Pióromani - konstruktywny portal pisarski
zygzak

Załóż pracownię
Regulamin

Dzisiaj gości: 38
Dzisiaj w pracowni: 0
Obecnie w pracowni:
ikonka komentarza

Georginaikonka kopiowania

Autor: Iga twarz żeńska

grafika opisu

rozwiń




Georgina znikała całe swoje życie. Utkana ze słabych nici cech i charakterów, rozpadała się coraz bardziej z każdym podmuchem wiatru, który wywołany przez słowa, mruknięcia i westchnienia ludzi, sprawiał, że wiązania w jej ciele pękały, a ona traciła władzę nad samą sobą. Mimo to udało jej się przekroczyć dwudziesty rok życia, wciąż istniejąc. Jej ciało jednak było blade, niemal białe, ponieważ kolor jej skóry zniknął, gdy ktoś wyśmiał jej rumiane policzki i różowe kończyny. Nie miała też małych palców dłoni, które odłączyły się od niej, gdy nie dotrzymała obietnicy.
Mijały lata. Na drodze do dorosłości traciła pukle włosów, które odznaczały się wyjątkowym brakiem koloru i paznokcie, przysparzające jej więcej problemów niż pożytku. Jednak punkt kulminacyjny jej znikania miał nastąpić w dniu, w którym noc rozpoczęła się szybciej, niż zakończył się dzień, a ona nie mogła poczuć już nic.
Strych kamienicy, w której mieszkała, odznaczał się ściętymi ścianami w kolorze poszarzałej bieli, która w wielu miejscach poplamiona była krwawą czerwienią farby z tubki o numerze 347, zakupionej w

1




sklepie artystycznym Hoffmana, znajdującym się na skrzyżowaniu ulicy Różanej, z ulicą Przekątną, po drugiej stronie miasta, pół godziny od placu Milenijnego, otoczonego przez rzędy kasztanowców, które planowano wyciąć ze względu na zagrożenie znacznych uszkodzeń ciała, spowodowanych spadającymi z gałęzi brązowych kasztanów, otoczonych zieloną skorupką z kolcami, które to kolce właśnie stanowiły, według rady miejskiej, niebezpieczeństwo dla mieszkańców miasta. Nikt nie lubił kasztanów.
Gdy z placu Milenijnego zwróciło się twarz w stronę wieży zegarowej, którą widać było z każdego punktu w mieście, i obróciło swe ciało nieznacznie w lewo, w oddali, pomiędzy kamienicami, dostrzec można było niewielki placyk, a na nim fortepian. Przy instrumencie siedział młody mężczyzna o długich, kościstych palcach, cichym głosie i zmęczonych oczach, na którego ciele wisiał zbyt duży, ciemnoszary garnitur, układający się fałdami na chudym, tyczkowatym ciele. Przychodził na placyk raz w tygodniu w różne dni, o różnych godzinach i grał różne melodie, nie zwracając uwagi na pomyłki, które popełniał i ludzi, którzy patrzyli

2




na niego krzywo. Władze miasta, uważając chłopaka za takie samo zagrożenie, jakie stanowiły kasztany, próbowały się go pozbyć. Nie chcieli narażać mieszkańców i siebie na jazgoty marnego muzykanta, więc pewnego pochmurnego dnia wywieźli instrument za miasto, ten jednak wrócił na swoje miejsce następnego ranka. Usuwany przedmiot zawsze powracał. W końcu rada poddała się i przesiedliła z okolicznych budynków mieszkalnych wszystkich, którzy wyrażali taką chęć.
Nie ruszając się z miejsca, wodząc wzrokiem po zdobionych gzymsach kamienic, wystarczyło lekko unieść głowę, by zobaczyć Georginę, która, z podpartą na ręce głową, wychylała się z okna strychu, spoglądając w dół na instrument i mężczyznę, który na nim grał. Jej ciemne, potargane włosy wypływały na zewnątrz, niesione ciepłym wietrzykiem wiosennego poranka.
Patrząc w to okno, przechodzień mógłby znaleźć się w jej mieszkaniu, gdyby tylko posłużył się wyobraźnią, o której jednak zapominał, spiesząc się co dzień do wykonywania swych obowiązków. Jednak, gdyby zatrzymał się na chwilę, znalazłby się w rozległym pomieszczeniu z niedbale zaścielonym

3




zieloną pościelą materacu zamiast łóżka, na parapecie jednego z okien dachowych dostrzegłby kasztanowe ludziki, których cienie skaczą po podłodze w świetle wstającego słońca. Usłyszałby cichy szum białych firanek powiewających na wietrze wpadającym przez otwarte okno i urokliwe brzęczenie pszczoły, która wyleciała z kielicha kwiatu w kolorze piasku na zachodnim wybrzeżu, którego fotografia stała na drewnianej komodzie, oprawiona w złocistą ramkę. Taki przechodzień, wyrwany z czasu, spojrzałby na ustawione pod ścianami obrazy i sztalugi, i widziałby w nich piękno. Takiego przechodnia jednak nie było, ponieważ nikt nie był w stanie przezwyciężyć własnego życia, dlatego też obrazy pozostawały nieoglądane, a zabawy cieni nieuwieczniane w ludzkiej pamięci.

     Rozpoczął się piąty dzień, piątego miesiąca roku, kiedy Georgina znalazła się bliżej muzyka niż kiedykolwiek wcześniej. Zachęcona ciepłymi promieniami słońca i zmuszona brakiem tubki z farbą o kolorze pochmurnej nocy, oznaczonej numerem 768 na białej etykietce, wyszła z kamienicy, a z jej głowy zniknął kolejny pukiel postrzępionych włosów. Ruszyła powolnym,

4




sprężystym krokiem w swoją stronę, lecz w miarę, jak zaczynała dostrzegać coraz więcej szczegółów, zwalniała, a jej ciało przyrastało do chodnika... Siedział. Wpatrzony w klawisze fortepianu. Nie podniósł głowy, gdy Georgina wydała z siebie serię nieregularnych chuchnięć i duchnięć, nie mogąc złapać oddechu. On siedział, ona stała. On zaczął grać, a ona oszołomiona tym wydarzeniem, widzianym z tak bliska, cofnęła się o parę kroków. Gdyby tylko wiedziała, że tego dnia zjawi się tak wcześnie, nigdy nie opuściłaby pokoju, a siedząc przy oknie, łapałaby dźwięki, nucąc każdy z nich.
- Piękne - szepnęła cicho, odlatując myślami w stronę krajobrazów, jakie malował jej mężczyzna. Każdy nacisk położony na klawisze wznosił nowe drzewo, nowy głaz, a z przesunięcia dłonią po klawiaturze, wypływał wartki strumień, który rozszerzał się w wolno płynącą, rozlazłą rzekę. Muzyka trwała w zwartym uścisku z przyrodą, a przyroda ze sztuką.
- Piękne? Facet rzępoli tak, że głowa boli. Pani widocznie nie zna się na muzyce - stanął przy niej pan wysoki, dystyngowany. Dżentelmen. W ręku trzymał czarny parasol,

5




choć nie zapowiadało się na deszcz. W drugiej zaś dłoni trzymał malutką dłoń malutkiego dziecka, które kuliło się przy jego boku. Chłopczyk był śliczny. Kręcone, jasne włoski opadały mu na czoło, a wielkie niebieskie oczy patrzyły na Georginę z zaciekawieniem.
- Przepraszam? - zwróciła się do eleganta.
- Powinna się pani udać do laryngologa - od niechcenia rzucił okiem na jej twarz - I… innego specjalisty, wygląda pani niezdrowo - zanim odszedł, nieznacznie odsunął chłopczyka od niej i cofnął się parę kroków, a później pociągnął dziecko i pognał przed siebie. Wówczas coś w niej pękło, rozpadło się. Przykre słowa zawsze bolały ją najbardziej. Dziecko obróciło do niej głowę, machając ściśniętym w dłoni jej prawym uchem, które stawało się coraz bardziej przeźroczyste, aż w końcu zniknęło. Oddała je. Mimo własnego zdania wstyd okazał się zbyt wielki.
Żółte tramwaje toczyły się po ulicach miasta i zatrzymywały z piskiem przy przystankach oznaczonych wysokim znakiem z figurką pojazdu na czubku. Stara rura, z której odłaziła płachtami żółta farba, krwawiła rdzawym osadem, wydobywającym się spod

6




wielkiej śruby, którą przytwierdzona była tabliczka z rozkładem miejskiej tramwajowej sieci komunikacyjnej, w skrócie MTSK lub, bardziej popularnie, RiB, rozwijając – rdza i brud, ponieważ tak właśnie w opinii publicznej przedstawiały się maszyny.
Linia czwarta wjechała na przystanek i powitała Georginę trzaskiem otwieranych drzwi i dźwiękiem dzwoneczka, który temu ruchowi towarzyszył. Wciąż przygnębiona utratą części słuchu, wspięła się po metalowych schodkach, zaczepiając długą sukienką o ich ostry róg. Nie usłyszała dźwięku rozdzieranego materiału, którego kawałek pozostał na zewnątrz, powiewając na wietrze.
Nowy bilecik za 2,50 drżącą ręką podała starszemu mężczyźnie, który w żółtym mundurze stał przy budce kierowcy. Spojrzała na niego z dołu. Gładko wygolona twarz uśmiechnęła się do niej ustami czerwonymi i popękanymi, a krystalicznie błękitne oczy szybko powiodły wzrokiem od jej nagich, białych ramion do daty na kartoniku. Kiwnął głową bez słowa, a Georgina uciekła w głąb wagonu. Na pierwszej kondygnacji pojazdu znajdowały się zaledwie trzy osoby, ponieważ mieszkańcy nie lubili jeździć

7




tramwajami, tak samo, jak nie lubili kasztanów, moreli i nowości. W rzędzie po prawej stronie siedziała tęga kobieta z malutkim pieskiem na kolanach… który może jednak wcale nie był taki malutki. Zajmowała dwa siedzenia, śledząc przesuwające się budynki za oknem. Grubymi palcami głaskała zwierzę i pokasływała od czasu do czasu, zakrywając czerwoną twarz chustką w kolorowe groszki. Siwe włosy gładko przylegały do skóry upięte w ciasnego koka. Pies szczekał na ludzi za szybą.
Dwa miejsca przed nią usadowił się krótko obcięty chłopak ze stosem książek w dłoniach i okrągłymi okularami na nosie. Piegowata twarz zatopiona była w poszarzałych stronicach wytartej książki. Georgina pochyliła się lekko, pełna zainteresowania tytułem utworu, jednak chłopak odwrócił się do okna, przyciskając okładkę od szyby. Skulony pogrążył się w lekturze.
W drugim rzędzie, na końcu wagonu, chrapał skulony mały człowiek, od którego czuć było mocny zapach alkoholu i tytoniu. Zapadł się w sobie, z głową zwieszoną w dół. Rzadkie, kręcone włosy wystawały spod dziurawego kapelusza. Rękami objął całe swoje umęczone ciało. Georgina

8




przystanęła na chwilę się przy jego miejscu. Kobieta z pierwszego miejsca obserwowała ją z dyskrecją, wykręcając grubą szyję.
Druga kondygnacja była pusta. Obdarte, ciemnobrązowe, skórzane fotele stały w równych odstępach przykręcone do metalowej podłogi. Usiadła na pierwszym z nich, kładąc ciemnozieloną torbę na kolanach. Ciepły wiatr wtargnął do środka, gdy z wysiłkiem odsunęła okno i wychyliła się nieco na zewnątrz. Zjeżdżali z pagórka, z którego w oddali jasnoniebieska woda łączyła się z bezchmurnym niebem i nie było już wiadomo, czy statki płyną, czy też lecą.
Poruszali się na tyle wolno, że Georgina mogła przyjrzeć się zdobionym kamienicom, ułożonymi wzdłuż drogi i spacerującym ludziom, wdychającym wiosenne powietrze majowego ranka. Niektórzy spoglądali w stronę zniszczonego tramwaju i krzywili się, kręcąc głową. Inni natomiast twardo patrzyli przed siebie, nie chcąc psuć sobie dnia widokiem pojazdu. Co ciekawe, nikt nie zatrzymał się ani na chwilę. Fala ludzkich ciał płynęła w górę i w dół bez ustanku. Nikt nie przystanął, by wystawić twarz w stronę gorących promieni jasnego słońca.
W

9




sklepie Hoffmana pachniało terpentyną, farbami i drewnem. Ta odurzająca mieszanka przyprawiała o zawroty głowy, a półmrok panujący wewnątrz, nie ułatwiał zachowywania równowagi i trzeźwości umysłu. Na wysokich regałach, w słoikach stały pędzle małe i duże, grube i cienkie, jasne i ciemne, w pudełkach leżały zestawy farb, palety, igły, nicie i włóczki, a wyżej zwoje materiałów lśniących, matowych, miękkich i szorstkich. Na końcu wąskiego pomieszczenia, za drewnianą ladą, stała komoda z niewielkimi szufladkami, w których piętrzyły się druty, metalowe nożyce, suszone kwiaty, kolorowe wycinanki i tubki z farbami olejnymi.
Było cicho. Drobinki kurzu latały w powietrzu w świetle słońca, które wpadało przez wąskie przerwy między grubymi, szkarłatnymi kotarami. Georgina stanęła przy ladzie. Ciche uderzanie młotka dobiegało z zaplecza.
- Panie Hoffman! - z jej ust wydostał się pisk, niepodobny do jakichkolwiek słów. Odchrząknęła, przykładając dłoń do gardła - Panie Hoffman! - powtórzyła i zbliżyła się do wejścia. Dźwięk ustał. Cisza zaczęła jej doskwierać. Cofnęła się parę kroków i podskoczyła ze

10




strachu, gdy przed nią pojawił się rosły mężczyzna z czarną, długą brodą.
- Nie krzycz - szepnął, stając do niej tyłem.
- Przepraszam, nie… wydaje mi się, że mam problemy ze słuchem… - odpowiedziała wymijająco, a on odwrócił głowę i spojrzał na nią spod zmarszczonych, nieokiełznanych brwi, które niemal zasłaniały jego drobne oczy.
- Czego potrzebujesz tym razem?
- Koloru 768.
- Udało się? - zapytał po chwili, szperając w szufladzie z farbami.
- Nie…, nie udało.
Kwiaciarnia „Mimoza” i przylegająca do niej oranżeria uspokoiły Georginę po wizycie w sklepie. Udręczona brakiem, utratą i niepowodzeniem, o którym przypomniał jej Hoffman, ciągnęły się za nią aż do ulicy Nadmorskiej, gdzie udała się po nowe kwiaty, by zastąpić nimi zwiędły bukiet, stojący w białym wazonie na podłodzie, pomiędzy komodą, a sztalugą, dokładnie naprzeciwko łóżka.
Ulicę Nadmorską charakteryzowały białe chodniki i najpiękniejszy widok na rozpościerające się morze oraz potężny port z czerwonej cegły o wysokich oknach. Kwiaciarnia znajdowała się niedaleko, więc Georgina pokonała dzielącą ją odległość w kilka minut. Po

11




wejściu do środka uderzył ją mocny zapach roślin i mokrej ziemi. Jeden z pracowników podlewał właśnie kolorowe kwiaty posadzone w długich donicach przy oknach. Wejście dziewczyny nie oderwało go od pracy.
Georgina ruszyła w głąb, zmierzając w stronę oranżerii. Przecisnęła się przez grupkę starszych pań, które rozwodziły się nad nasyceniem barwy jednego ze storczyków. Różowe kwiaty przeplatały się z błękitnymi, a zieleń łodyg i liści z czernią ziemi. Tafle szkła otaczały wysokie palmy, kolczaste kaktusy, spływające z sufitu pnącza, majestatyczne krzaki róż i inne wielobarwne rośliny, które wypełniały szklarnię, zostawiając miejsce na wąskie chodniczki, na których rozgrywała się walka o odrobinę przestrzeni pomiędzy ogrodnikami a klientelą. W odległej alejce młody chłopak, stojąc na drabinie, przytrzymywanej przez mężczyznę o długich, siwych wąsach, zdejmował z metalowej rurki haczyk, na którym dyndała doniczka z wylewającą się poza jej krawędzie rośliną. Zamożna kobieta, w strojnej sukni czekała, z niepokojem spoglądając z dołu na pracownika, który balansował na przedostatnim szczeblu. Wszystkie jego

12




mięśnie napięły się, gdy noga ześliznęła mu się nieco i złapał się wolną dłonią rurki. Panna krzyknęła. Zacięta twarz chłopca z wielkimi z przerażenia oczyma odwróciła się na tyle, na ile mogła, i zaczęła stopniowo rozluźniać zaciśnięte w cienką kreskę wargi, gdy stopa ułożyła się z powrotem na szczeblu. Uścisk w żołądku Georginy zelżał, gdy chłopak stanął na bruku, podając zapłakanej pannie doniczkę. To niebezpieczne zdarzenie zaalarmowało resztę pracowników, którzy pobiegli w tamtą stronę, a zaciekawione tłumy gapiów ruszyły za nimi. Georgina, korzystając z pustki w alejkach, skręciła w prawo.
W bocznej salce szklarni siedziała stara, przygarbiona kobieta. Chudymi, kościstymi palcami wybierała kwiaty z wiader z wodą, które stały dookoła niej. Kładła je na stole, gdzie walały się zwoje wstążek, papieru w różnych kolorach i o różnych teksturach oraz szpula lnianego sznurka. Starannie ułożyła bukiet na czerwonym pergaminie, dodając parę ciemnozielonych liści i sprawnie obwiązała wszystko dwoma wstążkami – jedną gładką, a drugą koronkową.
Georgina wybrała kilka polnych kwiatów i bez

13




słowa podała je staruszce, która kiwnęła głową i zajęła się układaniem roślin. Zainteresowanie stanem chłopca nie zelżało, cisza zaległa w tej części szklarni. Dziewczyna przysiadła na skraju niewielkiej fontanny, znajdującej się w centrum. Woda lała się cicho z dzbanka trzymanego w dłoniach przez marmurowego aniołka. Tam, otoczona słońcem i parującym ciepłem, na chwilę zapomniała o wszystkich niepowodzeniach poranka. Utracony słuch w jednym uchu przestał jej doskwierać. Myślała o wszystkim, co jeszcze miała, i to pozwoliło jej na słaby, krzywy, jednak szczery uśmiech.
W końcu wstała, ujęła w dłonie zakupiony bukiet i ruszyła w stronę wyjścia. Rozglądała się dookoła, wciągając jeszcze zapach kwiaciarni, gdy jej wzrok przykuła zdobiona doniczka, stojąca na końcu długiego stołu. W niej rosła roślina dziwna, o fantazyjnych, pomarańczowych płatkach, które kształtem przypominały zakręcone muszle krabów pustelników, którym przyglądała się niedawno na plaży. Łodyga z małymi listkami wiła się po ziemi, tworząc labirynt, złożony z wielopoziomowych okręgów. Georgina zbliżyła się, a wtedy otuliła ją

14




chmurka dziwnego zapachu, którego drobinki wypuścił kwiat. Woń była ostra, a jednocześnie słodka, mocna, ale jakby zimna, chłodząca. Zakręciło ją w nosie i kichnęła cicho. Odurzona nachyliła głowę, by poczuć lepiej.
- Niech panienka lepiej tego nie wącha - szybko odwróciła się na te słowa. Obok stał rudy mężczyzna w średnim wieku. Na białą koszulę, pobrudzoną ciemnymi plamami, nałożył gumowy, ciemnozielony fartuch, a na dłonie rękawice w tym samym kolorze. Dosunął nieco Georginę na bok i wstrzymując oddech, podniósł donicę z rośliną.
- Chciałabym to kupić! - wyrzuciła z siebie, gdy mężczyzna zaczął się odwracać. Spojrzał na nią ze zdziwieniem i zmarszczył brwi.
- Śmierdzi to okropnie, zatruło powietrze w całej sali - rzucił i chciał odejść, lecz dziewczyna chwyciła go za ramię.
- Mi się ten zapach podoba - zaczęła głośno, lecz cichła coraz bardziej, odwracając głowę. Jej wzrok padł na osobę, która dwie alejki dalej szybkim krokiem zmierzała do wyjścia. Muzyk z placu pod jej kamienicą pędził z niewielką rośliną w ręku, a z dłoni powiewał mu pasek cienkiego materiału. Gdy zniknął za

15




ścianą, Georgina jeszcze przez chwilę wpatrywała się w tamto miejsce z otwartymi szeroko oczyma i ustami. Pierwszy raz udało jej się go spotkać poza osiedlem i może właśnie to było powodem, dla którego nie mogła wyjść ze zdziwienia, jak ludzki jej się wydał.
- To absolutnie nie jest na sprzedaż - powróciła wzrokiem do pracownika kwiaciarni, nie bardzo wiedząc, co się dzieje - Pani sobie żartuje, prawda? Powiedziano mi, że mam się tego pozbyć, bo klienci się skarżą. Niechże pani nie wymyśla, smród ciągnie się z tego wielką wstęgą.
- Ale… - chciała mu przerwać, lecz cienkie pęknięcie pojawiło się na jej duszy.
- Powinna pani zastanowić się nad tym, co jest odpowiednie, a co wykracza poza odpowiedniość. Ten zapach z pewnością nie jest dla ludzi.
Ponownie przygnębiona przeszła przez ruchliwą ulicę, aby dotrzeć do Cukierni Jagodowej, która cieszyła się dobrą opinią wśród miłośników babeczek z jagodami, ciasta z jagodami, bułeczek jagodowych i koktajlu jagodowego na wynos. Sprzedawali tam też już mniej popularne ciasteczka z suszoną morelą, wkomponowaną w grubą warstwę budyniu waniliowego, który wtłoczony w

16




kruchy kubełek z ciasta obsypano warstewką cukru pudru.
Wnętrze cukierni skrupulatnie dopasowano do jej nazwy. Subtelny, aczkolwiek nieco przytłaczający fiolet ścian zlewał się z firankami i meblami w tym samym kolorze. W witrynie w oknie na tackach lawendowych i fiołkowych rozłożono wypieki, tak, aby, po ich ujrzeniu, przechodzień skierował swe kroki w stronę wejścia do zakładu. Jedyną wyróżniającą się we wnętrzu rzeczą była długa biała lada z równie białą podstawką szklanej witryny. Za ladą w białym fartuszku i fioletowym uniformie stała młoda dziewczyna o uśmiechniętej twarzy i energicznych ruchach.
Tłum w cukierni przerósł oczekiwania Georginy. Kobiety w wieku jej matki na równi z kobietami w jej wieku przeciskały się miedzy sobą, aby dostać się do najświeższego, wciąż ciepłego towaru. Deptały sobie nawzajem po czółenkach i odpychały ramionami. Co jakiś czas słychać było jęknięcie którejś z nich. Pomimo tego rozgardiaszu dziewczyna za ladą pakowała wypieki, nie przestając się uśmiechać, tak jakby nie widziała, co dzieje się wokół niej.
Urwany krzyk dał się słyszeć wśród tłumu. Georgina stanęła z

17




boku, przypatrując się dziczy, jaka ogarnęła klientki cukierni. Upadek cywilizowanego świata nastąpił w cywilizowanym pomieszczeniu sprzedającym ucywilizowane wypieki.
- To, co zawsze? - ledwo udało jej się usłyszeć dziewczynę, która stanęła przy niej i musnęła opuszkami palców jej ramię. Georgina nie zareagowała od razu. Hałas ogłuszył ją, a prawe ucho pozbawione słuchu, nie mogło zarejestrować pytania sprzedawczyni. Przez chwilę wpatrywała się w niebieskie oczy dziewczyny z otwartymi ustami. Kiwnęła głową, a dziewczyna weszła za ladę.
- Trzy ciasteczka z morelą, proszę.
W chwili wypowiedzenia tych słów kobiety zamilkły i znieruchomiały. Patrzyły na Georginę, szeptając między sobą. Dziewczyna poczuła, jak jej żołądek zaciska się w supeł, a dłonie drgają nerwowo. Poprzednie wydarzenia spotęgowały jej reakcje.
Kobiety, jak jeden mąż, podskoczyły do góry, na dźwięk szelestu papierowej torby, którą kasjerka położyła na ladzie.
- Obrzydlistwo - szeptała jedna do drugiej.
- Trucizna dla kubków smakowych.
- Jak można to jeść?
- Powinni wycofać to ze sprzedaży.
- Zniszczyła mi tak piękny poranek.
Szepty

18




zmieniły się w krzyki, tłum zaczął napierać na Georginę. Wyleciała przez drzwi, zanim zimne, czerwone dłonie zdążyły jej dosięgnąć. Język zaczął ją piec, a ona biegła, nie odwracając się za siebie. Krew wypłynęła z jej ust, gdy gruchnęła o podłoże, raniąc zębami blade wargi. Nie poczuła jej smaku. Już nigdy nie było jej dane poczuć.

     Z zakrwawionymi dłońmi i ustami dotarła pod drzwi swojej kamienicy, gdy słońce schowało się już za horyzontem, a miasto spowiła ciemność. Wolnym krokiem, ze zwieszoną głową, snuła się niczym duch po ulicach. Przechodnie odwracali wzrok, gdy znalazła się w ich zasięgu.
Wyczerpana usiadła na schodkach, prowadzący do wejścia do budynku. Straciła dziś tak wiele. Węch, smak i część słuchu umknęły jej, pozostawiając ją niespokojną i pełną żalu. Czuła się rozdarta na części. Jej postać ułożona była z puzzli, których coraz więcej spadało ze stołu i ginęło w mrokach, nie mogąc być już odnalezione. Słone łzy toczyły się po papierowych kawałkach, mocząc je i plamiąc. Gorące policzki, które powinny się zaróżowić, pozostawały białe.
Zakryła twarz dłońmi i

19




zaniosła się cichym płaczem, całkowicie drętwiejąc. Sama nie wiedziała, ile czasu tak siedziała, ale gdy ruszyła się nieznacznie, poczuła zimne nocne powietrze na nagich ramionach i kostkach. Łzy skończyły jej się już dawno. O ich obecności świadczyły tylko zaczerwienione oczy i zatkany nos. Na jej skórze pojawiła się gęsia skórka, a całe ciało zaczęło drgać. Zęby szczękały o siebie, w prośbie, by weszła do środka. Oplotła się rękoma i wstała, jednak nogi odmówiły jej posłuszeństwa i osunęła się na ziemię. Siedziała tak, dopóki nie poczuła czyjejś obecności. Ogarnęła ją wściekłość. Kolejna osoba przyszła, by odebrać jej to, co z niej zostało. Sucha dłoń, o długich palcach wysunęła się w jej stronę.
- Odejdź! - krzyknęła tak głośno, jak tylko mogła i odtrąciła nieznajomego. Dłoń zacisnęła się w pięść i cofnęła - Idź stąd, zostaw mnie… - szepnęła.
Dłoń ponownie wysunęła się w jej kierunku, jednak tym razem, coś w niej leżało. W świetle lampy, która przymocowana była do ściany kamienicy, dostrzegła kawałek materiału – takiego samego, z jakiego zrobiona była jej sukienka.

20




Nieufnie uniosła ciemne oczy. Z góry patrzył na nią mężczyzna o twarzy wykrzywionej męczeńsko. Ciemne brwi stanowiły ramę małych, jasnych oczu, okolonych czarnymi rzęsami. Długi, prosty nos, jeszcze bardziej wyciągał owalną twarz, a małe, usta zacisnęły się w linię. Ciemne włosy rozwiewał wiatr. Mężczyzna wyprostował się. Był wyższy, niż sądziła. Zmęczone oczy patrzyły na nią beznamiętnie.
- Masz - rzucił jej na kolana skrawek materiału - To chyba twoje.
Obrócił się na pięcie, wciskając dłonie w kieszenie spodni i odszedł. Georgina nie ruszała się, osłupiała i zdrętwiała z zimna. Mężczyzna kopnął leżący na bruku kamień, który potoczył się i parę metrów dalej wpadł do studzienki. Cichy plusk zakończył jego żywot. Muzyk natomiast przejechał delikatnie palcami po stojącym na placu fortepianie i usiadł przy nim. Georgina, ukryta w kącie, jeszcze przez wiele godzin słuchała koncertu pod gwieździstym niebem.

     Stwierdzenie, że Georgina przyzwyczaiła się do braków, było tak błędne, jak stwierdzenie, że trawa jest fioletowa. Przez pierwsze dwa dni nie jadła, bojąc się czegokolwiek spróbować. Nie

21




wąchała też kwiatów, które kupiła. Siedziała przed wazonem, wpatrując się w nie, szczęśliwa, że nie utraciła wzroku. W pewnym sensie, przez te dwa długie dni, zamknięta w swoim mieszkaniu, nauczyła się jakoś funkcjonować, jednakże ból po utracie, wciąż zalegał w jej sercu, nie ustępując. Brak osłabił ją. Nie mogła już w pełni doświadczać życia, które kiedyś przynosiło jej wiele radości. Georgina powoli przestawała być.
Kolejne cztery dni, po tych dwóch dobach lęku, poświęciła temu, co jej pozostało. Bez uśmiechu, co ranek otwierała okno, by posłuchać melodii, które grane były od szóstej rano do północy. W tym czasie mężczyzna nie wstawał od instrumentu. Grał bezustannie, a z jego czoła spływały kropelki potu. Zmarszczone czoło i przekrwione oczy, twarz blada i zimna od wysiłku. Muzyka zastępowała mu pokarm i sen. Mocniejszymi uderzeniami w klawisze, zagłuszał błagania organizmu o odpoczynek. Któryś z przechodniów, widząc wychudzone ciało muzyka, wykonał znak krzyża i ruszył dalej. Szary garnitur z dnia na dzień wydawał się powiększać, a mężczyzna tonął w zagięciach materiału. Za dnia jedną

22




ręką zapisywał nuty na kartkach papieru, podczas gdy druga wciąż przesuwała się po klawiaturze. W pochmurne, chłodniejsze noce, grał szybkie, energiczne utwory, by rozgrzać zziębnięte ciało. W noce ciepłe, pełne gwiazd i spokoju, wykonywał utwory melancholijne, smutne, przerażająco długie, ciągnące się w nieskończoność. Dokładnie o północy muzyka cichła. Wówczas sąsiedzi Georginy z pewnością odczuwali ulgę, lecz dziewczyna budziła się ze spokojnego snu i do szóstej przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Czasami podchodziła do okna i spoglądała z góry na małą postać przy fortepianie lśniącym w blasku latarni. Mężczyzna zwijał zapisane kartki w rulon i obwiązywał sznurkiem, by nie żadna z nich mu nie zginęła. Następnie siedział jeszcze przez chwilę, bez pośpiechu gryząc bułkę, którą schowaną miał w wewnętrznej kieszeni garnituru. Gdy ostatni kawałek znikał w jego buzi, wstawał i ostrożnym, nieco chwiejnym krokiem kierował się w stronę Lasku Ceglastego, w którym rosły drzewa o czerwonawej barwie kory i ciemnozielonych drobnych liściach.

     Ostatniej spokojnej nocy, gdy Georgina zasypiała, na

23




zewnątrz rozległ się trzask łamanego drewna. Wpierw nie usłyszała hałasu, gdyż leżała, przyciskając zdrowe ucho do materaca, jednak gdy obróciła się, łomot poderwał ją na równe nogi. Podbiegła do okna i otworzyła je na oścież. Trzask nie ustawał. Mężczyzna tłukł żelaznym łomem w piękny instrument. Szał ogarnął umysł muzyka. Pęknięcia pokryły lakierowaną powierzchnię, a oderwane kawałki rozrzucane były naokoło. Kopnięciem przewrócił stołek, na którym spędził długie miesiące. Ostrą końcówką narzędzia rozszarpał miękką poduszkę, obszytą czarną skórą. Łom, wbijany coraz głębiej, zanurzał się w materiale. Na koniec zamachnął się i z całej siły uderzył w klawiaturę. Fortepian zawył w śmiertelnych konwulsjach, a potem zamilkł. Rozległ się dźwięk metalu rzuconego na bruk, a potem szybkie kroki biegnącego człowieka wypełniły plac.
Georgina zatkała sobie usta dłońmi, by nie krzyknąć. Cofnęła się i upadła na podłogę dysząc ciężko. Zaniosła się płaczem, łkając nad stratą ukochanej rzeczy i umiłowanego człowieka. Na czworaka przeczołgała pod komodę i drżącymi rękoma wyciągnęła z

24




jednej z szuflad szkicownik i ołówek. Czarne linie pokryły kartkę, układając się w widzianą przed chwilą scenę. To był jej jedyny ratunek przed wpadnięciem w panikę. Mężczyzna, którego podziwiała tyle czasu, do którego udało jej się choć trochę zbliżyć, załamał się, pogrążając w szaleństwie. Niespełnione marzenia zaprowadziły go na samo dno gorzkiego cierpienia. Artysta-męczennik. Stracone nadzieje. Poddał się, popadł w ruinę. Tym razem okrutny świat wygrał, a ona zobowiązała się pamiętać i uwiecznić ten ostatni akt sztuki, na jaki zdobył się mężczyzna. Akt, którym było unicestwienie.
Po tym wydarzeniu Georgina prawie przestała sypiać. Dniami i nocami trwała przed sztalugą z pędzlem w ręku. Malowidła majestatycznych krajobrazów i pięknych postaci zepchnęła w kąt pokoju. Teraz liczyła się tylko jej wielka miłość do nieznajomego.
Światło w mieszkaniu nigdy nie gasło. Jadła tylko po północy, chcąc naśladować ostatnie dni muzyka. Pragnęła oddać mu hołd. Ludzie, zatrzymujący się na placu, by obejrzeć szczątki instrumentu, czasami wskazywali na jej okno, widząc płonącą żółtym światłem nagą

25




żarówkę. Dla niektórych jasne było, że mieszkająca tam osoba czegoś doświadczyła, dla innych był to tylko znak nieustającego toczenia się życia.
Malowała niemal bez ustanku przez trzy noce i trzy dni, a kiedy wreszcie skończyła, dłonie pokryte były czarną farbą. Wyczerpana, odsunęła się od płótna, oceniając swój wysiłek. Rzuciła na podłogę pędzel i runęła w dół, tracąc przytomność. Namiętności targały jej drgającym ciałem.

     Parę dni później, z płótnem pod pachą, stanęła przed Centralną Galerią Sztuki. Potężny biały budynek stylizowany na starogreckie świątynie, piętrzył się nad jej głową. Znalazłszy się w środku, oderwała bilecik z numerkiem z odpowiedniej maszyny i usiadła na szkarłatnych pufach, ustawionych pod drzewem oliwnym rosnącym w środku.
Młoda kobieta za kontuarem stukała w litery na maszynie do pisania. Tęgi mężczyzna z wiolonczelą siedział po drugiej stronie korytarza. Jasnowłosa dziewczyna o ostrych rysach twarzy chodziła w koło po marmurowej posadzce, po cichu powtarzając tekst, który zapisany miała na stosie pożółkłych kartek. Żywo gestykulowała, kłaniając się i

26




wymachując rękoma. Pyzaty chłopaczek, przy którym stała rzeźba owinięta w brązowy papier, usadowił się na drugiej pufie. Każde z nich ze zniecierpliwieniem wyczekiwało dzwonka. Każde z nich miało nadzieję oczarować komisję.
Oczekiwanie dłużyło się każdemu z nich. Początkująca aktorka uciekła z płaczem do łazienki, gdy pomyliła jedno słowo, powtarzając swoją rolę setny raz. Wiolonczelista przysnął na chwilę, niemal wypuszczając z rąk instrument, a rzeźbiarz z pewnością roztrzaskałby swoje dzieło przez tiki nerwowe, gdyby nie Georgina, która podała mu jeden z gładkich, czarnych kamieni, które otaczały drzewo. Ona sama nerwowo ściskała ramę obrazu, z nadzieją wyczekując szansy.
Dzwonek zadźwięczał cicho w holu, a recepcjonistka skinęła na nich głową. Poderwali się na nogi i bez słowa rozeszli w różne korytarze, tak jakby nigdy nie spędzili razem tych kilku godzin.
Georgina stanęła przed dwuskrzydłowymi, ciemnymi drzwiami. Na jej bileciku widniała cyfra 1, a w korytarzu nie było nikogo oprócz niej, więc weszła do środka. W przestronnej sali, na której ścianach wisiały obrazy, zaakceptowane przez komisję,

27




stał stół z trzema krzesłami i sztaluga. Z poważnymi, oziębłymi twarzami siedzieli tam dwaj szpakowaci starcy i jedna kobieta w średnim wieku, z wysoko uniesioną głową i przeszywającym na wskroś wzrokiem. Uniosła brwi na widok Georginy i spojrzała na swych towarzyszy, którzy pokręcili głowami.
- Pani, ponownie? - odezwała się, akcentując dobitnie każdą z liter. - Czy to aby nie za dużo? Pani obrazy nie przekonują nas - wstała i wskazała dłonią drzwi.
- Tym razem mam coś innego - Georgina ustawiła malowidło na sztaludze. Cała trójka, w tym samym momencie uniosła brwi w zdziwieniu. Mężczyzna z białymi bokobrodami, o szerokiej twarzy i ciemnej skórze, skrzywił się nieznacznie i wymownie odwrócił się do reszty. Pokiwali głowami. Kobieta wstała ponownie i podeszła do obrazu. Za nią ruszyli mężczyźni, którzy na jej znak wyciągnęli niewielkie, pozłacane lupy z kieszeni surdutów. Zaczęli przyglądać się farbie i kolorom, odpychając Georginę na bok. Po mniej więcej piętnastu minutach wyprostowali się, jak jedno ciało odeszli parę kroków w tył i pokiwali głowami.
- Więc, nie - kobieta postawiła ostateczny werdykt i

28




wrócili za stół.
- Ale jak to? - oburzyła się Georgina - Nie podobały się państwu moje krajobrazy, więc namalowałam coś całkiem innego.
Komisja westchnęła.
- Krajobrazy, cóż, były nudne, ale to? - kobieta pokręciła głową - To jest odrażające. Scena diabelska, pełna chaosu, żadne zasady nie są tu zachowane. Technika również godna pożałowania. Proszę się rozejrzeć - zatoczyła ręką krąg - To są prawdziwe dzieła – jasne, przejrzyste, doskonałe w każdym milimetrze. A to? To jest śmieć, droga pani, proszę zabrać to sprzed naszych oczu.
Łzy napłynęły Georginie do oczu, nie miała siły się dłużej bronić. Ten obraz był jej najlepszym dziełem. Chwyciła go i wybiegła z pomieszczenia. Komisja zamknęła notatniki i wyszła chwilę po niej.

     Cisnęła płótno na stertę śmieci, które leżały przy drodze. Nie mogła dłużej patrzeć na swoją porażkę. Błoto zasłoniło postać muzyka.

     Wysiadła z tramwaju i ruszyła w stronę osiedla, ociężale włócząc nogami po bruku. Uspokoiła się, jednak czerwona twarz piekła ją od nowych łez. Przechodnie odwracali od niej wzrok, przyspieszając kroku.
Wydawać by się mogło,

29




że po tylu utratach i niepowodzeniach, świat spojrzałby przychylniejszym okiem na niespełnioną malarkę, która pragnęła tylko tego, by jej pozwolono. Jednak życie miało co do niej inne plany. Huk podniósł pył zalegający na placu, gdy ścięte drzewo zwaliło się na grunt. Rada miejska dopięła swego – potężne kasztanowce zginały się i upadały, jak puste puszki, przewracane przez wiatr. Liście leżały pod stopami pracowników, którzy wykonywali rozkaz mordu. Drzewa ginęły pod ostrzami pił.
Georgina z przerażeniem i bólem w oczach chwyciła się ostatniej rośliny, zatrzymując mężczyzn. Ustawili się dookoła, patrząc ze złością na kobietę. Byli zmęczeni, ciężka praca dała im się we znaki. Krzyczeli na nią, jednak ona wciąż kurczowo trzymała się pnia. W końcu któryś z nich nie wytrzymał. Wybił się z kręgu i złapał ją w pasie. Oderwana wierzgała nogami i wrzeszczała przez łzy.
- Zamknij się! – uderzenie, wymierzone w jej prawy policzek, uciszyło ją.
- Nie możecie, nie możecie! – wychrypiała, czując pulsujący ból na twarzy.
- Możemy, możemy – odpowiedział kierownik, który ją uderzył. – Możemy też

30




wezwać policję. Oni się tobą zajmą, za utrudnianie nam pracy.
- Nie możecie ich ścinać, nie pozwalam – wyrwała się z rąk mężczyzny, który ją trzymał i złapała kierownika za kołnierz, potrząsając nim mocno.
- Puszczaj – popchnął ją, tak, że straciła równowagę i upadła. – Twój głos nic nie znaczy. Wariatki i ryby głosu nie mają, słyszysz? Zjeżdżaj stąd, zanim ci się dostanie. Nic nie znaczysz. Nie przeszkadzaj nam.

     Trzęsąc się, wbiła nóż w płótno i rozcięła je. Dźgała materiał bez opamiętania, a potem zrobiła to samo z resztą malowideł. Kawałki rozbitego wazonu pływały w wodzie między zmiażdżonymi kwiatami. Rozdeptane kasztany dogorywały na podłodze. Rzucone o ścianę farby, wymalowały na niej barwną plamę. Georgina odrzuciła w kąt szczątki wszystkich swoich obrazów i złapała się za głowę, krzycząc. Po jej policzkach lały się łzy, nie mogła oddychać. Połamane pędzle trzaskały pod jej stopami, gdy cofała się pod przeciwległą ścianę. Słuch zanikł. Pierze z rozdartych poduszek latało w powietrzu. Nie mogła wydobyć z siebie dźwięku. Jej dłonie zaczęły stawać się przezroczyste.

31




Nie chciała ich, nie chciała, by mogły coś jeszcze stworzyć. W końcu upadła na podłogę – okaleczona i ślepa, a jej organy przestawały istnieć. Serce zatrzymało się, ponieważ nie miało już czego kochać. Zniknęła tak, jakby nigdy nie istniała. Noc skonsumowała resztki jej istnienia. Dźwięk fortepianu rozległ się na placu.

32




Wyrazy: Znaki: