Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 114
Dzisiaj w pracowni: 2
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Seksapo(l)ikonka kopiowania

Autor: Zygmunt Tymiński twarz męska

grafika opisu

rozwiń




Strugi światła pionowo, smugi poziomo. Po skosie na n się nie świeci. B I R N E. Drzwi na alarm. Ołówkowy chyba. Rozbroję bez problemu. No i w końcu, jeżeli ma alarm, to nie rozpylił razolu. W środku rzędy telefonów. Po lewej tanie, za 2 k–bara, w środku – 4 i 6 k–bara. Droższych nie widzę. Dodatki fbega i rbega, wiadomo, ciekawe, czy skurwiel młody czy stary. Po tych cenach pewnie jeszcze mu się chce, więc się waham. Mogłabym kupić ten tańszy. Potrzebuję, jak jasny chuj. Poprzedni ukradli, świnie, pewnie sprzedali jakiejś lepszej dupie za co najmniej 2 k–bara i jeden fbg. Co najmniej, kurwa jej jebana mać. Dobra, rozbrajam, wchodzę.
Od razu wyje. Pierdolony cwel. Alarm musiał być atrapą. Pachnie inaczej niż razol, może nizalol, nie wiem, nizalol wycofali ze sklepów trzy lata temu. Rzucam plecak przez otwarte drzwi do najbliższego rowu, tylko niech nikt mi go nie zajebie, błagam. Mam trzydzieści sekund. Wstrzykuję etanol, kładę się na ziemię, ręce na głowę i czekam. Ja pierdolę, jak to wali po sercu.
Nie spóźniają się. Powiśle tak ma. Patrole rozstawione jak pionki na szachownicy przed pierwszą wymianą. Podnoszą

1




mnie. Zamykam oczy.
– Zmierz ją alkomatem.
Jeden przekłuwa mi policzek, ale zero zero dwójką, jutro nie powinno być śladu.
– Zero siedem wyszło. Więc myślała pani, że sklep jest otwarty? Zabieramy na dołek czy płaci pani na miejscu?
– Ile? – pytam.
– Na dołku co najmniej dwa k–bara. Na m–bara nie ma tam, co liczyć, wie pani. Ale koleżanka nie miała dziś szczęścia, więc może…
– Pokaż no ją.
Dostaję całą wiązką z lampy po twarzy. Później jest klaps, średni, w sam środek dupy.
– Mała empka i jesteś wolna. Tylko porządnie pracuj palcami. Kurwa, dobrze, że chociaż z ryja jej nie wali, bo jutro przychodzi hydraulik, a on robi zajebiste, nie chcę, żeby się czymś zraził.

     Xieni poprowadziła siostrę Klarę aż to samych dwuskrzydłowych, drewnianych drzwi i położyła rękę na klamce, jakby wahając się, czy na pewno powinna je otwierać.
– Ufam siostrze. Wiem, że dawna xieni ufała także. Ale bardzo się boję – Dłoń drżała na zimnym metalu. – Bardzo się pogorszyło tam, na świecie. Ja, wstyd mi przyznawać, ale nie mogłam znieść tych wszystkich okropności. Siostra Karolina, zważywszy na jej

2




przeszłość, nie czuła wielkiego obrzydzenia, ale ja tak. Wiem też, w największym sekrecie powierzyła mi tę informację moja poprzedniczka, że była siostra z mężczyzną, i to wiele razy.
– Poradzę sobie, proszę matki. – powiedziała Klara. – Pan Bóg mi wszystko wybaczył. Nie habit trzyma mi nogi razem.
– Proszę siostry!
– Wiem, gdzie idę. – Klara dołożyła swoje palce. Xieni wzdrygnęła się. – Myśli matka, że nie żal mi tych wszystkich dziewczyn?Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? – Klara nacisnęła klamkę.
– Nie ma go tutaj. Zmartwychwstał. – odparła xieni.
Myślała, że na ulicy poczuje się wolna. Że klasztor jakoś ją przed wolnością chronił, jak świeżo wybudowany, ceglastoczerwony mąż, który zamyka na noc dom i przed pójściem spać sprawdza, czy każde dziecko leży w swoim łóżku. Myliła się. Poczuła wygodę jeansowych spodni, skórzanej kurtki, czarnych, lśniących, wypolerowanych z trzy razy, ale używanych botek, braku biustonosza, luźnej, szarobłękitnej koszulki, poczuła obok uszu oddech swoich jasnych, kręconych włosów, poczuła, bo zobaczyć nie mogła, dwóch pięknych, karmazynowych

3




bliźniaków, z rzadka odsłaniających zęby jak u Królewny Śnieżki. Ale nic więcej. Dalej była siostrą pustanką. Dalej była piękna. Dalej była Klarą. Tylko teraz była jeszcze skrytką.
Oficjalne zezwolenie w trybie nagłym od, skądinąd, niezbyt ruchliwego, opieszałego wręcz biskupa Warszawy nie sprawiło, że skakała z radości. Nie tak wyobrażała sobie trzeci rok swojej posługi po sześciu postulatu, nowicjatu i junioratu. Oj, nie tak. W klasztorze było dobrze i przyjemnie. Wszystko o wyznaczonych porach, jak w zegarku, spóźnienia karane bez zbytniego okrucieństwa lub pobłażliwości, mądra i pomocna xieni, z którą dało się normalnie porozmawiać, słowem – żyć do później starości i umierać jako nowa xieni. Tak, Klara miała ambicje i tak– nie wyrzekała się ich. Z ambicjami należało się obchodzić tak, jak powinien się obchodzić mąż z żoną. Być twardym, momentami do granicy bólu, ale nigdy, przenigdy jej nie przekroczyć. I tak też Klara działała. Była twarda – w pokorze, w trudzie pracy, w modlitwie, w poście i w służbie innym, ale nigdy nie przekroczyła granicy, za którą stały gniew i wściekłość. O tym, że

4




mogłaby, że, być może nadawałaby się na kolejną xieni, pomyślała po tym, jak zobaczyła, że ma dryg do ludzi. Jej głos się liczył, w grupie nie musiała nikogo przekrzykiwać, a jeżeli prowadziła jakieś prace, siostry z chęcią wykonywały jej polecenia, zupełnie tak, jak gdyby wierzyły, że ona wie, że ona to wszystko widzi. A prac od złożenia przez Klarę ślubów wieczystych było sporo. Z Obozowej pustanki musiały się przenieść na Dobrą. Budynek był tani, bo znajdował się w stanie absolutnej ruiny. Odbudowa nie wchodziła w grę, również ze względu na kształt pomieszczeń, więc wszystko zanurzono w podziemiach i siostry, za resztki specjalnego, kryzysowego funduszu kościelnego zaczęły od nowa. Oj tak, całkowicie od nowa. Świat się zmienił, ale Kościół musiał pozostać taki sam.
Po kryzysie związanym ze startem statku „Firian”, który zabrał na swój pokład najlepszych z najlepszych: ważnych prezydentów, premierów, wybitnych uczonych i wielu innych zapewne wspaniałych ludzi, uciekających przed chorobą znaną ówczesnym encyklopedystom jako „Void Angst” nastał rok setny Ery Kwadratowej. Nowe głowy państw podjęły

5




wspólną decyzję o zawężeniu granic wszystkich miast do wyznaczonych prostokątów, przy okazji zaś ktoś wpadł na pomysł, że sto do kwadratu daje dziesięć tysięcy, a tylu ludzi na swój pokład zabrał „Firian” – stąd też logiczne było, żeby era urodziła się o sto lat później. Warszawa ograniczyła się do przestrzeni na planie wykoślawionego prostokąta, biegnącego po wierzchołkach Metra Świętokrzyska, Metra Ratusz Arsenał, Metra Dworzec Wileński i – zahaczając o skosy ulic Targowej i Tamki– Metra Stadion Narodowy. Poza wątpliwych kształtów figurą nie dochodziła woda i prąd – jedynie Dworzec Centralny funkcjonował na specjalnym zasilaniu, dla którego rozpruto znaczną część Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Na pociąg szło się pieszo i naokoło– praktycznie pusty rozkład jazdy i tak w nosie miał kondycję potencjalnych podróżników.
W Warszawie, na tej malutkiej, niby prostokątnej przestrzeni, żyło sto tysięcy ludzi. Kampania wyborcza, w roku 101, prowadzona w zimnie i bez żadnych zasad rozstrzygnęła się na korzyść Partii Proliferacji Komunitetu, która pod płaszczykiem wartości promujących reprodukcję

6




i w konsekwencji ogromny boom demograficzny, mający być „zakwasem na chleb odbudowanej Polski”, wprowadziła totalitarny reżim oparty na jednej walucie – seksie. Aborcja stała się darmowa i na życzenie, podobnie stało się z zabiegami wazektomii oraz wycięcia pochwy (płacenie za aborcję seksem nawet Danielowi Fareńczykowi, szefowi PPK wydało się kompletnym idiotyzmem). Oczywiście część społeczeństwa się nie zgodziła – tych nazwano Prudami, od słowa „pruderyjny”. Niemniej jednak system działał, a gdy zauważono, że nowa waluta, przy stałych siatkach klientów i sprzedawców, jest niezwykle przyjemna, malała liczba Prudów i rosła praworządnych obywateli. Czarny rynek to kwitł, to znów więdnął, nie grając istotnej roli w obiegu „pieniądza”. Prawda, oferował najpotrzebniejsze towary, ale za rzeczy, których nie dało się kupić seksem albo po wyższych cenach dla tych, których nie chciano przyjąć w oficjalnych sklepach, PPK nie nałożyło bowiem żadnych obowiązków na sprzedawców, więc ci zwyczajnie odmawiali, gdy ktoś im nie odpowiadał. Sam Fareńczyk znany był ze swojego umiłowania do uciech cielesnych – w mediach

7




co jakiś czas przewijały się notatki o dwóch czy trzech ofiarach śmiertelnych na jego gejowskich orgiach – ale jedno trzeba mu było przyznać. Sprawę „złotówek i groszy” rozegrał niczym sam Stalin. Wymyślił m–bara, k–bara, fbg, rgb, m i p, oznaczające odpowiednio: seks z mężczyzną, seks z kobietą, francuza bez gumy, robótkę bez gumy, minetę i palcówkę. Prezerwatyw nie potrzebowano od kiedy w roku 100 wynaleziono prohularinę, lek dostępny w tabletkach, uodparniający na wszystkie choroby weneryczne. Ewentualne konsekwencje zapachowe lub smakowe rozwiązywano tetrachloroanidrolem, który wstrzyknięty w okolice intymne przyspieszał wydzielanie feromonów i nadawał im słodkawą woń krówki–mordoklejki. Do wstrzykiwania stosowano igły–szpilki o średnicy dwóch setnych milimetra – tetrachloroanidrol aktywował odpowiednie gruczoły w dawkach 200 nanogramów i więcej dla osoby dorosłej, za którą, według prawa, uważano każdego, kto przekroczył barierę szesnastu lat. Nietrudno się zatem domyślić, kto się najszybciej wzbogacił. Kantorki, czyli piękne i młode dziewczyny wymieniały – na czipach, zainstalowanych przez rząd

8




dobrowolnie każdemu, kto chciał uczestniczyć w handlu – ogromne ilości m–bara i k–bara każdego dnia. Kantorki jeździły najdroższymi samochodami, do których wynajmowały osobistych szoferów oraz posiadały ogromne, kilkupiętrowe apartamenty z najnowocześniejszym wyposażeniem. Czasem nawet odwiedzały biedniejsze dzielnice, żeby tu i tam rzucić komuś przez czip parę fbegów i rbegów. Transakcji dokonywano poprzez bardzo dokładną geolokalizację i wypowiedzenie kwoty oraz daty transakcji zwrotnej. W momencie, gdy do tej drugiej nie dochodziło – chip nie wykrywał obecności impulsów dopaminowych i serotoninowych w podwzgórzu u obu partnerów naraz, w tym samym miejscu na mapie – osobie poszkodowanej przysługiwało pełne prawo do reklamacji. Jasne, próbowano oszukiwać, usuwać chipy, farmakologicznie wywoływać podniecenie, strach i błogość, ci Prudowie, którzy mieli dość życia w podziemiach i wyszli na powierzchnię, stworzyli nawet kastę Udańczyków (od pomysłodawcy, katolika, Jarosława Udana), wymieniającą się towarami i w chwili realizacji wstrzykującą sobie dożylnie fluoroudanonon, w skrócie FUD. Niestety FUD, tak jak

9




doskonale maskował nieodbycie stosunku seksualnego, tak samo doskonale niszczył wątrobę, dlatego po trzech latach większość Udańczyków wyglądała jak alkoholicy po dziesięcioletnim ciągu z przerwami na Boże Narodzenie i Trzech Króli.
Kantorki z kolei miały się świetnie. Dostęp do najlepszych lekarzy przedłużał ich urodę regularnie i niezwykle skutecznie, do tego stopnia, że nowym, szesnastoletnim, trudno było wejść na nieco zabetonowany już rynek. Szkopuł tkwił w tym, że podczas gdy fizyczne, zmysłowe piękno trwało, w środku, duchowo, Kantorki zużywały się szybciej niż wątroby Udańczyków. W rezultacie, żeby ratować gospodarkę, Fareńczyk zaproponował im dodatkowy program ochronny. Każda zarejestrowana i aktywna Kantorka mogła sobie wpisać w dzienny grafik darmowe, godzinne zajęcia z moralności religijnej. Ma się rozumieć – szef PPR nie zapomniał tą samą ustawą zdelegalizować Kościoła Katolickiego, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że akurat ten kościół nie doprowadzi do zwiększenia zysków z podatków ani nie zmieni zastałych wzorców konsumpcyjnych.
Kościół Katolicki zszedł więc do podziemia, wiele osób

10




duchownych trafiło przed, a potem pod mur. Siostrę Klarę, jako ekspertkę w dziedzinach technicznych, pod przykrywką kapłanki Kościoła Odnowy w Duchu Świętym posłano do najsławniejszej i najbogatszej Kantorki – Aleksandry Griezl. Nowa xieni klasztoru pustanek, Małgorzata, w rzekomym widzeniu zobaczyła, że Klara zdoła przekonać Griezl do nawrócenia.
– Bez planu, bez niczego. – mruknęła do siebie Klara, skręcając w Bednarską. Odruchowo dotknęła miejsca, gdzie ksiądz doktor Graudner umieścił czip kupiony na czarnym rynku od męża zmarłej niedawno Anieli Huryńskiej. Męża, który osobiście ów czip wyskrobał, gdy Aniela jeszcze oddychała, po czym podłączył do aparatury pozorującej funkcje życiowe, żeby za zarobione na nim bara „nie umrzeć z głodu”.
– Ja zawsze mam plan. – odmruknął ktoś w głowie siostry Klary. – Ola będzie moja, tylko się postaraj. I nie dziw. Wasze plany są…cóż…
– Do dupy. Przepraszam, wchodzę w rolę.

     Satynowy ekran ze szkła akcentowego. Kurwa ich mać. No nie mogłam tego przeboleć. Nie mogłam. I w sumie wolałabym chyba 2 k–bara na wytrzeźwiałce. Do rana jebało mi z zębów

11




świeżutkim śledzikiem z puszki. Grunt, że plecaka nie zauważyli. Tak, Basia, Basisko moje kochane, musisz się wziąć w garść, inaczej nic z tego nie będzie. Trzeba szukać pozytywów.
W mieszkaniu czysto. Posprzątałam, na wypadek, gdyby chcieli opierdolić. Od Prudów szło skumańsko, że opierdalają teraz wszystkich, bez wyjątku. Mnie nie opierdolili. Fart, możliwe, że jak z tym śledziem. Wiadomo, lepszy śledzik w mordzie niż fiut w dupie, ale typom z izby fiuty zwiędły po pierwszych trzech miesiącach offowej umowy z Capital Party.
– Z kim tym razem? – słyszę z głębi salonu, z kanapy pomalowanej w plamy od piwa i holiksolu. – Jeśli mogę, kurwa, spytać?
– Laska. – odpowiadam. – Zwykła szmula, tylko empka i to krótka. A ty?
– Nikt. Nie chciało mi się wychodzić z chaty. Zmontowałem butlę holiksolu i siedziałem tak od rana.
– Ćpun. – Sprawdzam alarm, klucz okładam na ni to barze, ni kuchennej wyspie, chuj wie.
– Dziwka.
– Też cię kocham. – mówię i idę w stronę kanapy. – Wymyśliłeś coś genialnego na holku?
– Ta. Wymyśliłem nawet jak.
– Daj bucha. – Przysiadam się. Podaje mi wężyk podłączony do

12




butli gazowej z przerażającym wszystkich poza nami dwojgiem napisem „150 g”. Wciągam. Na początku jest zimno, potem nie czuję już nic poza rozlewającą się wszędzie po ciele synestezją czegoś więcej niż zmysłów. Holek jest dobry, holek jest świetny, holek ze zwykłego gówna robi gówno szalone i genialne, które z równym prawdopodobieństwem wpadnie na pomysł pluśnięcia do rzeki opanowanej przez czterdzieści pokoleń zajadłych, izraelskich krokodyli, obrabowania pustego jak tygodniowa paczka po mentosach Banku Braci Kaczmarskich po drugiej stronie rzeki i przejęciu osobowości Oli, Oleczki Griezl.
– Też to mam. – mówię. – Jak? Cyfrus, Cyferku mój, jak my to niby mamy zrobić?
– Wiesz, kto jest jedynym, jedynym, ale to jedynym, kurwa jego mać, producentem holiksolu w tym kurwim dole? – Odwraca się do mnie. Jego twarz jest jak moja. Pięć lat temu piękna.
– Ty, Cyfrus, ty.
– Nie gniewaj się, kotku, dobra? – Wciąga jednego, krótkiego macha i zakręca zawór. – Jakby ci to wytłumaczyć…Przychodzi hydraulik do babeczki. Naprawia rurę, dostaje dwa k–bara, dmucha ją, traci to dwa k–bara. Mamy jebane zero.
– Jasne, jak

13




słońce. – Walę jeszcze raz. Słowa Cyfrusa są różowe jak moje skarpetki i pływają w zielonym oceanie. – I co dalej?
– Później idzie do warzywniaka, wybiera sobie warzywka i owocki na tydzień, oddaje empkę przemiłej starszej pani, wieczorkiem spożywa śledzika na cuchnąco, dostaje empkę z powrotem i wraca do siebie do domu. Bilans dalej zero. Żadnych oszczędności, żadnych procentów.
– Kurwa, Cyfrus, wiadomo. – Zjeżdżam z oparcia. – Czekaj, tylko po chuj wtedy banki?
– Powiedz mi, czym jest dodatnie bara na czipie?
– Prawem do rżnięcia, to oczywiste. Siedem lat zajęło ci odkrycie tego faktu?
– Nie pierdol mi tu. – ożywia się. – Co w przypadku, gdy produktem jest sam seks? Kupuję od ciebie godzinkę we dwoje za 8 k–bara, jak kurwa telefon. Z twojej strony transakcja jest taka, że nie dajesz mi nic. Na koncie masz bara. I już nie jest zero.
– Kantorki, no i co.
– Dalej nie kapujesz? Tylko Kantorki mają w tym mieście jakąkolwiek kasę. Tylko one. Ale jest też druga strona. Widzisz gdzieś ceny 100 m–bara za kilogram pomidorów? Albo 50 tysięcy k–bara za bauntinga A1? Nie? Nie ma, jak to brzmiało, galopującej

14




inflacji? W jaki sposób typ może zapłacić Olce te 8 k–bara? Z czego on to ma?
– Może uzbierał?
– To nie wyruchał tych ludzi, u których coś załatwił, powinni zawinąć ich wszystkich na komendę. Tak, kotek. Powinni. Ale nie robią tego.
– Bo on nie wnosi sprzeciwu. A po tygodniu bez wniesionego sprzeciwu długi się zerują. Tamci mają załatwione sprzątanie domu, wyjście z psem, paczkę fajek, typ jest na zero, a Olcia za jedno walonko inkasuje nowy telefon. System dopierdala kasy Kantorkom.
Wstaję. Chce mi się siku.
– Wyobraź sobie ile kasy musi mieć Olcia Griezl po siedmiu latach kurwienia się.
– Więc to jest ta trzecia opcja. – mruczę głośno i z zadowoleniem przy kiblu. – Mówiłeś, że wiesz jak.
– Dostałem cynk od Adama Garvena. – Cyfrus przekrzykuje się przez strumień moczu. – Kaka wysłali po nią kogoś. Po Griezl. Jakiś niespotykany umysł, mąż Huryńskiej sprzedał kakom czip żony, tyle słyszałem. A, nie, jeszcze to, że ta ich siostrunia–agentka zrezygnowała z miejsca na „Firianie”.
– Pierdolona idiotka. – Wstaję, zakładam gacie. Za oknami wciąż jeszcze ciemno jak w dupie Fareńczyka. Znaczy, horyzont

15




zaróżowiony, jakby nie do końca szczelnie było.
– A teraz moment, który musisz mi wybaczyć.
– No właśnie. – Szybciuteńko wracam na kanapę i patrzę prosto w jego zeszklone z podniecenia oczy.
– Za parę buchów holiksolu i dymanie jakiejś starszej panny, tak pod pięćdziesiątką, Witek Huryński zdradził mi numer seryjny tego czipu. Złapiemy typiarę po drodze, bo już ją namierzyłem. Skłamiemy, że mamy wspólne interesy, włamiemy się, zabijemy ją i Olcię, później przeszczepię tobie czip Griezlowej i będziemy bogaci jak sto skurwysynów i jedna bajka więcej.
Strzał jak mosiężną rękawicą, a policzek jak czerwone światło na pasach od strony pieszego. Cyfrus nie oddaje. Rozumie.
– Wchodzę w to. Świnio.

     Aleksandra Griezl mieszkała na Senatorskiej, w dawnym Hotelu Belotto, który wcześniej, przed Kwadratową Erą był takim małym, polskim Wersalem ze zdecydowanie zbyt dużą ilością sali jadalnych. Teraz, a wybijała dziewiąta rano, w przysłoniętych firankami oknach wciąż paliły się światła i główne drzwi wylewały rzadki sznurek pijanych gości, często w parach. Siostra Klara pomyślała, że Griezl dba o swój styl –

16




rzadko zdarzało się, żeby alkohol miał wyłączność na tego typu imprezach. Wiedziała przy tym oczywiście, że nie można na Senatorską tak po prostu sobie wejść, przywitać się i poprosić o audiencję u królowej Kantorek. Na razie się tylko rozglądała, przeczesywała teren autorskiej budowy radarem, który buczał bezpiecznie w plecaku. Ponieważ jednak ubrała się jak ubrała – za habitem kryjącym jasne włosy zatęskniła już z pięćdziesiąt razy – od czasu do czasu zaczepiali ją samotni mężczyźni. Starała się nie reagować.
– Hej, mała, za dwa bara dam ci cztery bara. – oferował się jakiś młody, wcale niebrzydki pan po trzydziestce w podziurawionej marynarce. – Albo i nawet sześć bara, ale musi być od tyłu.
– Olej go! – wołał inny. – To kłamca, okrada wszystkich, a później nie płaci. Chodź ze mną. Zrobię ci empkę, po której dojdziesz w trzy sekundy, jak rakieta, obiecuję!
– Co za potworny brak taktu. – Oburzyła się młoda kobieta, starająca się iść prosto pod ramię z zalanym w trupa towarzyszem. – Takie rzeczy proponować. Widzicie przecież, że jest trzeźwa. Chodź z nami, trójkącik z moim

17




mężem za cztery bara i będzie ci dobrze jak w niebie.
– Jestem w sprawach służbowych. – skłamała Klara, sama się sobie dziwiąc, że przyszło jej to tak gładko. – Pani Griezl zalega z podatkami, a tak się okazuje, że prezydent Fareńczyk musi załatać dziurę budżetową. O której pani Griezl wstaje, jeśli mogę spytać? Przyjdę, kiedy wstanie.
Słowo „podatki” wyraźnie orzeźwiło małą kolejeczkę, która zdążyła się ustawić do mimo wszystko zaskoczonej tym Klary. Kompletne, wierutne bzdury o dziurze budżetowej wydawały się przy tym nie mieć znaczenia. Podobnie nazwisko Fareńczyka.
– Przed siedemnastą nie wstaje, nie ma chuja. – ktoś porzucił arystokratyczno–erotyczny ton.
– Ja słyszałem, że Griezlowa wstaje o dziewiętnastej, dwie godziny się szykuje, a później jedzie na objazd klientów. Ale to nie jest informacja z pierwszej ręki, a poza tym, to już spierdalam.
– Nie zamykajcie mnie, ja nic nie wiem.
– Kurwa!
I tak dalej. Klara stała spokojnie i czekała, aż radar skończy swoją pracę. Potrzebowała jeszcze kwadransu. Modliła się o nie, ale, rzecz jasna, nie dostała ich bez wysiłku.
On podszedł z lewej, ona

18




– z prawej. Przystanęli po pół metra z obu stron.
– Pani Huryńska? – zapytał Cyfrus, nieco zbyt ochryple.
Klara ani drgnęła.
– Pani Huryńska? – powtórzyła po nim Baśka, umyślnie dając siostrze do zrozumienia, że działają we dwójkę i że wzięli ją w kleszcze.
Milczała.
– Dobra Cyfrus, to nie ma sensu. Sprzedali siostrę. Konkretnie to mąż Huryńskiej.
– Subtelności w tobie za grosz, wiesz, kurwa?
– Tyle samo ile w twoim płaskim dupsku.
– To nie ja powinienem mieć dupsko po łuku.
– Po chuju, zamknij się psie jebany.
– Skończyliście? – odezwała się w końcu Klara. – Co to znaczy, że sprzedał mnie mąż Huryńskiej?
– No…– Cyfrus aż się popluł ze zdumienia. – No powiedział, że sprzedał ten czip. Ten czip swojej żony. A ten gościu, co go kupował, to pewnie nie mógł kłamać, ha, i się wygadał. Szpiegostwo jak w tym, jak to było, kurwa, Gangu Olsena?
– Może i tak. – Klara dalej patrzyła przed siebie. – W takim razie, jak mnie wyśledziliście?
– Czipy mają numery seryjne. – powiedziała Baśka. – Można je dzięki nim namierzyć.
– I wy to zrobiliście?
– Tak. – odparli skrzeczącym,

19




lekko rozjechanym chórem.
Nastała cisza. Klara nie myślała intensywnie. Musiała wytrzymać dziesięć, może jedenaście minut rozmowy z konieczności i wrócić do księdza doktora Graudnera, który usunie czip. Ten był spalony – musieli się bardziej postarać.
– Widzę, że siostrunia spięta, jakaś taka nierozluźniona. – Strumyczek gości wysechł i zawarły się automatyczne wrota przed rezydencją. – Pewnie dlatego, że wyłączyłem to buczące coś w siostry plecaku. Tak mi się zdaje.
– Cyfrus, może odpuścimy jednak? Widzisz, że z kakami to ani rusz, nic się nie da.
– Nie ma mowy, Baśka. Nie ma żadnej mowy. Ona jest nam potrzebna, żeby wejść do Griezlowej. Ale nie tak.
Klara się odwróciła. Nie dość szybko, żeby zauważyć uśmieszek na twarzach obojga.
– Wy też chcecie tam wejść?
– No a jak. – Cyfrus się zaśmiał. – Każdy chciałby w nią wejść. Do pałacyku to tak przy okazji, z, kurwa, konwenansu.
– On żartuje. Chcemy wejść po jej czip. Prawdopodobnie siostra z zupełnie innego powodu, nie oceniamy, generalnie wszystko nam jedno. Cyfrus wyjmie czip, a siostra może sobie uciekać z Olą Griezl gdzie się podoba.

20




Nie zamierzam uciekać. Zamierzam z nią wyjść. – Klara ponownie spojrzała w stronę rezydencji. Szyby poszarzały, atmosfera zgęstniała. Ze wschodu, po niewidocznych, niebiańskich szynach sunęły wyładowane deszczem i burzą pociągi chmur. – Przez drzwi.
– Jak ją siostra przekona, nie ma tematu, nam nic do tego. Prawda, Cyfrus?
– Prawda. Tylko strasznie jesteśmy wkurwieni, że siostra tym swoim radarkiem obudziła wszystkie systemy alarmowe jej domu.
– Też prawda.
– Tego się już tak nie odpierdala. Po pierwsze, za blisko siostra stoi. Sygnały systemów Griezlowej dotrą do tego pudełeczka siostry szybciej, niż ten z pudełeczka do Griezlowej. Po drugie, wali śledziem na kilometr, że siostra tak tu sobie stoi i czeka, nie wiem, kurwa, na oferenta dobrego walonka? Ale to z tym wyłączeniem to był oczywiście blef, nic nie wyłączyłem, bo nic wyłączać nie musiałem. Wszystko zostało wyłączone przez urządzenia naszej Olci.
– Cyfrus, tak? –zaczęła Klara ostrożnie. – Od kogoś, kto dostał miejsce na „Firianie” mógłbyś oczekiwać nieco więcej niż to, co siedzi tam, między twoim czołem a potylicą. Moja bucząca klatka nie

21




wysyła żadnego sygnału. Zamknij, proszę, oczy. Już? Dobrze. Teraz zwizualizuj sobie taką rzecz. Płyniesz statkiem. Jednym. Przed tobą cała armada. Gasisz światła, zwijasz biały maszt, kneblujesz załogę. Kto kogo pierwszy zauważy?
– No ja. – Cyfrus podniósł lekko powieki. – Ja ich.
– Właśnie. Moje pudełko pochłania sygnały. Jasne, u pani Griezl wyświetla się przeszkoda, dlatego właśnie stoję tu, gdzie stoję. Żeby tę przeszkodę widziała. Żeby się nie niepokoiła.
– Nie czaję. – Baśka postąpiła krok w stronę Klary. – Skoro pochłania siostra promieniowanie to jak powstaje obraz umiejscowienia tej całej aparatury i w ogóle?
– Pochłania tylko tylna ściana. Pierwsza przepuszcza.
– No nie mogę. Baśka, ty to słyszysz? To z czego jest pierwsza ściana, że przepuszcza całe promieniowanie?
– Z bardzo cienkiego szkła akcentowego.
– Boję się, proszę siostruni – Cyfrus wydał z siebie udawane łkanie. – że to nie wystarczy. Jakieś promieniowanie zostanie odbite. Jakiś procent.
– Tak. Przy produkcji udało mi się uzyskać jedną setną. Pytałam w sklepach, tam stwierdzili, że to mniej niż światło widzialne i

22




nie ma takich technologii, przyszłam więc tu, w nadziei, że nikt nie będzie mi przeszkadzał.
– Przykra niespodzianka, nie?
– A i owszem. Dla twojej partnerki pewnie większa.
– Niby dlaczego?
– Ona widzi coś, czego ani ja, ani ty nie możemy zobaczyć na własne oczy. Zgadniesz, co to takiego?
– Chyba nie mam ochoty na zagadki.
– Od dwunastu minut gapisz mi się na tyłek. A ja już chyba skończyłam.

     Po małej kłótni dogonili ją na Krakowskim Przedmieściu.
– My siostrę przepraszamy.
– Nie chcieliśmy być tacy., kurwa, niemili.
– W zamian za siostry pomoc, my pomożemy dostać się do środka zameczku Griezlowej. Obiecuję, jakem Cyfrus z holiksolu.
– Siostro, Cyfrus to straszny holiksolik, gorszy nawet, niż alkoholik, to znaczy, kira więcej niż pije, ale my naprawdę wiemy, jak siostrze pomóc. I zrobimy to. Potem Cyfrus może nawet siostrze ten czip na żywca wyjąć, mi na żywca wyciągał już nie raz, boli jak…jak…jak Męka na Krzyżu, o! Ale przeżyłam.
Klara momentalnie przystanęła. Nie bała się. Zdawała sobie sprawę, że po tamtej małej prezentacji stanowi dla Cyfrusa i Baśki wartość zbyt wielką, żeby się z nią nie

23




obchodzili jak z jajkiem.
– Słucham.
– Rozpruta kanaliza na Marszałkowskiej. – powiedział Cyfrus. – Te wszystkie rury, które wypierdolili, żeby zasilić dworzec. Wejdziemy tamtędy. Będzie jebało jak skurwysyn i ubrudzi się siostra, ale zaręczam, że będzie warto.
– A do środka? – zapytała Klara. – Przez działające wodociągi? Nie sądzę, żeby to zagrało. Chyba, że z zawodu, przed „Firianem”, byłeś szambonurkiem. Nadawałbyś się, wiesz? Ta chęć taplania się w kupie jest niebywała.
– Oszczędzi mi siostra kazań, dobra? – Cyfrus wyjął swój telefon i wyświetlił hologramową mapę. Obdarty, cuchnący na dziesięć metrów Prud minął ich trójkę na drugim chodniku, chybocząc się jak łódź podwodna na przylekkiej pochylni. – Cała stara, warszawska, niesamowicie, kurwa–jego–trzask–mać, porządnicka hydraulika została w tych dziurach. Nikt tego syfu nie sprzątnął, dlatego, żeby wszystko było cacy, niektóre rury musieli powyłączać. Również w pałacyku.
– Więc są tam łazienki, z których nikt nie korzysta, bo wychodzi z nich potwór i zakurwia fiuty tym, którzy siedzą podczas szczania. – dodała

24




Baśka. – Więc je zabezpieczono. Dość dobrze. Sam Fareńczyk, najebany gorzej niż wszyscy jego ministrowie razem wzięci, doglądał testów. Na szczęście mamy mnie.
– Pochwal się. – powiedział Cyfrus. – Pochwal się, czym się szprycowałaś, zanim cię znalazłem.
– Nie jestem z tego dumna. – ciągnęła Basia. – Ani trochę. Byłam Udańczykiem, brałam FUD. Wierzyłam, że zabijanie siebie kosztem innego grzechu jest czymś modnym, dobrym, sama nie mam pojęcia jak, może tak, może inaczej. Teraz to mi, kurwa, wszystko jedno. Ale późniejsze badania, najdroższe z możliwych, ponieważ rozjebały mi dupsko na dwa tygodnie – Cyfrus się wzdrygnął. – wykazały, że FUD uodparnia na działanie laseromatów kwantowych. Skupione wiązki nie odbijają się od ciała. Przechodzą jak przez masło. Gdybym wiedziała gdzie są lasery, mogłabym je rozbroić.
– I tu przydałoby się to cudne pudełeczko na siostry plecach.
– Urządzenia są niewidzialne? – Klara spojrzała na nich z niedowierzaniem.
– Urządzenia – przedrzeźnił Klarę Cyfrus. – wysyłają pojedyncze fotony w próżni, którą wytwarzają dzięki antygrawitacyjnemu polu.

25




Niestety, dla siostry wejście w próżnię oznacza jej brutalne morderstwo. Nagle próżni nie ma, dzwonek dzwoni na obiad, a my grillujemy się za kratkami.
– Laseromaty są praktycznie niewidzialne. – Basia puściła oko do Cyfrusa. Bardzo jej się spodobało to porównanie. – Próżnię generuje się ponad poziomem ścieku, żeby niemożliwe było odróżnienie miejsca z zabezpieczeniami i takiego bez. Będę musiała znać położenie obu laseromatów, ewentualne zakrzywienie wiązki. Później rozbiorę się do naga, wypiję parę mililitrów aki i na spokojnie rozbroję, co trzeba.
– Aka to azotan kamrolityny. – uzupełnił cicho Cyfrus, jak gdyby bojąc się, że ktoś go usłyszy. – Kamrolityna sama w sobie nie jest ciekawa. Ciekawa staje się dopiero jej hydroliza. Nie eksperymentowałem wiele, chociaż sądząc po budowie cząsteczki, azotanowa trwa najdłużej i wyzwala najwięcej energii, dodatkowo ta konkretna sól szybciuteńko paruje, dlatego równie szybko dostaje się do naskórka. Jeśli hydroliza zajdzie tam jak świeża Kantorka z niewyciętą pochwą na pierwszym objeździe, to zyskujemy centymetr próżni wokół całego obwodu ciała i

26




włosów.
– Na hydrolizę w narządach i żyłach mamy odtrutkę. Poza tym przed wejściem Cyfrus posmaruje mnie takim specjalnym, kurwa, balsamem, ja pierdolę, balsamem…kremem mnie posmaruje.Ten krem ściąga aka, ale więcej nie mówię. Cyfrus, nagraj mi jej minę, proszę cię.

     Klara podejmowała w życiu wiele trudnych i wymagających decyzji. Dołączenie do pustanek było pierwszą z nich. Wciąż pamiętała jak płakała, gdy poprzednia xieni, Klara, umarła na zawał i że płakała jak każda z sióstr. W uczuciach wszystkie były równe. Były prawdziwymi siostrami, oblubienicami Pana Jezusa. W trakcie nowicjatu nasunął się Klarze kolejny wniosek. Pod względem żalu, gniewu, miłości, zazdrości i poświęcenia nie tylko one były równe. Równi byli wszyscy. Nawet zatwardziali grzesznicy. Nawet nieochrzczeni, nienarodzeni, pozbawieni zmysłów czy zawieszeni w pustce i dopiero posłani przez Pana Boga na świat. Wszyscy. Dlatego teraz przeklinała swoje wnioski i cała w ściekach szła za Baśką i Cyfrusem. Odległy zegar, który Fareńczyk powiesił na Pałacu Prezydenckim obleśną piosenką obwieszczał piętnastą.
– Odczyty, proszę. – Cyfrus

27




niechętnie nauczył się, że bez magicznego słowa nic się nie wydarzy. – Na razie nic. Idziemy.
Więc szli. Powoli, co chwila przystając, sprawdzając te przeklęte odczyty z plecaka, którym Klara szorowała śliską od szlamu rurę. To, że na razie na nic nie trafili, zupełnie Cyfrusa nie dziwiło.
– Te lasery są kurewsko drogie. – śmiał się. – Czaisz, Baśka, kurewsko.
Pierwszy znaleźli już w kanałach na Senatorskiej. Cyfrus wyjął z kieszeni mały flakonik i coś jakby bitą śmietanę w sprayu. Basia się rozebrała, upiła spory łyk i w idealnym jak na te warunki bezruchu dała opryskać różową pianą, którą natychmiast zaczęła wcierać w ciało i włosy. Chwilę to potrwało, ale po dwóch minutach, skorupa, w którą zamieniła się piana wybuchła, włosy Basi stanęły w najeżonym, rozchodzącym się od czubka głowy stożku, a ona sama pobiegła i po dwóch, może trzech minutach szukania laseromatów spięła je trzymanym w zębach kabelkiem.
– Idziecie, czy będziecie gapić mi się na moje obwisłe cyce?
– Mamy dziesięć minut takiego jej stanu. – poinformował Klarę Cyfrus. – Siostrzyczko, podaj kolejne odczyty,

28




przyspieszamy.
Jeszcze dwa razy powtarzał się ten chemiczny teatrzyk. Picie, smarowanie, mała eksplozja, kabelek i kilkadziesiąt metrów wolności. Klara przez cały czas, nie mając nic więcej do roboty – oprócz podążania za pojawiającymi się i znikającymi na mapce wskaźnikami –modliła się, żeby sufit nie uszkodził jej drogocennego urządzenia. Budowała je ponad tydzień, dekretem xieni zwolniona ze wszystkich obowiązków poza codzienną mszą świętą. Pomagający przy tym ksiądz doktor Graudner zapewniał, że więcej modlitwy raczej zaszkodzi, niż pomoże w kwestii szybkości wyprodukowania wystarczająco nieszczelnego ekranu, więc ma się nie martwić. I tak się martwiła. Jak to kobieta.
– Dobra – powiedział Cyfrus, gdy znaleźli się pod wylotem rury o średnicy maksymalnie pół metra. – Powyżej jest prysznic. Myślę, że po wspólnych trudach przyda nam się mały trójkącik na stojąco.
Baśka pokazała mu środkowy palec.
– Kojarzy siostra taki film, w którym prędkość spłaszcza człowieka, tak, że ten jest w stanie się przecisnąć przez kurewsko wąski otwór? – zapytał Cyfrus.
– Nie. – Klara zdjęła plecak i

29




kucnęła. Po trzech godzinach żałowała, że to nie ona, a Basia operowała przy laserach. Żarty Cyfrusa były tak koszmarne, że w pewnym momencie oznajmiła mu, że jest Antychrystem męskości. – Skorzystamy z jakiegoś pomysłu z tego filmu?
– Nie. Wypierdolimy to gówno w powietrze. Chcę, żebyście się przygotowały. Wiemy, że w środku domu rozmieszczono alarmy tradycyjne, względnie tanie. To te na zewnątrz dokonują pierwszej selekcji i właśnie te nam na razie nie grożą.
– Na razie?
– Jak uruchomią się domowe, to tamte dostaną skumańsko i zaczną prześwietlać dom.
– Problem naszej kochanej Oli Griezl jest taki, że tu policja nie wejdzie tak jak do zwykłego domu. Będą się musieli przebijać. Liczę, że ich dowódca nie jest idiotą i nie wyda takiego rozkazu. W takim wypadku mamy dwadzieścia minut. W tym drugim – maksymalnie dziesięć. Wrzucam expandrol i zaczynam odliczanie.
– Cyfrus…
– Trzydzieści…
– Chciałam ci coś powiedzieć.
– Dwadzieścia dziewięć…
– Wiem, że jesteś jebanym alkoholikiem, holiksolikiem, że bzykasz baby…
– Dwadzieścia osiem…
–… na boku, żeby zarobić na chleb…
– Dwadzieścia

30




siedem…
– …i na telefony…
Klara zatkała sobie uszy.
– Dwadzieścia…
–…i na narzędzia i w ogóle na wszystko…
– Piętnaście…
– …i że jesteś taką świnią, że nasza nowa kanapa…
– Dziesięć…
–…nosi skórę potwora z moich koszmarów przez…
– Pięć…
– …jebane plamy, spowolnij, błagam…
– Dwa…
Wybuch rozerwał pięć metrów kwadratowych ziemi, kamieni, betonu oraz metalu. Klara dostała czymś w czoło. W kurzu nie widziała nic. Cyfrus złapał ją za rękę i razem polecieli na krawędź wyłomu.
– Biegnij znaleźć Griezl! – wrzasnął Cyfrus, trzymając się poszarpanego brzegu i pistoletu z hakiem.
Pobiegła. Dopiero na korytarzu usłyszała, że wszędzie wyło. I to jak. Sprawdzała każde drzwi po kolei. Pianino i dwa krzesła, coś jakby sala baletowa, robotyczna kuchnia, czytelnia, osobista jadalnia, sypialnia, sypialnia, kolejna sypialnia, kurwa mać, ile tych sypialni, biegła coraz szybciej, właściwie zerkając już tylko, aż wreszcie, prawie pośrodku, naprzeciwko głównego wejścia, znalazła, znalazła ją. Znalazła Aleksandrę Griezl.
Kantorka stała pośrodku najpiękniejszej i najbardziej

31




czerwonej sypialni jaką Klara widziała w życiu. W powietrzu w dwóch osiach wirowały złote cekiny, jakby błyszczące motyle, ściany zaś nierównomiernie przechodziły w pustkę, w krystaliczne telewizory odsłaniające niewinny, wiosenny krajobraz. Griezl była naga, polewała się jakimś płynem, który parował jak amoniak, ale pachniał jak pasta do zębów zmieszana z benzyną. Miała zdziwioną minę.
– Pani Aleksandro…
Nie dokończyła. Cyfrus bezceremonialnie odepchnął Klarę na bok, nawet nie słyszała jego kroków, i strzelił czymś Griezl prosto w pierś.
– Kładź się. – rzucił mężczyzna do Basi. – Włosy na bok.
Klara próbowała wstać, ale upadając musiała uderzyć bokiem w coś twardego i bardziej się kręciła niż podnosiła. Cyfrus tymczasem z okrzykiem triumfu wyrwał czip z głowy Griezl. Krew trysnęła ponad jego dłonią. W ułamku sekundy przeleciał dwa metry i pochylił się nad swoją partnerką. Klara widziała walące w perski dywan nogi, konwulsyjne drgania rąk, widziała, czuła wręcz ból Basi. A potem nagle wszystko przyspieszyło, Cyfrus wstał, odwrócił się i starym, dwudziestowiecznym rewolwerem wycelował w

32




Klarę.
– Tu, droga siostruniu, musimy cię wysłać do Nieba. – powiedział i odciągnął cyngiel. – Ale co poradzić.
Czas spowolnił znowu. Coś wbiło się w Cyfrusa i wyszło przez klatkę piersiową. Koszulkę przerżnął mu opływający karmazynowymi wężami hak. Powietrze uszło z niego jak z przebitego podwodnym jeżem balonu – wszystkimi możliwymi drogami. Tułów dosłownie rozerwało. Jak w „Obcym”. Zginął na miejscu.
– Chodź, musisz mi pomóc. – krzyknęła Basia. – Leć po wodę. No leć, kurwa, leć po wodę. Jestem nieochrzczona. Leć zanim umrę, kurwa, leć, błagam, leć, kurwa twoja mać, leć.
Klara zebrała resztki sił i wspomagając się ścianą powróciła do pozycji pionowej.
– Przecież nie umierasz, zdążymy jeszcze uciec, po co ci chrzest? – zapytała przerażoną Basię. – Griezl już umarła, nic jej nie pomożemy.
– To ja jestem Griezl. Aleksandra Griezl. Nic nie zrozumiesz. Leć po wodę, błagam, jest w łazience obok.
Rzuciła jej flakon, którym prawdziwa Aleksandra oblewała się wcześniej.
– Weź to. Wypłucz dwa razy i nalej wody.
W Klarze i poza Klarą zatrzymał się każdy atom. Biegła, byle przed

33




siebie, byle zdążyć na coś, co jeszcze do niej nie docierało, co dotrzeć nie mogło, byle dalej po z dawna wytyczonych liniach czasoprzestrzeni, byle bliżej celu, bez oddechu, bez rozumu, do przodu, do przodu, do przodu, do przodu.
Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych?
Nie ma go tutaj. Zmartwychwstał.
I nagle znów była, klęczała nad Griezl, spoglądała matczynym wzrokiem w jej załzawione, ginące w mroku oczy. Znów była siostrą Klarą.
– Aleksandro – Spojrzenie leżącej wymykało się światu. – Ja ciebie chrzczę. W Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Zgasła natychmiast, jak świeczka wrzucona w tornado.
– Kurwa mać. – Basia najwyraźniej wróciła, a przynajmniej jej głos, zachrypnięty, wyzywający. – Co tu się odpierdoliło? Cyfrus? Czy ja…kurwa mać jebana w dupę…
– Wyjaśnię. Wszystko wyjaśnię. – Klara chwyciła Baśkę za ramię. Za odwiniętą zasłoną mignął kask jednego z policjantów. – Jak już stąd spierdolimy.

     Do klasztoru wchodziło się poprzez naciśnięcie płyt podłogowych w odpowiedniej kolejności w zawalonym budynku na Dobrej. Klara pomyliła się dwa razy – Basia nie chciała

34




współpracować i wciąż, w dzikim szale, obskakiwała wszystkie. Kiedy już się udało, rozłożyły się schody, a dębowe drzwi z zatrzaskiwanym okienkiem uchyliły, Klara prawie padła na sztuczny trawnik, wokół którego zbudowany był podziemny krużganek.
– Uspokójcie ją jakoś. Mogą być pasy. – zdołała wyksztusić do swoich sióstr. – Ja idę do xieni.
W gabinecie matki adrenalina opadła i Klara rozryczała się jak wtedy, gdy święty Józef się z nią droczył. Ciepłe ręce Małgorzaty objęły ją w pasie – była niższa.
– Dasz radę opowiedzieć? – padło pytanie, bardziej w stronę serca niż uszu.
– Dam.
Xieni strzelała długopisem. Tym i tylko tym manifestowało się jej zdenerwowanie.
– Więc to nie jest Aleksandra Griezl. – wydukała. – To jest…
– Basia. Ale czip jest Griezl, proszę matki. Czip jest Griezl, a na nim gigantyczna suma każdego rodzaju bara. Na wszystkie potrzeby Kościoła. Na jedzenie, ubrania, technologię. Na wszystko. Griezl to niepotrzebne. Griezl jest w Niebie, tak jak matce mówiłam, ochrzczona tuż przed śmiercią.
– Coś jeszcze? – Xieni wstała. – Może jednak coś?
– Mam podejrzenia. –

35




powiedziała siostra Klara. – Wracając z kanałów dostałam okresu.
– Co w tym dziwnego? Stres zawsze był przeciwnikiem kobiecych spraw.
Cała xieni Małgorzata, pomyślała Klara.
– Prowadzę kalendarzyk. Okresu dostałam też tydzień temu. Kiedy Griezl umierała, a Cyfrus zamontował jej czip Basi, osobowość Aleksandry jak gdyby przeniosła się do ciała tej drugiej kobiety. I to Griezl, nie Basia, zabiła Cyfrusa. Wydaje mi się, że ten kto nosi czip kogoś innego w jakimś stopniu się w niego zmienia. Wolniej pewnie, jeżeli osoba, której własnością był czip, nie żyje. Tamto stało się w mgnieniu oka. Dlatego potrzebuję księdza doktora Graudnera. Musimy te dwa czipy bezzwłocznie usunąć.
Xieni opadła z powrotem na krzesło obite na oparciach twardą, wypchaną skórą.
– To niemożliwe. – wyszeptała tak, że Klara musiała czytać z ruchu jej fioletowych warg. – Ksiądz doktor Graudner nie żyje. Rozstrzelali go dzisiaj o piętnastej. Jego dusza jest już u Pana.

     Klara i tak musiała położyć się spać. Po zmroku panowała godzina policyjna i żaden lekarz i tak by się nie znalazł.
– Faktycznie, nasze plany są do dupy, Ola jest u

36




Ciebie, a ja mam kolejny problem do rozwiązania. – mruknęła, zmówiwszy wieczorną modlitwę.
– Nie przeklinaj. – odmruknął ktoś w głowie siostry Klary. – Czymże byłoby życie bez przygód?

37




Wyrazy: Znaki: