Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 2
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Pierwszeństwo błędu przed grzechemikonka kopiowania

Autor: Waldemar Kubas  twarz męska

grafika opisu

rozwiń




PIERWSZEŃSTWO BŁĘDU PRZED GRZECHEM

     

     Jeśli jesteś przekonany o prawdzie jakiejś
myśli, jeśli o niej przekonałeś siebie
poprzez najskrupulatniejsze sprawdzenia
strzeż się jednak i mimo to uwierzenia
na poważnie, że prawda jest prawdą.
Wierząc w coś takiego byłbyś głupszy
niż twoja mądra myśl.


     Albert Paris Gütersloh

     
Już kilkakrotnie nosiłem się z zamiarem spisania tamtej dawnej historii. Miałem na uwadze jakieś krótkie opowiadanie, jednak nigdy stanowczo nie przystąpiłem do pracy. Po mało zobowiązującej grze myśli, nie czując w sobie tej niezbędnej motywacji do cierpliwego trwania przy swoim, za każdym razem zarzucałem projekt. I dopiero wczorajsze zdarzenie było tym kluczowym momentem, który przesądził, iż historia sprzed dziesięciu lat zostanie w końcu

1




opowiedziana.

     Zresztą samo zdarzenie jest dość błahe i mało interesujące, i nie musiałbym nawet o nim wspominać. Ma znaczenie przede wszystkim dla mnie samego ze względu na ten niepowtarzalny, motywacyjny impuls, jaki wywołało. Można je streścić w paru zaledwie zdaniach. W jednym z ogródków piwnych, które latem tak barwnie wtapiają się w pejzaż Rynku, kusząc jednocześnie, by skorzystać z ich ożywczego chłodu, od jakiegoś może już kwadransa siedziałem właśnie przy kuflu piwa. Dzień był słoneczny, upalny i zajmowałem miejsce przy jednym z krańcowych stolików, tworzących uformowany szereg, owych niedużych okrągłych stolików, z których każdy rozstawiony był w cieniu niemal doskonale kulistej korony, nieomal takiego samego zielonego jaworu, powielającego się w długim rzędzie klonowatych drzew, rozpościerających się wzdłuż zachodniej ściany Sukiennic. Z wolna sączyłem piwo, myślałem o tym i owym i patrzyłem w stronę fontanny, przy której bawiły się małe dzieci doglądane przez swoje wszystkowidzące matki. W ten słoneczny, przedpołudniowy dzień upalnego lata w Rynku przewijało się mnóstwo ludzi. Tamtych dwoje –

2




młodą dziewczynę i już nie tak młodego mężczyznę – dostrzegłem pośród innych przechodniów już z daleka. Zbliżali się od strony Kościoła Garnizonowego. Nie umiałbym powiedzieć, dlaczego moje nieco roztargnione spojrzenie ich właśnie wyłowiło z tłumu już z tamtej, dość pokaźnej odległości. Ale dopiero gdy podeszli całkiem blisko, znaleźli się w ogródku, i rozglądając się za wolnym miejscem usiedli przy jednym ze środkowych stolików długiego pojedynczego rzędu, przez krótką chwilę nie wierzyłem własnym oczom. Jeszcze mi się to nie przytrafiło. Miałem dziwne wrażenie, jakby to była tamta dziewczyna. Na mgnienie oka powrócił dawny żal. Jednak zaraz potem opamiętanie. Nie, to niemożliwe. Upłynęło trochę czasu. Z grubsza licząc przynajmniej dziesięć lat. Więc na pewno nie może to być tamta. Tamta bowiem już dobre dziesięć, dwanaście lat temu była w tym samym wieku co ta teraz. No i właśnie całkiem podobna do tej. Czy raczej ta całkiem podobna do tamtej. Jakby to samo bystre spojrzenie wyrazistych oczu i ten sam delikatny rysunek twarzy, uwydatniający się zwłaszcza w profilu. Podobnie ułożone i upięte na

3




tył głowy włosy o tym samym, co u tamtej, trudnym do nazwania odcieniu lśniącego orzecha. Ta sama wysmukła figura i jakby ten sam średni wzrost. W sumie uroda ponadprzeciętna, choć jednocześnie nie narzucająca się natychmiast i bez pardonu, twarz w swym wyrazie nieco tajemnicza, zarazem pełna powagi.

     

     Kiedy ją poznałem, od kilku już lat byłem pracownikiem naukowym w Instytucie Filozofii miejscowego uniwersytetu. Jak wiadomo, uczelnia wyższa ma wielorakie zadania. Prócz rozwoju nauki jej główne posłannictwo to kształcenie młodzieży. Tak więc w tego typu placówce naukowa aktywność nierozerwalnie związana jest z dydaktyką. To oczywiście truizm i wspominam o tym niejako mimochodem. W ramach obowiązkowego pensum na zajęcia ze studentami przeznaczone miałem dwanaście godzin tygodniowo. Jeśli natomiast chodzi o moją pracę badawczą, dotyczyła pewnych zagadnień z antropologii filozoficznej. One właśnie stanowiły główny trzon moich dociekań naukowych. Ale nie sądzę, by mogło to zainteresować bliżej czytelnika spoza wąskiego grona specjalistów. Stąd też nad wszystkimi tymi ważnymi dla filozofii zagadnieniami przejdę najzwyczajniej

4




do porządku dziennego. Potrącając struny różnych pieśni, by posłużyć się metaforą, nie omieszkam też wspomnieć, że trochę poza moimi stricte zawodowymi zainteresowaniami znajdowała się Biblia, której studiowaniu poświęcałem wtedy sporo wolnego czasu. To tak na marginesie. Albowiem temu aspektowi moich ówczesnych zainteresowań dam jeszcze wyraz w historii, którą właśnie opowiadam. Na razie robię swego rodzaju rozpoznanie terenu. Spojrzę tu, spojrzę tam, zahaczę o to, zahaczę o tamto. Jak chodzi o moje wykłady z tamtego okresu, miały dość zróżnicowany charakter i poziom w zależności od słuchaczy, dla których były przeznaczone. A że współpracowałem na uniwersytecie z kierunkami filologicznymi, przewijało się przez nie wiele ładnych studentek. No, właśnie. I jak to zwykle bywa ze wszystkim, co jawi się nam w relacji osobistego stosunku, tak i w tym przypadku jedne dziewczęta podobały mi się bardziej, inne mniej. Oczywiście były pośród nich również prawdziwe piękności. Poniekąd zwykła rzecz w takiej plejadzie młodych dziewcząt. Miałem tego świadomość i nie zaprzątałem sobie tym głowy. Zresztą byłem mężem

5




sprawiedliwym, jeśli już posłużyć się terminem biblijnym. Dla mnie wszystkie one w jakimś sensie wydawały się tak samo atrakcyjne i godne uwagi. I nie wyróżniałem żadnej ze względu na urodę. Podobnie zresztą jak ze względu na inne zalety – ducha, inteligencji czy charakteru – których się bardziej u niejednej z nich domyślałem i czasem doszukiwałem, niż je miałem możność naocznie i ponad wszelką wątpliwość stwierdzać. Nie zdarzyło mi się także, bym się z którąś z tych interesujących dziewcząt umówił, powiedzmy to wprost – na randkę. To znaczy nie podejmowałem w ogóle takich kroków. Miałem trzydzieści parę lat i pamiętałem o tym, że jestem przede wszystkim nauczycielem akademickim. Owszem, podobała mi się niejedna. Już była o tym mowa. Tym niemniej wystarczało mi, czy też zadowalałem się okolicznością, że widzę je i spotykam się z nimi podczas wykładów, seminariów, i w czasie egzaminów. To zaś były kontakty tyleż miłe, co i nie do uniknięcia.

     Tak to mniej więcej wyglądało.

     Ale kiedy pewnego dnia pośród innych dziewcząt oraz ich kolegów z roku na swoim wykładzie zobaczyłem nagle tamtą

6




studentkę, wszystko się zmieniło. Niezależnie od tego, że ów moment na wykładzie nie był wcale tym otwierającym rozdział zdarzeniem, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Przed tamtym bowiem wykładem widziałem ją jeszcze dwukrotnie. Uświadomiłem to sobie dopiero trochę później. Otóż pierwszy raz ujrzałem ją w Bibliotece Uniwersyteckiej, dokładniej mówiąc, przy półce z książkami. Drugi natomiast raz – w gmachu Filologii Polskiej, przy kserografie. Tam też, w gmachu filologii, za niecałe bodajże dwa tygodnie miałem tamten wykład, kiedy to zobaczyłem ją po raz trzeci, już właśnie na sali wykładowej. Opowiem o tym po kolei.

     Trudny do przecenienia moment, kiedy wyłuskałem ją spośród licznej grupy młodych ludzi przebywających w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej, już to siedzących przy dwuosobowych stolikach, wyposażonych w przydatne, nieodzowne lampki, i w pełnej nabożności ciszy pochylonych nad skryptami, już to szperających za jakąś potrzebną książką w podręcznym regale przy frontowej ścianie, dziś ledwo sobie uświadamiam, i tak samo było już wówczas. Zauważyłem ją i zwróciłem na nią uwagę prawie nie

7




zdając sobie z tego sprawy. W tym dość krótkim momencie, gdy szukała jakiejś książki w regale z literaturą anglojęzyczną, zarejestrowałem ją jakby tylko detektorami pozazmysłowej podświadomości.

     Kiedy jednak później, po mniej więcej miesiącu zobaczyłem ją w Instytucie Filologii Polskiej, z punktu rozpoznałem, że to ta z Biblioteki Uniwersyteckiej. Miałem jakiś swój artykuł do skopiowania, który zamierzałem wysłać do jednego ze specjalistycznych czasopism zagranicznych i do instytutu filologii przyszedłem, by skorzystać z tamtejszego nowego, japońskiego kserografu. Kserograf znajdował się w niewielkim przyczółku przylegającym do kamiennego pomostu, który biegł otwartą przestrzenią na wysokości pierwszego piętra i łączył dwie części rozległego gmachu Filologii Polskiej. Sam przyczółek był rodzajem krytego pomieszczenia-przesmyku, posiadającego niebagatelne strategiczne znaczenie ze względu na komunikację. Do kserografu stanąłem w ogonku kilku osób, nawiasem mówiąc były to same studentki. Zresztą znana rzecz. Nie od dziś wiadomo, że tak na filologii polskiej, jak i wszystkich innych filologiach studiują przeważnie

8




same dziewczęta. No, może z wyjątkiem anglistyki, gdzie znajdzie się też parę chłopaków.

     W pewnej chwili, krótkiej jak mgnienie oka, a może jeszcze krótszej, bo wręcz takiej, jaką potrzebuje światło na przebycie dystansu równego jednemu łokciowi, uświadomiłem sobie nagle, że w kolejce do kserografu stoję bezpośrednio za nią. Stała przede mną z jakąś swoją koleżanką. Kolejka nie była długa, niemniej jednak należało odczekać dłuższą chwilę, bowiem jedna ze studentek stojących na przedzie miała do skopiowania dość gruby plik jakichś swoich materiałów. Korzystanie z kserografu jest obyczajem dość powszechnym. Również całkowicie zrozumiałym, choć, jak się okazuje, nie do końca legalnym w świetle przepisów prawa, próbującego chronić własność intelektualną. Niemniej, by niepotrzebnie nie wydawać swoich marnych groszy (jeśli się je nawet ma) na niezbędne podręczniki akademickie (których zwykle brak na rynku), studenci nie oglądając się na nic, na własny użytek najczęściej kserują poszczególne partie książek wypożyczonych z biblioteki.

     Nie uszło mej uwagi, iż w trakcie czekania interesująca mnie

9




dziewczyna ze swej strony zainteresowała się rysunkami i napisami zdobiącymi dwie wolne ściany tamtego pomieszczenia. Jakżeby inaczej! Korzeniami swymi sięgającą czasów antycznych, ową nieskrępowaną, swobodną twórczość młodych ludzi, dziś niestety manifestującą się na murach i ścianach budynków publicznych, czy to na zewnątrz, czy w środku, jak dobrze wiadomo, przyjęło się określać włoskim terminem graffiti. Studiując graffiti tamtego pomieszczenia, raz po raz wskazywała swojej koleżance na niektóre z napisów i, wymieniając z nią jakieś uwagi, uśmiechała się porozumiewawczo. Twarz jej koleżanki wtenczas także promieniała wesołością. Można by powiedzieć – w akcie solidarnej aprobaty. Tym niemniej śmiech obu dziewczyn był bardzo stonowany, nie miał nic z wulgarnej hałaśliwości, był w naturalny sposób wyważonym śmiechem prawdziwych młodych dam, że użyję tego niemodnego już dziś słowa.

     Jak już prześledziła dużą część napisów na ścianie bocznej (z obu dziewczyn ona przyłożyła się do lektury z większą pasją), wówczas odwróciła się, by obejrzeć napisy na ścianie tylnej. Odwróciwszy się,

10




stanęła do mnie przodem i czytała dalej. Interesowały ją wyłącznie napisy na ścianie i bodaj nawet nie dostrzegła, że przypatruje się jej trzydziestokilkuletni mężczyzna, ba, że na wprost niej, na wyciągnięcie ramienia, stoi w ogóle jakiś mężczyzna. Jej spojrzenie ukosem kierowało się w stronę ściany, dla niej samej byłem powietrzem, jej myśli przepływały gdzieś obok.

     Ściana w głównej mierze upstrzona była cytatami z klasyków literatury i jakkolwiek wiele spośród tych złotych myśli również mnie przypadło do gustu (wypisy sporządzili bądź co bądź humaniści), nie będę nimi zanudzał czytelnika, zwłaszcza że można je znaleźć otwierając jakąś niekoniecznie obszerną antologię maksym czy aforyzmów. Jednak nie wszystkie. Albowiem obok tamtych przednich myśli, których niemałą część stanowiła oryginalna twórczość braci studenckiej, dało się też zauważyć inne owoce, będące upustem swobodnej, indywidualnej ekspresji. Te ostatnie, z natury rzeczy, były dość frywolne. Tutaj przywołam jedynie dwie, trzy spośród nich. Mam nadzieję, że nie zgorszę nimi czytelnika. Weźmy na przykład takie: „Cnotę straciłam

11




przeskakując przez płot”. Ktoś w nawiązaniu dopisał niżej: „A ciekawe jak to było z Lechem W?”. W innym znowu miejscu można było przeczytać: „Jak powiedział św. Łukasz, p…ki palcem nie oszukasz”. Jeszcze w innym: „Seks to nie wszystko, a jednak”.

     Kolejka do kserografu przesuwała się dość wolno. W pewnej chwili dziewczyna, której się dyskretnie przypatrywałem, spojrzała na zegarek, przerwała lekturę złotych myśli, powiedziała coś do tej drugiej, i obie z koleżanką zdecydowały, że nie mają czasu już dłużej czekać. W rezultacie zrezygnowały z powielenia swoich tekstów, wyszły z kolejki i opuściły pomieszczenie z kserografem.

     Tym samym na dłuższy czas straciłem ją z oczu.

     Tamten mój wzmiankowany już wykład, kiedy nie spodziewając się zobaczyłem ją po raz trzeci, i od którego to potem momentu rozpoczęła się nasza trwająca całe trzy miesiące znajomość, odbywał się na fakultecie filologicznym w ramach kursu nadobowiązkowego. Ona, o czym miałem się niebawem dowiedzieć od niej samej, studiowała anglistykę, i na moim wykładzie znalazła się dość przypadkowo, zaproszona przez swoją koleżankę z

12




polonistyki, tę samą, z którą wcześniej stała do kserografu.

     Przedmiotem mojej refleksji i systematycznych studiów, jak już wzmiankowałem, była w owym czasie Biblia, zaś dla potrzeb wykładu moje zainteresowania ogniskowały się na Księdze Rodzaju. Albowiem krąg tych właśnie zagadnień preferowali moi studenci. Jeśli szanowny czytelnik interesował się cokolwiek rzeczonymi sprawami, to zgodzi się pewnie łatwo, że już ta pierwsza księga Biblii, a więc Genesis, jest istną studnią bez dna, z której można czerpać bez końca. Stąd też cykl wykładów, które w owym czasie prowadziłem na filologii polskiej, poświęcony był tej właśnie natchnionej Księdze, którą penetrowałem z prawdziwym upodobaniem, by następnie, dzieląc się swoimi odkryciami z młodzieżą, interpretować je w duchu całkowicie wolnej myśli. Kilkanaście lat starszy od swoich studentów, unikałem jak ognia gotowych formułek teologicznych i oficjalnych wykładni obowiązujących w Kościele, i z niepowściągliwością i pychą dość częstą u młodego człowieka (poniekąd nadal nim byłem) wyznawałem pogląd, że wolnej myśli nie sposób w ogóle przecenić. Jedynie

13




ona sprawia, że my, ludzie, możemy się poczuć równi Bogu. Wierzyłem, że idąc tym tropem możemy zadawać Stwórcy kłopotliwe pytania i jednocześnie oczekiwać zadowalających nas odpowiedzi, spierać się z Nim i dyskutować jak równy z równym. Od tamtego czasu spuściłem nieco z tonu. Ale to już inna historia.

     

     Mam przed sobą notatki, które służyły mi do wykładów w owym czasie. Zachowałem je na pamiątkę. Dziś się przydadzą jak znalazł. Tamten wykład toczył się spokojnym rytmem i zgodnie z planem, i pamiętam dokładnie, że zanim rzuciła mi się w oczy ona, do nieszczególnie licznego audytorium mówiłem:

     W Księdze Rodzaju rozdział 2 werset 8-9 czytamy, co następuje:
„A zasadziwszy ogród w Eden na wschodzie, Pan Bóg umieścił tam człowieka, którego ulepił. Na rozkaz Pana Boga wyrosły z gleby wszelkie drzewa miłe z wyglądu i smaczny owoc rodzące oraz drzewo życia w środku tego ogrodu i drzewo poznania dobra i zła”. Koniec cytatu.

     I niedługo potem przestroga zawarta w wersetach 16-17 tego samego rozdziału:
„A przy tym Pan Bóg dał człowiekowi taki rozkaz: <Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według

14




upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz>”. Koniec cytatu.

     Nieposłuszeństwo pierwszych rodziców, które objawiło się w złamaniu zakazu spożywania z drzewa poznania dobra i zła jest powszechnie znane – mówiłem do słuchaczy – wiadomo też dobrze jak potoczyły się kolejne wypadki, stąd też nie będziemy tej kwestii bliżej roztrząsać. Zanim jednak w naszych dalszych rozważaniach wykorzystamy przytoczone wyżej cytaty, przypomnijmy jeszcze wersety 22 i 23 rozdziału 3:

     „Po czym Pan Bóg rzekł: <Oto człowiek stał się taki jak My: zna dobro i zło; niechaj teraz nie wyciągnie przypadkiem ręki, aby zerwać owoc także z drzewa życia, zjeść go i żyć na wieki>. Dlatego Pan Bóg wydalił go z ogrodu Eden, aby uprawiał tę ziemię, z której został wzięty.” Koniec cytatu.

     Zrekapitulujmy krótko – powiedziałem następnie. I kontynuowałem. – Po pierwsze, chcę zwrócić państwa uwagę, że, jak wynika z wersetu 9, pośrodku raju (w zależności od takiego czy innego tłumaczenia nazywanego ogrodem, ogrodem Edenem, Edenem, albo właśnie rajem) były dwa drzewa, a

15




nie jedno, jak się nazbyt często sądzi. Na ogół pamięta się jedynie o drzewie poznania dobra i zła, a zapomina o drzewie życia. Po drugie, wyraźny zakaz spożywania owocu, jak wynika z wersetów 16-17, dotyczył samego drzewa poznania dobra i zła. Po trzecie wreszcie, jak wynika z wersetów 22 i 23, już po spożyciu z drzewa poznania dobra i zła w dalszym ciągu istniała dla człowieka możliwość, a dla Pana Boga obawa, że człowiek sięgnie teraz po owoc z drzewa życia i w konsekwencji zapewni sobie nieśmiertelność.

     Na bazie powyższego – snułem dalej rozważania – sformułujmy naszą tezę: Ewa z biblijnego raju, skuszona przez węża, popełniła przede wszystkim błąd. Problem jej winy czy też grzechu, z naszego punktu widzenia, jest sprawą drugorzędną. Interesuje on przede wszystkim teologów. My, powtarzam, możemy nade wszystko w jej uczynku upatrywać błędu. Jej błąd polega na tym, że zerwała jabłko nie z tego drzewa, co należało, albo inaczej rzecz ujmując, nie w takiej kolejności, jak powinna. Najpierw bowiem trzeba było zerwać owoc z drzewa życia i dopiero potem, zapewniwszy sobie i swojemu partnerowi (a niewykluczone że i

16




nam właśnie) nieśmiertelność, spokojnie można było sięgać po jabłko z drzewa poznania dobra i zła.

     Sformułowawszy obrazoburczą tezę, niespiesznym spojrzeniem powiodłem po sali, chcąc się naocznie przekonać, jakie wywołała wrażenie na słuchaczach. Stojąc za katedrą jest się po trosze aktorem i, niezależnie od percepcji wizualnej tego, co dzieje się wokół, każdym niemal nerwem odczuwa się pulsowanie zmiennej atmosfery sali. I w tamtej właśnie chwili dostrzegłem ją. Siedziała w trzecim rzędzie ławek, po stronie wysokich okien z widokiem na rzekę. Jej duże brązowe oczy wyraziście lśniły, gdy patrząc w moim kierunku uśmiechała się z widocznymi iskierkami sympatii. Była mile rozbawiona i zarazem jakby zaskoczona ujmującą niewiarygodnością moich konkluzji. Po jej lewej ręce siedziała jej koleżanka (którą już znamy), ale ta w tym momencie wraz z całą resztą audytorium stanowiła dla mnie jedynie niezbędne tło.

     Wraz z jej nieoczekiwanym objawieniem się poczułem nagły przypływ energii, która zdawała się wstrząsać podstawami mojej dotychczasowej egzystencji. Tym niemniej po krótkiej chwili zawrotu głowy powróciłem

17




do równowagi i kontynuowałem:

     Sprawa, proszę państwa, nie jest jednak tak prosta, jak by się to mogło wydawać z naszego trochę krotochwilnego wywodu zademonstrowanego przed momentem. Biblijny skryba, który sklecił tamtą historię, nie wpadł w pułapkę, nie przeoczył też i takiej, jak nasza, nieco przewrotnej interpretacji swojej opowieści, najprawdopodobniej był jej świadom. Jednocześnie jego zamysł i cel, jaki mu przyświecał, pozostaną godne najwyższego uznania. Chciał mianowicie stworzyć mit, w którym zaklęta byłaby głębsza prawda o człowieku.

     I stworzył go.

     Tą odwieczną prawdą o człowieku, zaklętą w micie, jest prawda o wyjątkowej, z niczym nieporównywalnej sile żądzy cielesnej. Ona to bowiem sprawia, że ilekroć stanie człowiek przed alternatywnym wyborem, to się nie ulęknie i, nawet za cenę rezygnacji z nieśmiertelności, sięgnie jednak po owoc z drzewa poznania dobra i zła, które jest właśnie tego cielesnego grzechu symbolem. Nie łudźmy się jednak i nie oczekujmy tu jakiejś nagłej odmiany. Podobny stan trwa od początku świata i trwać będzie aż do jego końca. Wystarczy pomyśleć czy rozejrzeć się wokół,

18




by widzieć, że nie inaczej jak od stworzenia świata liczny zastęp proroków, świętych oraz wszelkiej maści kaznodziejów wszystkich religii opartych na Objawieniu, za niewysoką (zdawałoby się) cenę życia dobrze uporządkowanego, obiecuje młodym ludziom nieśmiertelność (życie wieczne), podczas gdy ci w swej masie nie przyjmują wyzwania i rzucają się w wir zmysłowego zatracenia.

     Oto cała nieprzemijająca prawda biblijnego mitu o grzechu pierworodnym!

     Dopowiedzmy wreszcie na koniec, że co się tyczy samej nieśmiertelności sprawa nie została w zupełności pogrzebana. Oto bowiem człowiek, sięgając po zakazany owoc, traci wprawdzie swą indywidualną, jednostkową nieśmiertelność, żyje jednak nadal w swoim potomstwie i zyskuje nieśmiertelność własnego gatunku! Nie taka to korzyść, jakby się nam marzyło, ale zawsze jakaś pociecha!

     Na tym zakończyłem swój wykład.

     

     Kiedy po skończonym wykładzie, zmierzając w kierunku wyjścia, przechodziła pomiędzy pierwszym rzędem ławek amfiteatralnej sali a katedrą, zwróciłem się do niej prosząc, czy nie mogłaby się zatrzymać na sekundę. Chcę mianowicie o coś zapytać. Gdy wyraźnie

19




zdziwiona przystanęła i rzuciła w moją stronę ukośne spojrzenie, zawahałem się nie umiejąc w pierwszej chwili znaleźć właściwych słów. Jej koleżanka dochodziła w tym czasie do drzwi wyjściowych. Już przy drzwiach odwróciła się w jej stronę i wykonała ręką gest, który oznaczał, że będzie czekać na nią na zewnątrz. Spojrzałem w bok, chrząknąłem dwa razy i w końcu wydobyłem z siebie to przed momentem sygnalizowane pytanie. Zapytałem wprost, czy nie miałaby nic przeciwko, gdybym zaproponował jej małe spotkanie, oczywiście w miejscu i czasie dogodnym dla niej. Pochyliła głowę i przez krótki moment jakby nie umiała się zdecydować, co zrobić, jak postąpić. Po czym nagle spojrzała na mnie i, uśmiechając się niepewnie, na pytanie odpowiedziała pytaniem:

     - W takim razie gdzie i kiedy?
- Powiedzmy, że jutro o 16-ej. Na przykład koło Szermierza Wolności...
- Do 16-ej mam zajęcia na uczelni. Ale może być kwadrans po 16-ej...
- Świetnie, jesteśmy umówieni.

     

     Przyszła punktualnie o oznaczonej godzinie. Miała na sobie piękną jasną suknię midi oraz złote kolczyki w formie miniaturowych kluczy wiolinowych. Przemknęła

20




mi myśl, że nigdy dotąd u żadnej dziewczyny nie widziałem podobnych. Skierowaliśmy się na bulwar i poszliśmy wzdłuż rzeki w stronę wiszącego mostu i Przystani Korsarzy. Przeszliśmy przez most, zeszliśmy po schodkach ku zalanej słońcem przystani i po chwili usiedliśmy przy jednym z wolnych stolików, tamtej tak chętnie odwiedzanej przez studentów kawiarni Na Tratwach. Był upał, zamówiliśmy wodę mineralną, mrożoną kawę i jakieś ciastka. Jeśli się nie mylę były to eklerki.

     Kierując spojrzenie na jeden z jej pięknych kolczyków uśmiechnąłem się lekko i powiedziałem, że ładne kolczyki. Odwzajemniła się pełnym wdzięku uśmiechem. Miniaturowe klucze wiolinowe lekko się kołysały wraz z każdym ruchem jej głowy i w nawiązaniu zapytałem, jaką lubi muzykę. Roześmiała się tym razem głośno i powiedziała, że każdą albo prawie każdą. Pomyślałem, że coś podobnego mógłbym powiedzieć również o sobie. Jednak prawdziwą przyjemnością było słuchać jej głosu i wiedzieć o niej jak najwięcej, więc zapytałem znowu: No, ale którą tak najbardziej? Jednak nie chciała jednej muzyki wyróżniać kosztem innej i w tym samym

21




wesołym i lekko żartobliwym tonie oznajmiła, że gdyby w swoim czasie ukończyła Szkołę Muzyczną z fortepianem jako instrumentem podstawowym, to niewykluczone, że dziś mógłby to być Chopin. A tak, cóż na to poradzić? Klasyka nęci i jest doprawdy przebogata. Rzeczy bardzo dobrych czy tylko dobrych jest naprawdę zbyt wiele, by można było łatwo wybrać i zdecydować się na coś jednego. A gdy w dodatku trudno byłoby wyobrazić sobie świat bez muzyki popularnej, no to co wówczas? – lekko rozbawiona rzuciła retoryczne pytanie niczym muzyczny przerywnik. Oczarowany elokwencją chciwie chłonąłem każde jej słowo, a ona widząc to kontynuowała z polotem i dowcipnie. Ale jeśli już koniecznie na bezludną wyspę miałaby zabrać ze sobą jakąś jedną płytę, to prócz Chopina i tych wszystkich Bachów i Mozartów musiałaby się znaleźć na niej wielka średniowieczna mistyczka, święta Hildegarda z Bingen. Otworzyłem szeroko oczy, usłyszawszy po raz pierwszy to imię. Ale to był dopiero początek z długiej listy kompozytorów, artystów i wykonawców. Bo dalej usłyszałem: Jednak nie bez szalonej Mistinguett, Hanki Ordonówny, Ewy Demarczyk, Janis

22




Joplin, Niny Simone i Czesława Niemena. Do tego obowiązkowo muzyka cygańska, muzyka chasydzkich klezmerów, śpiewy cerkiewne, hiszpańskie flamenco. I już sam nie wiem, czy to wciąż ona mówiła, czy przez jakiś jeszcze czas słyszałem raczej własne myśli: Portugalskie fado, argentyńskie tanga, walce Straussa, ale i fortepianowe walce Schuberta. No, ale przecież, czy wolno byłoby zapomnieć o angielskim baroku, włoskim belcancie i absolutnie niezrównanych rosyjskich romansach? A na tym zresztą nie koniec, jednym słowem groch z kapustą.

     I tak, gdy Ilona (bo tak właśnie miała na imię) żywo i z widocznym rozbawieniem, w nieprzerwanym potoku słów wyjaśniała mi to wszystko, z jasnobłękitnego nieba sypało się gorące złoto promieni, czerwcowego słońca rozpalonego do białości. Podnosząc o stopień lub dwa rwącą falę i powodując wzmożone kołysanie tratw, obok nas, nieomal na wyciągnięcie ręki, przepłynęły w dół rzeki dwie barki przepełnione piaskiem, a za jakiś czas za nimi statek wycieczkowy z kompletem pasażerów na pokładzie. Pasażerowie ze statku gestem ręki pozdrawiali tych, co rzeźwiąc się zimnymi napojami siedzieli

23




właśnie w kawiarni Na Tratwach, jak również ich spontaniczne, niezobowiązujące gesty przyjaźni płynęły z falą do tych, którzy akurat podążali nadbrzeżnym bulwarem. Wysyłane ze statku pozdrowienia nie omijały i tych nielicznych, którzy, nieruchomo wsparci o metalową balustradę kamiennego nadbrzeża, z milczącą, nieprzeniknioną nostalgią kontemplowali rzekę. Jednym słowem w tym krótkim czasie, kiedy statek wycieczkowy przepływał w pobliżu kawiarni Na Tratwach, zdołano przerzucić pomiędzy ludźmi doprawdy wiele niewidzialnych mostów. Inna rzecz, że już w następnej chwili mosty te nieuchronnie roztapiały się i nikły w gorącym powietrzu roziskrzonym przez czerwcowe słońce.

     Nawiązując do tamtego mojego wykładu, w pewnej chwili Ilona zapytała mnie, jak w świetle szeroko rozpowszechnionej, seksualnej interpretacji mitu należy rozumieć biblijny przekaz, że Ewa zrazu pierwsza, niejako w pojedynkę skosztowała zakazanego owocu. Przyznaję, że zaskoczyła mnie tym swoim tak dobrze dobranym pytaniem. I nawet może nie to, że zadała go ona, co że w ogóle zostało sprecyzowane. Jakkolwiek biblijną opowieść wałkowałem po wielekroć,

24




nigdy sam nie wpadłem na to, by tak wyraziście i zarazem celnie postawić tę kwestię. Musiałem coś z tym zrobić. Drapiąc się lekko w głowę zastanawiałem się przez chwilę, po czym z wyraźnym już przekonaniem powiedziałem, że prawdopodobnie w tym miejscu mit usiłuje bliżej czy też głębiej dotknąć tej tyleż delikatnej, co i fundamentalnej sprawy, jaką jest inicjacja seksualna każdego człowieka. Funkcjonuje przecież uświęcona praktyką norma, że wtajemniczenie seksualne młodego człowieka odbywa się najczęściej w drodze masturbacji. Gdy to powiedziałem, jej świeża delikatna twarz oblała się rumieńcem. Widać było, że takiej ewentualności nie brała w ogóle pod uwagę i nie zadała swojego pytania rozmyślnie, by mnie sprowokować do jakiegoś kolejnego pastwienia się nad świętą Księgą, przeciwnie, pożałowała swojej ciekawości i gdyby mogła, to by swoje pytanie, a zwłaszcza moją odpowiedź wymazała z pamięci. Widząc cały ten ambaras i sam nie czując się z nim dobrze zmieniłem szybko temat i robiłem wszystko, byśmy jak najprędzej zapomnieli o całej tej bezwstydnej statystyce.

     Poruszaliśmy zatem lżejsze i

25




łatwiejsze tematy, a w każdym bądź razie to, o czym rozmawialiśmy i co w innych okolicznościach mogło być pretekstem do rozmowy serio, teraz traktowane było przez nas z naturalną lekkością i na wpół żartobliwie. Rozmawialiśmy długo i z ożywieniem i ciekaw byłem wszystkiego, co wiązało się z jej osobą, jak również bezpośrednio dotyczyło jej studiów. O tym rozmawialiśmy najwięcej. Była właśnie na drugim roku anglistyki i na koniec czerwca czekały ją dwa egzaminy. Jeden z literatury, a drugi z praktycznej znajomości języka. Ale – jak się już chyba zorientował nasz czytelnik – była pełną wdzięku, bardzo ładną i inteligentną studentką, co wszystko razem wróżyło pomyślne rezultaty. Pochodziła zresztą z dobrej inteligenckiej rodziny, która szczyciła się być taką już od paru pokoleń. Również jej rodzice odebrali w swoim czasie staranne wykształcenie, a teraz z powodzeniem realizowali swoje ambicje zawodowe. Matka wykładała muzykologię na Akademii Muzycznej, jednocześnie w liceum muzycznym uczyła gry na fortepianie. Ojciec natomiast, jako były absolwent miejscowej politechniki, obecnie ceniony inżynier-praktyk,

26




pełnił odpowiedzialną funkcję dyrektora technicznego w sektorze budownictwa drogowego. Młodsza siostra Ilony za rok miała zdawać maturę, po czym zamierzała studiować gospodarkę i zarządzanie na Akademii Ekonomicznej. Ilona podziwiała swoją młodszą siostrę za to, że tak doskonale radzi sobie z „rachunkami”. Tak właśnie nazywała matematykę, dziedzinę dla siebie dość obcą. Choć podziwiała siostrę za jej głowę do „rachunków”, to o samej matematyce wyrażała się z pełną wdzięku beztroską. Nie bawiła się zresztą w jakieś specjalne rozróżnienia i dla niej każda matematyka to były „rachunki” albo „rachunkowość”.

     

     I w ten oto sposób nasz czas minął nie wiedzieć kiedy. Gdy po opuszczeniu kawiarni Na Tratwach, a zatem, można by rzec, po zejściu na ląd odprowadzałem Ilonę na przystanek tramwajowy (skąd miała udać się do domu) i już dochodziliśmy doń, oznajmiłem z wyraźnym zakłopotaniem, że muszę jej jeszcze powiedzieć coś ważnego o sobie, o czym dotąd w równej mierze nie było okazji wspomnieć, co i brakło mi odwagi. W tym tak poważnym tonie rozpoczęta przemowa wprowadziła Ilonę w lekki

27




niepokój. A może nawet nie tak całkiem lekki, bo aż przystanęła z wrażenia. Uśmiechnąłem się niepewnie i powiedziałem, żeby się nie obawiała, że może jednak trochę przesadzam. Spojrzała na mnie z narastającą ciekawością i zdecydowanie bardziej zachęcająco. Wówczas powiedziałem, że oczywiście nie wiem, czy ona zechce się ze mną umówić na jeszcze jedno spotkanie. Mam tu poważne obawy. Niezależnie jednak od wszystkiego, co mogłoby mieć miejsce w przyszłości, czuję się w obowiązku przestrzec ją, by przypadkiem nie wyciągnęła fałszywego wniosku z braku obrączki na moim palcu. Jest to takie moje, może trochę naganne widzimisię, że jej nie noszę. Tym niemniej jestem żonaty. Co więcej, mam dziesięcioletniego syna... Przez moment w skupieniu i badawczo patrzyliśmy sobie w oczy. Po czym z łagodnym, miłym uśmiechem, który zdawał się pieczętować jej wyrozumiałą pobłażliwość dla moich problemów, odrzekła, że prawdę powiedziawszy nie jest specjalnie zaskoczona i że się jakiejś takiej wieści prędzej czy później spodziewała. Zamilkła na krótką chwilę, po czym dorzuciła zalotnie, że jeśli naprawdę chcę się

28




z nią spotkać, to ze swej strony nie widzi po temu przeszkód.

     

     Stosownie do tego spotkaliśmy się potem jeszcze kilka razy w czerwcu i dwa razy na początku lipca, zanim wyjechała na wakacje do Holandii. Oba egzaminy – z literatury oraz praktycznej znajomości języka – zdała z wynikiem bardzo dobrym, więc można powiedzieć, że była już studentką trzeciego roku filologii angielskiej. Któregoś dnia po tak pomyślnie zakończonej sesji egzaminacyjnej wybraliśmy się na małą wycieczkę statkiem. Pamiętam, że statek nosił romantyczne imię Świtezianka. Popłynęliśmy do jednego z tych jakże uroczych zakątków, jakimi są niewątpliwie owe małe miasteczka, trochę nieregularnie rozsiane po obu stronach rzeki w kierunku na północ. To w czasie tamtej wycieczki Ilona powiedziała mi o czekającej ją wkrótce podróży do Holandii. Dużą część wakacji miała spędzić właśnie tam, u ciotki, starszej siostry swojej matki. Skłamałbym mówiąc, że owładnęło mną wówczas złe przeczucie, ale na pewno ta niespodziewana wiadomość sprawiła, że doznałem w tamtej chwili dojmującego żalu, a może nawet bólu. Uczucie lekkiego niepokoju (mimo że

29




staranie ukrywałem je przed nią) towarzyszyło mi potem przez kolejne etapy wycieczki.

     Po niespełna dwu godzinach podróży, w pogodnym miłym nastroju zeszliśmy z pokładu Świtezianki. Tuż przed nami, u podnóża lesistego stoku, roztaczała się barwna panorama miasteczka z regularnie rysującymi się rzędami dobrze wypielęgnowanych domków i ogródków. Niebawem znaleźliśmy się w samym centrum miasteczka. Niezależnie od już wyraźnie wakacyjnej pory, rytm życia tego małego organizmu był niewątpliwie inny niż ten, do jakiego przywykliśmy, żyjąc w dużym mieście. Jawił się nieco senny, odrobinę staroświecki, a w każdym razie spowolniony w stosunku do rytmu wielkomiejskiego skupiska, z którego przybyliśmy. Ten szczególny charakter wolno, a jednak nieubłaganie upływających godzin, znaczył nasze kroki, gdy trzymając się za ręce wędrowaliśmy krętymi uliczkami miasteczka, lub też ciasno wtuleni w siebie siedzieliśmy na ławce w rynku i wpatrywaliśmy się w słoneczny kalejdoskop witraży małej świątyńki naprzeciw...

     W drodze powrotnej trafił nam się inny statek, o dumnym imieniu Nieustraszony Wiking. Połowę drogi powrotnej mieliśmy

30




już za sobą. Od kilku chwil nie mówiliśmy nic i, lekko oparci o burtę, kontemplowaliśmy przemieszczający się z wolna przed naszymi oczyma krajobraz. Po czym Ilona przerwała milczenie i, patrząc na roztaczającą się w oddali barwną szachownicę pól, zapytała mnie, czy kocham swoją żonę. Po krótkiej chwili namysłu, również patrząc wciąż przed siebie, odpowiedziałem:

     - W pewnym sensie tak, choć nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi.
- A syna? – zapytała znowu.
- Niewątpliwie tak.
- A mnie? – dociekała wciąż.
- Nie mam żadnych wątpliwości, że cię bardzo kocham.
- Więc co robić dalej? – nie dawała za wygraną.
- Jeszcze nie wiem, czas pokaże...

     

     Gdy wróciliśmy z wycieczki i odprowadzałem ją do domu, już pod domem zapytałem, czy mogłaby mi dać przy okazji jakąś swoją fotografię. Z miłym uśmiechem odrzekła, że oczywiście tak. Nie zapomniała o tej swojej obietnicy i w dniu naszego ostatniego spotkania, które bezpośrednio poprzedzało jej wyjazd do Amsterdamu, ofiarowała mi swoją czarno-białą fotografię wielkości pocztówki. Przechowałem ją po dziś dzień. Biorę ją do ręki w tej właśnie chwili. Ilona

31




prezentuje się na niej w ujęciu do połowy. Miękka fala złocistych włosów, okalających głowę, pośrodku rozdziela się na dwa pasma i, wraz z przezroczystą mgiełką kosmyków, kładzie się na policzki i na szyję; duże piękne oczy jakby jeszcze zyskują w spojrzeniu jasnym i nieledwie dumnym; lekki zarys młodych piersi pod dobrze skrojonym, eleganckim żakietem, budząc wspomnienia, mąci umysł...

     Na odwrocie swojej fotografii napisała:

     
How long will You be

     thinking about Me?


     Niczego tu nie zmieniłem. Tak właśnie zapisała: „Me” również z dużej litery. Ten skądinąd błahy, nieistotny szczegół miał jednak w sobie coś zniewalającego. Nie wiedzieć czemu, ale wydała mi się przez to jeszcze bardziej pożądana, pełna młodzieńczej fantazji, nieodgadniona... Żeby zachować rym oryginału, na własny użytek przetłumaczyłem angielskie słowa:

     Długo będziesz Ty

     myślał o Mnie, czy?...


     
Listy z Holandii otrzymywałem na poste restante. Nie było ich zresztą wiele. Trzy czy cztery (wliczając w to jedną kartkę pocztową). Odpowiadała bowiem na mój co czwarty, piąty. W ostatnim swoim liście przepraszała mnie za

32




nieoczekiwany dla niej samej obrót sytuacji i donosiła z pewnym, jak mi się zdawało, zażenowaniem czy zakłopotaniem, że właśnie w Amsterdamie wychodzi za mąż. Jednocześnie przepraszała, jeśli sprawia mi tym przykrość…

     Znacznie później dowiedziałem się od jednej z jej koleżanek z liceum, że był to tamtejszy lekarz psychiatra.

     I to już koniec owej krótkiej i nieco romantycznej historii miłosnej.

     How long will You be

     thinking about Me?...


     
Już na sam koniec dwa słowa o mnie, jeśli to czytelnika interesuje...

     No, cóż. Życie mi się nie ułożyło. Z żoną rozwiedliśmy się ostatecznie. Zresztą na jej życzenie. Trudno do końca zrozumieć, ale pomimo wyraźnie nieudanego pożycia rozwód był dla mnie ciężkim ciosem. Popadłem w głęboką depresję i musiałem się leczyć. Do szpitala trafiłem z rozpoznaniem zespołu paranoidalno-depresyjnego. Mimo podjętej terapii mój stan nie tylko się nie poprawiał, ale nadto wystąpiły objawy maniakalne. Nie wyglądało to obiecująco. Leczenie przebiegało wyjątkowo opornie i z konieczności było długotrwałe. W szpitalu psychiatrycznym przebywałem przez sześć miesięcy. Akurat

33




nadszedł gorący czas transformacji ustrojowej i wiążących się z tym zmian i zawirowań. W rezultacie straciłem pracę na uniwersytecie. Wcześniej, po rozwodzie z żoną, straciłem dach nad głową. Okoliczności te nie wpływały pozytywnie na mój wciąż nie najlepszy stan zdrowia. Kiedy z czasem długotrwały kryzys psychiczny zaczął ustępować, krok po kroku zaczynałem odzyskiwać równowagę ducha i powracać do względnie dobrej formy, okazało się, że jestem człowiekiem wykluczonym, zbędnym, nikomu niepotrzebnym…

     Jeśli chodzi o syna, został przy matce. Wyrósł na przystojnego młodzieńca, a co przede wszystkim ważne – uczciwego, inteligentnego i ambitnego. Studiuje na miejscowej politechnice. Robi jednocześnie dwa fakultety. Trudno od młodego człowieka wymagać, czy też oczekiwać jeszcze czegoś więcej. Mogę zatem być z niego dumny. No i jestem. Ale czy tak powinno wyglądać moje życie? Z pewnością nie. Czuję się w gruncie rzeczy człowiekiem przegranym. Zresztą – nim jestem. Mam przykre poczucie niespełnienia i wiążące się z tym przeświadczenie, że zmarnowałem swoje własne życie. Jestem już teraz nawet nie fałszywą

34




monetą (bo ta się jeszcze komuś czasem może przydać), lecz nade wszystko taką, którą wycofano i ostatecznie wypadła z obiegu.

     Ale zostawmy to. Wielkie mi rzeczy. Jeszcze jeden nieszczęśliwy...

35




Wyrazy: Znaki: