Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Nie ma tych dobrych stron [ver 2, poprawiona]ikonka kopiowania

Autor: Fortune twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Coś huknęło. Spłoszona para drozdów poderwała się z gałęzi. Huk, a po nim kolejny i kolejny dochodziły ze schowanej w głębi lasu polany.
Mike rzucił się w bok i w ostatniej chwili uniknął rozpędzonej ognistej kuli. Ta jednak nie zachowała się normalnie, a przynajmniej nie tak jak można by się spodziewać po większości tego rodzaju zaklęć. Zatrzymała się w locie i zawisła, niby niewielki płonący balonik. Pomimo braku oczu zdawała się wpatrywać w swojego rywala. Prowokowała go, rzucała wyzwanie.
Mike nie zareagował. Zamiast tego, skoncentrował się i przygotował na spodziewany atak. Gorejąca kula nie zawiodła, bez chwili zwłoki wystrzeliła w kierunku młodego czarodzieja.
Ten wyciągnął przed siebie dwa palce i zamknął powieki, na ułamek sekundy wszystko wydawało się zwolnić, wszystko zamilkło. Powietrze zadrżało, a z dłoni maga wystrzeliła wąska, ale diabelnie skoncentrowana fala uderzeniowa. Rozbiła nadlatujący orb w tysiące wolno opadających iskierek.
Na twarzy Mikego namalował się uśmiech małego tryumfu.
- Wychodzisz?! - zawołał zaczepnie. - Nie to nie. Sam cię znajdę...
W mgnieniu oka wydobył spod

1




czarnego płaszcza rewolwer i z równie nadzwyczajną prędkością wypalił.
Lecący po szerokim łuku pocisk znaczył powietrze błękitną, naelektyzowaną smugą. Leciał w kierunku ściany drzew wyznaczającej granicę polany i z trzaskiem rozerwał jeden z pni.
Schowany tuż pod kikutem rozerwanego drzewa białowłosy mężczyzna odruchowo chwycił się za serce i odetchnął z ulgą. Wychylił się ostrożnie i spojrzał na miejscami wypaloną polanę, Mikego już tam nie było.
Białowłosy wzdrygnął się, czując na skroni zimno metalu. Znajome zimno lufy znajomego rewolweru.
Odwrócił głowę, aby spojrzeć na stojącego tuż obok Mikego i... uśmiechnął się z sympatią.
Mike zorientował się, że wpadł w pułapkę. Zorientował się, że przegrał. Pociągnął za spust.
Kula rozerwała głowę białowłosego jednak w powietrze, zamiast kawałków mózgu i czaszki, rozprysnęły się jedynie grudy błota.
I wtedy coś świsnęło. Czarny jak noc sztylet przeszył przestrzeń, zatrzymując się tuż przed nosem czarodzieja.
Trwali tak przez chwilę, w bezruchu. Młody mag i nakierowany na niego, oddzielony ledwie o grubość włosa, lewitujący

2




nóż.
Białowłosy pociągnął przyczepioną do sztyletu nić i przywołał broń z powrotem do siebie. Mike z uwagą śledził ruch sztyletu, aż w końcu dostrzegł charakterystyczną, białą pelerynę przebijającą się pomiędzy dwiema brzozami.
Westchnął z zawodem i zaczął zmierzać w jej kierunku. Peleryna odpowiedziała tym samym.
- Przez chwilę myślałem, że cię mam! - Mike wskazał brodą na resztki rozpływającej się w błoto atrapy. - Stała tam od początku?
- Rzeczywiście, było blisko - odpowiedział Kreator. Mimo, że był mistrzem, młoda twarz sugerowała, że wiek ma zbliżony do swojego ucznia. - Nie, podmieniłem ją w ostatniej chwili, w momencie kiedy kula huknęła w drzewo. Swoją drogą - zmarszczył brwi - takim ładunkiem rozłupałbyś mnie na pół!
- Eee tam, wiedziałem, że nie dasz się tak łatwo! - Mike roześmiał się - Ale rzeczywiście, nieźle splotłem czar.
Magowie zawędrowali z powrotem na polanę.
- To było naprawdę sprytne – pochwalił ucznia białowłosy. - Naznaczyłeś pociski swoją krwią, aby móc się do nich przeteleportować, czyż nie?
- Tak... - Mike spuścił wzrok - Wybacz, że ci nie

3




powiedziałem.
- Nie martw się, to nic. To było naprawdę dobre, a przede wszystkim całkiem zmyślne! Cieszę się, że próbowałeś mnie zaskoczyć. Natomiast martwi mnie co innego...
- Co takiego?
- Mówiłem ci żebyś ograniczył korzystanie z czarnej magii do minimum. Będzie cię kusić, zwłaszcza, że... upodobałeś sobie taki jej rodzaj.
- Chyba trochę przesadzasz - Mike zbagatelizował uwagę i nonszalancko rozwalił się na derninie. - Mam wszystko pod kontrolą!
Kreator nie odpowiedział. Odwrócił się i zmrużył oczy.
Powietrze wypełniła ciepła, przyjemna, niewątpliwie magiczna aura. Murawa zaszumiała, a wypalone miejsca zaczęły się kurczyć, cofać, zostawiając po sobie jedynie zdrową, świeżo-zieloną trawę.
Mistrz wypuścił ciężko powietrze i wyczerpany opadł na kolana. Aura rozwiała się, a polana wróciła do nienaruszonego stanu sprzed pojedynku. O ile to możliwe, pachniała jeszcze intensywniej niż przedtem.
- Przecież tłumaczyłem ci – wykładał, nie przestając sapać, Kreator – jak działa czarna magia. Posługując się białą magią jesteście partnerami, pochodzi stąd...
- Tak, tak, wiem - przerwał mu Mike,

4




żując źdźbło i wpatrując się w biało-błękitne niebo. - A w czarnej magii chodzi o dominację. Nawet jeśli mag dominuję na początku, to z czasem się to zmienia i takie tam.
- Czarna magia w końcu pochłania każdego, bez wyjątku. - Białowłosy powoli regulował oddech.
- Wiem, nie musisz się o mnie martwić. - Mike podskoczył na pełne nogi - Daleko jeszcze do tego miasta?
- Dwa, może trzy dni.
- O rany... Aż tyle? Jesteś pewny, że to dobry pomysł? Na Atlantydzie pieczętują już pewnie trzecią sferę, na pewno przydałaby im się moja pomoc...
- Nie sądzę - odparł beznamiętnie Kreator, powoli podnosząc się. Otrzepał swoją śnieżnobiałą szatę z trawy. Na dole miała powyszywane płomienie. - Prowadzę korespondencję z Tantem, przesyła pozdrowienia. Ucieszył się, że jesteś cały po wydarzeniach na Katedralnym Wzgórzu, choć ewidentnie, masz więcej szczęścia niż rozumu... Coś ty sobie wtedy myślał!? Z resztą, czego ja się spodziewam...Tant mówił też, że zabezpieczenie wszystkich czterech sfer zajmie im spokojnie dwa miesiące, jak nie dłużej. Niespecjalnie przydasz im się w tym czasie, no... - rzucił uczniowi ironiczne

5




spojrzenie - chyba, że podniosły się twoje umiejętności z pieczęci. Hmm?
Mike zrozumiał aluzję i wykrzywił usta w marudny grymas.
- Jesteś pewny, że...
- Tak - teraz to białowłosy nie pozwolił mu dokończyć. - Poza tym Tant był dość przychylny temu żebym go na jakiś czas od ciebie uwolnił. Dobrze wie, że bardziej się przydasz jeśli w końcu ukończysz trening.
- Ehh... - chłopak nie był zbyt zadowolony.
- Co znowu?
- Nic, tak tylko sobie marudzę pod nosem...
- Przez najbliższe dwa dni podszkolisz się jeszcze w kontroli, a jak dojedziemy do miasta załatwię co mam do załatwienia, no i przede wszystkim może uda nam się coś zarobić. Nie wiem jak ty, ale ja mam już dziczyzny po dziurki w nosie.
- To naprawdę taki wielki problem wyczarować trochę pieniędzy?
- Bogowie... - Kreator w geście bezsilności schował głowę w dłoniach - Na wszystkich Bogów i ty masz być mianowany kompletnym magiem...
- No bo zobacz... - Mike nie ustępował - I tak nikt się nie dowie. Do tego skoro magowie i tak tego nie robią, to jeden raz by nie zaszkodził. A założę się, że w tym mieście jest mnóstwo sposobów jak moglibyśmy spożytkować

6




taką gotówkę, oczywiście w granicach rozsądku i jedynie na niezbędne czynności... Grałeś kiedyś w karty?
Kreator poruszył niezauważalnie palcem. Tuż przed twarzą Mikego nastąpiła mała eksplozja.
Niespodziewanie, uczeń zdążył odparować nieprzyjemne uderzenie prostą, jednostopniową barierą. Wyraźnie zdziwiony tym faktem nauczyciel spojrzał na swojego adepta z cieniem aprobaty.
Zadowolony z siebie Mike dumnie wyszczerzył zęby, nie trzeba było długo czekać, aby kolejna, dużo mocniejsza eksplozja odrzuciła go na kilka metrów do tyłu. Kreator prychnął z nieudawanym rozbawieniem.
Leżący plackiem Mike westchnął.
- No tak – mamrotał pod nosem - powinienem się tego spodziewać...
- Wstawaj, bo w takim tempie nigdy nie dojedziemy na miejsce. O ile w ogóle wrócimy do naszych koni zanim pozdychają z głodu! O, tam! To za tym wzgórzem je zostawiliśmy?
- Dobra... już... wstaję...
- Zapamiętaj, posługiwanie się magią to wielka potęga, ale zarazem wielka odpowiedzialność, nie można...
- Dobra, rozumiem - uciął mentorowi Mike. - Równowaga i te sprawy. Opiekowanie się resztą świata i tak dalej, po to są magowie, spoko.

7




Rozumiem to, naprawdę. A nawet jeśli tak na prawdę nie rozumiem to zapewne zrozumiem z czasem. Okej.
Kreator pokręcił bezsilnie głową.
- Jak tylko zbliżymy się do miasta – podjął - nie rzucamy się w oczy.
- Przecież zawsze staramy się nie rzucać w oczy...
- Tym razem jeszcze bardziej!
- Okej. Jak tam chcesz... - Po chwili zastanowienia, Mike dorzucił z przekąsem – mistrzu.

     ***

      Kreator rozglądał się uważnie, podjechał swoim karym koniem do pobliskiej sosny i pogładził ją po pniu. Wykrzywił usta w subtelnym uśmiechu.
- Już niedaleko.
- To znaczy? - dociekał Mike.
- Wejdź na tamto drzewo i sam zobacz.
Mike sięgnął do pasa po jeden z niewielkich, specjalnie spreparowanych woreczków.
- Wejdź, a nie teleportuj! - przerwał mu w pół czynności białowłosy. - Nie wiemy kto może nasłuchiwać albo obserwować aury. Używamy magii tylko w razie ostateczności, pamiętaj!
- Niech będzie - zamarudził chłopak i zeskoczył z konia.
Po gruntownym przebadaniu rosłego świerku począł się po nim - trzeba mu oddać, że całkiem sprawnie - wspinać. Drzewo zdecydowanie górowało nad sąsiednimi.
Z góry okolica przypominała gęsty,

8




niekończący się trawnik, z tą tylko różnicą, że wyrosły z drzewich koron.
- To tam?! - rzucił z góry Mike wpatrując się w schowany za mgłą, wyrastający z utkanego przez puszczę dywanu kształt. Kilka żwawych susów później był już na dole.
Kreator zaczekał z odpowiedzią, nie zamierzał krzyczeć.
- Tak – odezwał się w końcu. - Co myślisz?
- Bo ja wiem, miasto jak miasto - ocenił bez ekscytacji Mike i dosiadł konia.
- Niezupełnie. Mrowiec był miastem neutralnym, jeszcze przed zaborami. Kiedy Jagsończycy zdobywali Terię, dawali takim miastom wybór... Albo właściwie składali propozycję współpracy, taką której nie można było odrzucić.
- To znaczy?
- Tego pokroju miasta musiały ślubować Jagsom posłuszeństwo, stawić się na każde ich zawołanie. W zamian otrzymywały względną niezależność, przynajmniej częściową. Dzięki temu życie mieszkańców mogło pozostać mniej więcej po staremu. Oczywiście nie wspominając o drobnych podatkach i ewentualnej pomocy dla cesarza. W rzeczywistości, takie miasta muszą być na każde jego zawołanie, ale z tego co mi wiadomo cesarz nie miesza się aż tak bardzo do tego co

9




dzieje się wewnątrz.
- To co mówisz to chyba dość korzystna oferta.
- Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Jagsończycy to zwykli okupanci to i owszem. Te bydlaki mają w naturze naprawdę paskudne rzeczy, Mrowiec mógł wyjść na tym zdecydowanie gorzej. Tak czy inaczej, w Terii nadal są miejsca, które pozwalają trzymać Jagsońskie łapska względnie daleko. Ale z drugiej strony, nigdy nie wiesz czego się spodziewać. Wystarczy jeden kaprys cesarza i wszystko się zmienia.
W miarę jak jechali las wydawał się robić coraz mniej spokojny, w jakiś sposób stawał się coraz zimniejszy, coraz mniej zielony, a zarazem coraz bardziej szary. Rzecz jasna nie był to zwykły las, a las magiczny. Z resztą, jak każdy las w Terii. Niewątpliwie musiało mieć to coś wspólnego z tym, że przed wielu laty absolutnie cały kraj porastała gęsta, Pradawna Puszcza.
W miarę napływu ludności puszcza przerzedzała się, dzieląc się na mniejsze fragmenty. Ale wszystkie gaiki, grądy i inne lasy - choć każdy na swój własny sposób - pozostawały tak samo zaczarowane. Na temat Teriańskich drzewostanów powstało już wiele zadziwiających bajek i baśni, problem polegał na

10




tym, że nie sposób było odróżnić, które z nich są prawdziwe, a które nie. Bo w Pradawnej Puszczy naprawdę wiele było możliwe.
A akurat ten jej fragment, Zalesienie Południowo-Wschodnie, nawet jeśli wziąć pod uwagę Teriańskie standardy był wyjątkowo osobliwy. Pomimo, niegdyś nieustannych, prób osadników na stworzenie sobie odrobiny przestrzeni, las za każdym razem - do tego w mgnieniu oka - wyrastał na nowo, czyniąc ich wysiłki bezwartościowymi.
Mówi się, że Puszcza w geście dobrej woli zostawiła im skrawek ziemi, na którym osadnicy postawili później swoje miasto zwane Mrowcem. Taki stan rzeczy miał swoje ograniczenia, ale i nieocenione zalety. Mrowiec stał się swojego rodzaju twierdzą. Przez niebezpieczny las prowadziły do niego tylko trzy wąskie, wytyczone przez samą Puszczę drogi, a przecież nie było szans na kolejne. Kreator przypuszczał, że właśnie to mogło powodować tak nieduże zainteresowanie cesarza owym miejscem.
Młodzi czarodzieje umilali sobie podróż gawędą. Mimo, że spędzili w swoim i tylko swoim towarzystwie kilka ostatnich dni i nocy rozmowa nie nudziła im się.
Rozmawiali o starych czasach, o tym jak

11




Mike dopiero zaczynał trening - a był wtedy wybitnie beznadziejny. Wspominali wspólne przygody, takie jak chociażby przygoda w królestwie żywiołaków - niemal wtedy nie stracili życia, chociaż z drugiej strony... Wiele mieli ku temu okazji.
W końcu, wiecznie podróżujący Kreator zaczął opowiadać Mikemu o innych krainach: o odległym, tajemniczym kontynencie Lesair, który dopiero co się otwiera na wpływy zachodu. Mają go zamieszkiwać głównie orkowie i trolle, hołdujący zupełnie niezrozumiałym dla Anniuńczyków zwyczajom i filozofiom.
Opowiedział mu również o niedawno odkrytym kontynencie nazwanym Agan, ten miał być otoczony wspaniałą, kolorową formacją stworzoną ze szkieletów obumarłych organizmów.
- Może konstrukcja uformowana ze zwłok nie brzmi jakoś specjalnie efektownie – tłumaczył mistrz - ale podobno jest zjawiskowa, tak przynajmniej twierdzą świadkowie. Nazywają ją Wielką Barierą. Szczerze mówiąc nie wiem czemu, muszę popytać...
Następnie rozmawiali o Honarze, kontynencie, na którym Mike się wychował. Chłopak znał zaledwie jego malutką cząstkę, nieduże miasteczko zewsząd otoczone pustkowiem. Sam Honar

12




był jednak dużo bardziej różnorodny, poczynając od lasów, gór i rozległych prerii, a kończąc na kamiennych królestwach czy nowoczesnych, opartych na parze metropoliach.
Jednak jakoś tak się to wszystko poukładało, że od swojego wyjazdu, a zarazem rozpoczęcia zupełnie nowego rozdziału życia Mike nie miał okazji odwiedzić ani swoich okolic ani nawet samego kontynentu. Nie żeby jakoś specjalnie tęsknił.
Oczywiście było coś, albo raczej ktoś kogo chłopakowi bardzo brakowało jednak z tym akurat nie miał już możliwości nic zrobić.
Potem to Mike z ekscytacją opowiadał czego to się podczas nieobecności mistrza nauczył. Wyjaśniał swoje nowe spojrzenia na splatanie zaklęć i krótki epizod z dziwaczną rasą wężów i czarną magią. Wyliczał kolejne, rezolutne rozwiązania związane z niektórymi czarami i zagadnieniami, które otworzyły się przed nim kiedy on zdecydował otworzyć się na czerń.
Kreator z jednej strony nie był zbyt zadowolony takim obrotem spraw, ale z drugiej, dość szybko, z dziwną mieszanką dumy i zawodu, zdał sobie sprawę, że nie pozostało już wiele rzeczy w sprawie magii, które mógłby - a tym bardziej

13




chciał - przekazać swojemu uczniowi.
Bez wzajemności. Mike nie przestawał gadać, powodowało to w nauczycielu ogromną radość, której rzecz jasna nie zamierzał okazać. Od czasu do czasu jedynie odburknął coś z aprobatą tudzież cieniem skrzętnie wykalkulowanego uśmiechu.
I tak mijała im droga. Mieszkańcy lasu z jakichś powodów skrupulatnie omijali wędrowców. Raz czy dwa napadli ich zbójcy, ale Mike nie musiał nawet prosić mistrza o pomoc. Za każdym razem wyglądało to dość podobnie: bandyci szybko orientowali się, że coś jest nie tak, a dwójka bezbronnych podróżników wcale nie musi być aż taka bezbronna jak się wydawała. Pełen zachwytu uśmiech Mikego tylko ich w tym utwierdzał. Chłopak z niewymowną radością testował nowe zaklęcia, a to, że dostarczono mu do tego obiektów doświadczalnych było wielce szczęśliwym zbiegiem okoliczności.
Kiedy już się znudził, wypuszczał bandytów pokrytych pierzem, zupełnie ogolonych, nagich lub wręcz przeciwnie: ubranych w niezbyt adekwatne dla profesji, sukienki. Odczarować nieszczęśników mógł tylko odpowiedni czarodziej tudzież kapłan. Do czasu znalezienia takiego byli

14




zmuszeni pędzić w owym osobliwym stanie dniami i nocami, a nie należy przecież zapominać co to było za miejsce. Nie wiadomo czy któremuś udało się opuścić las.

     ***

      Gdzieś, wysoko ponad puszczą rozległ się warkotliwy, zbliżający się hałas. Po chwili coś śmignęło ponad liściastym sklepieniem i zniknęło, zabierając owy turkot ze sobą.
- Co to było? - zainteresował się Mike.
- Wiwerna - Kreator beznamiętnie wyjaśnił oczywistość. - Nieduża jednostka latająca, zazwyczaj jednoosobowa.
- Wiem czym są wiwerny! Ale nigdy nie słyszałem, żeby jakaś wydawała taki dźwięk. To brzmiało jak... jakiś silnik.
- Zapewne napęd parowy. Widywałem już takie modele. Fakt faktem niewiele, ale świat idzie do przodu, nieprawdaż?
- Montować silnik parowy w czymś takim? Przecież to szaleństwo!
- Tak myślisz? - Nauczyciel położył nacisk na pytający charakter wypowiedzi. - A czy ktokolwiek kto nie przeprowadzał jakiegoś rodzaju rewolucji, poczynając od choćby takiego Karvalanausa, który udowodnił istnienie planów poza naszym, nie był brany na początku za szaleńca? Czy sam pomysł stworzenia maszyny, która oderwie się od ziemi albo

15




będzie unosić na wodzie nie był na początku kompletnym wariactwem? Gwarantuję ci, kiedyś będziesz się cieszył jeśli ktoś nazwie cie szaleńcem!
- A to niby dlaczego?
- Ponieważ to właśnie ci, którzy mają odwagę być szaleńcami zmieniają nasz świat.
Gdzieś ponad koronami przeleciała kolejna, podobna do poprzedniej wiwerna.
- Musimy być już blisko - ocenił Kreator. Z uwagą wsłuchał się w las. - Słyszysz?
Mike zamknął oczy. Rzeczywiście, było coś słychać, coś jakby szum.
- Strumień?
- Nie. - nauczyciel roześmiał się - To mój drogi... jest pomnik szaleństwa i zuchwałości.
Z każdym pokonanym kilometrem szum narastał. Właściwie nie przypominał już nawet szumu, raczej coś na kształt buczenia.
Kreator zatrzymał konia, znaleźli się na wypukłym wzgórzu. Pomiędzy drzewami rozciągał się znakomity widok na okolicę.
Mike wstrzymał oddech
- Co... Co to takiego?
- Ów pomnik - uśmiechnął się nauczyciel i ruszył z wolna do przodu. - Absolutnie nierealny, szalony, wydarty zuchwale z Pradawnej Puszczy. Mrowiec.
Otoczone sięgającą aż po horyzont poduszką zielonych koron wyłoniło się miasto, bardzo niezwykłe

16




miasto. Tak liczne, najstarsze chaty i kamienice stanowiły zaledwie jego najniższą warstwę, to co stanowiło o jego niezwykłości znajdowało się ponad nimi.
A ponad nimi piętrzyły się strzeliste, sięgające setek stóp wieże. Do smukłych wież podoklejany były kolejne kamienice, place, a nawet całe osiedla. Łączył je skomplikowany system podwieszanych chodników i dróg, po podwieszanych torach sunęły parowe kolejki i tramwaje, a to i tak nie było jeszcze wszystko. Ze skomplikowanego - w jakiś sposób przywodzącego na myśl mrowisko - kompleksu, jeszcze wyżej ponad niego wyrastały trzy gigantyczne, kilkudziesięciopiętrowe prostopadłościany.
Mike nawet z takiej odległości był w stanie dostrzec, że niektóre z kolejnych pięter owych molochów znacząco różniły się od poprzednich. Zapewne musiały zostać dobudowane po czasie, podobnie zresztą jak mniejsze budyneczki i placyki, które podoczepiano do molochów najprzeróżniejszymi i najzmyślniejszymi sposobami.
- Miasto jak miasto, co? - odezwał się Kreator, wyrywając Mikego z szoku.
- Skoro tak uważasz - odpowiedział z ironicznym uśmieszkiem uczeń.
- Osadnicy musieli znaleźć

17




rozwiązanie na ograniczoną liczbę miejsca. Postanowili więc budować miasto nie wszerz, a w górę.
- A ten hałas? Na Boga, jak można żyć w czymś takim!? Nie słyszę własnych myśli.
- Można, zwłaszcza jeśli towarzyszy ci od dziecka. Wieże jak i znaczna część budynków są wypełnione najróżniejszą parową maszynerią zapewniającą miastu sprawne funkcjonowanie. Z resztą, im wyżej się wzbijasz tym mniej doskwiera ci zarówno zgiełk jak i wszechobecny na najniższych poziomach brud. Właśnie dlatego elity mieszkają na samej górze. Zapewniam cię, tam panuje absolutna cisza.
- A my dokąd zmierzamy? Bo coś mi mówi, że nie na samą górę.
Uwaga wyraźnie rozbawiła białowłosego.
- Tak, masz rację! Ale nie będzie aż tak źle. Chcemy się dostać mniej więcej na środek. Mój przyjaciel wysłał mi odpowiednie przepustki.
- Przepustki?

     ***

      Kreator, wspominając wcześniej o brudzie, nie przesadzał. Stare, brukowane ulice ukrywały się pod warstwą niezidentyfikowane szlamu na tyle skutecznie, że niektórzy filozofowie zapewne podważyliby ich metafizyczne istnienie.
- Do czego jest ta kolejka? - zapytał Mike, wskazując głową na

18




długiego, powywijanego, poustawianego z ludzi węża.
- Do wind.
- Do czego?
- Do wind prowadzących na wyższe poziomy. Nie martw się, my będziemy korzystać z innej.
Zatrzymali się pod jedną z wież. Tuż przy podstawie okalała ją stara, powyginana rudera, która niegdyś mogła być czymś na kształt szopy. Weszli do środka.
- Czego?! - zatrzymał ich rosły, ogrzy i sądząc po zapachu, ewidentnie nadążający za modą, szykiem i elegancją najniższych poziomów, gwardzista.
Miał na sobie brudny, pordzewiały, parowy pancerz - nie lada zdziwiło to Mikego. Może i pancerz był stary i zniszczony, ale w końcu to zawsze technopancerz.
Wcześniej wiwerna napędzana parą, teraz to... Chłopak zaczął się zastanawiać czy to tylko specyfika tego miejsca, czy może cały świat zmienił się aż tak bardzo podczas jego nieobecności.
- Jedziemy do dzielnicy Łęg - odpowiedział bez krzty wahania Kreator i wręczył strażnikowi papiery.
Strażnik staksował go wzrokiem.
Mimo iż jego biały płaszcz był ukryty pod długą,ciemną, utytłaną podróżą peleryną, mag nadal wyglądał co najmniej charakterystycznie. Tatuaż wzdłuż prawej części

19




twarzy nie dziwił w tych okolicach nikogo, ale jasnobiałe włosy już owszem.
Gwardzista zajrzał w dokumenty, a potem rzucił czarodziejowi jeszcze dłuższe, jeszcze nieprzyjemniejsze spojrzenie, ale nie doczekał się reakcji.
W końcu zagrymasił, podrapał się po skroni i nie bez oporu zwrócił przepustki.
- Tylko wytrzeć buty! - rzucił surowo.
Mike zerknął w dół na zalaną gęstym szlamem podłogę. Kilka metrów dalej ze szlamu wystawał pyszczek zastygłego w nim, najpewniej od kilku dni martwego szczura.
- W zeszłym miesiącu sprzątaliśmy - wyjaśnił z dumą strażnik, łagodnieszym już tonem. Odsunął się w bok, odsłaniając wąski korytarzyk prowadzący do okratowanych drzwi windy.
Mike powoli przyzwyczajał się do hałasu. Przez chwilę nawet udało mu się o nim zapomnieć. Teraz jednak, kiedy znowu zwrócił na niego uwagę, prace ogromnych pomp, zgrzytanie trybów i inne, niezrozumiałe, dochodzące zewsząd dźwięki nieprzyjemnie rozpychały jego uszy. Wślizgiwały się do czaszki, dzwoniły i obijały się o jej wnętrze niby małe, kolczaste, zardzewiałe kulki.
Winda, nie bez strojenia fochów i marudzenia, ruszyła.
W wieży,

20




będącej zarazem szybem, znajdowały się malutkie okienka. Mike z uwagą obserwował panoramę miasta.
Ponad Mrowcem pojawił się wielki, przypominający kształtem wieloryba, sterowiec. Wypuścił z siebie kilka balonowych szalup, a po kilku chwilach sam zacumował przy jednym z wielkich bloków.
- Ten twój przyjaciel, o którym wspominałeś... - zaczął Mike.
- No... Co z nim?
- Jedziemy się z nim teraz zobaczyć?
- To akurat dość oczywiste.
- Nie sądzisz, że powinienem o nim wiedzieć coś więcej zanim go spotkam?
Hmm... - Kreator z zamyśleniem spojrzał za mijające ich okna. Wpatrywał się w dryfujący sterowiec. - Byłeś kiedyś na Nautice? - zapytał w końcu.
- To ten wielki statek krasnoludów? Nie, ale słyszałem o nim.
- Statek... - mistrz prychnął - To mało powiedziane. Nautica to olbrzymia, fruwająca stacja, wielkości miasta, zresztą taką funkcję też spełnia.
- Widziałeś ją!? - rozgorzał ciekawością Mike.
- Nie. Jak pewnie wiesz, jest właściwie pół-legendarna. Ciężko spotkać kogoś kto tam był, a tym bardziej kogoś kto ośmieli się do tego przyznać. Jeśli Nautica rzeczywiście istnieje, jest największym,

21




niewyobrażalnym osiągnięciem krasnoludzkiej techniki. A dokładniej, technomagii. Jest całkowicie technomagiczna. Nie spotkasz tam żadnych tradycyjnie magicznych rozwiązań. Opowieściom o Nautice towarzyszą inne, równie niewiarygodne. Podobno funkcjonuje tam ośrodek badawczy opracowujący najbardziej niesamowite technologie... – zrobił krótką pauzę, zaciskając wargi – Z antymagią włącznie.
- I czemu mi o tym mówisz? - Mike ochłonął trochę, zniżył ton.
- Nie spotkałem nikogo kto by postawił nogę na tej stacji... - białowłosy zrobił kolejną pauzę - Nikogo, poza jedną osobą.
- I właśnie do niej jedziemy... - zgadywał Mike.
- Tak. Ale nie wspominaj przy nim o Nautice. Ani przy nikim innym. Najlepiej w ogóle już o tym nie wspominaj. Bardzo cię o to proszę.
- Dobrze.
Winda zatrzymała się nagle, wytrącając obu magów z równowagi. Zadzwonił dzwonek sygnalizujące dwudzieste-piąte piętro.
Drzwi otworzyły się ujawniając zatłoczony, przypominający rynek plac. W mgnieniu oka ogarnął ich niepodzielny zgiełk, jednak nie było już słychać tych wszystkich maszyn, przynajmniej nie tak bardzo. Z takiej wysokości ich odgłosy

22




przypominały raczej odległy szum spadającej wody. Wszystkie mechanizmy, które z jakichś powodów musiały zostać zainstalowane na wyższych kondygnacjach otrzymywały stosowne wyciszenia.
- No to jesteśmy - oznajmił Kreator i przeciągnął wzrokiem po otaczających plac kamienicach i uliczkach.
Na podwieszanych torach ponad nimi przejechał głośny, turkoczący tramwaj. Kilka pięter wyżej przymocowany był kolejny skwer, poniżej zresztą tak samo - ten jednak był zdecydowanie mniej zadbany, a i światła dochodziło do niego adekwatnie mniej.
- Co teraz?
- Teraz musimy tylko znaleźć pub „Strumyk”.
- Nie żebym miał coś przeciwko... - stwierdził Mike z lekkim zwątpieniem. - Ale brzmi jak jakaś melina.
- Eee tam, zaraz melina. - Kreator machnął z zaniedbaniem ręką.
- To melina, prawda?
- Tak... Ale za to przyjemna!

     ***

      Barman polerował kufle. Chociaż właściwszym chyba byłoby stwierdzenie, że rozcierał brud na równomierną warstwę.
Lokal był nieduży, zatęchły. Po ścianach, niczym pajęczyna utkana przez mechanicznego, jeszcze nie znającego się na swojej pracy - a tym bardziej na pojęciu symetrii - pająka, rozciągała się

23




zawiła sieć wibrujących rur. Przeplatała się z podtrzymującymi strop żelaznymi belkami, przy każdej większej wibracji dygocąc nimi niepokojąco. Mimo to, taki stan rzeczy przetrwał już kilka dziesięcioleci udowadniając tym samym nieoczekiwaną trwałość zapewne tymczasowego rozwiązania.
Jeden z niewielu klientów zamówił szota.
- Spóźnia się już dobrą godzinę. - Mike ze znudzeniem odrzucił głowę do tyłu i rozbujał się na krześle.
Kreator nie przejawiał żadnych oznak nerwowości, ale jego uczeń znał go już wystarczająco dobrze - czuł, że białowłosy się niepokoi, coś musiało nie iść po jego myśli.
Postanowił jednak nie pytać o co chodzi, wiedział, że zapewne dowie się we właściwym temu czasie.

     ***

      Kreator zamknął za nimi drzwi. Milczał. Ważył coś w myślach.
Z hotelowego okna rozciągał się wspaniały widok na puszczę i na niższe dzielnice, a przynajmniej rozciągałby się gdyby wyższe kondygnacje nie blokowały dostępu światła. O tej porze jednak nie miało to większego znaczenia, wszystkie najniższe ulice zapłonęły gazowymi latarniami, a światło z wnętrz budynków wspierało je jak tylko mogło.

24





Puszcza natomiast pozostawała ciemna, nieprzenikniona. Miała w sobie coś mistycznie pociągającego, jakby za swoją tajemniczością chowała jakieś nigdy niewypowiedziane obietnice. Była jak ocean, nęcący syrenim śpiewem i pochłaniający każdego nieszczęśnika, który będzie wystarczająco nierozsądny aby dać się skusić.
- Co tam jest? - zapytał Mike wskazując palcem na odległe, parterowe osiedle. Jako jedyne było otoczone wysokim, betonowym murem.
- Wychodzę. - Kreator nie zwrócił na pytanie ucznia najmniejszej uwagi.
- Co takiego? Zostawiasz mnie tu?
- Nic ci się nie stanie, niedługo wrócę. Idę się tylko trochę rozejrzeć. Poza tym, i tak niebawem będę musiał cię zostawić, czyż nie?
Chłopak zmarkotniał.
- To na razie! I pamiętaj, używaj magii tylko w ostateczności. ostatecznej ostateczności! - rzucił na pożegnanie białowłosy i opuścił pomieszczenie zdecydowanym krokiem.
Mike zwalił się na łóżko, w końcu miał okazję odpocząć po podróży. Minęło trochę czasu od kiedy ostatni raz leżał na materacu. A na miękkim... tego już nawet nie mógł sobie przypomnieć.
Zaczął rozmyślał nad czymś. Właściwie

25




nad wieloma rzeczami.
- Postęp... - mamrotał pod nosem na wspomnienie o parowej wiwernie.
Podwinął prawy rękaw i przyjrzał się swojej ręce. Westchnął z ironią.
Jego ręka, od samego barku, była zastąpiona skomplikowaną, technomagiczną protezą. Uśmiechnął się na wspomnienie tamtych wydarzeń chociaż... Wtedy zdecydowanie nie było mu do śmiechu. Zastanawiał się co w tym momencie robi reszta „wyprawy”, gdzie może się znajdować. Czy żyje... Z „wyprawy” pozostał mu już tylko Kreator. Wydało mu się zabawne jak wiele się zmieniło od tamtego czasu, jak on się zmienił. A może tylko mu się wydawało, może w rzeczywistości nadal jest tą samą pierdołą co kiedyś...
Od łańcucha refleksji i wspomnień oderwało go pukanie do drzwi.
- Kto tam? - warknął poirytowany, nie podnosząc się nawet z łóżka.
- Proszę otworzyć - odezwał się głos po drugiej stronie.
- Nikogo nie ma!
Ledwie skończył zdanie, a drzwi otworzyły się z hukiem. Do niedużego pokoju wpadła piątka gwardzistów uzbrojonych w pałki i elektromiecze.
- Pójdzie pan z nami.
Mike był nie lada zdziwiony, jednak tylko przez moment, potem zadziałały

26




wyrobione instynkty – zaczął szacować sytuację.
Analizował czy aby to mógł mieć Kreator na myśli gdy mówił o ostatecznej ostateczności.
Wywrócił marudnie oczami. Kiedy - pomimo usilnych starach - nie udało mu się podciągnąć obecnej sytuacji pod ostateczność zaczął ważyć ewentualne skutki i złość swojego mistrza jeśli użyłby magii...
Postanowił nie ryzykować, jeszcze nie teraz.
Wstał, bez pośpiechu, i posłusznie oddał się do dyspozycji strażników.

     ***

      Wepchnęli go do celi, ale okazało się nie być aż tak źle jak się spodziewał. Owszem było ciemno i nieco wilgotno, ale przebywał już w gorszych warunkach.
Szybko okazało się, że nie jest jedynym więźniem - na sczerniałej pryczy pod ścianą siedział ktoś jeszcze, ktoś wzrostu krasnoluda, którym zresztą po chwili okazał się być.
- A ty za co tu siedzisz? - rzucił Mike, starając się nie okazywać zbytniej ciekawości.
- Ja? - zdziwił się krasnolud, po chwili dodał z pełnym przekonaniem i powagą – za niewinność oczywiście! Tak to już jest jak ktoś nie podpasuje władzy... Ehh... Szkoda gadać! Jestem Johann. Johann Stein. A Ty to kto? I co tu

27




robisz?
- Mam na imię Mike. I właściwie to też jestem niewinny. Tak mi się przynajmniej wydaje.
- Widzisz! Paskudny wymiar sprawiedliwości, tfu! Ale nie wyglądasz jakbyś był stąd, prędzej z wyższych pięter. Tylko, że wtedy nie wrzuciliby cię tutaj... Pewnie jesteś jakim wędrowcem, może handlarzem?
- Coś w ten deseń – odparł Mike, skupiając się na egzaminowaniu celi.
- Aaa... Więc podróżnik... Dobra, nie moja sprawa, nie będę pytać.
- A ty, czym się zajmujesz?
- Ja? Yyy... Tym i tamtym. Ale głównie to... Sektor administracyjny, tak. Tak bym to nazwał.
- Mam nadzieję, że się pospieszy... - mamrotał pod nosem czarodziej, nie przestając badać ścian.
- Co? - zainteresował się Johann.
- Nic, tak sobie tylko głośno myślę. - Mike spojrzał za okno, postanowił wykorzystać okazję i dowiedzieć się co jest za murem. - Powiedz mi, co tam jest, tam na dole?
Krasnolud podsunął drewnianą skrzynkę, aby dosięgnąć do zakratowanej dziury pełniącej funkcję okna.
- Tam? To porzucona dzielnica.
- Porzucona?
- Tak, ten mur miał ją oddzielać od reszty parteru. Normalnie bogacze i ważniacy żeby uciec od tego całego syfu na

28




dole budują się do góry. Ale jak przyjechali Jagsończycy to zażyczyli sobie, że chcą zostać na ziemi. Nic nie dało tłumaczenie, że puszcza nie pozwoli. Chcieli na ziemi i koniec.
- Puszcza nie pozwoli? - udał zdziwienie Mike, aby trochę pociągnać współwięźnia za język.
- Tak, skąd żeś ty się urwał!? Za każdym razem jak ktoś próbuje wycinać las ten wyrasta na nowo, niszcząc wszystko po drodze. A i wypadków przy wycince nie brakuje, toteż nie warto nawet próbować. Ale Jagsończycy się uparli, to co zrobisz? I na początku Puszcza nawet pozwalała na budowę. Dopiero jak się wprowadzili zaczął się horror. Las zaczął pochłaniać całe budynki, podobno wyjmował gałęziami dzieci z kołysek, a to co robił z nimi dalej... Oszczędź mi tego. Tak czy inaczej, Jagsończycy odpuścili temat i wynieśli się stąd. Do tej pory naszemu burmistrzowi jakoś udaje się ich trzymać z daleka. Ale dzielnica przepadła. Większość została pochłonięta przez las, a pozostała część nie nadaje się do zamieszkania. Mur i bramy zapieczętowano i tak się skończyły próby zagarnięcia tamtego terenu. Ale problem został.
- Jaki problem?
- Ahh

29




widzisz, puszcza, nie wiadomo czy rozochocona, czy rozgniewana, czy co tam jeszcze, poczęła sobie pozwalać i sięgać swoimi drzewnymi mackami ku miastu. Na razie są to jedynie marginalne, pojedyncze przypadki, ale kto wie co będzie dalej.
- Ciekawe – przyznał Mike i na nowo zaczął się rozglądać po celi.
- No - rozchichotał się krasnolud.
- Nie wyglądasz na zmartwionego – rzucił mimochodem czarodziej.
- A co ja, mieszkam na parterze?
- Prawdziwy z ciebie empata...
- Wybacz przyjacielu, ale wierzę, że każdy ma to na co sobie zasłuży.
Mike zatrzymał się na moment.
- I myślisz, że to sprawiedliwe? - zapytał.
- A kiedy ja tak powiedziałem!? Tak czy inaczej, to nie twoja wina jeśli urodzisz się na parterze. Ale jeśli spędzisz tam życie i umrzesz, musisz wziąć za to odpowiedzialność.
- Ciekawe podejście... -ocenił chłopak.
- Dziękuję. Właściwie to jedyne słuszne.
- Co masz na myśli?
- Pozwala przynajmniej próbować dokądś dojść. A jeśli nie jesteś w stanie nawet zaakceptować odpowiedzialności za siebie...
- Dobra, rozumiem – uciął Mike.
- Oho, chyba trafiłem w punkt - rzucił tryumfalnie Johann.
- Możliwe. Ale

30




pracuję nad tym.
- I to jest najważniejsze. Widzisz - krasnolud zbliżył się do Mikego - nie gardzę takimi ludźmi, nie ma powodu, nawet jeśli to idioci, nieszczęśnicy, ktokolwiek. Ale gardzę ludźmi, którzy pozwalają sobie trwać w takim stanie, którzy nic z tym nie robią. Akceptują.
- Niby dlaczego?
- Po pierwsze, marnują swój potencjał. Nie bez powodu jesteśmy nazywani gatunkami świadomymi. Ale to i tak ich sprawa co robią ze swoim życiem. Problem polega na tym, że zazwyczaj, aby dać upust swoim kompleksom starają się wpłynąć na otoczenie, aby stało się takie jak oni. Naturalnym jest dla nich wmawianie zarówno sobie jak i innym, że właśnie tak powinno być, że lenistwo i zmierzanie donikąd to właśnie słuszna droga!
- Gdzieś już chyba słyszałem coś podobnego... - odparł Mike z półuśmiechem.
Filozoficzne dywagacje przerwał im odgłos nadchodzących kroków. Ciężkie buty parowego pancerza dudniły o kamienną posadzkę. Towarzyszył im dźwięk obijanych o siebie niewielkich, metalowych przedmiotów. Czyżby... kluczy?
Nadchodzący strażnik rzeczywiście bawił się zawieszonymi na ciężkim pierścieniu kluczami.
- Koniec

31




tego dobrego, pójdziecie ze mną - przywitał się basowym głosem.
- Niby dokąd? - odburknął Johann.
Z ciemności wyłoniła się czwórka kolejnych, ostro uzbrojonych gwardzistów.
- Ależ z przyjemnością! - szybko poprawił się krasnolud. - Chętnie się przejdę!
Strażnik nie wyglądał na kogoś kto zamierza powtarzać dwa razy.

     ***

      Gwardziści wprowadzili ich do jasnego, wypełnionego mnóstwem pracujących tłoków i zębatek gabinetu. Na przeciwległej ścianie znajdowało się gigantyczne, okrągłe okno. Pod nim zaś znajdowało się biurko.
Jeden ze strażników rozpiął im kajdanki.
Jakaś niewyraźna z tej odległości postać siedziała przy biurku, jej fotel był zwrócony w stronę okna. Zza wielkiego fotelowego oparcia wyłoniła się ręka dając strażnikom sygnał, aby opuścili pomieszczenie.
Mike i Johann zostali sam na sam z tajemniczą postacią. Ruszyli niemrawo w kierunku biurka, jednak już po chwili wzdrygnęli się i zatrzymali - fotel wypuścił z siebie dwa strumienie pary, a po sekundzie uniósł się łagodnie w górę, dreptając mechanicznymi nogami.
Odwrócił się frontem w ich kierunku. Wewnątrz siedział ubrany w

32




beżowy, perfekcyjnie skrojony garnitur gnom. Twarz miał pomarszczoną, niby łagodną, ale w jakiś sposób tajemniczą i wzbudzającą niepokój. Na głowie miał stylowy kapelusik z szerokim rondem.
- Panie burmistrzu! - Johann błyskawicznie zgiął się w pół - Cóż to za zaszczyt!
- Nie piernicz mi tu Aldrecht - odparł stanowczym, wyraźnie znużonym głosem gnom. - Wiem co opowiadasz o mnie za moimi plecami.
- Ja!? Nigdy w życiu, panie burmistrzu. Ja zawsze...
- Czyżby? Czyli nie wspominałeś o mnie Czerwonym Kapturom, które przyszły do ciebie po przepustki?
- Ja... - krasnolud zawahał się – No... wie pan panie burmistrzu... to były tylko interesy! Poza tym tylko przytakiwałem!
Fotel przykucnął na nogach, umożliwiając gnomowi łagodne, pełne elegancji zejście.
- Czyli przyznajesz się do podrabiania przepustek, tak?
Johann wstrzymał oddech, miał tylko ułamek sekundy na opracowanie skutecznej strategii obrony. Wytężał umysł z całych sił. Wybrał najlepsze co mu przyszło do głowy
- Jakich przepustek? - udał zdziwienie.
- Sektor administracyjny mówisz... - wymruczał pod nosem Mike.
Gnom zbliżył się powolnym krokiem.
- Daj

33




spokój Aldrecht, nie jesteś tu z powodu przepustek. Z resztą i tak dokładnie wiem kto i kiedy je od ciebie odbiera. Jeśli chciałbym żeby było inaczej, po prostu uniemożliwiłbym to takiemu komuś. Tymczasem... Powiedzmy, że twoja praca oszczędza mi fatygi. A jeśli chodzi o twoje pozostałe działalności... Chyba lepiej byłoby gdybym o nich nie wiedział. Jeśli bym wiedział, na pewno nie mógłbym na nie spojrzeć tak łagodnie jak na tę, rozumiemy się?
- Ttak jest panie burmistrzu! - wyjąkał krasnolud.
- Natomiast... - kontynuował gnom, ale przerwało mu ciche, niepewne pukanie do drzwi.
Wydawał się być zdziwiony, niespiesznie wrócił do fotela i usadowił się wygodnie. Czworonożne siedzisko uniosło się w górę, a więźniowie czekali w milczeniu.
- Proszę! - polecił w końcu burmistrz, z nutką ciekawości w głosie.
Mike wytrzeszczył ze zdziwienia oczy, reakcja Johanna była podobna. W drzwiach stał Kreator, wszedł do pomieszczenia nonszalanckim krokiem.
- Czołem - przywitał się z więźniami, a następnie zwrócił ku namiestnikowi - raczy pan wybaczyć, bardzo zależało mi na czasie. Poza tym... Chyba wykazałem pewne

34




niedoskonałości w pańskich procedurach bezpieczeństwa. - wzruszył ramionami - To chyba dobrze.
- Zaiste. - Burmistrz odpowiedział oszczędnym uśmiechem. - Co z moimi strażnikami?
- Nic im nie będzie.
- W takim razie pozostaje mi jedynie wyrazić jak bardzo się cieszę, że pan przyszedł, oszczędzi mi to wysiłku. Nie ukrywam, że i tak chciałem pana tu ściągnąć. I to jest właśnie jeden z powodów, dla których pan również tu jest, panie Aldrecht.
- To jest ten twój znajomy? - zwrócił się do Kreatora Mike, wskazując głową na krasnoluda.
Kreator bez słowa skinął głową, a uczeń od razu wyczuł, że sytuacja jest w rzeczywistości dużo bardziej napięta i poważna niż się wydaje. Postanowił, że lepiej będzie się nie wtrącać.
- Ciężko w dzisiejszych czasach o wykwalifikowanego maga - rzekł, z łagodnie bujającego się na mechanicznych nogach fotela, gnom. - A skoro już mam to szczęście, że sam Kreator zaszczycił swoją obecnością moje skromne progi, chciałbym to wykorzystać. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc.
- A w jaki to sposób? - Białowłosy skrzyżował ręce na piersi.
- Przede wszystkim, krążą plotki o

35




dekrecie cesarskim nakazującym ścigać wszystkich magów, nie wspominając już o tym, że jest pan ścigany z wielu innych powodów aniżeli tylko umiejętność czarowania. Oczywiście, trochę czasu zajmie zanim posłańcy przekażą nam informacje od cesarza, a i państwa obecność mogła umknąć mojej ograniczonej uwadze... Ale w razie czego, a już na pewno w razie gdyby przydarzył mi się jakiś nieszczęśliwy wypadek mam następców, którzy z gorliwością będą egzekwować Cesarskie Słowo. Czy tutaj, panie Aldrech - krasnolud przełknął ślinę. Burmistrz skierował spojrzenie na Kreatora, niewątpliwie przekazywał mu więcej aniżeli wskazywały na to słowa – czy... No nie wiem... W takim na przykład Karcirzu.
- Mało mnie to obchodzi - odparował, zupełnie zimno i beznamiętnie, Kreator.
- Nie, no nie przesadzaj! - wtrącił się zdenerwowany Johann. - Po co zaraz tak się odcinać! Czuję w powietrzu mnóstwo negatywnej energii, dajcie spokój... Na pewno jesteśmy w stanie dojść do jakiegoś porozumienia!
Gnom uśmiechnął się przebiegle.
- To nie wszystko. Rzecz jasna, zapłacę panom za panów czas i wysiłek. Powiedzmy 300 sztuk? Z tego co

36




mi wiadomo, każdy pieniądz się panom przyda. Przecież jesteście staromodnymi... O przepraszam, tradycyjnymi magami. Nie wyczarujecie sobie pieniędzy sami, chcecie je uczciwie zarobić. - Ton burmistrza nie pytał. Oznajmiał i to w taki sposób jakby był w stanie nagiąć samą rzeczywistość do swojej woli.
- I w jaki to sposób mielibyśmy je zarobić? - spytał z niezadowoleniem białowłosy.
Fotel burmistrza obrócił się w kierunku okna.
- Mamy mały problem z Puszczą. Jakiś czas temu, nasz wspaniały cesarz przysłał swoich osadników. Zażyczył sobie abyśmy wybudowali im osiedle.
Kreator prychnął z rozbawieniem.
- I zapewne zechciał, aby wyciąć w tym celu kawałek puszczy.
- I to spory. Domyśla się pan pewnie co się działo dalej. Wybudowaliśmy mu to zakichane osiedle, sprowadziliśmy tych jego ludzi. Na początku był spokój, no może poza drobnymi incydentami.
- To znaczy czym konkretnie?
- Osadnikom przeszkadzał hałas. Nie nasz hałas, zadbaliśmy o odpowiednie wyciszenie. Przeszkadzał im hałas lasu. Nocami pod ich oknami zbierały się rozweselone rusałki, przybywały zwabione fletem jakiegoś fauna.
- Fauna powiada pan? I co się

37




stało z tym faunem?
- Przepędzili go, nabijając mu po drodze kilka siniaków kamieniami. Wtedy się zaczęło...
Kreator pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Ten Faun, burmistrzu, to zapewne był Leszy tutejszych lasów. Z tego co słyszałem dość łagodny. Myślę, że mógł przychodzić w geście dobrej woli. A wy przepędziliście być może jedynego w tej okolicy, sprzyjającego wam dobrego ducha, wiedząc tym bardziej jaka jest Puszcza i dziwicie się, że macie problem?
- O bardzo przepraszam - nadąsał się gnom. - Kto powiedział, że czemukolwiek się dziwię? Co więcej, uważam, że mamy to na cośmy sami sobie zasłużyli. Tym bardziej nie chciałbym ingerować w sprawy Puszczy, pewnie uspokoi się z czasem.
- No to gdzie jest problem?
- Jego wysokość ma u nas swoich emisariuszy. Udało mi się załagodzić sprawę z tym nieszczęsnym osiedlem i trzymać go z daleka od Mrowca, ale jeśli sytuacja się nie zmieni... Sprowadził do nas wielu Jagsończyków i na pewno będzie chciał zareagować. A im trzyma się od nas dalej, tym lepiej! Na razie utrzymujemy względną równowagę i cesarz nie miesza się w nasze sprawy, ale szczerze myślę, że tylko

38




czeka na odpowiednio poważny pretekst.
- Rozumiem. Czego pan ode mnie oczekuje, burmistrzu?
- Musimy jakoś uspokoić Puszczę. I to jak najszybciej, najlepiej zanim jakiemuś nierozgarniętemu Jagsończykowi stanie się krzywda.
- To może ja sobie pójdę? - wtrącił się do rozmowy Johann i nie czekając na odpowiedź skierował się ku drzwiom.
- Nigdzie pan nie pójdzie, panie Aldrecht – oznajmił burmistrz, a fotel zawtórował mu efektownym wyrzutem pary. - Pomoże pan swoim przyjaciołom, zresztą i tak zapewne właśnie to by pan później zrobił. A ja mam do pana jeszcze jedną sprawę.
- Cóż takiego, panie burmistrzu?
- Prędzej czy później dotrze tutaj Cesarskie Słowo o magach. Obejmuje ono nie tylko osoby magów, ale również wszystko co się magii tyczy. Póki nie jest to oficjalne, udawało mi się jakoś przymykać oko na... różnego rodzaju sprawy. Ale kiedy posłańcy już tu dotrą z oficjalnym, cesarskim dekretem, nawet tu nie będzie dla takich jak wy bezpiecznie.
- Rozumiem panie. I... dziękuję.
- To nic. Ale pamiętaj – gnom pogroził mu palcem - gdybym wiedział o tym co robisz, to na pewno nie chciałbym, aby wyniki twojej pracy

39




wpadły w cesarskie ręce, czy to jasne?
- Tak jest! - odpowiedział formalnym tonem Johann.
- Ta Puszcza... - przerwał głębokie zastanowienie Kreator. - To może być naprawdę trudna sprawa. Podejrzewam, że nie jest złośliwa sama z siebie. Myślę, że ktoś musi ją do tego nakłaniać.
- I ja tak sądzę - odparł gnom i obniżył fotel tak, aby znaleźć się na podobnej wysokości co reszta rozmówców. - Ale jest jeszcze jedna rzecz, która może pana przekonać do pomocy.
- Tak pan myśli? Cóż może być takiego co sprawi, że zechcę się narazić na gniew Pradawnej Puszczy? Do tego na usługach zapewne jakiegoś demona lub Bogowie tylko wiedzą kogo?
Twarz gnoma sugerowała, że chowa w rękawie jakiegoś asa i rzeczywiście, było tak.
- Mam informację o pewnej orczycy, wołają na nią Czarny Płomień. Chociaż pan zna ją zapewne pod imieniem...
- Dedai... - wyszeptał Mike. Wyglądał jakby trafił go piorun.
As z rękawa zainteresował również Kreatora.
- I niby co pan wie?
- Na przykład gdzie przebywa. I jak tam trafić. Założę się, że cesarz dałby wiele za takie informacje... Może nawet dałby nam spokój.
- A ja do tego mam wam

40




zaufać... - analizował półgłosem mistrz. - Macie jakieś ślady w kwestii Puszczy? Wskazówki?
- Przeprowadziliśmy w tej sprawie śledztwo. Wysłałem wielu naukowców i badaczy, ale tylko jedna osoba wróciła z Jagsońskiej dzielnicy. Krystalomanta. Zebrane przez niego wyniki były doprawdy interesujące.
Fotel strzelił parą i wysunął - tuż obok prawego podłokietnika - niewielką dźwignie. Gnom pociągnął za wajchę.
Część wypełniających gabinet tłoków i zębatek zapracowała mocniej, po chwili z sufitu zjechała mapa z naniesionym Mrowcem, otaczającymi go lasami i mnóstwem notatek oraz geometrycznych symboli.
- To kółko - burmistrz wskazał palcem miejsce na mapie - tam na łączeniu tych linii. To jest silne źródło z wyraźną, czarną, wieloaspektową magią.
- I myśli pan, że to jest również źródło waszych problemów...
- Nie wiem. Może tak, a może nie. Nie mamy nic lepszego. Poza tym nie wykryliśmy żadnych ciekawych danych w okolicy kilku kilometrów. Jedynie niewielki, pogański kult, ale to zaniedbywalna sprawa.
- To źródło jest nawet niedaleko stąd - ocenił Mike.
Kreator wahał się, nie wyglądał na zadowolonego.

41




Spojrzał na ucznia.
- Dobrze, zrobimy to - zdecydował w końcu, nie bez trudności.
- Znakomicie. Czy mogę panom w jakiś sposób pomóc?
- Nie sadzę. Ale nie spodziewam się, że obejdzie się bez problemów. Jeśli takowe się pojawią, naszą aurę da się wyczuć pomimo obecności puszczy.
- Chce pan abym w razie czego wysłał panom pomoc? - uśmiechnął się burmistrz. Mike dostrzegł w tym uśmiechu ledwie zauważalną nutę kpiny.
- Wręcz przeciwnie. - Ton Kreatora pozostawał spokojny. - Powiedzmy, że nie chciałbym niepokoić naszą obecnością cesarza, a coś mi mówi, że wszędzie możemy się spodziewać jego oczu i uszu. Dobrze byłoby gdyby nikt nie zwrócił uwagi na gwałtowne zmiany w aurze.
- Rozumiem... - Burmistrz porozumiewawczo skinął głową. - Nie mogę nic obiecać, ale zrobię co w mojej mocy. Dwa dni panom wystarczą?
- Powinny, dziękuję burmistrzu.
- Czy mogę dla panów zrobić coś jeszcze? - Gnom oparł się wygodnie o oparcie fotela.
- Nie sądzę. Lepiej będzie jak już pójdziemy. Wyruszymy od razu.
- Niech tak będzie. Pod drzwiami czeka strażnik, Ahh... - gnom najwyraźniej sobie o czymś przypomniał, rzucił

42




Kreatorowi grymas bezsilności.
- To nic, trafimy do windy - uśmiechnął się białowłosy.
- Nie wątpię. W takim razie żegnam. I życzę powodzenia.
Kreator ukłonił się i ruszył w kierunku drzwi. Mike i Johann natychmiast doskoczyli do przyjaciela.
- Jesteś pewny, że to dobry pomysł? - wypalił zaniepokojony krasnolud.
- Oczywiście, że nie.
- Skoro nie jesteś to po co nas w to pakujesz!?
- Nie zrozumiałeś mnie. Jestem pewny, że to nie jest dobry pomysł. Swoją drogą, ciebie też miło widzieć. Jak mogłeś dać się złapać tak łatwo...
- Burmistrz wie o wszystkim co ma miejsce w Mrowcu, ma oczy w każdym najczarniejszym zakątku, nie dało się tego uniknąć.
- I mimo to nadal tu mieszkasz...
Johann zawahał się na moment
- Lubię to miejsce.
- I na pewno nie łączą cię z burmistrzem żadne wspólne przedsięwzięcia.
- Co... Oczywiście, że nie!
- Nie martw się, tak sobie tylko żartuje. Wasze sprawy to wasze sprawy.
- A mnie ciekawi – odezwał się Mike, gdy stanęli przed okratowanymi drzwiami windy. Obok leżało dwóch nieprzytomnych gwardzistów - czemu on nam pomaga? Z tego co rozumiem, mógłby nas wydać cesarzowi, może

43




miałby wtedy spokój, którego tak chce. Chyba nie możemy mu ufać?
Kreator przytaknął z aprobatą.
- Dobrze kombinujesz - przyznał. - Prawie. Przede wszystkim, NIKOMU nie możemy ufać, ale jeśli chodzi o burmistrza, nie wyda nas. Już samo to, że chce trzymać cesarza jak najdalej od Mrowca wystarczy, ale jest coś jeszcze. Dużo istotniejszy powód, zresztą również dużo ciekawszy.
Krasnolud wybrał dwudzieste-piąte piętro i zamknął kratę.
- To znaczy co? - dociekał Mike.
- Cieszę się, że analizujesz to co się dzieję wokół ciebie, ale patrzysz, a nic nie widzisz. Rozumiem, że mogłeś nie wyczuć aury amuletu z okruchem lodu, który miał schowany pod koszulą, ale nie zauważyć odciskającego się pod marynarką kształtu różdżki?
- Nie! - nie dowierzał krasnolud. - Nie może być!
Szok! Niedowierzanie! - sparodiował go Kreator. - Johann, na prawdę nigdy się nie zastanawiałeś dlaczego burmistrz kryje takich jak ty?
- Ja...
- Krótka różdżka, najpewniej cisowa. Z tego co wyczułem, rdzeń z włosa jednorożca. Nieregularności aury wskazują na lekkie modyfikacje. Idealna jeśli chodzi o rzucanie run. Dużo mówi też o charakterze

44




właściciela...
- Wow. - Mike nie mógł wyjść z podziwu. Przyzwyczaił się do tego, że nauczyciel nie przestawał go zadziwiać, ale rzadko miał okazję doświadczać, aby Kreator podchodził do spraw aż tak poważnie jak teraz. Zazwyczaj nie musiał. Chłopak zastanawiał się gdzie mogą leżeć granice możliwości białowłosego. Zastanawiał się czy będzie kiedyś w stanie doświadczyć albo chociaż pojąć jego prawdziwą potęgę. Zaiste, jego mistrz był nie tylko prawdziwie wybitnym magiem, ale i obserwatorem.

***

      - Powiedz mi – zagadnął Kreator, gdy tylko weszli do mieszkania Johanna - co jest takiego, co burmistrz nie chce, aby wpadło w cesarskie ręce?
Mieszkanie było nieduże, wilgotne i ciepłe. Dookoła stały piece i maszyny parowe, wszystkie obecnie nieaktywne. Po suficie ciągnęła się plątanina drgających rur. Wszędzie leżały przeróżne narzędzia, papiery, śrubki i trybiki.
Johann szybkim krokiem podszedł do okna. Na zewnętrznym parapecie siedziała mechaniczna sowa. Krasnolud gwałtownie pociągnął za zasłonę.
- Najpierw ładujesz mnie w sprawy z Puszczą, a teraz zadajesz jeszcze takie pytania!
- Przestań, oboje wiemy,

45




że pewnie i tak chciałeś mi się pochwalić. - Kreator przechadzał się po pokoju, kątem oka spoglądając na porozrzucane dookoła notatki. - A co do burmistrza... Nie wnikam czy to wasze wspólne przedsięwzięcie czy też nie i nie będę zadawać w tej sprawie pytań. No, przyznaj się, co takiego chowasz?
- A niech cię... - krasnolud zaklął pod nosem i podszedł do jednego z pieców. Tuż obok leżał gruby, szorstki koc, nakrywał coś. Johann ściągnął okrycie.
- To przecież zwykły golem – stwierdził Mike.
Kreator rzucił krasnoludowi wymowne spojrzenie.
- Zwykły golem... - powtórzył Johann. - Łajno, a nie zwykły golem! Jest całkowicie parowy. Żadnych run, zaklęć czy kryształów. Czysta technika!
- Takie golemy istnieją od dawna - zauważył białowłosy. - Założę się, że ten ma w sobie coś jeszcze...
- Oj ma! - pękał z dumy Johann. - Ma coś, co może zrewolucjonizować świat!
- Umie czarować? - zgadywał Mike.
- Co? Nie! Przecież to golem! - zachmurzył się krasnolud. - Maszyny nie mogą czarować.
- To może czyta w myślach?
- Żartujesz?! Przecież mówię, że nie może czarować!
- On sam myśli... - wymamrotał z

46




nutą niepokoju w głosie Kreator.
- Co? Nie, to przecież niemożliwe. Maszyny nie myślą -roześmiał się Mike. Po chwili spoważniał i zlękł się nie na żarty. - Prawda?
- To prawda - potwierdził Johann.
- Uff, całe szczęście. - Mike’owi wyraźnie ulżyło.
- Nie, nie to! To co powiedział Aisel. To nieprawda.
- Że nie myśli? - nie zrozumiał białowłosy.
- Nie, to prawda.
- To w końcu jak? - pogubił się Mike.
- O Bogowie! To prawda co powiedział Aisel, prawda, że myśli. Nieprawda, że nie myśli.
- A kto to jest Aisel?
- To ja - wyjaśnił uczniowi Kreator, dodając po chwili stanowczo - ale zabraniam ci mnie tak nazywać.
- Poczekaj - Mike spróbował sobie wszystko ułożyć. - Ten golem naprawdę myśli? Tak sam?
- Tak, przecież mówię!
- Czyli, że ma w głowie czyiś mózg?
- Nie... Znaczy w pewnym sensie tak.
- Co?!
- Nie ma mózgu w takim sensie jak myślisz, nic nikomu nie wyciągano z głowy - sprostował Kreator. - Ma tam jedynie tryby, zębatki i inne mechanizmy. Tak przynajmniej zgaduję, chociaż już sam nie wiem czego się po tobie spodziewać Johann...
- To jak niby myśli?
- No właśnie dzięki nim do cholery!
- Nie

47




rozumiem...
- Bogowie, zostawmy to tak! - Aisel zakończył temat - Nie musisz rozumieć.
- No dobra... - Mike posmutniał. - Przepraszam, tak tylko pytałem. - Po sekundzie ożywił się na nowo i zbliżył do golema. - Możemy go włączyć!?
- Nie! - ryknął Johann i z powrotem nakrył swoje dzieło kocem.
- Johann - podjął Kreator. - Z odpowiednim czarem wszystko może stać się maszyną do zabijania. A ta tutaj jest na dodatek w stanie samodzielnie myśleć. To jeszcze nie byłby nawet taki problem, mamy mnóstwo pseudo-świadomych golemów, ale jak mniemam ten tutaj będzie również w stanie samemu się uczyć, czyż nie?
- A no będzie.
- I nie widzisz w tym problemu?
- No... Biorąc pod uwagę serię, bardzo mało prawdopodobnych, nieszczęśliwych zajść może jestem w stanie sobie wyobrazić jakiś ewentualny, niewielki problem, który mógłby się pojawić. A co?
Kreator milczał.
- Nie martw się! - uspokajał z pasją wynalazca. - Zamontowałem specjalny mechanizm, który wyłącza go na moje polecenie. Mam wszystko pod kontrolą i jestem gotowy na każdą ewentualność!
- Skoro tak mówisz. - Aisel nie wydawał się być przekonany.
- Tak sobie

48




myślę - wypalił Mike nie przestając rozglądać się po pokoju. - Johann, nie boisz się, że kiedyś to wszystko spadnie?
- Nie... - Krasnolud nagle stał się niepewny. - Niby dlaczego?
- Nie wiem, tak po prostu pytam. Wiesz, wiele krasnoludów ma lęk wysokości. Z tego co wiem większość z was preferuje życie na ziemi...
- Mike... - wywarczał przez zaciśnięte zęby Kreator.
Chłopak niezbyt się przejął.
- Ale słyszałem, że są też takie krasnoludy, które żyją w powietrzu, na różnych statkach i takich tam.
- Też tak słyszałem - odparł bez zainteresowania Johann.
- A Ty co o tym myślisz, nie chciałbyś tak?
- Nie, raczej nie...
- Bo wiesz...
- Dość tego! - przerwał w końcu Aisel. - Do jasnej... Prosiłem cię! Czy możesz chociaż raz obejść się bez bycia niepoważnym!? Masz kończyć swój trening, zostać tytularnym magiem, naucz się zachowywać powagę.
- Dobra... - Mike opuścił głowę. - Przepraszam. Ała!
Rozległ się dźwięk obijanego się o siebie metalu.
- Aha! Wiedziałem! - wykrzyknął krasnolud. - Poza tym to nie mogło cię zaboleć, mogę je zobaczyć? - Johann wpatrywał się w ukryte pod płaszczem i długą

49




rękawicą ramię Mikego, nie przestając go postukiwać dużym, ciężkim kluczem.
Mike spojrzał pytająco na Kreatora, ten skinął głową.
Chłopak podwinął rękaw i ściągnął rękawicę ukazując skomplikowane, mechaniczne ramię.
- O Bogowie... - Oczy Johanna zapłonęły niby nadpobudliwemu, uzależnionemu od słodyczy dziecku na widok paczki z cukierkami. - Przecież to istne arcydzieło! I te zawory, a ten mechanizm tutaj... Jest tylko kilka osób zdolnych do wykonania czegoś takiego! O mamusiu, na twoją brodę!
- Dobra, dość. - Skrępowany, nie wiadomo czy bardziej sytuacją czy krasnoludzkim dotykiem, Mike zabrał rękę.
Kreator nie ukrywał rozbawienia.
- Tak... - wymruczał. - Prawdziwi szaleńcy.. Jeden i drugi.
- Co tam mruczysz? - Mike zaciągał rękawicę - Tak swoją drogą, zastanawiałeś się już co zrobisz ze swoją tercją nagrody?
- Tercją? - Aisel uniósł brew.
- No tak. Chyba dzielimy się po równo...
- Po pierwsze, Johann nigdzie nie idzie.
- Jak to!? - oburzył się krasnolud.
- Wybacz przyjacielu, to sprawy prawdziwych magów. Nie chcę cię w to mieszać, musiałbym mieć cię ciągle na oku, a nie pomoże nam to.
- No

50




trudno. - Johann, choć nie przyszło mu to łatwo, zaakceptował decyzję Aisela. Nie mógł odmówić jej sensu.
- Ooo, czyli dzielimy tylko na dwa!
- Zgadza się, dwie trzecie dla mnie, jedna dla ciebie.
- Co!? - skrzywił się Mike.
- Gdyby nie ja... Z resztą, jestem twoim mistrzem – ciągnął z nieukrywaną satysfakcją Kreator – i nie muszę ci się tłumaczyć. Zrobimy jak mówię.
Mike nie polemizował.
- Szykuj się – polecił mistrz. - Wyruszysz do źródła jeszcze dzisiaj.
- Jak to wyruszę?! Sam?! - Mike skrzywił się jeszcze bardziej.
- Oczywiście, że sam. To doskonała okazja żebyś udowodnił swoje umiejętności. Niebawem nie będziesz mógł liczyć na to, że wyciągnę cię z opresji. Poza tym, mam coś do załatwienia...
- Ale mówiłeś, że to nie będzie łatwe i że mogą pojawić się problemy.
- O tak, na pewno się pojawią.
- I myślisz, że dam sobie z nimi radę sam? - Mike oczekiwał na słowa wsparcia. Nie otrzymał ich.
- Cóż... Nie wiem. Mam nadzieję!

***

      - A niech go diabły... - złorzeczył pod nosem Mike, pokonując gąszcze i gęstwiny. W pewnym momencie noga ugrzęzła mu po kostkę w błocie. - I jeszcze to!

51




Jedna trzecia... Jedna trzecia... A wypchaj się tą jedną trzecią!

     ***

      - Aisel, czemu się zgodziłeś? - zagadnął krasnolud, przynosząc szklankę z herbatą. Zgarnął ze stołu kilka zębatek, aby zrobić miejsce dla napitku.
- Dziękuję. Cóż, to doskonały trening dla Mikego.
- Nie piernicz mi! Chłopak może trenować gdzie indziej, nie bez powodu przybyłeś akurat tutaj. Aisel – krasnolud ściszył głos - ty jej ciągle szukasz, prawda?
Białowłosy milczał.
- Biedna Valan - Johann odchylił się na krześle - nie zrób jej krzywdy.
- Nie zrobię. Nie mogę jej nic dać, wiem o tym. Ona również.
- A może po prostu... Odpuść tamten temat. Aisel, to naprawdę nie za ciekawy pomysł.
- Johann, wiesz, że muszę to zrobić. Muszę ją znaleźć.
- Mam dziwne wrażenie - krasnolud podrapał się po brodzie - że już zanim tu przybyłeś, wiedziałeś jakie informacje ma burmistrz. Dlatego tu przyjechałeś. Co, może się mylę?

     ***

      Mike zatrzymał się, zadrżał. Dopiero teraz spostrzegł jak las się zmienił. Stał się szary i nieprzyjazny, dużo bardziej niż wcześniej, ale przede wszystkim stał się dziwnie... Zły.
Wiatr zatrzepotał

52




liśćmi, zawył. Cienie pełzały jak żywe, szeptały coś.
Mimo że przeszedł wiele, z jakiegoś niezrozumiałego powodu jeszcze nigdy nie brakowało mu obecności mistrza aż tak jak teraz. Ale dostał zadanie i zamierzał je wykonać.
Przełknął ślinę, poprawił płaszcz, zebrał w sobie całą odwagę jaka mu pozostała – przy takiej jej ilości nie było to trudne - i ruszył do przodu.
Drzewa były ciemne, szaro-brązowe. Mimo iż był to środek puszczy właściwie nie było tu zieleni, jakby ktoś lub coś doszczętnie ją wyssało.
- Tak... - usłyszał chrapliwy, przenikliwy, niesiony wiatrem głos. - Choć do mnie. Tak, idź przed siebie.
Sięgnął po rewolwer i ruszył zgodnie poleceniem.
Za ciemnymi, oklapłymi, pogrążonymi w depresji, smutku i rozpaczy dębami rozciągała się popielata polana. Na niej stała powyginana, spróchniała, chatka.
Takie chatki nigdy nie wróżą nic dobrego – pomyślał chłopak.
- Podejdź... - polecił głos.
Mike podszedł do chaty i otworzył skrzypiące drzwi.
Światło kominka i pojedynczych świec oświetlało porozwieszane na ścianach trofea w postaci skór, gałęzi i kości. Młody czarodziej nigdy

53




nie spodziewał się, że ogień może przyprawiać o tego rodzaju niepokój, wręcz wysysać energię i nadzieję. To był pierwszy raz kiedy czułby się bezpiecznej w zupełnej ciemności.
Na fotelu po drugiej stronie pokoju siedział starzec, ork. Z dolnej wargi sterczały mu krótkie kły, pojedyncze siwe włoski opadały na ramiona z niemal całkowicie wyłysiałej głowy. Nie miał jednego oka.
- A więc przyszedłeś do mnie...
- Kim jesteś?
Ork zarechotał słabo, potem zakasłał.
- Jestem Val’va’Du.
- To tylko twoje imię - głos Mikego zmienił się na bardziej stanowczy. Mimo to, ork bez trudu wykrył jego drżenie. - Kim jesteś? To Ty jesteś odpowiedzialny za ataki puszczy na Mrowiec?
- Bystrzak z ciebie... Kiedyś byłem druidem.
- To przez ciebie Puszcza atakuje Mrowiec? - nie ustępował chłopak.
- Atakuje? A może tylko się broni? To kwestia perspektywy.
- Perspektywy? Las morduje ludzi, którzy nic nie zawinili.
Druid roześmiał się.
- Nie rozśmieszaj mnie, sam w to nie wierzysz! Ludzie przybyli do tych krain ze swoimi siekierami i zaklęciami. I, jak to mają w zwyczaju, uznali je za swoją własność, uznali, że należą do nich.

54




Poczęli wydzierać ziemie z Puszczy, poczęli ciąć i mordować. A kiedy Puszcza, mimo tych ich okrucieństw oddała im kawałek siebie, aby mogli żyć w pokoju i równowadze, ci jak zwykle nie docenili podarku i zapragnęli jeszcze więcej.
Mike nie odzywał się, starał się rozważnie dobrać słowa. Miał nadzieję, że uda się to załatwić bezkonfliktowo, ale nadzieja ta szybko malała. Zacisnął zęby.
- Może i tak było – odezwał się w końcu - ale ci ludzie, którzy żyją tam teraz nie mają z tym nic wspólnego, chcą żyć w pokoju z Puszczą.
- Pokój? - Twarz Val’va’Du wykrzywiła się w grymas pogardy. - Nie ma czegoś takiego jak pokój z świadomymi rasami. Może i potrwa chwilę, do czasu aż wam się nie znudzi. A potem dalej będziecie podbijać i zabierać innym, w myśl, że wszystko należy do was, że zasługujecie na więcej niż oni, że jesteście lepsi. W rzeczywistości jesteście rakiem, który musi pożerać coraz więcej żeby istnieć. Zostawiając po sobie jedynie zniszczenie i śmierć. Ale ty to wiesz, chłopcze. Widzę to w twoich oczach... - uśmiechnął się paskudnie - Wiesz, że nie ma pokoju z nimi...
- Ja... Ja wcale

55




tak nie myślę! - Mike potrząsnął głową. - To nie są moje myśli!
- Do prawdy? - Ork wstał z trudem, oparł się na lasce i wyciągnął oskarżycielsko palec. - A niby czyje?
Mike poczuł jak wewnątrz klatki piersiowej rozlewa mu się plama strachu, jak zaczyna rozprzestrzeniać się po całym ciele.
- Ja... - jąkał się – to nie moje myśli! One są złe!
Druid zbliżył się, szurając stopami po starej podłodze.
- Czyli twierdzisz, że rozumiesz czym jest zło, tak?
- Tak...
- I jesteś gotów coś z tym zrobić?
- Tak.
- Doskonale. - Twarz orka wykrzywiła się w uśmiech wyższości. Wiedział, że złapał chłopaka w pułapkę. - W takim razie, pomóż mi pozbyć się zła, obrócić Mrowiec w pył! Oddaj Puszczy tereny, które i tak należą do niej.
- Ja... - Umysł chłopaka nadal stawial opór. - Nie mogę.
- Ohh... - Ork sparodiował zawód. - No tak, nie możesz. Zdajesz sobie sprawę z tego co robicie, ale oczywiście nic z tym nie zrobisz. Dokładnie tak jak inni.
- Nie. Ja... – Mike bił się z myślami. Powoli zdawał sobie sprawę, że musi to być jakiś rodzaj czaru, uroku - po prostu... To czego chcesz również jest złe. Stawiasz

56




mnie przed wyborem, albo oni albo Puszcza, co należy zniszczyć. Nie będę wybierać. - Starał się uspokoić, zapanować nad strachem. Zorientował się, że ten strach wcale nie jest naturalny.
- Głupcze... Biedny głupcze. Zawsze podejmujesz wybór. Niektórych stron nie da się pogodzić, nie ma innej możliwości niż: oni, albo my. - Druid machnął ze znudzeniem ręką, uwalniając umysł Mikego.
Chłopak otrząsnął się trochę, choć nadal kręciło mu się w głowie.
- Nie... - szedł w zaparte. - Porozmawiam z burmistrzem. On zrozumie. Na pewno znajdziemy rozwiązanie. Udowodnię ci.
- Naiwny dzieciaku, starasz się znaleźć dobre rozwiązanie, wybrać dobrą stronę. Kiedy w końcu zrozumiesz... Na świecie nie ma tych dobrych stron.
- Może i tak, ale to na pewno da się jakoś pogodzić! Daj mi tylko wrócić do miasta.
Ork uśmiechnął się markotnie, drzwi od chałupy trzasnęły, płomienie zatańczyły, a wiatr zawiał jakby dopiero co zerwał się z łańcucha.
- Niestety, nie mogę na to pozwolić. Przykro mi, że tego nie rozumiesz, ale nie mogę jej tego zrobić...
Mike pojął, że nie ucieknie, co gorsza pojął, że nie obędzie się bez

57




walki. Nie ważne czy chciał czy nie chciał wybierać strony.
- Nie chcę ci zrobić krzywdy – wyartykułował powoli.
- Chłopcze... O to bym się nie martwił.
Ogień z kominka wystrzelił jęzorem w kierunku Mikego, ale ten – w ostatniej chwili - odbił płomienie barierą. Wykorzystał uderzenie, które odrzuciło go do tyłu, odwrócił się w locie i oddał strzał.
Pocisk zatrzymał się tuż przed głową druida, zatrzymał się schwytany w jakąś dziwaczną, unoszącą się w powietrzu runiczną pieczęć.
Ork wyszczerzył powykrzywiane zęby, Mike nie czekał. Rzucił się w tył, w kierunku drzwi i wypadł na polanę.
Na zewnątrz zdążyło już ściemnieć. Las szumiał złowrogo i wyciągał gałęzie w kierunku polany, nie - w kierunku chłopaka!
Ork stanął w drzwiach i oparł się o futrynę.
- Nie uciekniesz, jeszcze tego nie zrozumiałeś?
Ledwie Val’va’Du skończył, a już w jego kierunku leciała kula ognia. Druid bez problemu rozproszył niezbyt skomplikowane zaklęcie, ale w kuli ognia było ukryte coś jeszcze, niewielki woreczek z kropelką zastygłej krwi, który trafił orka prosto w czoło.
Mike zmaterializował się tuż przy

58




przeciwniku i chwycił go jedną ręką wokoło szyi, druga przystawiła do głowy rewolwer.
- Nie zamierzam uciekać - wycedził chłopak.
Druid zarechotał.
- To błąd. Pożyłbyś chociaż odrobinę dłużej.
Czarodziej poczuł diabelne pieczenie w lewej kostce. Próbował zareagować, chociażby nacisnąć spust, ale nie mógł. Był całkowicie sparaliżowany.
Jego kostkę - teraz już obie - pochwyciły blade ręce, potworne, makabryczne łapska wyrosłe z ziemi.
Poczuł, że słabnie. W ułamku sekundy paraliż odpuścił, ale chłopak pozostał całkowicie bezsilny. Wypuścił z dłoni broń i opadł na kolana. Kolejna para rąk pochwyciła go w nadgarstkach. Nie mógł nic zrobić.
Ork stanął nad nim i wyciągnął w jego kierunku pożółkłe pazury.
Z palców druida strzeliły błyskawice, Mike wrzasnął. Val’va’Du - wyraźnie zadowolony - ponowił zaklęcie, a Mike zawył po raz kolejny, dając świadectwo jeszcze potworniejszemu bólowi.
- Mówiłem ci chłopcze... Szkoda, od razu dostrzegłem czerń, która w tobie siedzi. Ale nie martw się, nie pozwolę, aby taki dar się zmarnował. Z przyjemnością wykorzystam tę moc. Tylko najpierw muszę

59




ją z ciebie wyrwać.
Wokół Mikego, zupełnie znikąd, pojawiły się cztery zakapturzone zjawy. Wyciągnęły w jego kierunku swoje kościste ramiona.
Chłopak uśmiechnął się smutno .
Szkoda, że tak się to kończy... - pomyślał. - Dałem się zrobić.
- Szczerze mówiąc – podjął pogardliwie ork - nie spodziewałem się, że puści cię samego, ale...
Przerwała mu potężna, szalenie głośna błyskawica, a chatkę zalały płomienie. W ciągu kilku kolejnych sekund zagrzmiało jeszcze kilka razy, a ściana drzew, która otaczała polanę zamieniła się w ścianę szalejącego ognia.
- Kto powiedział - odezwał się znajomy głos. Zatrzepotała śnieżnobiała peleryna - że jest sam?
Mike spróbował się roześmiać, ale zanim zdążył, absolutnie wycieńczony, zemdlał. Zjawy rozmyły się, zniknęły.
- Ty... -zacharczał upadły druid. - Nawet ty nie przeciwstawisz się Puszczy!
- Założymy się? - odpowiedział Kreator.
W kierunku orka wystrzeliła ognista kula, ale nie można było jej porównać z czarem Mikego. Ta była idealnie zrównoważona, idealnie spleciona i idealnie druzgocąca. Jakby same diabły ją utkały i przysłały z

60




najgłebszych otchłani piekła.
Druid w akcie desperacji przyzwał ochronne runy, próbował odbić kulę - to było jedyne co mógł zrobić. Udało mu się, ale krótka radość zaraz przerodziła się w jeszcze większe przerażenie. Po każdym kolejnym odbiciu orb zawracał i atakował z jeszcze większą gorliwością. A to był dopiero początek.
Aisel przyzwał kolejną kulę i kolejną, tak aż do ośmiu. Wszystkie bezlitośnie okładały druida zmuszając go do cofania się.
W pewnym momencie ork jęknął, a z ziemi wystrzeliły korzenie i konary. Atakowały Białego Diabła niby wielkie, rozwścieczone, drewniane bicze.
Nie były w stanie nic zrobić, Kreator odbijał je prostymi zaklęciami lub po prostu przeskakiwał z jednego na drugi. Bawił się ze swoim przeciwnikiem, okazywał swoją niepodważalną dominację. W końcu machnął ręką, a ziemia zafalowała - korzenie uspokoiły się.
Ork leżał na ziemi, obok leżała jego laska. Aisel podszedł do pokonanego przeciwnika i przyklęknął.
- Kim... kim ty jesteś? - wyjąkał Val’va’Du. - Żaden czarodziej, nawet ty, nie może mieć takiej mocy!
- Na prawdę chcesz wiedzieć?
Mike oprzytomniał na

61




moment, na sekundę. Jedyne co zapamiętał to, że twarz jego mistrza nagle rozbłysła, a ork wrzasnął, wrzasnął tak przeraźliwie jak Mike nigdy do tej pory nie słyszał.

     ***

      Obudził się przewieszony przez konia, i spadł z niego przy pierwszym ruchu.
- Cieszę się, że w końcu się obudziłeś - odezwał się Kreator.
Mike rozejrzał się niepewnie. Droga była szeroka, niebo błękitne, a las zielony.
- Co... Co się stało?
Kreator nie zatrzymywał się, pomału odjeżdzał od chłopaka.
- A jak myślisz? Jak zwykle wyciągnąłem cie z kłopotów! Ale ten raz – dodał mistrz, jakby ze smutkiem - był naprawdę ostatni.
Mike podniósł się i popędził za nauczycielem.
- Co z Mrowcem, co z Puszczą? Co z tym orkiem?
- No tak... Przespałeś całe dwa dni. W skrócie, druid, jeśli tak można go nazwać, wrył się w świadomość Puszczy, plugawił ją czarną magią, naginał do swojej woli. Tak naprawdę to żaden z niego druid, choć może kiedyś nim był.
- Czyli udało się? - Dogonił nauczyciela.
- To dopiero pokaże czas, ale jestem dobrej myśli. Puszcza zaczęła się regenerować. Z resztą, Mrowiec będzie miał raczej inne problemy na

62




głowie.
- To znaczy?
- Podobno leży na drodze pochodu jednego Lisza, ale to nie nasza sprawa.
- Tak właściwie - Mike starał się posklejać zgłoski w słowa, a słowa w zdania - jak ty się tam znalazłeś?
- Miałem cię na oku, chyba zwariowałeś jeśli myślałeś, że puszczę cię tam samego.
- Chwila, moment... - chłopak oprzytomniał nagle - Jeśli miałeś mnie na oku to nie mogłeś wkroczyć wcześniej!? Prawie umarłem!
- Może i mogłem... - Aisel zastanowił się głęboko – ale chyba czekałem na odpowiedni moment.
- Odpowiedni moment!?
- No wiesz, taki epicki. A jak ten ork powiedział „chyba nie puściłby cię samego”... Przyznaj, to było dobre.
- Bogowie, troskliwy z ciebie nauczyciel, nie ma co...
Kreator zatrzymał konia.
- A żebyś wiedział, tak się składa, że tak. Mimo tego, że byłeś nieprzytomny i że właściwie nic nie zrobiłeś, mam dla ciebie twoją część nagrody. Całą jedną piąta.
- Jedną piątą?! Miała być jedna trzecia!
- Nie kłóć się ze mną, jestem twoim nauczycielem więc masz mnie słuchać. A właśnie – zrobił krótką pauzę i zsiadł z rumaka - zwalniam cię.
- Bogowie, jak zwykle ta sama

63




wymówka, czekaj... Co?!
Aisel dostąpił bliżej.
- Nie jesteś już moim uczniem, zwalniam cię.
- Jak to?! Dlaczego?!
Kreator spoważniał i spojrzał Mikemu głęboko w oczy, były w nich walczące ze sobą duma, radość i żal.
- Twój trening jest skończony. Przynajmniej ze mną, chociaż przed tobą jeszcze długa droga. Ale nauczyłem cię wszystkiego czego mogłem. Teraz najlepiej będzie jeśli się rozstaniemy.
- Ale jak to... Rozstaniemy? - W kącikach oczu Mikego zebrała się wilgoć.
- Żywot czarodzieja to nie tylko przyjemność, ale przede wszystkim obowiązki. Ja mam swoje, czas abyś i ty swoje odnalazł. Innymi słowy, powoli nadchodzi czas abyś przyjął tytuł. - Uśmiechnął się przyjaźnie. - Na twoim miejscu zacząłbym się nad nim zastanawiać.
- Ja... Mistrzu... - chłopak próbował znaleźć słowa, jakiekolwiek. Nie szło mu za dobrze.
- Przestań, będzie okej! - Kreator sięgnął pod pelerynę. - Mam coś dla ciebie, tak żebyś o mnie nie zapomniał.
Mike z całych sił próbował się nie rozkleić, ale kiedy Kreator wyciągnął swój czarny, pokryty runami sztylet, nie dał rady. Rzucił się na szyje swojego mistrza. Byłego

64




mistrza. Zmoczył mu łzami jego wspaniałą szatę.
Kreator uściskał chłopaka po czym złapał za kark i odsunął tak, aby mógł mu spokojnie zajrzeć w oczy.
- Dasz radę, naprawdę – stwierdził sympatycznie. - Myślę, że jesteś gotów. A przy następnym spotkaniu dopełnimy formalności. - Puścił mu oko.
Nagle nastąpił błysk, a Mike instynktownie zmrużył oczy.
Kiedy je otworzył był już sam, zupełnie sam. Dawno nie czuł się aż tak osamotniony. Spojrzał na trzymany w dłoniach sztylet i z jakiegoś powodu natychmiast poczuł się lepiej.
Po chwili zmarszczył groźnie brwi – był pewny, że jego nauczyciel wcale o tym nie zapomniał...
- Hej! Gdzie moja jedna piąta!
***

      - Panie – odezwał się mechaniczny, zębatkowy głos - dane połączonych Mrowieckich bibliotek i archiwum mówią, że za dziesięć mil znajduje się osada.
- Znakomicie! - odpowiedział Johann i z dumą spojrzał na siedzącego przed nim golema. Pędzili przez las specjalnie przystosowanym dla dwóch osób paromobilem.
- Panie?
- No co tam?
- Wykryłem ruch, regularny, ciągły, dopasowany do naszej prędkości, po lewej stronie. Po prawej stronie również.
- Ktoś

65




nas śledzi?
Coś trzasnęło, a od poszycia paromobilu odbiło się kilka pocisków.
- Panie? - Golem pozostawał absolutnie beznamiętny.
- Schyl się! - krzyknął krasnolud, głosem pełnym namiętności.
Nim golem zdążył zareagować, strzała przebiła blachę pokrywającą jego prawe ramię.
- Panie, ktoś do nas strzela – oznajmił niewzruszonym tonem.
- Co ty nie powiesz! Chowaj się!
Kule karabinów i strzały nie przestawały bombardować pojazdu, w końcu paromobil ustąpił i zarył czołem o drogę. Krasnolud i golem wylecieli do przodu.
Golem otrząsnął się, wstał i poszukał wzrokiem swojego konstruktora. Podszedł do niego.
Johann leżał z nienaturalnie wykrzywionymi nogami, nie miał już nawet siły aby krzyczeć.
- Panie, wykrywam liczne krwotoki wewnętrzne, szanse przeżycia około dziesięć procent, szybko maleją. Czy włączyć protokół pocieszania?
- A niech cię licho... Nie, dzięki!
Nadleciała kolejna strzała, ta trafiła krasnoluda w klatkę.
Johann usilnie próbował złapać oddech. Dał sygnał golemowi, aby się zbliżył.
Ten uczynił to i przykucnął, zupełnie ignorując śmigające dookoła pociski.
Krasnolud

66




wyraźnie próbował mu coś powiedzieć, ale... bił się z myślami co to miałoby być. Walczył sam ze sobą, ze swoją konstruktorską ambicją i czymś co postrzegał jako odpowiedzialność.
W końcu się poddał i udzielił swojemu dziełu ostatniej rady.
Zakasłał krwią, pobladł. I umarł.
Golem podniósł się. Rozpoczął namierzanie.

     *****

67




Wyrazy: Znaki: