to będzie ubiór w sam raz dla mnie i mojej aktualnej sytuacji życiowej.

     Aha, zapomniałabym na śmierć. Parę dni temu odwiedziły mnie dwie koleżanki z klasy. Sophie oraz Brigitte. Być może je pamiętasz. Z Sophie przyjaźniłam się trochę przez jakiś czas. Dziś one są dla siebie nawzajem przyjaciółkami. Zdają się być nierozłączne. Opowiadały, że na Twoje miejsce już przyszedł nowy profesor od filozofii. Ale – puszczając oko jedna do drugiej, w dźwięcznym dwugłosie dodały – nie jest już tak przystojny jak Abelard. No, cóż. Dziewczyny tryskające humorem, roześmiane i pełne wigoru. Rozpiera je energia i radość życia. A ja taka posmutniała, samotna. Aż im zazdrościłam…

     Najdroższy Abelardzie, biorę

16




znowu silniejsze leki, to podobno konieczne. Jednak mój osłabiony organizm niezbyt dobrze je znosi. Czuję się przemęczona, obolała i wewnętrznie rozbita.

     Na dziś tyle. Błagam, nie zapominaj o mnie!

     
Twoja ukochana Heloiza

     

     20 października

     Drogi Abelardzie,

     Zacznę od podzielenia się z Tobą radością, którą mi sprawił wuj Paul. Dotrzymał słowa i przyszedł wczoraj ze strojem zakonnym dla mnie, uszytym na miarę. Suknia prezentuje się naprawdę pięknie i leży na mnie znakomicie. Również kornet jest bardzo twarzowy. Wuj nie szczędził pieniędzy i był tak wspaniałomyślny, że przyniósł mi ponadto ładne pantofle na niskim obcasie, w ciemnym kolorze dopasowanym do sukni, czarne pończochy oraz dwa komplety nowej bielizny. Sprawił mi tym ogromną radość i zupełnie nie wiedziałam, jak mam mu dziękować.

     Siostra oddziałowa i zarazem moja przyjaciółka Madeleine była wyraźnie zaskoczona, gdy mnie ujrzała w stroju zakonnicy. Podobnie zresztą jak niektóre inne osoby, pacjentki z oddziału. Ale szczególnie zależało mi na opinii Madeleine. Ta jednak, jak przystało na przyjaciółkę, nie sprawiła mi zawodu i po krótkiej chwili wahania

17




zaakceptowała mnie w roli zakonnicy. Choć jako przyjaciółce opowiadam jej o wielu różnych sprawach, to jednak nie zdradziłam się przed nią, że jestem nową Heloizą. Jest to dla mnie kwestia o randze wybitnie intymnej, przynależna do relacji ja i Ty, i z nikim nie zamierzam się nią dzielić.

     Tak więc od wczoraj paraduję po oddziale jako rozpoznawalna dla wszystkich zakonnica, a jednocześnie ukryta dla widzialnego świata nowa Heloiza, Twoja na wieki kochanka. I to jest jakąś osłodą w dojmującym cierpieniu spowodowanym oddaleniem i niewiedzą.

     Przygnębiających rzeczy nie brak. Wciąż nie dajesz znaku życia, więc nie wiem, co o mnie myślisz i co się z Tobą dzieje, podczas gdy nie mogą mi pomóc moi posłańcy, choć robią wszystko, żeby ustalić Twoje nowe miejsce zamieszkania. Można by rzec, przepadłeś niczym kamień w wodę.

     Ja jednak wciąż piszę do Ciebie, chociaż moje listy nie znajdują adresata. Nie pozbywam się bowiem nadziei, że kiedyś je przeczytasz i zobaczysz, że kochałam Cię całym swoim sercem i byłam Ci wierna.

     Na dziś wystarczy, jestem trochę zmęczona. Źle spałam w nocy, dręczyły mnie jakieś widziadła,

18




senne koszmary. Czuję zamęt w głowie i mam wrażenie, że nadchodzi lęk, jeden z tych stanów wewnętrznego niepokoju, kiedy…

     Bądź pozdrowiony, gdziekolwiek jesteś!

     
Twoja niezmiennie Heloiza

     

     23 października

     Drogi Abelardzie,

     Kiedy zasiadam przy stoliku w kącie sali, przeznaczonej dla pacjentów i ich gości, i piszę do Ciebie, stajesz mi się bliższy. Poddaję się złudzeniu, że siedzisz naprzeciwko, przy tym samym okrągłym stoliku, i rozmawiam z Tobą. Ale kiedy indziej naprawdę przenikasz przez mury oddziału zamkniętego i przychodzisz do mnie. Najczęściej w nocy. Tylko dlaczego nic nie mówisz i nie wyjaśniasz mi, skąd przybywasz i czemu nie możesz pozostać na zawsze?

     Dziś, wczesnym popołudniem, odwiedziły mnie Sophie oraz Brigitte. To już ich druga wizyta. Akurat całą grupą wróciliśmy z poobiedniego spaceru do szpitalnego ogrodu. Gdy sprzyja pogoda, udajemy się tam prawie codziennie o różnych porach. Na taką przechadzkę prowadzi nas, pacjentki z oddziału, któraś z pielęgniarek. Pacjentki są w różnym wieku. Ponieważ możemy nosić swoje prywatne stroje i ubiory, gromadka pacjentek pod przewodem siostry oddziałowej

19




przedstawia się dość barwnie, a czasem wręcz pstrokato. Z tej jaskrawej palety, czy też pstrokacizny, wyróżniam się może tylko ja, ubrana w swój czarny strój zakonnicy. Szpitalny ogród jest dość duży, a z tej przyczyny, że drzewa owocowe są tu rzadkością, przypomina raczej park. Z jakichś powodów przyjęło się go jednak nazywać ogrodem. I za każdym razem, gdy któraś z pielęgniarek oddziałowych planuje dla nas małą wycieczkę, pada właśnie słowo „ogród”. Albowiem siostra ta czy inna, stając w drzwiach wieloosobowej sali szpitalnej, zwyczajowo rzuca na tę okoliczność pytanie: „No to co, idziemy do ogrodu?!”. A wtedy niemal wszystkie pacjentki głośnym chórem odpowiadają: „Tak, tak, tak!!!”. Nie ma takich, które by krzyczały: „Nie, nie, nie!!!”. I tylko nieliczne wstrzymują się od głosu.

     Mamy słoneczną jesień, więc o tej porze roku szpitalny ogród prezentuje się szczególnie pięknie. Liście drzew ujawniają całe nieprzebrane bogactwo kolorów i odcieni. Zaraz wybiorę kilka najpiękniejszych okazów, które znalazłam wczoraj, włożę do koperty i prześlę Ci w tym liście.

     Kiedy moje koleżanki z klasy

20




zobaczyły mnie w stroju zakonnicy, zrazu zaczęły chichotać pod nosem. Było to dość nieprzyjemne dla mnie, ale udałam, że nic nie widzę. Same po chwili zreflektowały się i przybrały poważne miny. Chciałam je nadal widzieć wesołe, roześmiane i rozbawione, tylko że nie moim kosztem. Początkowo rozmowa nie kleiła się i siedziałyśmy spięte, jak na szpilkach, to zapewne przez ten mój zakonny ubiór. Powoli jednak dziewczęta odzyskiwały właściwy im animusz i niebawem zrobiło się wesoło, nieomal beztrosko. Przekazały mi miłą wieść, że wkrótce powinnam się spodziewać delegacji, w której skład wejdzie parę osób, kolegów i koleżanek z klasy. Na czele tej delegacji stanie ktoś z nauczycieli. Może i nawet ucieszyło mnie to, ale z pewnością nie tak, jak bym pragnęła, czy też jak się spodziewały dziewczęta, przekazując mi tę nowinę. A to że nie potrafiłam udawać, iż wiadomość sprawia mi ogromną radość, stało się dla mnie przyczyną dyskomfortu psychicznego, porównywalnego z bólem, bowiem miałam poczucie, że swoim chłodnym przyjęciem, zapowiedzianych odwiedzin, sprawiam koleżankom przykrość.

     A kiedy poruszyłam

21




temat związany z Twoją osobą, przyjaciółki zapaliły się do projektu i obiecały mi, że też się zaangażują w odnalezieniu Ciebie. Generalnie o szkole nie mówiłyśmy zbyt wiele. Ale dziewczęta wspomniały, że nowy profesor od filozofii nie cieszy się tym autorytetem, jaki miałeś Ty właśnie. I znowu jedna do drugiej (podobnie jak to miało miejsce w czasie ich pierwszych odwiedzin) puściła ukradkiem oko i powiedziała, że nowy profesor nie ma też takiego powodzenia u uczennic, jakie miał Abelard.

     Obie dziewczyny wyszły ode mnie po jakichś trzech kwadransach. Pod wieczór, już po kolacji, którą mamy tu dość wcześnie, bo o godzinie 17-ej, nawiązałam kontakt z muchami. A właściwie z jedną muchą, choć były trzy. Pisałam już. Jesień mamy w tym roku piękną i wyjątkowo ciepłą i muchy wciąż jeszcze się trafiają. Od kilu chwil latały mi nad głową, aż w końcu jedna próbowała usiąść mi na czole. Powiedziałam głośno „o nie, moja pani”, i odpędziłem gościa machnięciem ręki. Była uparta, za moment powróciła i usiadła mi na ramieniu. W tym przypadku już jej pozwoliłam. Zabzyczała dwa razy znacząco i wysłała mi

22




komunikat, który łatwo odczytałam w swojej świadomości. Treść komunikatu stanowiła wiadomość, że Ty Abelardzie, po pewnych tragicznych przejściach, które były dla Ciebie jeszcze bodaj bardziej bolesne niż te zakończone wyrokiem sądu, powróciłeś do względnej równowagi i niebawem się odezwiesz. Czyż muszę dodawać, że wiadomość ta napełniła mnie jednocześnie smutkiem oraz radością? I doprawdy nie wiedziałam, czy bardziej mam się smucić, czy może cieszyć. Od tego dziwnego zdarzenia upłynęło parę godzin i nadal nie wiem, co myśleć o tym wszystkim. Czekam więc z niecierpliwością na dalszy rozwój wypadków.

     Kilka chwil temu, kiedy na moment przerwałam pisanie listu, chcąc zebrać myśli, znajoma mucha, podobnie jak wcześniej, pojawiła się w towarzystwie dwóch innych i usiadła mi na ramieniu. Dwie pozostałe latały nad moją głową i pilnowały, żeby nic złego nie przytrafiło się musze, której przeznaczono rolę posłańca. Tamte dwie zdawały się być jej strażniczkami. Ale kto lub co stanowi źródło informacji przekazywanych przez posłańca? Nie sposób dociec. W każdym razie w czasie tej drugiej misji mucha

23




posłaniec przesłała mi kolejną wiadomość. Tym razem wiadomość przychodziła z przyszłości. Nie wiadomo, jak odległej. Informacja zawierała dwa słowa klucze, które wedle tego, co przekazywała mucha, stanowią niezbędne pieczęcie nobilitujące moje Listy do Abelarda. Wszystko zatem ułożyło się w logiczny ciąg. Otrzymałam wyraźny znak, że ja, nowa Heloiza, pisząc listy do Ciebie, Abelarda, zarazem piszę dla potomnych.

     Przekazane przez muchę słowa klucze to: trwoga oraz ogród.

     
Bądź zdrów, mój jedyny!

     Twoja na zawsze Heloiza

     

     27 października

     Najdroższy Abelardzie,

     A jednak to Ty mnie odnalazłeś i dziś, w godzinach przedpołudniowych, otrzymałam od Ciebie list. Co za szczęście! Ale jednocześnie ból spowodowany treściami długo wyczekiwanego listu. Jednak to już nie Ty jesteś za nie odpowiedzialny, można tylko uskarżać się na okrutny los i wylewać łzy. W dalszej części listu wrócę jeszcze do tej bolesnej sprawy. Tymczasem pragnę Ci donieść, że Twój dzisiejszy list, na który gorączkowo czekałam od samego początku, jak tylko znalazłam się w szpitalu, i który mi sprawił tyle radości, gdy już przyszedł,

24




właściwie mnie nie zaskoczył. Od paru dni wiedziałam, że przyjdzie. Wyobraź sobie, że to moja znajoma mucha, przekazała mi informację, że niebawem otrzymam od Ciebie listowną wiadomość. Nie inaczej. Właśnie zaprzyjaźniona mucha, która w towarzystwie dwóch swoich strażniczek przybywa nie wiadomo skąd i siada mi na ramieniu, gdy przynosi dla mnie jakąś ważną wieść…

     Prawdopodobnie nie wiesz, że w ramach swoich skromnych możliwości też starałam się Ciebie odnaleźć. Zaangażowałam do tego siostrę oddziałową imieniem Madeleine, z którą się tu zaprzyjaźniłam (pisałam już o niej, ale tamte listy z wiadomych powodów nie dodarły do adresata), a także dwie koleżanki z klasy: Sophie oraz Brigitte. Madeleine ze swej strony uruchomiła cały łańcuszek ludzi dobrej woli, którzy dokładali starań, by natrafić na Twój ślad. Jestem im wszystkim bezgranicznie wdzięczna, choć ich wysiłki okazały się daremne. Oczywiście wszyscy angażowali się bezinteresownie. Opatrzność jednak czuwała. Szczęśliwie niebo było łaskawe i pozwoliło nam na powrót nawiązać ze sobą kontakt. Po stokroć chwała wszechmogącemu Bogu!

     Kiedy

25




trafiłam do szpitala na oddział zamknięty i nasz kontakt nagle się urwał, cierpiałam w dwójnasób. Daruj mi, że się skarżę. Do cierpień związanych z chorobą doszedł jeszcze ból wynikający z naszego oddalenia. Zachodziłam w głowę i martwiłam się tym bardziej, że zupełnie nie wiedziałam, gdzie jesteś i co się z Tobą dzieje. Dziś już wiem, ale czy ta wiedza przynosi mi wyłącznie radość? Dobrze wiesz, że nie. Jak sam piszesz, zamknąłeś się w klasztorze. Obszerna epistoła od Ciebie dogłębnie wyjaśnia mi powody tej nieoczekiwanej decyzji, która skutkuje odsunięciem się od spraw doczesnych, zwróceniem ku Bogu i poświęceniu swojego życia wyłącznie teologii oraz takiej gałęzi filozofii, która jest owej teologii służebniczką.

     Najmilszy Abelardzie, wracam myślami do tamtego szczęsnego czasu, gdy dane nam było radować się naszą wzajemną miłością i bliskością, i zadaję retoryczne pytanie, czy któremuś z nas przyszłoby wówczas do głowy, jak bardzo dzieje tej miłości i to, co spotka zarówno Ciebie, jak i mnie, en bloc będzie przypominać wszystko to, co przydarzyło się tamtej średniowiecznej parze: Abelardowi

26




oraz Heloizie? Kiedy ja nieco żartobliwie nazywałam Ciebie Abelardem, Ty zaś mnie Heloizą, był to szczęśliwy okres naszej wielkiej miłości i nikt z nas nie przypuszczał, że nastąpi drugi rozdział w jej dalszych dziejach, który będzie już nieznośnie tragiczny. Co więcej, będzie niemal dokładnym powtórzeniem wydarzeń sprzed prawie dziesięciu wieków, okaże się niemalże kalką tamtych równie tragicznych wypadków.

     Ale to przecież nie ja wymyśliłam kiedyś dla Ciebie owo wdzięczne przezwisko: Abelard. Nadali Ci go uczniowie naszego Liceum Saint Louis. Pisałam już o tym. Zrobili to z sympatii do Ciebie jako nauczyciela, którego fascynowała osoba i myśl filozofa oraz teologa Pierre’a Abelarda. Dziś, świadoma tego, jak potoczyły się dalsze wydarzenia, wietrzę w tym niewinnym uczniowskim żarcie, polegającym na nadaniu Ci owego przydomka, jakiś ponury diabelski wybryk. Ergo ochrzczenie Cię Abelardem nie mogło pozostać bez dalszych konsekwencji. No i w niedalekiej przyszłości stało się! Na Ciebie jako Abelarda i mnie jako Heloizę spadło pasmo nieszczęść, będące niejako powtórką z przeszłości. Najtragiczniejsze jest bodaj to,

27




że podobnie jak średniowieczny Pierre Abelard, Ty również pozbawiony zostałeś męskości. W ciemniej uliczce na Montparnasse napadli Cię nieznani sprawcy, siłą zaciągnęli do jakiejś piwnicy w jednym z pobliskich budynków i tam dokonali swojego okrutnego, barbarzyńskiego czynu. W przypadku Pierre’a Abelarda scholastyka i dialektyka zrobili to siepacze wynajęci przez wuja i opiekuna Heloizy, kanonika Fulberta. A jak było z Tobą? Sam piszesz, że nie mając dowodów, nie chcesz nikogo oskarżać. Śledztwem zajęła się policja. Dodajesz, że owszem, mój wuj Paul, jest w kręgu podejrzanych. Jednak według Ciebie bardziej prawdopodobne wydaje się, iż zrobili to młodociani przestępcy, których prowodyrem był jeden z uczniów naszej szkoły, niewątpliwie psychopata, który kochał się we mnie potajemnie. I w swojej chorej głowie i wyobraźni nie mógł znieść, że to Ty stałeś się moim wybrańcem.

     Abelardzie ukochany, jestem przekonana, że nie posunąłby się do takiego okrucieństwa mój dobry wuj Paul. To prawda, jest człowiekiem porywczym, niepoprawnym gwałtownikiem, jednak nie jest złoczyńcą. Nie jest też mściwy. Ale w tej akurat chwili

28




przyszło mi do głowy, że być może dostanę jakąś informację (wiadomość) od mojej zaprzyjaźnionej muchy. I ona nam pomoże rozwikłać tę straszliwą zagadkę. Już czekam z niecierpliwością aż się mucha pojawi…

     Ach, ileż jest w tej naszej historii dziwnych zdarzeń, których nie sposób racjonalnie wyjaśnić. Wyobraź sobie, że mnie, zanim dziś otrzymałam Twój z dawna wyczekiwany list, w którym donosisz, iż przywdziałeś suknię zakonną i zamknąłeś się w klasztorze, spotkało coś zupełnie podobnego. Wyrwana z własnego środowiska i zamknięta w szpitalu psychiatrycznym, również zapragnęłam przywdziać strój zakonny, chcąc w ten sposób ukoić duszę pogrążoną w niewyobrażalnym cierpieniu po stracie kochanka. Umożliwił mi to mój dobry wuj Paul, którego wcześniej poprosiłam o przysługę. Obstalował więc u krawca suknię zakonną i następnym razem, gdy przyszedł w odwiedziny, dostarczył ją wraz z kornetem. I tak zostałam quasi-zakonnicą, na razie bez ślubów wieczystych, choć mam w Bogu nadzieję, że do nich nie dojdzie, ponieważ wciąż Cię kocham nad życie i bez względu na to, co się stało, pragnę zostać Twoją

29




żoną.

     Piszesz w swoim liście, że Pan nasz Jezus Chrystus nie obiecywał raju na ziemi. A w szczególności Ty zasługujesz na cierpienie z racji swojego grzesznego życia, którego finałem było pohańbienie nastoletniej uczennicy Yolande’y Ponteneuf. Kiedy tak piszesz, to jakbym słyszała nienawistny mi głos sędziego sądu metropolitalnego. Nie mogę się z tym zgodzić! A i Ty dobrze wiesz, że to nie jest prawda. Nie uwiodłeś mnie i nie pohańbiłeś. Jeśli już, to tyle samo winy było w tym Twojej, co i mojej. Niewątpliwie. Ziemia to nie raj, lecz padół łez. Jednak to nie wszechmogący Bóg zesłał na Ciebie karę za Twoje jakoby występki i złe prowadzenie się. Już prędzej jest to sprawka szatana, który z niedocieczonych wyroków nieba może działać w świecie i szerzyć zło. W rezultacie, jak sam piszesz, zostałeś jako mężczyzna poważnie okaleczony, stając się w tym podobnym do Abelarda scholastyka i dialektyka, i to sprawiło, że odizolowałeś się od świata. Jednocześnie, nie będąc w pełni mężczyzną, postanowiłeś zwolnić mnie z dawnej przysięgi, w myśl której, zaraz po skończeniu szkoły i uzyskaniu przeze mnie

30




świadectwa dojrzałości, weźmiemy ślub w kościele i tym samym przypieczętujemy przed Bogiem naszą dozgonna miłość, miłość wieczystą, miłość poza grób.

     Najukochańszy Abelardzie, rozumiem Twoje cierpienie i ból jako mężczyzny okaleczonego, chylę czoła przed szlachetnością Twoich intencji, kiedy zwalniasz mnie z dawnych przysiąg, oddając mi tym samym pełną wolność. Jednak ja nie pragnę tej wolności i stanowczo nie chcę, byś mnie zwalniał z przysięgi. Zapewne powiesz, że bluźnię, ale muszę napisać, że marzę przede wszystkim o tym, by być Twoją, a dopiero później wszechmogącego Boga.

      Wczoraj zapytałam lekarza, ale sam jeszcze nie wie, kiedy zostanę wypisana do domu. Brakuje mi tu książek i chciałabym jak najprędzej wrócić do przerwanej edukacji. Piszesz, że mieszkasz w jednoosobowej celi. Masz zatem warunki komfortowe. Inaczej jest w moim przypadku. Mój pokój to obszerna sala szpitalna, w której pomieszczono razem ze mną dziesięć osób. Nie ma więc mowy o jakimś intymnym kącie, który byłby wyłącznie mój. Oczywiście tak samo dotyczy to każdej innej współlokatorki. Pacjentki te są w różnym wieku,

31




reprezentują też różne profesje. Nie mogę powiedzieć, żebym się z którąś jakoś szczególnie zaprzyjaźniła. Są dla mnie dość obojętne. Czasem jednak znosić ich obecność jest niezwykle trudno. Nie tylko że potrafią bez wyraźnej przyczyny wrzeszczeć nieludzkimi głosami w środku nocy, to na dodatek bywają przykre i nieznośne w ciągu dnia.

     Nadmieniałam wyżej, że brak mi książek. Z jedną z pielęgniarek oddziałowych, która na tę okoliczność posłużyła mi za opiekunkę, udałam się do sąsiedniego budynku, gdzie prócz archiwaliów mieści się biblioteka szpitalna. Niestety oprócz książek przygodowych, za którymi nie przepadam, a także prócz tandetnych romansów, których wręcz nie znoszę, nie znalazłam nic godnego do przeczytania. Muszę poprosić wuja, żeby mi przyniósł z domu jakąś dobrą książkę. Tęsknię za powrotem do szkoły i za wolnością, tą poza murami zakładu zamkniętego. Wspominam nasze wspólne spacery nad Sekwaną i bukinistów ze straganami pełnymi starych książek. Lubiliśmy wyszukiwać pośród nich prawdziwe perełki, białe kruki. Nie było spaceru, z którego nie wrócilibyśmy ze stosem

32




książek. Zwyczaj ich kupowania pozostał mi jeszcze ze szkoły powszechnej, kiedy to całe kieszonkowe, otrzymywane od wuja, przeznaczałam właśnie na ten cel.

     Jestem już trochę zmęczona i pozwól, że będę pomału kończyć ten list. List jakże pełen nadziei, ponieważ piszę do Ciebie, Abelarda, który się szczęśliwie odnalazł. Mój najdroższy, powtarzam raz jeszcze, że kocham Cię bezgranicznie i bezwarunkowo, i z całego serca pragnę, żebyś nierozważnie nie odrzucił mojej miłości. Myślę, że to nie najlepszy pomysł, nie tylko wątpliwy, ale wręcz zły, żebyś miał już na zawsze pozostać w klasztorze. Ja niebawem wyjdę ze szpitala. Tak sądzę. A jeśli nawet lekarze powiedzą, że jeszcze nie jestem w pełni wyleczona, to poproszę o wypis i wyjdę na własne żądanie. Ty natomiast Abelardzie, będąc przed złożeniem ślubów wieczystych, możesz w każdej chwili opuścić klasztor. A wtedy, jeśli mój wuj Paul nie zaakceptuje naszego związku, uciekniemy razem. Udamy się gdzieś za granicę, być może do któregoś z państw ościennych, do Anglii lub Allemandii. Ze swoimi wysokimi kwalifikacjami i wybitnymi zdolnościami bez trudu

33




znajdziesz pracę na którymś z tamtejszych uniwersytetów. Ja na obcej ziemi, która stanie się dla nas drugą ojczyzną, w przyspieszonym kursie uzyskam baccalaureat i wstąpię na uniwersytet, na którym Ty będziesz wykładał filozofię oraz teologię. Jest to nie tylko do pomyślenia, ale i do zrealizowania! Mój ukochany, co Ty na to?! Odpisz niebawem!

     Drogi, najdroższy Abelardzie, uwierz mi, że razem będziemy jeszcze szczęśliwi!

     
Twoja na zawsze Heloiza

     Postscriptum

     Przygotuj się, mój miły, na dłuższą lekturę. Właśnie wysyłam do Ciebie posłańca, którym jest moja przyjaciółka, siostra Madeleine. Wraz z dzisiejszym listem przekaże Ci ona pięć wcześniejszych listów, które pisałam, zanim się odnalazłeś…

34




Wyrazy: Znaki: